Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 14 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
 Temat postu: 23 dni w Brazylii
#1 PostWysłany: 27 Gru 2015 22:25 

Rejestracja: 21 Sie 2014
Posty: 49
Loty: 33
Kilometry: 62 360
W sierpniu 2015 wyruszyliśmy w szczególną, bo poślubną, podróż. Naszym celem była Brazylia. Bilety na trasie Lizbona-Fortaleza i Fortaleza-CDG Paryż kupiliśmy korzystając z promocji znalezionej na fly4free.com: http://www.fly4free.com/deal/europe/business-class-flights-to-brasil-from-lisbon-or-paris/ Oferta spodobała nam się również ze względu na biznes klasę. Uznaliśmy, że w podróży poślubnej można pozwolić sobie na nieco więcej komfortu niż zwykle – chociażby tylko trochę więcej miejsca na nogi, fajniejsze jedzenie i prawdziwe sztućce. Zresztą linie o tajemniczej nazwie TACV nie zapowiadały opływania w luksusy, a i komentarze pod ofertą sugerowały jak może to wyglądać.
Jednak rzeczywistość okazała się nadzwyczaj zaskakująca. Gdy nadszedł wielki dzień odlotu, udaliśmy się lizbońskim metrem na lotnisko. Odnaleźliśmy właściwe stanowiska do oddania bagażu i wypatrywaliśmy kolejki dla biznes klasy. Nie wypatrzyliśmy. „Widocznie nie ma osobnej kolejki” - pomyśleliśmy. Jednak nieco nas to 'męczyło' i postanowiliśmy zapytać obsługę, która z mieszaniną zaskoczenia i oburzenia poinformowała nas, że w tym locie biznes klasy nie ma. Nie tracimy nadziei – odprawialiśmy się na pierwszy odcinek trasy: Lizbona – Praia – pewnie w drugim samolocie będzie! Decydujemy się jednak wyjaśnić tę sprawę w pobliskim okienku linii lotniczych. Tłumaczymy, okazujemy nasze karty pokładowe, ale patrzą na nas tylko mocno zdziwione oczy obsługującego... „W liniach TACV nie ma biznes klasy.” „Ale jak to nie ma? Przecież kupiliśmy na nią bilety?! Na klasę ekonomiczną była inna cena! (niższa...!)”, „To niemożliwe, nie ma u nas biznes klasy!” Przeglądamy wszystkie dokumenty jakie mamy... Okazuje się, że na żadnym e-tickecie ani dowodzie zakupu NIE JEST napisane magiczne słowo na b. Zszokowani i ze zwieszonymi głowami udajemy się do hali odlotów. Tak to poopływaliśmy w luksusy...
Lot na Wyspy Zielonego Przylądka odbywa się bez innych zaskoczeń. Lądujemy na Czarnym Lądzie. Pierwszy (ale chyba nie ostatni..?) raz stawiamy stopę w Afryce. Z samolotu udajemy się piechotą do budynku lotniska. Wchodzimy do niedużej hali. Zwiedzamy kilka stoisk z pamiątkami, alkoholami i gadżetami z Cesarią Evorą, kupujemy wodę w automacie przed którym mieszkanka Wysp prowadzi doraźną wymianę walut – automat przyjmuje tylko lokalne monety. Siadamy i czekamy... W sali robi się coraz goręcej – okazuje się, że klimatyzacja nie działa. Wokół lamp i wokół nas krąży coraz więcej much... A my wciąż czekamy. Próbuję spać. Niewygodnie. Po pewnym trudnym do określenia czasie powstaje duże zamieszanie. Jakieś ogłoszenie, po portugalsku. Nie rozumiemy. Od współpodróżujących dowiadujemy się, że jeden z dwóch lotów, które miały wystartować w podobnym czasie z Praia, będzie opóźniony - samolot ma awarię. Na szczęście to nie nasz lot, tylko lot do Recife. Z naszym podobno wszystko OK. Trochę zaniepokojeni próbujemy uzyskać informacje od obsługi. Nie mówią po angielsku. Zakłopotana tym faktem pani postanawia znaleźć nam kogoś kto mówi. Znika. Czekamy. Cała zdenerwowana po chwili wraca z młodym chłopakiem. Wyjaśnia nam sytuację. Miały być dwa loty, dwoma samolotami, jeden nie działa. Starają się upchnąć wszystkich pasażerów w jednym samolocie. Jak tylko to zrobią to wystartujemy. Z naszym samolotem „All is set-up”. Czekamy. Zastanawiamy się czy niektórzy będą podróżować na stojąco lub czy będą siedzieć nam na kolanach.. Po bardzo długim czasie rozpoczyna się odprawa! Obsługa jest już tak zmęczona i tak bardzo chce się już wszystkich pozbyć, że sprawdzanie kart i paszportów w zasadzie się nie odbywa. Ktoś pośpiesznie przerywa bilety niczym przy wejściu do kina i wypycha nas na płytę. Szczęśliwi, zmęczeni i GŁODNI udajemy się do naszego samolotu (tego samego którym przylecieliśmy z Lizbony) i zajmujemy nasze PREMIUM miejsca. Pasażerowie wsiadają i wsiadają, jednak w jakiś magiczny sposób dla każdego starcza miejsc. Siedzących! Wreszcie samolot rusza, jego składowe w znajomy już nam sposób zaczynają trzeszczeć, silnik wydaje niepokojące odgłosy, a już wkrótce stewardessa włączy film reklamowy z kasety VHS. A..! Jeszcze posiłek! Dostajemy bułkę. Z plasterkiem żółtego sera. Smacznego!

