Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 11 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
 Temat postu: 3 dni w Gruzji...
#1 PostWysłany: 23 Maj 2015 04:15 

Rejestracja: 22 Maj 2015
Posty: 22
Połowa marca, Wizz Air rzuca tanie bilety do Kutaisi. Szybka obdzwonka po znajomych, zbiera się 7 osób. Termin 17-21 maja, de facto 3 doby. Tak akurat pasuje ludziom i tak wychodzą najtaniej bilety. Żal, że tak krótko, ale już wtedy zakładamy, że, o ile nam się spodoba, polecimy jeszcze raz. Prorocze założenie ;) Szukając możliwie najtańszej wypożyczalni aut trafiamy na ofertę Asi Vilbik, Polki, wraz z mężem mieszkającej w Gori (mają Fanpage - Gruzja z nami wariatami). Asia chyba ma tu nawet konto, serdecznie pozdrawiam i gratuluję świeżo narodzonej córki ;) Po małych negocjacjach staje na cenie 85 USD za dobę za auto z kierowcą plus paliwo. Patrząc na to, co dzieje się na gruzińskich drogach, dobrze się stało, że nikt z nas nie musiał prowadzić. Asia rezerwuje nam również hostel na dwie noce w Tbilisi (Hostel Irina - za 2 noce dla 7 osób zapłaciliśmy po jej negocjacjach łącznie 120 lari, co daje w przeliczeniu na złotówki po obecnym kursie... 13,54 PLN/os./noc w naprawdę spoko warunkach).