Image


Ostatnio edytowany przez octopuso 21 Maj 2016 21:36, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
wersus79 uważa post za pomocny.
 
 
 Temat postu: Re: 21 dni w Brazylii
#2 PostWysłany: 28 Gru 2015 17:43 

Rejestracja: 04 Sie 2014
Posty: 4
Zapowiada się ciekawie! Czekam na ciąg dalszy :)
Pozdrawiam
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: 21 dni w Brazylii
#3 PostWysłany: 28 Gru 2015 20:09 

Rejestracja: 21 Sie 2014
Posty: 49
Loty: 33
Kilometry: 62 360
Dzień 1

Tak naprawdę to raczej 'noc 1'. Do Fortalezy dolatujemy niewiele przed północą. Przechodzimy przez odprawę paszportową, wypełniamy kwit, dostajemy pieczątkę, jeszcze tylko spojrzenie w oko kamery i.. witamy w Brazylii! Hala przylotów niezbyt okazała, kilka sklepów już pozamykanych. Trzymamy kciuki, aby nasze bagaże wyjechały na taśmie i hurra! Udaje się! Zarzucamy więc plecaki na ramiona i idziemy. Przy wyjściu z lotniska odnajdujemy budkę, w której można zamówić taksówkę, opcja nieco droższa od łapania przed wejściem, ale z pewnością bezpieczniejsza. Jako że to nasza pierwsza przejażdżka i to nocna, a wiadomo, że po ciemku wszystko straszniejsze ;) decydujemy się na tę opcję. Płacimy za przejazd, a pani odprowadza nas do właściwej taksówki.
Nocleg, jeden z najtańszych na całej naszej trasie w Backpackers Ceara Hostel, zaklepany już wcześniej przez booking.com. Wraz z kierowcą szukamy z okien taksówki naszej destynacji i po chwili krążenia po Avenida Dom Manoel wreszcie udaje się odnaleźć miejsce nocnego spoczynku. Dzwonimy i pukamy kilkakrotnie, wreszcie po paru dobrych minutach schodzi właścicielka. Żegnamy się z taksówkarzem i przystępujemy do wypełniania check-inowych druków.
Mimo poźnej pory powietrze jest ciepłe, gęste i lepkie. Korzystamy z mrocznych pryszniców na końcu korytarza. Stwierdzamy, że obiecywane wi-fi działa słabo, więc kładziemy się spać - w końcu musimy wstać już ok. 7.

Image


Dzień 2

Udaje nam się nie zaspać. Wstajemy, pakujemy manatki i idziemy zorganizować sobie jakieś śniadanie (nie jest wliczone w cenę noclegu).

Image

W sklepie po drugiej stronie ulicy zaopatrujemy się w wodę (aż 3 R$!), kawałek ciasta i jakieś przekąski. Wracamy do hostelu i oczekujemy na przyjazd autokaru. Pierwszym po Fortalezie miejscem na mapie naszej podróży jest Jericoacoara. Rozważyliśmy różne opcje dostania się tam i ostecznie jeszcze przed wyjazdem zaklepaliśmy transport autokarem firmy Fortaleza Beaches skuszeni dowozem od drzwi do drzwi.
Wreszcie, z niemałym opóźnieniem, przyjeżdża po nas autobus, który wcześniej pozbierał już pasażerów z innych miejsc w Fortalezie. Jeszcze postój na stacji benzynowej, uzupełniamy zapasy żywnościowe, i ruszamy w drogę!

Image

Krajobraz za oknem z miejskiego stopniowo zamienia się dość nieokreśloną, buszowatą i raczej szaro-burą, jednostajną roślinność wzdłuż szosy. W tle widać zarys gór.

Image

Monotonia szybko mnie usypia. Budzę się, gdy autokar zatrzymuje się na przerwę obiadową. Zostajemy skierowani do restauracji Sao Paulo.

Image

Pod dachem wspartym na filarach usytuwana jest wielka „stołówka”. Stoły z gorącymi daniami self-service wyglądają bardzo zachęcająco, ale jest ok. 11, więc nie mamy specjalnego apetytu na typowo obiadowe danie. Kupujemy kawę i coś słodkiego.
Po kolejnych 3 godzinach kończy się utwardzona droga. Wysiadamy z autokaru i zostajemy upchnięci na 'paki' samochodów 4x4, którym niestraszne podłoże piaskowe. Bagaże przypinamy na dachu. Wkrótce naszym oczom ukazują się białe wydmy – przepięknie! Gdzieniegdzie widać kępy traw, jeziorka i przechadzające się dzikie osły i konie. Około półtorej godziny telepanki przez wzgórza i doliny i docieramy do rajskiej Jeri. Wita nas wyluzowana atmosfera, ślicznie jasny piasek, ludzie chodzący w japonkach, piękne kwiaty i palmy.

Image

Image

Zostajemy podwiezieni pod sam hostel.
Ze zwględu na popularność miejsca, ceny w Jeri są mniej więcej dwa razy wyższe niż w Fortalezie. Z tego powodu rezygnujemy z prywatności dwójki i decydujemy się na noclegi w dziewięcioosobowym pokoju w Vida Backpackers. Warunki są hostelowe, łóżka 3-piętrowe, a do każdego z łóżek jest przydzielona szafka. Poza tym łazienka w pokoju, wspólna kuchnia i wspólne przestrzenie na 'tarasie' z hamakami. Atmosfera jest bardzo luźna i przyjazna. Wszyscy się uśmiechają i oferują swoje porady. Postanawiamy od razu pójść na plażę. Jednak nasze marzenia o leżeniu na piasku szybko weryfikuje rzeczywistość. Plaża jest piękna, ale wiatr i zawiewany piasek absolutnie uniemożliwiają przyjęcie pozycji horyzontalnej. Nie wspominając o próbie rozłożenia ręcznika... W takiej sytuacji spacerujemy po piasku i wspinamy się na białą wydmę – Por-do-Sol, jedną z turystycznych atrakcji.

Image

Piasek jest bardzo przyjemny, mięciutki, zapadamy się w nim po kolana. Szkoda tylko, że wieje tak intensywnie, że dostaje się on wszędzie. Również w zakamarki nowego aparatu, którym mimo wszystko staramy się wykonać chociaż kilka fotek. Na wydmie spędzamy trochę czasu, zbieganie z niej lub zeskakiwanie daje dużą frajdę.

Image

Zaliczamy pierwszą kąpiel w oceanie i wracamy do hostelu. Po odświeżeniu się ruszamy w poszukiwaniu fajnego miejsca na kolację. Wspomagając się przewodnikiem, trafiamy do świetnej restauracji na jednej z mniej uczęszczanych uliczek Jeri. Zamówienie posiłku przysparza nam trochę kłopotów, kelnerka zupełnie nie mówi po angielsku, a my mamy znajomość jednie podstaw portugalskiego i nazwy potraw, a zwłaszcza dodatków do dań głównych, są dla nas zupełną nowością i nie do końca wiemy co zamawiamy. Wkrótce nasz stół zaczyna być zastawiany kolejnymi półmiskami - jest przepyszna ryba z grilla, są czipsy z batatów, świeża sałatka, ryż i cudowne soki.

Image

Najedzeni i szczęśliwi pytamy o możliwość płatności kartą. Odpowiedź wydaje się być zależna od tego komu zadawane jest pytanie... Rozumiemy, że można tak zapłacić, ale restaruacja nie ma własnego terminala tylko trzeba iść do sklepu. W końcu nasza kelnerka (kilkunastoletnia dziewczyna) bierze w dłoń rachunek i każe podążać za sobą. Okazuje się, że sklep znajduje się kilka przecznic dalej i jest jednym z dwóch supermarketów w miasteczku. Transakcja udana, dziękujemy i zagłębiamy się w nocne życie Jeri. Po wczesnym zmroku (ok. 17) centrum wypełnia się stopniowo ludźmi, otwierają się bary, restauracje, zaczynają występy muzyków, rozwijają się stragany z domowymi posiłkami, ciastami. Siadamy na ławce w 'ryneczku' i chłoniemy radosną, swobodną atmosferę.
Ten dzień był długi... To, że mimo wczesnej pory jest już tak ciemno wzmaga uczucie zmęczenia. Wracamy do hostelu.


Dzień 3

Wstajemy na śniadanie, które serwuje obsługa hostelu. Kawa, mleko, kilka rodzajów świeżych soków, owoce, bułeczki, marmolada, ciasto... Można się najeść!
Planujemy zacząć odwiedzanie głównych atrakcji Jeri i okolic. Oczywiście nasz hostel, jak i mnóstwo biur i prywatnych właścicieli 'buggy' oferuje swoje usługi w obwiezieniu po czołowych punktach zainteresowań turystycznych.

Image

Ceny jednak są dosyć wysokie i postanawiamy dotrzeć do miejsc najbardziej nas interesujących na własną rękę. Planem na dziś staje się Pedra Furada. Pytamy o radę jak najlepiej tam dotrzeć świetnie mówiącą po angielsku szefową hostelu, dziewczynę w naszym wieku. Okazuje się, że można tam dotrzeć pieszo – plażą, ale o tej porze już nastąpił przypływ i dotarcie do Pedry wymagałoby wspinaczki na skałki położone przy plaży, radzi nam aby wybrać się tam po odpływie, najlepiej na zachód słońca – piękne widoki murowane. Idziemy za jej radą i czas do popołudnia decydujemy się spędzić spacerując po miasteczku i plaży.