Dzień I (18.05)
Samolot do Kutaisi wypełniony jest praktycznie do pełna, większość to młodzi Polacy, turyści. Zamieniamy z kilkoma po słowie - jadą raczej na spontanie i dziwią się, że mamy już zorganizowany nocleg i całą trasę. Lądowanie przewidziane jest na lotnisku w Kopitnari na godz. 5.20 czasu miejscowego, lądujemy przeszło 20 minut wcześniej. Kontrola dokumentów jest tylko formalnością. Na lotnisku wraz z naszym przyszłym kierowcą odbiera nas mąż Asi, Gruzin Valeri. Tu pierwsze miłe zaskoczenie - zanim rozpoznaliśmy się z Walerym, widząc nasze chwilowe zakłopotanie, od razu podchodzi do nas pracownik lotniska i płynną angielszczyzną pyta czy
szukamy kogoś konkretnego i czy mamy jego numer telefonu, żeby mógł zadzwonić. W tym też jednak momencie zjawił się i Walery. Kolejnym miłym akcentem są startery gruzińskiej sieci, które rozdaje się przyjezdnym na lotnisku (roaming do Polski jest w naszych sieciach przeraźliwie drogi). Po krótkim przywitaniu Walery ładuje nas do Mercedesa Vito umówionego kierowcy i ruszamy w kierunku pierwszego celu, jakim jest Gori. Co by nam się po drodze nie nudziło wrzuca nam również do samochodu 6-litrowy baniak z domowym winem oraz obiecuje, że wieczorem wpadnie do hostelu z jego większą ilością. To jednak pierwsze wino, w przeciwieństwie do kolejnych, było... hm... no powiedzmy, że miało mocno oryginalny smak (no sorry, Walery :P ).
Mimo nieprzespanej prawie nocy ekscytacja nowym miejscem długo nie pozwala nam zasnąć i podziwiamy zmieniający się za oknem krajobraz. Widać wyraźnie piętno jakie na tych pięknych terenach odcisnęła wieloletnia sowiecka okupacja. Wśród równin przechodzących stopniowo we wzniesienia co i rusz widać opuszczone, bądź nawet niedokończone budynki fabryczne i im podobne. Coś jak krakowski szkieletor pomnożony przez tysiąc. Niezbyt dobre wrażenie robią również zaniedbane bloki na przedmieściach Kutaisi, nieremontowane tak na oko jeszcze od czasów Chruszczowa. Co jednak od razu rzuca nam się w oczy - przy nawet bardzo zaniedbanych domach stoją dobre, zachodnie samochody, no i wszędzie niemal ciągną się rury sieci gazowej oraz oczywiście winorośl ;) Z rzadka tylko widać pojedyncze przeszklone nowoczesne budownictwo. W miarę jednak jak zbliżamy się do Gori krajobraz pięknieje, przez długi czas jedziemy wąwozem wydrążonym przez rzekę pomiędzy dwiema skalnymi wzniesieniami.
Do centrum Gori docieramy po godz. 8. Do otwarcia Muzeum Stalina mamy jeszcze prawie dwie godziny, idziemy więc coś zjeść i wdrapać się na górującą nad miastem twierdzę. Samo Gori robi dość dobre wrażenie, przynajmniej centrum. Duża część budynków jest odnowiona, prowadząca do Muzeum aleja również jest ładnie wykończona. Problemem staje się brak czynnego lokalu, w którym
można by coś zjeść, wszystko otwarte od 10. Widząc nas pod jednym z zamkniętych lokali podchodzi do nas dwóch miejscowych dresików i rosyjsko-angielską mieszanką pokazują z uśmiechem, że kilkadziesiąt metrów dalej jest kawiarnia, która powinna już być otwarta. My jednak idziemy i tak w drugą stronę ;) Przy placu (zdaje się ratuszowym) znajdujemy kawiarnię (Sport Cafe Gori), która co prawda formalnie również otwarta jest od 10, w środku siedzi jednak przy kawie kilku Gruzinów. Okazuje się, że to właściciele i pracownicy lokalu. Grubawy Gruzin, zdaje się, że główny właściciel patrzy na nas podejrzliwie i pyta:
- Wy Ruski?
- Niet, Paljaki!
- A, Paljaki! Siedzicies!
Po czym przynosi nam menu. W ten sposób udaje nam się zjeść śniadanie w lokalu, który otwarty ma być za ponad godzinę ;) Na przywitanie z Gruzją zamawiamy różne rodzaje chaczapuri. Porcje są, zwłaszcza w stosunku do cen, bardzo duże. Dość powiedzieć, że nawet facetom nie udaje się dokończyć zawartości swoich talerzy, a głodni byliśmy jak diabli. Jedzenie dobre, ale akurat w tym lokalu wyjątkowo tłuste. Zjedzone tu śniadanie wystarcza nam w zasadzie prawie do wieczora. W trakcie śniadania (jemy w ogródku, w środku gapiłby się na nas ze ściany wielki Stalin ;) ) podchodzi do nas mały Gruzin na żebry. Ogólnie jednak liczba żebraków i naciągaczy nie jest duża, a na pewno znacznie mniejsza niż w takim dajmy na to Rzymie (o wiele mniejsza zresztą niż się spodziewałem). Idziemy więc na twierdzę Gorisciche, po drodze zahaczając o (bardzo wymowny!) pomnik ofiar wojny 2008 roku. Widok z twierdzy przepiękny. W dole rzeki, w oddali widać ośnieżone szczyty Kaukazu. Na szczycie, podobnie jak i w wielu innych tego rodzaju miejscach, umundurowany strażnik. Nie wiem jednak co musiałoby się stać, aby interweniował, skoro na szczytowej polanie obok rozbitego namiotu siedzi sobie beztrosko, nieniepokojony przez nikogo turysta i sączy wino z baniaczka. Schodzimy z twierdzy i idziemy w kierunku muzeum. Tu pierwsze ze szczęśliwych zrządzeń losu na tym wyjeździe - okazuje się, że 18.05 był w Gruzji Dzień Muzeów i wszystkie wstępy są darmowe. I bardzo dobrze, bo, choć interesuję się historią i lubię tego rodzaju atrakcje, Muzeum Stalina jest mocno rozczarowujące, niewarte zdecydowanie 10 lari/os., których zapłata nas ominęła. W środku głównie zdjęcia i portrety dziadka Stalina, trochę makiet i prezentów od narodów
zaprzyjaźnionych. Całość jednak zdecydowanie bez szału. No i prawda jest taka, że muzeum wciąż jest przede wszystkim hołdem dla tego jednego z największych w dziejach zbrodniarzy, czego wiele osób nie omieszkało wypomnieć w pamiątkowej księdze. Po szybkim przejrzeniu zawartości sklepów z pamiątkami (głównie suweniry związane ze Stalinem, choć nie tylko) ruszamy do Uplisciche. Ewentualne pamiątki polecam jednak kupować na bazarku w Tbilisi, na starcie są tańsze, a i można coś jeszcze utargować ;)
Do Uplisciche docieramy ok. godz. 13, wstęp również tego dnia darmowy. Na miejscu ekipy filmowe, tańczy i śpiewa zespół ludowy, jest degustacja wina. Tutaj kilka słów mojego komentarza - wiele osób pisze, że Uplisciche, zwłaszcza w porównaniu z Wardzią, jest rozczarowujące i niewarte odwiedzenia. Nie zgadzam się. Przede wszystkim Uplisciche jest inne - położone na inaczej ukształtowanym
terenie. Absolutnie jednak warte zobaczenia, choćby dla widoku z samej góry. Przeznaczenie poszczególnych sal jest też, w przeciwieństwie do Wardzi, opisane w choć kilku słowach, a samo skalne miasto (najstarsze z dostępnych do zwiedzania) znajduje się niedaleko głównej trasy Batumi-Kutaisi-Gori-Tbilisi. Cena również zachęca.
Następny punkt programu - Mccheta. Po drodze zadziwiający widok - drogę blokują gnający w drogich BMW i Audi elegancko ubrani młodzi ludzie, trąbiąc, krzycząc i wymachując pomazanymi od podpisów białymi koszulami. Jak wyjaśnia nam kierowca - w ten właśnie sposób świętują koniec roku szkolnego. Żeby było jeszcze dziwniej wszystkich tych młodych ludzi zastawaliśmy później w odwiedzanych po kolei cerkwiach w trakcie modlitwy. Jak później stwierdził Walery - zwyczaj tej szaleńczej jazdy jest niezwykle głupi i co roku prowadzi do ofiar śmiertelnych wśród młodych ludzi. W samej Mcchecie odwiedzamy Samtawro (w środku akurat w remoncie, wszystko pod foliami) i Sweti Cchoweli, które robi na nas chyba największe wrażenie ze wszystkich świątyń w Gruzji. Pod obiema świątyniami - grupy żebrzących "czarnych wdów" od których niełatwo się odpędzić - wykazują duże umiejętności lingwistyczne i potrafią wystawać po kilka minut pod upatrzonym samochodem na parkingu. Później przerwa na piwo i symboliczną porcję chinkali - wszyscy są wciąż pełni po śniadaniu. W knajpie spotykamy grupę artystów, którzy przyjechali do Gruzji na plener malarski; wśród nich sympatyczną ok. 50-letnią Polkę. Do Jvari docieramy najedzeni i zmęczeni, przebijając się po drodze przez stado krów na podjeździe na wzgórze. W samym monastyrze piękna gra świateł dzięki zachodzącemu powoli słońcu.
Do hostelu dojeżdżamy po godzinie 20 (lekko po drodze błądząc) i od razu biegniemy pod prysznice. Warunki w hostelu (zwłaszcza w stosunku do ceny) bardzo dobre. Absolutnie dalekie od tego, czym niektórzy straszą mówiąc o Gruzji. Pokój mamy czysty, obok odnowiona, w pełni wyposażona kuchnia, czyste toalety i prysznice, szybkie Wi-Fi. No i zacny widok z balkonu na modrzewie-giganty ;) Po ogarnięciu ruszamy na kolację i małe zakupy. Gdy na moment gubimy trasę, podjeżdża do nas BMW z kolejnym ichnim dresikiem, który z uśmiechem niepytany wskazuje nam właściwą drogę. Późnym wieczorem dołącza do nas Walery ze swym kuzynem - dalsza część nocy upływa pod znakiem opowieści zamieniających się w toasty i toastów zamieniających się w opowieści, o tym co nasze nacje różni i łączy. Kolejny 6-litrowy baniak znika, oprócz niego również symboliczna buteleczka czaczy - obie przywiezione przez Walerego. Zmęczeni, po poprzedniej nieprzespanej nocy, idziemy w końcu ok. 3.30 spać, lekko przerażeni wizją jutrzejszego poranka i wyprawy Gruzińską Drogą Wojenną.

CDN.

Image
Image
Image
Image
Image


Ostatnio edytowany przez Voitaz 25 Maj 2015 23:06, edytowano w sumie 4 razy
Góra
 Relacje PM off
Ninoczka lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: 3 dni w Gruzji...
#2 PostWysłany: 23 Maj 2015 21:04 

Rejestracja: 13 Paź 2014
Posty: 27
naprawdę świetna relacja, czekam na ciąg dalszy :)
takie jeszcze małe pytanko- o co chodzi z tą sytuacją na ulicach? zastanawiam się nad wypożyczeniem na lotnisku samochodu i objazd Gruzji we własnym zakresie, a jednak samochód z kierowcą chyba trochę ogranicza swobodę i niezależność (takie mam odczucie, może mylne, bo nigdy z tej opcji nie korzystałam). co jakiś czas rzucają mi się jednak w oczy informacje, że nie jest to najlepszy pomysł- dlaczego?
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: 3 dni w Gruzji...
#3 PostWysłany: 24 Maj 2015 14:56 

Rejestracja: 22 Maj 2015
Posty: 22
Miałem napisać w osobnym poście coś w rodzaju słowniczka, więc teraz tak w skrócie - polskie drogi nie są w stanie przygotować Cię do tego co zastaniesz w Gruzji. Czymś normalnym jest wyprzedzanie na trzeciego na (bardzo licznych i ostrych tam) zakrętach, czymś normalnym jest rozpędzanie się na górskich drogach do 140 km/h i nagłe hamowanie do 5 cm przed następnym pojazdem, czymś normalnym są wbiegające na drogę krowy i owce, czymś niestety dość normalnym jest jazda po alkoholu. Ustępowanie pierwszeństwa nie istnieje, tak wobec innych kierowców jak i pieszych. O ile jadąc przez kraj nie jest to może jeszcze dużym problemem, bo i ruch jest relatywnie niewielki, więc nikt Ci nie każe jeździć jak miejscowym, to w (zakorkowanym dodatkowo) Tbilisi prowadzić bym się nie odważył. Przypuszczalnie miałbym problem nawet z opuszczeniem miejsca parkingowego i wbiciem się w ruch. Jak już ktoś tu wcześniej napisał - znaki drogowe i (nieliczna) sygnalizacja to tylko zbiór niezobowiązujących sugestii, podobnie jak liczba namalowanych na drodze pasów. Nawet policja, prowadząc nas w Achalciche do czynnej w nocy stacji benzynowej, przejechała bez krępacji na czerwonym, a my za nią. Co do ograniczenia swobody i niezależności przez kierowcę to absolutnie bym się tego nie obawiał - trasa podróży była w całości ustalona wcześniej przez nas, a kierowca po prostu woził nas tam, gdzie sobie zażyczyliśmy. Jako, że płatność była wcześniej z góry ustalona (z zaliczką) za cały pobyt, nie było raczej możliwości, że gość wywinie nam jakiś numer. Był zresztą dość sympatyczny, choć komunikacja z nim była ograniczona, bo znał tylko trochę rosyjski, a angielskiego ni w ząb. W niczym to jednak w praktyce nie przeszkodziło. Powiem więcej - należy mu się szacunek, bo ostatniego dnia jeździł z nami ok. 18 godzin (z przerwami oczywiście na atrakcje) i widać było jak już jest niesamowicie zmęczony, ale słowa nie pisnął.

Edit:
No i masa samochodów, również w wypożyczalniach (co wiem po korespondencji), jest sprowadzana z Anglii bądź Japonii i przystosowana do ruchu lewostronnego. Nie ograniczają tego żadne przepisy i do dziś zastanawiam się jak Ci kierowcy potrafią tak bezczelnie i brawurowo wyprzedzać nic praktycznie nie widząc na drodze.

Edit 2:
Zdecydowanym plusem kierowcy (czy też ogólnie własnego samochodu) jest to, że pozwala zwiedzić dużo więcej. Gdybyśmy mieli jechać marszrutkami, prawdopodobnie nie udałoby nam się zaliczyć w ciągu jednego dnia Gori, Uplisciche, Mcchety, Jvari i jeszcze zaliczyć spaceru po Tbilisi.

Edit 3:
I ostatnia zaleta nie do przecenienia - jeśli masz kierowcę nikt nie musi się poświęcać jeśli idzie o konsumpcję wina czy piwka ;)
Góra
 Relacje PM off
ananas lubi ten post.
ananas uważa post za pomocny.
 
 
 Temat postu: Re: 3 dni w Gruzji...
#4 PostWysłany: 24 Maj 2015 21:05 

Rejestracja: 13 Paź 2014
Posty: 27
kurczę, nie spodziewałam się tak obszernej i wyczerpującej odpowiedzi- jesteś wielki, dziękuję bardzo!:)
rozwiałeś moje wszelkie wątpliwości dotyczące wyboru opcji samochodowej- marszrutek w ogóle nie bralibyśmy pod uwagę. Wybieramy się najczęściej na takie krótkie wypady i zwyczajnie szkoda byłoby nam czasu na bujanie się publicznym środkiem transportu. Poza tym, podróżując z dzieckiem, zawsze może zajść konieczność nieplanowanego zatrzymania samochodu z powodu placu zabaw bądź szwędającego się kotka;)
Jeszcze raz bardzo dziękuję!
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: 3 dni w Gruzji...
#5 PostWysłany: 25 Maj 2015 02:11 

Rejestracja: 22 Maj 2015
Posty: 22
Absolutnie nie ma za co, lubię się rozgadywać ;) Ale wracając...