Image

Image

Image

Nadchodzi czas odpływu i wyruszamy do Pedry. Niestety nadal nie da się iść plażą, bo jest poprzegradzana kamieniami, a chodzenie po nich na pół brodząc w wodzie i w japonkach nie wydaje nam się najlepszą opcją. Wspinamy się na górę.

Image

Image

Słońce coraz bardziej zmierza ku zachodowi, więc przyspieszamy. Na szczęście udaje nam się dotrzeć w samą porę, jest tam sporo ludzi i ciężko o dobre foto.

Image

Ale widok jest piękny, słońce zachodzi prawie idealnie w 'dziurze' w skale. Już kilka minut po zachodzie, jakiś człowiek pilnujący tego miejsca(!?), pokrzykuje na turystów, ostrzegając przed szybko zapadającą ciemnością i doradzając wyruszenie w drogę powrotną. Na myśl o przebyciu tej samej trasy w ciemności robi nam się słabo, ale na szczęście okazuje się, że jest inna droga prowadząca do miasteczka.

Image

Podążamy za tłumem i wkrótce wraz z zapadnięciem ciemności docieramy do Jeri.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: 21 dni w Brazylii
#4 PostWysłany: 30 Gru 2015 23:27 

Rejestracja: 21 Sie 2014
Posty: 49
Loty: 33
Kilometry: 62 360
Dzień 4

Ostatni dzień w Jeri chcemy spędzić na PRAWDZIWYM plażowaniu. Wybieramy się do Jijoci – najbliższego większego miasta - skąd chcemy dotrzeć do, podobno, rajsko pięknego jeziorka – Lagoa do Paraiso. Żeby dostać się do miasta wystarczy wyjść na jedną z ulic/centralny plac w Jeri i zapakować się do samochodu 4x4, który odjeżdża gdy większość miejsc się zajmie. Koszt przejażdżki w jedną stronę to jakieś 15R$.
Mimo, że mieliśmy przewodnik Lonely Planet z 2013 (czyli najnowszy dostępny) to większość cen okazała się w rzeczywistości wyższa. Wg LP transport do Jijoci kosztował 8-10R$.
Korzystając z bytności w mieście kupujemy bilety w biurze Fretcar na autobus, którym kolejnego dnia pojedziemy do Parnaiby. Następnie chcemy dostać się do Lagoa. Decydujemy się po raz pierwszy w życiu na mototaxi. Mimo, że kierowcy nie jadą bardzo szybko, nierówna droga i konieczność przytrzymywania kapelusza aby nie sfrunął z głowy sprawia, że utrzymanie się na motorze okazuje się niełatwym zadaniem. Na szczęście już po kilkunastu minutach jesteśmy u celu. Ale i tak wszystkie mięśnie wydają się być obolałe. Zostajemy wysadzeni przy jednej z nadbrzeżnych restauracji. Naszym oczom ukazuje się piękna plaża z białym piaskiem, turkusowa woda, palmy, a wokół cisza, mało ludzi, na drugim brzegu zielono, darmowe leżaki, hamaki, parasole - iście rajsko!

Image

Image

Spędzamy leniwie popołudnie opalając się, pławiąc w słodkiej wodzie, bujając w hamaku, popijając wodę z kokosa i zjadając smaczny i całkiem niedrogi posiłek.
Ok. 16 wychodzimy na drogę, aby złapać jakiś transport i dotrzeć przed zmrokiem do Jeri.

Image

Niestety dopiero po jakichś 40 minutach wędrówki łapiemy auto. Szczęśliwi sadowimy się na workach z ryżem i kratach piw.
Uff.. a już przemykało nam przez myśl, że nic nie przyjedzie i będziemy wędrować tych 15 km w ciemności..

Trasa do Jeri z Jijoci:
Image

Docieramy do miasteczka niedługo przed zachodem słońca i czym prędzej biegniemy na plażę i wspinamy się wydmę, aby wraz z jakąś setką ludzi obejrzeć z niej ten spektakl – to absolutnie obowiązkowy punkt pobytu w Jericoacoara.

Image

Image


Dzień 5

Rankiem ponownie wyruszamy z Jeri do Jijoci. Tam czekamy na autokar Fretcar do Camocim. W tym mieście czeka nas kolejna przesiadka. Czas do odjazdu autobusu postanawiamy zająć sobie jedzeniem. Wybieramy jeden spośród 4 umieszczonych na niewielkim placu barów i zjadamy najtańszy lunch wyprawy.