Dzień II (19.05)
Wjazd na Gruzińską Drogę Wojenną i odcinek do Ananuri solidarnie przesypiamy, wyczerpani wczorajszym, mocno przedłużonym wieczorem i znużeni korkami porannego Tbilisi ;) Sama twierdza znana jest raczej wszystkim, nawet w ostatnich tygodniach solidarnie dzieliła się billboardami z naszymi kandydatami pod żyrandol ;) Zdecydowanie widać w niej potencjał, gdyby tylko komuś chciało się zainwestować trochę pieniędzy w konserwację. Tak też na przykład na sam szczyt wieży wejść się nie odważyliśmy. Przechodzenie po prowizorycznych stropach z belek było zbyt ryzykowne nawet dla dziewczyn, a co dopiero przy moich przeszło 100 kg. Nasze błędniki po poprzednim wieczorze również nie zasługiwały na obdarzenie ich nadmiernym zaufaniem. Pod twierdzą mały bazarek, można kupić wino, czaczę, czurczchele i sam suszony sok. Niektórzy od nas się zachwycali, jak dla mnie "słodycze" te były ohydne. Ale co człowiek to opinia. W tym miejscu spotkaliśmy też starszą od nas (ok. 40-latkowie) grupę Polaków, których od tej pory spotykaliśmy już przy każdej atrakcji GDW.
Kolejny postój przy pomniku przyjaźni radziecko-gruzińskiej. Sam pomnik położony jest na znacznej wysokości, tuż obok Przełęczy Krzyżowej, na terenie dość odkrytym. Nawet przy wjeździe latem warto mieć ze sobą przynajmniej jakąś ciepłą bluzę, gdyż wieje tam niemiłosiernie, a dookoła leżą wielkie połacie śniegu. W pewnym momencie (w środku maja!) jechaliśmy wewnątrz śnieżnego tunelu. No i ciekawostka dla niewtajemniczonych - na prawo od monumentu, nieco poniżej, wejść można na wiszącą skałę, z której mamy widok na jakieś 200 m w dół. Atrakcja dla osób o stalowych nerwach, bez lęku wysokości. Na skałę prowadzi niezbyt widoczna ścieżka, wiodąca częściowo pod płytą pomnika.
Do Kazbegi (Stepancmindy) docieramy po ok. 4,5 h od momentu wyjazdu z Tbilisi. Tutaj, aby dotrzeć do Cminda Sameba, przesiadamy się w terenówkę. Jak się po chwili okazuje - naszym Vitaczem z pewnością nie bylibyśmy w stanie dotrzeć na sam szczyt. Kierowca za kurs do klasztoru żąda początkowo 80 lari. Po krótkich negocjacjach, w trakcie których wychodzi na jaw, że jesteśmy Polakami, schodzimy do 60 lari (Kierowca z japońską Delicą, z charakterystyczną naroślą nad okiem). Widok z góry na Kazbek i Kaukaz absolutnie zapierający dech w piersiach. W samym klasztorze trafiamy akurat na nabożeństwo - próbka śpiewu sakralnego w wykonaniu młodych Gruzinek staje ponad wszystkim co dane mi było słyszeć w polskich kościołach. Zupełnie inna, o wiele bardziej "prawdziwa", chwytająca za serce melodyka i skala głosów. Po powrocie do miasteczka rezygnujemy z obiadu - ceny w lokalach wyższe o 30-40% od tych w Tbilisi - robimy jedynie małe zakupy na drogę. Sklepy (z osławionym już Google Marketem na czele) wyposażone są licho, duża część produktów jest przeterminowana, z lodówek straszą wypukłe wieczka jogurtów, tym niemniej z jedną, dość w sumie niebrzydką sprzedawczynią udaje mi się nawet zamienić kilka słów po polsku. Ostatecznie zostajemy przy twardawych już rogalikach, których nadzienie zdążyło, zdaje się, sfermentować.
Do hostelu w Tbilisi docieramy szybciej niż zakładaliśmy, ok. godz. 19. Całą drogę powrotną przesypiamy w aucie. Szybka ogarka i ruszamy na dłuższy spacer połączony z kolacją. Reprezentacyjna część Tbilisi nie odstaje już w zasadzie niczym od tego, do czego przywykliśmy w bardziej europejskich stolicach. Przy samym Placu Wolności udaje nam się trafić na ciekawą, całodobową knajpę z gruzińskim żarciem (jakaś ichniejsza sieciówkę) - o dziwo ciężko było nam znaleźć taką knajpę w tej okolicy. Nazwy nie powtórzę (wiadomo, makaroniki), ale trafić tam można po żółtym neonie, kawałek na prawo od Subwaya (patrząc od strony alei Rustaveliego). Ceny, zwłaszcza jak na lokalizację, dość niskie (niższe zauważalnie od warszawskich), a porcje solidne i smaczne. No i duży wybór wszelkiego rodzaju krajowych dań, ale również alkoholi (do niektórych zup jest w zestawie kieliszek czaczy). Najedzeni wspinamy się na wzgórze Sololaki, by podziwiać panoramę Tbilisi po zachodzie słońca. Rzeczywiście, miasto to dużo lepiej wygląda nocą niż za dnia. Zahaczamy o Narikalę, gdzie spotykamy kilka par i parę grupek pijących piwo młodych, po czym schodzimy przez dzielnicę klubową (spory wybór klubów, pubów, go-go) w stronę Mostu Pokoju, którego wygląd skojarzył mi się z podpaską. Jak się później okazuje nie tylko mnie. Na Moście załapujemy się na pokaz świateł (co pół godziny po zmierzchu, bardzo fajny efekt) i styrani łażeniem wracamy do hostelu. Szklanka wina i wszyscy w ciągu kilku minut przenoszą się do krainy Morfeusza.

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image


Ostatnio edytowany przez Voitaz 25 Maj 2015 22:57, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: 3 dni w Gruzji...
#6 PostWysłany: 25 Maj 2015 10:01 
Site Admin
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Sty 2011
Posty: 6876
Poprosimy o zdjęcia, dużo lepiej czyta się tekst ilustrowany obrazami :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: 3 dni w Gruzji...
#7 PostWysłany: 25 Maj 2015 10:19 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Maj 2015
Posty: 89
Z mojej kilkudniowej podróży do Gruzji (będąc w Turcji wybrałem się ze znajomymi do Gruzji) pamiętam głównie ogromną gościnności Gruzinów. Żeby być dosłownym, chcąc się integrować z Gruzinami należy mieć w walizce zapasową wątrobę :)
_________________
http://skokispadochronowe-pl.blogspot.com
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: 3 dni w Gruzji...
#8 PostWysłany: 25 Maj 2015 10:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Gru 2011
Posty: 282
Loty: 135
Kilometry: 199 481
niebieski
Voitaz napisał(a):
Przy samym Placu Wolności udaje nam się trafić na ciekawą, całodobową knajpę z gruzińskim żarciem (jakaś ichniejsza sieciówkę) - o dziwo ciężko było nam znaleźć taką knajpę w tej okolicy. Nazwy nie powtórzę (wiadomo, makaroniki), ale trafić tam można po żółtym neonie, kawałek na prawo od Subwaya (patrząc od strony alei Rustaveliego). Ceny, zwłaszcza jak na lokalizację, dość niskie (niższe zauważalnie od warszawskich), a porcje solidne i smaczne. No i duży wybór wszelkiego rodzaju krajowych dań, ale również alkoholi (do niektórych zup jest w zestawie kieliszek czaczy).

Masz może na myśli tą sieciówkę: http://www.vdcapital.ge/en-machakhela ?
Bo jeśli tak, to również ją polecam. W kwietniu 3 dni się w nich stołowaliśmy. Porcje tanie, smaczne i duże :)
_________________
Nasze podróże: https://januszeontour.pl/
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: 3 dni w Gruzji...
#9 PostWysłany: 25 Maj 2015 20:21 

Rejestracja: 22 Maj 2015
Posty: 22
maciek89 napisał(a):
Voitaz napisał(a):
Przy samym Placu Wolności udaje nam się trafić na ciekawą, całodobową knajpę z gruzińskim żarciem (jakaś ichniejsza sieciówkę) - o dziwo ciężko było nam znaleźć taką knajpę w tej okolicy. Nazwy nie powtórzę (wiadomo, makaroniki), ale trafić tam można po żółtym neonie, kawałek na prawo od Subwaya (patrząc od strony alei Rustaveliego). Ceny, zwłaszcza jak na lokalizację, dość niskie (niższe zauważalnie od warszawskich), a porcje solidne i smaczne. No i duży wybór wszelkiego rodzaju krajowych dań, ale również alkoholi (do niektórych zup jest w zestawie kieliszek czaczy).

Masz może na myśli tą sieciówkę: http://www.vdcapital.ge/en-machakhela ?
Bo jeśli tak, to również ją polecam. W kwietniu 3 dni się w nich stołowaliśmy. Porcje tanie, smaczne i duże :)


Dokładnie tę samą... Zdjęcia dodam, muszę przebrać ;)

-- 25 Maj 2015 21:04 --

Dzień III (20.05)
Z samego rana ruszamy na śniadanie do ww. restauracji. Potem szybkie zakupy na bazarze na Suchym Moście (tanie pamiątki, możliwość targowania się, warto powoływać się na polskie pochodzenie ;) ) i ruszamy do Wardzi. Po drodze toast Walerianowym winem w świeżo zakupionych rogach. Dalej nie jest już jednak tak wesoło - droga od strony Tbilisi jest na długim odcinku fatalna i choć trasa jest krótsza od tej do Kutaisi o dobre kilkadziesiąt kilometrów, pokonuje się ją 1,5x dłużej. Warto o tym pamiętać. Wszystkim, którzy planują wypad do Wardzi proponuję drogę od strony Chaszuri-Borjomi-Achalciche. Nawierzchnia jest w znacznie lepszym stanie, no i jest trochę atrakcji po drodze (m. in. Borjomi, Atskuri, Achalciche, Sapara). Dość powiedzieć, że do Wardzi docieramy późnym popołudniem, po blisko 5 h jazdy po wertepach, które niegdyś były asfaltem. Jeśli gdzieś widać było dzikość Gruzji, to właśnie na tej trasie poprzetykanej z rzadka (ormiańskimi w znacznej części) wioskami, gdzie domy zdawały się rozpaść pod pierwszym mocniejszym podmuchem wiatru (oczywiście obok nich często stały auta za kilka moich rocznych pensji). Znaczna wysokość na której przebiega duża część trasy, powoduje, że jest tu nieco chłodniej, warto mieć jakąś bluzę na wszelki wypadek. Same góry są nieco inne niż te na północy (skaliste) czy te bardziej na zachód (porośnięte drzewami) - przypominają nieco wyższe partie Bieszczadów, porośniętych jedynie niską trawą. Krajobraz zdaje się przez to bardziej monotonny niż np. na GDW, choć i tak znacznie piękniejszy od Maka, którego mam za oknem na co dzień ;)
Do Wardzi docieramy głodni, zmęczeni i na w pół sztywni w stawach. To jednak co było później wynagrodziło nam trudy podróży ;) O tym jakie wrażenie robi skalne miasto pisał wiele nie będę, bo i wielu już tu o nim pisało, i o słowa w pełni adekwatne ciężko. 3 lari (dla studentów 1 lari) w stosunku do doznań z góry to cena wręcz śmieszna, a w bonusie dostajemy jeszcze drzewo w całości oklejone gumami do żucia. Później szybka obiadokolacja i jedziemy na załatwione przez Waleriana na w pół dzikie źródła termalne. W praktyce wyglądało to tak, że jeden stary Gruzin dokopał się do ciepłego źródła, podłączył pompę, zrobił wylewkę i obudował prowizoryczną szopą i postawił coś w rodzaju dużej palety jako przebieralnię. Dla nas frajda nieziemska, choć raczej nie dla salonowych piesków ;) Dość powiedzieć, że przez dziurę w suficie po jakimś czasie widać było pierwsze gwiazdy, a sprzed wejścia do szopy oglądać mogliśmy gasnące wraz z zachodem słońca skalne miasto. Coś pięknego. No i temperatura w basenie (45 st.), w połączeniu z powtarzanymi regularnie winnymi toastami szybko zrobiła swoje ;) Nawet (niezbyt intensywny) zapach siarki nam nie przeszkadzał, zresztą na cerę ponoć tak zdrowo ;)
Jako że zrobiło się dosyć późno raźnym tempem zmierzamy na lotnisko Kopitnari. Po drodze jeszcze postój przy twierdzy Rabati w Achalciche. Wiele osób pisało na forach, że miejsce to jest rozczarowujące, ale na mnie zrobiło jak najlepsze wrażenie (przynajmniej w nocy) i bardzo chętnie zwiedziłbym twierdzę w całości za dnia. Przykład twierdzy Rabati pokazuje jaki potencjał tkwi w gruzińskich zabytkach, gdyby tylko zainwestować w nie trochę pieniędzy (choć część komercyjna tutaj jest może aż nazbyt rozbudowana). No i spotkać pod twierdzą polskich studentów - bezcenne ;)
Po wszystkim już tylko przejazd na lotnisko i szybkie ostatnie piwo na 7 osób pod terminalem (no bo zostało, a przecież nie wyrzucimy!) ;)

Image
Image
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: 3 dni w Gruzji...
#10 PostWysłany: 31 Maj 2015 03:02 

Rejestracja: 22 Maj 2015
Posty: 22
A oto i obiecany słowniczek (już raz zacząłem go przygotowywać, ale niestety wylogowało mnie z forum i post poszedł psu wiadomo w co). Nie chcę uchodzić za wielkiego znawcę tematu, byłem tam w końcu raptem 3 dni. Jeśli ktoś chciałby coś poprawić albo uzupełnić to śmiało ;) Mam jednak nadzieję, że niektóre spostrzeżenia się komuś przydadzą.