Image

Wkrótce przyjeżdża nasz autokar, do Parnaiby dojedziemy z firmą Guanabara.
Gdy docieramy na miejsce już powoli robi się ciemno. Szukamy hotelu. Odwiedzamy kilka przy ulicy z dworcem i decydujemy się na ten z najniższą ceną, którą jeszcze udało się nam nieco stargować. Niestety jego standard jest również najniższy... Pousada Litoral. Ważne, że jest łóżko i śniadanie w cenie.


Dzień 6

Na śniadanie zostajemy wysłani do drugiego hotelu. Restauracja hotelowa świeci pustkami, ale bufet jest bogato zastawiony. Nie żałujemy sobie i z napełnionymi brzuchami idziemy na dworzec autobusowy dowiedzieć się czy tego dnia da się zobaczyć Deltę. Niestety, nasze nadzieje szybko się rozwiewają, a dodatkowo okazuje się, że publiczny transport do Lencois będzie kosztował nas jeszcze jeden nocleg przed Atins, do którego zmierzamy. W obliczu braku konkurencyjnych cenowo alternatyw, zrezygnowani decydujemy się na publiczne autobusy... W ostatniej chwili, gdy jesteśmy przy okienku i prosimy o bilety, woła nas kierowca, który wysadziwszy pod dworcem dwóch pasażerów jadących z nim z Jeri, szukał kogoś na ich miejsce w drogę do Lencois.
Upewniamy się, że wszystko jest legalne i wygląda bezpiecznie. Udaje nam się stargować cenę do niezłych 140R$ za osobę i pakujemy się do Toyoty. Będziemy u celu jeszcze tego dnia!

Początkowo pędzimy nudną autostradą. Wkrótce dojeżdżamy do Paulino Neves - tu jedna z pasażerek wysiada, a my mamy parunastominutowy postój.

Image

Image

W tej miejscowości kończy się utwardzona droga. De facto nie ma już ŻADNEJ drogi – dalej jedziemy plażą! Robi to niezwykłe wrażenie! Umykamy falom i robimy slalom wokół zatopionych pieńków, kierowca opowiada, że jakiś czas temu był tu las... Ciężko w to uwierzyć!

Image

Image

W końcu docieramy do Cabure skąd dalej można podążać tylko wodą. Cabure to niesamowite miejce, sprawia wrażenie jakby było końcem świata. Piasek i woda.

Image

Tylko jeden ośrodek z restauracją i niebotyczne ceny jedzenia... Ale za to jak smakuje!!
Nasz kierowca osobiście umawia nas z chłopakiem, który zabierze nas łódką do Atins. Po posiłku prowadzi nas do swojej małej łódeczki i odbijamy od brzegu. Atins to mała wioska położona na skraju parku narodowego Lencois Maranhenses, stąd planujemy eksplorować wydmy.

Image

Wysiadamy na zupełnie pustej plaży, chłopak prowadzi nas do poleconej przez siebie, najtańszej, Pousady. Negocjujemy z Tią Ritą, właścicielką, i ostatecznie udaje nam się obniżyć cenę o 20R$. Przez pierwszy dzień jest na nas obrażona. ;)
Resztę dnia spędzamy na spacerach po wiosce i plaży. Atins jest bardzo klimatyczne, położone jakby w całości na plaży. Piaskowe ulice nie są szczytem wygody, ale to one przyczyniają się do szczególności tego miejsca.

Image

Sama plaża jest bardzo przyjemna, prawie nie ma na niej ludzi, dopiero późnym popołudniem zaczynają schodzić się liczni kite- i wind-surferzy. Rozkładamy ręcznik na piasku i szybko znajdujemy towarzysza ;)

Image

Image

Image

Organizujemy sobie wędrówkę do Parku Narodowego na następny dzień. Ostatecznie 'los' pomaga nam zdecydować i wybieramy opcję 1-dniową. Przewodnik z naszej Pousady poleca nam swojego kolegę i umawiamy się na kolejny poranek.
Atins jest mocno odcięte od świata, okazuje się, że internet jest tylko w jednej restauracji i w świetlicy (?) przyszkolnej. Wybieramy się tam już po zmroku, miłe panie udostępniają nam hasło do sieci, i siadamy na zewnątrz wśród młodzieży wpatrzonej w świecące ekrany. Wokół ciemność.

-- 30 Gru 2015 23:02 --

Dzień 7

O 7 rano spotykamy się z przewodnikiem i wyruszamy na wędrówkę. Początkowo trudno nam go dogonić, bo narzuca szybkie tempo i wcale nie ogląda się czy nadal jesteśmy za nim ;). Stopy dość nieprzyjemnie zapadają się w piasek.. W japonkach niewygodnie, a na boso trochę niebezpiecznie.. W piachu widać wiele małych gałązek, ale także odpadków i szkła. Pozostajemy więc przy 'obuwiu' i użeramy się z tonami piasku przesypującymi się przez klapki i sporą ilością piasku zarzucanego nawet do pasa... To wszystko utrudnia szybki marsz, ale dzielnie walczymy i podążamy za przewodnikiem. Wkrótce do czynników niesprzyjających maszerowaniu dokłada się podnoszące się coraz wyżej słońce. Zaczyna być bardzo gorąco.

Image

Początkowo wędrujemy ścieżkami wśród domów, gospodarstw, przekraczamy most na rzeczce i wkraczamy w piaszczysty teren porośnięty kępami traw – jest biało-zielono.

Image

Image

Po około 1,5 – 2 godzinach docieramy do skraju Parku Narodowego.
Naszym oczom wreszcie ukazują się śnieżnobiałe wydmy i turkusowe jeziorka. Ich widok zapiera dech w piersiach, ciągną się aż po horyzont. Zaczynamy niekończącą się wędrówkę w górę i w dół.

Image

Image

Wspinamy się na wydmy, zbiegamy po ich stromych zboczach do poziomu jeziorek. Przy jednym z większych robimy postój. Nareszcie! Umawiamy się na godzinny odpoczynek i kąpiel w przejrzystej wodzie. W tym czasie nasz przewodnik znika za wydmą. Woda jest co prawda tylko do kolan, ale i tak cudownie odpręża (i chłodzi!!) po trudnej drodze.

Image

Wypoczęci, z nową energią ruszamy dalej. Góra, dół, góra, dół. Na horyzoncie pojawia się po pewnym czasie niebieski pasek oceanu. Zbaczamy znów w zieleń i docieramy do innego sporego jeziorka. Kolejny postój i kąpiel. Wkrótce wychodzimy na płaską powierzchnię z ubitym piaskiem i porośniętą niską trawą. Pojawia się sporo zwierząt – hodowlanych i dzikich.

Image

Tędy już bezpośrednio podążamy do oazy, gdzie robimy przerwę na obiad. Z dużą radością pijemy wspaniale zimną lemoniadę, zjadamy najsmaczniejsze grillowane krewetki na świecie i trochę odpoczywamy w hamaku.

Image

Po jedzeniu idziemy dalej, jeszcze trochę wędrowania po wydmach, jeden postój na kąpiel i zaczyna robić się szarawo.

Image

Uwieńczeniem całego dnia staje się zachód słońca, na który przewodnik prowadzi nas na świetną wydmę wcinającą się w zieloność. Jest magicznie.

Image

Image

Image

Po zachodzie wędrujemy już do wioski, zajmuje nam to ze 2 godziny, gdy wchodzimy do Atins jest już zupełnie ciemno, łatwo skaleczyć się w stopę jakąś sterczącą gałązką, a światło latarki denerwuje tylko przydomowe psy.
Wykończeni, ale szczęśliwi rozstajemy się z przewodnikiem pod naszą Pousadą.


Dzień 8

Cały dzień spędzamy na odpoczynku. Co prawda łażenia po piachu mamy już po dziurki w nosie, ale ponieważ już niedługo wrócimy do cywilizacji i asfaltu to i tak wybieramy się na plażę.

Image

Umawiamy poprzez Tię Ritę, transport na kolejny dzień. Podjedzie po nas o 5 rano publiczne auto czy raczej ciężarówka i zabierze nas do Barreirinhas.


Dzień 9

Dojazd do Barreirinhas jest dość uciążliwy, niesamowicie trzęsie, ludzi dużo. Po pokonaniu wydm docieramy do rzeki. Czeka nas przeprawa promem. Wysiadamy z auta.

Image

Ok. 7 rano docieramy do miasta. Kupujemy bilety na autobus do Sao Luis, ponownie cena nas zaskakuje, wynosi 44R$ za osobę zamiast wspominanych w LP 28R$...
W oczekiwaniu nań spacerujemy trochę po miasteczku.

Image

O 9 pojawia się autobus, a po 5 godzinach jesteśmy w Sao Luis. Od razu kupujemy bilety na nocny autobus do Belem, którym pojedziemy za trzy dni, i jedziemy autobusem miejskim do Casa Frankie - miejsca, w którym przez Airbnb zarezerwowaliśmy sobie noclegi. Dom bezgranicznie nas zachwyca. Wszystkie wnętrza są odrestaurowane z dbałością o najmniejsze szczegóły, wspaniałe drewniane podłogi, w kuchni ponad stuletnie kafle, stare meble, a przede wszystkim niesamowity styl i elegancja.

Image

Nasz pokój jest piękny, ma łóżko z baldachimem, poza tym w domu jest basen, a dodatkowo bardzo nas uszczęśliwia możliwość nieograniczonego korzystania z kuchni i pralki. Właściciel domu – Frank, jest bardzo sympatyczny, z chęcia opowiada nam o domu i udziela rad dot. zwiedzania miasta. Mimo zmęczenia ruszamy do centrum gdzie odbywają się obchody urodzin miasta. Jest kolorowo, wesoło, wszędzie mnóstwo ludzi, występy lokalnych artystów, stragany z jedzeniem i pamiątkami.

Image

Atmosfera jest fantastyczna. Nocne, stare Sao Luis zupełnie nas urzeka.