ALKOHOL – przede wszystkim wino i czacza. Wina fanem ani znawcą wielkim nie jestem, piłem go w trakcie wyjazdu 3 rodzaje (dwa czerwone, jedno białe), wszystkie domowego wyrobu. Dwa z nich były dobre, jedno ohydne (przestałe, z posmakiem octu). Wszystkie wina domowego wyrobu (więc również te z bazarków itd.) są wytrawne, o smaku zauważalnie innym niż produkty świata zachodniego (ponoć to skutek innej całkowicie „technologii” produkcji). Koszt najtańszej butelki wina to jakieś 2-3 lari (czaczy może ciut więcej), ale nie ma się to nijak do naszych „kartonowych” win z dolnej półki. Wartościowa informacja dla osób jadących tylko z bagażem podręcznym – w sklepie wolnocłowym na lotnisku Kopitnari ceny miejscowych win zaczynają się od 4 euro (czaczy od 4,5), co nawet przy ichniejszej marży wydaje mi się ceną całkowicie akceptowalną.
Czaczy wypiłem wszystkiego 3 kolejki. Ot, zwykły, dobry bimber. Jak dla mnie powyżej średniej, ale niektórym nie smakował w ogóle. No i prawda jest taka, że można u nas, zwłaszcza na Podlasiu, upolować lepsze wyroby. Na półkach sklepowych z mocniejszych alkoholi dominują wódki rosyjskie oraz nasz Sobieski, można też kupić miejscowe lub ormiańskie koniaki.
Stosunkowo najwięcej jestem w stanie powiedzieć o piwach. W ciągu tych 3 dni spośród gruzińskich próbowałem Zedazeni (stosunkowo łatwe do zdobycia w Polsce), Natakhtari, Tbilisi, Kazbegi, Karvę i „34”. O pierwszych trzech nie ma co się rozpisywać – równie dobrze mógłbym napisać Tyskie, Lech, Warka. Kazbegi ma oryginalny, kwaskowy smak, który niektórym bardzo przypadł do gustu, mi jednak kompletnie nie smakowało. Karvę określiłbym jako piwo „zwykłe, ale dobre”, coś jak u nas Perła czy Namysłów. Być może smakowało mi po prostu dlatego, że sięgnąłem po nie po długim spacerze, a było dobrze schłodzone. „34” to po prostu dobra, umiarkowanie goryczkowa IPA. Ceny piw w sklepach zaczynają się od ok. 1,5 lari, standardem w knajpach jest 3 lari niezależnie od wybranego piwa. Dużą popularnością cieszą się piwa z Europy Zachodniej – Efes, Kaiser, Tuborg, Beck’s, Krombacher. Czymś całkowicie normalnym w sklepach są piwa w litrowych oraz dwulitrowych, plastikowych butelkach.

BEZPIECZEŃSTWO – o bezpieczeństwie na drogach już w zasadzie napisałem. Dodam tylko, że dużym problemem może być początkowo przechodzenie przez ulicę – liczcie się z tym, że samochody będą pędzić na was bez zwalniania do samego końca. W paru momentach w Tbilisi czekaliśmy po prostu aż zacznie przechodzić ktoś z miejscowych, bo sami byśmy się pewnie nie przebili.
Jeśli idzie o bezpieczeństwo osobiste – ani przez moment nie czuliśmy się w Gruzji zagrożeni. Owszem, w wielu miejscach natknąć się można na grupki młodych podpitych Gruzinów (m. in. w okolicach Narikali), które jednak kompletnie nie zwracały na nas uwagi. Pod tym względem nie jest na pewno gorzej niż u mnie na Muranowie, przynajmniej w miejscach popularnych wśród turystów ;) Można odnieść wrażenie, że informacja, że jest się z Polski miałaby też działanie łagodzące na ewentualne konflikty. Ciężko mi powiedzieć jak ma się sytuacja z kieszonkowcami czy innymi złodziejami – nie mieliśmy nawet za bardzo okazji, by się o tym przekonać. Żebraków jest dużo mniej niż się spodziewałem – pod większością świątyń (oraz w dzielnicy klubowej!) wystają co najwyżej niegroźne acz nieco upierdliwe „czarne wdowy”. Przez te 3 dni zaczepiło nas raptem dwoje żebrzących dzieci (jedno w Gori, jedno w Tbilisi na Alei Rustaveliego), w okolicy klubowej można też natknąć się na młodych chłopaków sprzedających kwiaty.
Tak w ogóle – Gruzja, na pierwszy rzut oka, wydaje się być państwem policyjnym. W niemal każdej najmniejszej wiosce znajduje się nowoczesny posterunek policji z niemniej nowoczesnymi autami pod nim. Policja gruzińska stylizowana jest na amerykańską (auta, krój mundurów) i prezentuje się wizualnie dużo lepiej od polskiej. Słyszałem gdzieś nawet, że swego czasu Amerykanie kopsnęli Saakaszwilemu trochę kaski na jej dofinansowanie, ale nie wiem ile w tym prawdy. W każdym razie policja, mimo że powszechna na ulicach, nie reaguje kompletnie w przypadku łamania zasad ruchu drogowego. Policjanci zdają się spełniać raczej rolę tych, którzy samą swoją obecnością zapobiegają poważniejszym naruszeniom prawa. Zawsze gotowi byli wskazać naszemu kierowcy drogę, a raz nawet, co już wspomniałem, eskortowali nas (na czerwonym świetle) do stacji benzynowej, kompletnie nie przejmując się pitym akurat w samochodzie piwem i niezapiętymi pasami. Ci spod lotniska Kopitnari mówili nawet dość płynnie po angielsku.
No i jeszcze jedna taka kwestia – poruszając się po Wardzi (w mniejszym stopniu po Uplisciche) warto mieć jakieś w miarę przyczepne obuwie (no może nie trekkingówki, ale też na pewno nie japonki). Ja w swoich vansach zjeżdżałem po wypłukanych wodą kamieniach jak po lodzie, mimo że akurat było bardzo sucho. Gruzini, co akurat sobie chwalę, nie przywiązują też przesadnej wagi do barierek ochronnych w takich miejscach – można więc (zwłaszcza w Uplisciche) wdrapać się tam, gdzie tylko Ci fantazja podpowie, choć warto zachowywać elementarną ostrożność.