Image
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: 21 dni w Brazylii
#5 PostWysłany: 03 Sty 2016 23:44 

Rejestracja: 21 Sie 2014
Posty: 49
Loty: 33
Kilometry: 62 360
Dzień 10

Tak naprawdę najchętniej zostalibyśmy w Casa Frankie zamiast gdziekolwiek wychodzić ;) Spędzamy tu trochę czasu korzystając z dobrodziejstw domu, ale w końcu chęć poznawania miasta w nas zwycięża i wyruszamy.
Jest niedziela i z tego powodu miasto wydaje się być całkiem wymarłe. Prawie nie ma ludzi na ulicach, sklepy i restauracje są pozamykane na cztery spusty. Niektóre z muzeów są jednak otwarte. Odwiedzamy Centro de Cultura Popular Domingos Vieira Filho gdzie przemiła dziewczyna oprowadza nas po wszystkich piętrach XIX-wiecznej kamienicy i opowiada o eksponatach związanych z tradycyjnymi festiwalami odbywającymi się w mieście co roku, niestety mówi tylko po portugalsku...

Image

Ale mimo to, muzeum robi na nas duże wrażenie ukazując bogactwo kultury miasta i regionu. Później udajemy się do Casa de Nhozinho, gdzie obsługa już nie jest taka miła i mimo że jeden chłopak mówi po angielsku to pozostawia nas samym sobie. Szybko wychodzimy, mając wrażenie, że nie jesteśmy mile widziani. Odwiedzamy jeszcze Centro de Historia Natural e Arqueologia do Maranhao gdzie oglądamy wystawę paleontologiczną i archeologiczną poświęconą rdzennym mieszkańcom tego regionu. Wszystko bardzo nam się podoba. Idziemy także do Casa das Tulhas – targu w ciekawym XIX-wiecznym budynku. Jest również dość pusto, ale powolnie oglądamy różne stoiska. Próbujemy tutejszego specjału – suszonych krewetek i zaopatrujemy się w kilka drobnych pamiątek.

Image

Przed jednym z wejść do targu pani oferuje nam obiad, świeżo smażoną rybę, nie czujemy jeszcze głodu więc nie udaje jej się nas skusić.

Image

Pałac gubernatora – Palacio Leoes, który chcemy również zwiedzić czynny jest dopiero po południu. Idziemy więc z powrotem do Casa Frankie, wrócimy później – do centrum mamy na tyle blisko, że to nie problem przejść się raz jeszcze. Pałac robi na nas duże wrażenie bogactwem wystroju, piękne meble, podłogi, obrazy, ale ku naszemu zasmuceniu, oprowadzanie odbywa się tylko po niewielkiej części i trwa krótko. A do tego nie można robić zdjęć.

Palacio Leoes z zewnątrz: Image

Na zakończenie dnia udajemy się do katedry na mszę. Oczarowuje nas południowoamerykańska, niezwykle radosna atmosfera. Wychodzimy z katedry z szerokimi uśmiechami na twarzy.


Dzień 11


Image

Tego dnia zwiedzamy muzeum niewolnictwa – Cafua das Merces – które jest małe i skromne, ale wywiera na nas bardzo duże wrażenie.. Następnie udajemy się w kierunku handlowej części centrum. Sao Luis w poniedziałek ponownie nas zaskakuje - zupełnie inne miasto! Nagle wszędzie jest pełno ludzi, samochodów, wszystkie sklepy są pootwierane, stragany powystawiane na ulicach... Przedzierając się przez tłum, czujemy się prawie jak w Indiach. Chcemy kupić hamaki, które będą nam niezbędne podczas rejsu Amazonką. Frank poleca nam kilka sklepów i po ich odwiedzeniu udaje nam się dokonać korzystnego zakupu. Dwa hamaki za 70R$ - uznajemy to za dobry deal i jesteśmy bardzo zadowoleni :)

Image

Image

Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: 21 dni w Brazylii
#6 PostWysłany: 04 Sty 2016 20:21 

Rejestracja: 21 Sie 2014
Posty: 49
Loty: 33
Kilometry: 62 360
Dzień 12

Image

Ostatni dzień w stanie Maranhao spędzamy w Alcantarze. Miasteczku oddalonym od Sao Luis o 20 km drogą wodną – znajduje się po drugiej stronie Baia de Sao Marcos. Kiedyś była to stolica stanu, aż ciężko to sobie wyobrazić gdy patrzy się dziś na wielkość i wygląd miasta. Docieramy do Alcantary katamaranem... Bardzo buja (ciężko mają cierpiący na chorobę morksą...) i łatwo zostać zmoczonym. Miejscowość ma bardzo specyficzny klimat, który mocno nam się podoba.

Image

Zabudowa jest w dużej części XVIII-wieczna, jest tu wiele ruin – pozostałości po dawnych pałacach, kościołach. Alcantara wpisana jest na listę narodowego dziedzictwa Brazylii.