CENY/ZAKUPY – generalnie Gruzja jest krajem nieco tańszym niż Polska. Śmiesznie tanie były noclegi w naprawdę fajnych warunkach. Paliwo (LPG) i benzyna, których jakby nie patrzeć potrzebowaliśmy sporo, są o jakieś 10-20% tańsze niż u nas. W restauracjach (poza Kazbegi) taniej jest o jakieś 20-30% (porównując miejscami reprezentacyjnymi). O alkoholu już napisałem, papierosy w obskurnych budkach albo od ulicznych sprzedawców (w Gruzji jarają wszyscy, w knajpach może to być problemem) kupić można już za 1 lari (czyli jakieś… 1,60 PLN ;) ), Camele czy Marlboro w sklepie to jakieś 4 lari. Pieczywo, słodycze, napoje wychodzą porównywalnie (może o kilka % taniej) względem Polski, asortyment w sklepach jest zresztą dość podobny i trudno raczej upolować coś regionalnego (a nie mówię wcale o sieciówkach!). Zauważalnie droższe są niektóre rodzaje wędliny czy sera (popularne są serki polskiej Lactimy) – bardziej opłacało nam się jeść na mieście niż samemu przygotowywać kolacje czy śniadania. Absurdalnie drogie są za to np. chipsy. Warto pilnować, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, dat przydatności do spożycia. Gruzini traktują je podobnie jak przepisy ruchu drogowego. Z całodobowymi knajpami i sklepami nocnymi nie ma, przynajmniej w Tbilisi, żadnego problemu – na naszej ulicy (a nie mieszkaliśmy w ścisłym centrum) było ich ze 4. Przy czym sklep nocny to nie tylko wóda i batoniki – to po prostu normalny osiedlowy sklepik czynny całą dobę, bez wygłupiania się z okienkami. W ogóle zdarzyło nam się widzieć czynny do północy sklep komputerowy czy… z zabawkami. Generalnie – dopóki w środku siedzą i gadają Gruzini, to znaczy, że otwarte.
Pamiątki kupować najlepiej na bazarze przy Suchym Moście (nie jest przy żadnej atrakcji, trzeba podejść), jest najtaniej, można negocjować, no i niektórzy sprzedawcy znają kilka słów po polsku. Sam bazar ma dwie części – jedną, bardziej turystyczną, z pamiątkami, oraz pchli targ, gdzie można kupić wszystko – od starego Zenita po gustowną maczetę. Mnie osobiście bardzo przypadło do gustu gruzińskie malarstwo – można wyróżnić co najmniej dwa jego charakterystyczne style – jeden nieco karykaturalny, popularny na suwenirach, ze specyficzną kreską rysowania postaci i drugi surrealistyczny, przywodzący mi na myśl karty do Dixit. Sporo stoisk z rękodziełem mija się też przy trasie Kutaisi-Gori – oferta wygląda tam na dość zestandaryzowaną, ale dokładnie nie powiem, nie zatrzymywaliśmy się przy żadnym.
W samym Tbilisi bankomaty (w zasadzie takie pro punkty obsługi finansowej) dostępne są na każdym kroku, o wiele gęściej niż np. w Warszawie, w Achalkalaki też nie mieliśmy z tym problemu. Nie wiem jak wygląda to z innymi bankami i jaka będzie prowizja, ale jak się okazało, w moim Pekao SA kurs wymiany złotówek na lari przy wypłacie wyniósł… 1,52. Co oznacza, że jeżeli ktoś ma konto w tym banku to zapewne, nawet przy większej prowizji, opłaca się pojechać do Gruzji z pustą kieszenią i wypłacić większy hajs jednorazowo na cały pobyt. Dwukrotnie, już na lotnisku, próbowałem również płacić kartą. Na jednym terminalu nie miałem z tym problemu, na drugim (w tej samej kawiarni) wyrzucało błąd połączenia, więc nie wiem…

DROGI – na ten temat sporo już powiedziałem. Główna droga przelotowa przez kraj (Kutaisi-Gori-Mccheta-Tbilisi) jest w dobrym stanie, od strony stolicy jest zresztą poszerzana, w wielu miejscach widać przygotowania do budowy nowych zjazdów i wiaduktów, widać, że coś tam powoli się z tym drogami dzieje. W zaskakująco dobrym, w stosunku do moich oczekiwań, stanie jest Gruzińska Droga Wojenna (poza jednym krótkim, może dwukilometrowym odcinkiem żwirówki, gdzie nawierzchnia akurat była wymieniana). O drodze Tbilisi-Wardzia już napisałem, mogę co najwyżej jeszcze nad nią zapłakać. Większość tras jest kręta i jednopasmowa, ale wszelkie trudności związane z ich pokonywaniem rekompensują na ogół widoki. Odnośnie Tbilisi – miasto jest dość zakorkowane – wyjazd z niego w godzinach przedpołudniowych może zająć godzinę lub nawet ciut więcej i warto brać na to poprawkę przy planowaniu tras. Nawet nocami ruch tam jest zauważalnie większy niż np. w Warszawie. Smutną regułą są leżące wzdłuż dróg (zwłaszcza na GDW i trasie do Wardzi) zwały śmieci, które psują ogólne wrażenie z podziwianych gór. Gruzini niestety nagminnie pozbywają się odpadków z auta przez okno w trakcie jazdy.

JEDZENIE – coś czym niektórzy się zachwycali, a innym podchodziło umiarkowanie. Ja jestem gdzieś po środku. Nie mogę narzekać, by cokolwiek (poza specyficznymi słodyczami i lemoniadą z estragonem) było niesmaczne, ale niektóre rzeczy po prostu „przyrządziłbym inaczej” ;) Osobiście spodziewałem się kuchni ostrzejszej, bliskiej tak lubianym przeze mnie kulinarnie Bałkanom, a dostałem kuchnię taką trochę „bulionową”. Wiele mięs smakuje jak wyciągnięte przed chwilą z silnie przyprawionego rosołu, popularnym dodatkiem jest czerwona fasola. O chaczapuri i chinkali napisano już dość, nie będę się rozwodził. W sklepach znaleźć można dużą różnorodność smaków lemoniad i soków, w tym soki z całymi owocami w butelce.

LOTNISKO – w Kopitnari. Przed powrotem do Polski nie niepokojeni przez nikogo (tuż obok policja) wypiliśmy pod terminalem piwo. Lotnisko jest malutkie i mimo nocnej pory przed naszym odlotem było na nim dość tłoczno (zajęte wszystkie leżanki). Po przylocie kontrola paszportowa jest formalnością. Nieco bardziej skomplikowana jest sprawa z odlotem. Najpierw należy udać się do Check-Inu, gdzie po obowiązkowym zważeniu bagażu i sprawdzeniu dokumentów, wymieniamy naszą kartę pokładową na inną, typową biletową. Z nią udajemy się do strażnika, który, po kolejnym sprawdzeniu dokumentów, przepuszcza nas do strefy kontroli bagażu. Sama kontrola, wbrew temu co pisali niektórzy, przebiega szybko i bezproblemowo, nie czepiali się niczego co mieliśmy w bagażach i nie kazali nawet zdejmować butów. Może, z uwagi na tłok, po prostu nie mieli czasu na czepialstwo. Ze sprawdzonymi bagażami udajemy się do kontroli granicznej. Tutaj po raz pierwszy zapytani zostaliśmy o paszporty – szczerze mówiąc nie wiem czy coś by się stało, gdybyśmy ich nie mieli – wszystkie poprzednie kontrole załatwialiśmy na dowodach osobistych. Ale nie widziałem, aby kogoś zatrzymywali, a zakładam, że niektórzy z Polaków jechali na samych dowodach. Przed samym wylotem, tuż przed opuszczeniem terminala Ci sami celnicy co przed chwilą sprawdzili nam paszporty po raz kolejny. Łącznie przejść więc należy przez PIĘĆ kontroli, co jest nieco upierdliwe i, przede wszystkim, dość czasochłonne – na samolot należy więc przybyć nieco wcześniej niż lecąc z Warszawy. Co warto zauważyć – część celników zna kilka słów po polsku („Dzień dobry”, „Dziękuję” itp.), podobnie zresztą można trafić w całej Gruzji. Warto więc odwzajemniać się Gruzinom tym samym i nauczyć paru podstawowych słów w ich języku – zauważalną przyjemność sprawia kasjerkom, gdy płacąc za zakupy mówimy „madloba”, a nie „spasiba” ;)

POGODA – w tej kwestii zostałem mocno oszukany. Prognozy mówiły, że w Tbilisi będzie jak w Warszawie – ok. 20 st. Było ponad 30, a ja… nie miałem krótkich spodni. Masakra. Zauważalnie chłodniej i bardzo wietrznie jest jedynie w górach, w okolicach radziecko-gruzińskiego obelisku i Przełęczy Krzyżowej. Jak mówił nam Walery – maj jest zazwyczaj w Gruzji najbardziej deszczowym miesiącem, a w tym roku jest tam zadziwiająco sucho.

RELIGIA – celowo nie używam słowa „wiara”, bo tego w ciągu 3 dni nie da się zmierzyć, nie da się ludziom zajrzeć w sumienia. Faktem jest jednak, że religijność odgrywa w Gruzji olbrzymią rolę. Czymś normalnym są przechodnie zatrzymujący się (nawet młodzi w nocy) przed cerkwiami, by uczynić trzykrotny znak prawosławnego krzyża. Podobnie czynił nasz kierowca. O młodych masowo (bez rodziców czy nauczycieli) odwiedzających świątynie po zakończeniu roku szkolnego już pisałem. Co warte odnotowania – do żadnej świątyni nie wejdziesz w krótkich ciuchach (to naturalne) i, jeśli jesteś dziewczyną, bez chusty. Aby wejść do Cminda Sameba musisz mieć dodatkowo spódnicę do kostek. Wszędzie jednak, gdzie byliśmy (Samtawro, Sweti Cchoweli, Jvari, Cminda Sameba) stoją przed świątyniami skrzynie skąd można takie elementy stroju wypożyczyć. W Cminda Sameba dodatkowo nie wolno robić w środku zdjęć.

ZABYTKI – żartowaliśmy ze znajomymi, pewnie nie my pierwsi, że nazwa kraju pochodzi od gruzów. O ile do niektórych atrakcji trzeba pokonać było dość żmudną drogę, sam wstęp do nich był bezpłatny lub śmiesznie tani (Uplisciche, Wardzia). Wyjątkiem było jedynie, niewarte swoich pieniędzy gdybyśmy mieli płacić, Muzeum Stalina. Minusem jest to, że wiele z atrakcji jest mocno zaniedbanych (Jvari, Ananuri) i tak naprawdę tylko Achalciche pokazuje jak mogłyby być piękne, gdyby je odpowiednio dofinansować.

ZWIERZĘTA – Po pierwsze bezpańskie psy. Tych jest sporo przy każdej z turystycznych atrakcji. Chociaż może określenie „bezpańskie” nie jest tu najwłaściwsze – one są własnością wspólną ;) Głodem w każdym razie raczej nie przymierają, żeber nie widać. W Uplisciche, w Jvari, częściowo w Wardzi – towarzyszył nam jakiś czworonóg. Generalnie psy w Gruzji są najczęściej sporych rozmiarów, są jednak absolutnie przyjacielsko nastawione i oprócz oczywistego żebrania o kanapki, łaszą się zwyczajnie i przewracają na plecy, by je głaskać i bawić się z nimi.
Po drugie owce i krowy. Jednych i drugich jest tam zatrzęsienie, są wszędzie, nawet przy Cminda Sameba krowy piją wodę ze „świętego” źródełka. Dwukrotnie (raz przy wyjeździe z Kazbegi, raz po drodze do Wardzi) zdarzało nam się przebijać z klaksonem przez liczące dobrze ponad setkę stada owiec. Zjeżdżając z Jvari zahaczyliśmy bokiem auta o jedną z blokujących drogę krów, ta jednak zbytnio się nie przejęła, kierowca również nie.
Warto również wspomnieć o dzikich kotach w Tbilisi (mają w tych wielkich pomarańczowych (!) oczach coś przerażającego) i jaszczurkach, które nie są co prawda wielkości jamników (jak napisał ktoś na forum ;) ), ale rzeczywiście są gdzieś tak 3x większe od polskich. Najwięcej było ich chyba w Uplisciche, tam natykaliśmy się na nie na każdym prawie kroku.

Image
Image
Image
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: 3 dni w Gruzji...
#11 PostWysłany: 30 Paź 2015 19:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Lut 2014
Posty: 32
Loty: 82
Kilometry: 136 565
Świetna relacja. Bardzo dużo przydatnych informacji.
_________________
http://zyciewpodrozy.pl
http://facebook.pl/zyciewpodrozy


Ostatnio edytowany przez Washington, 02 Lis 2015 15:23, edytowano w sumie 1 raz
Reklama, promowanie własnych stron internetowych, podawanie linków do innych, konkurencyjnych stron.
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 11 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group