Image

Image

Idziemy na centralny plac Praca de Matriz, gdzie podziwiamy ruiny kościoła św. Mateusza, odwiedzamy muzeum przy placu, kościoły, ruiny pałacu i wiele innych pozostałości dawnej architektury.

Image

Gdy odpoczywamy usadawiając się na murku pozostałym po jakimś budynku, zaczepia nas pewien starszy pytaniem czy jesteśmy 'Brasilieros'. Okazuje się, że to czech, bardzo cieszy się ze spotkania i zaprasza nas na kawę i ciastko ;) Z radością opowiada nam o swoim życiu, skąd wziął się w Brazylii, on mówi po czesku, my po polsku, ale bez większych problemów udaje nam się wzajemnie zrozumieć. To niespodziewane spotkanie bardzo umila nam pobyt w Alcantarze. W końcu przychodzi czas naszego odpłynięcia, ruszamy wraz z panem w kierunku przystani. Po drodze stajemy przy jego domu, gdzie przedstawia nas swojej żonie (brazylijce), która jest niepocieszona, że nie może nas ugościć. Po solennych obietnicach stawienia się na obiad gdy tylko tam wrócimy.

Image

Idziemy na nasz powrotny katamaran. Zależy nam na sprawnym powrocie bo jeszcze tego wieczoru wyruszamy autobusem do Belem. Niestety pojawiają się przeszkody.. Gdy docieramy do przystani, okazuje się, że poziom wody jest jeszcze zbyt niski, aby katamaran mógł wystartować. Czekamy na pełnię przypływu. Po jakiejś pół godzinie start wreszcie jest możliwy. Tym razem siedzimy na samym przodzie, więc gdy jesteśmy już na szerszej wodzie, to co druga fala w nas uderza. Jesteśmy przemoczeni! Ech, okazuje się, że przypływamy z bardzo dużym opóźnieniem, więc pędzimy co sił w nogach do Casa Frankie, zabieramy rzeczy i lecimy na autobus → stacja → autokar. Uff! Zdążyliśmy! Nawet udaje nam się jeszcze kupić jakąś ciepłą przekąskę.

Trochę obawiamy się tej całonocnej podróży, w LP ostrzegają przed napadami na autobusy na tej trasie. W związku z tym poczyniliśmy liczne przygotowania mające zabezpieczyć nas przed ewentualnym rabunkiem. Powyjmowaliśmy karty z urządzeń, pieniądze porozkładaliśmy w licznych miejscach, a dokumenty schowaliśmy w kieszonkach pod ubraniem. Na szczęście dotarliśmy do Belem bez nieprzyjemnych przygód i to wszystko okazało się być zupełnie zbędne. Ale lepiej zawsze dmuchać na zimne!
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: 21 dni w Brazylii
#7 PostWysłany: 09 Mar 2016 22:54 

Rejestracja: 21 Sie 2014
Posty: 49
Loty: 33
Kilometry: 62 360
Dzień 14

Do amazońskiej metropolii dojeżdżamy z dwugodzinnym opóźnieniem wywołanym makabrycznymi korkami. Po porannej kawie postanawiamy udać się w okolice Praca da Republica do biura Amazon Star Turismo. Udaje nam się złapać odpowiedni autobus, a bileter informuje nas o zbliżającym się przystanku. Idziemy do biura kupić bilety na rejs do Santarem; pracownicy Amazon Star są bardzo mili i dobrze mówią po angielsku. Powołujemy się na mailową rezerwację, jeszcze tylko wycieczka do bankomatu (nie akceptują kart płatniczych) i mamy bilety!

Image

Image

Image

Następnie chcemy zobaczyć choć kilka atrakcji Belem. Siadamy na chwilę na zielonej Praca da Republica i decydujemy się przespacerować się do Top Sight wg Lonely Planet – Estacao das Docas. To stare doki, które kilka lat wcześniej zostały elegancko odnowione i przerobione na centrum konferencyjno-handlowo-restauracyjne. Zmęczeni wędrówką w upale, z ciężkimi plecakami z chęcią odpoczywamy i posilamy się w jednej z knajpek.

Image

Potem ruszamy w kierunku słynnego Mercado Ver-o-peso – robi naprawdę duże wrażenie ilością straganów i uporządkowaniem. Kierunkowskazy wskazują co w której alejce jest sprzedawane. Wszystkie stoiska są bardzo kuszące, a zwłaszcza te ze świeżo przygotowywanymi sokami i daniami. Zaopatrujemy się w owoce i orzechy, które będą naszym prowiantem na statku.

Image

Image

Wybrzeże przy którym usytuowany jest targ to bardzo ruchliwe, pełne ludzi, ptaszysk żerujących na resztkach ryb i niesympatycznego zapachu miejsce. Ostatkiem sił idziemy zobaczyć Catedral da Se i odpoczywamy w jej chłodnym wnętrzu.

Image

Mamy już dosyć wędrowania z obciążeniem, więc wstępujemy po ostatnie zakupy do supermarketu i ruszamy do portu, z którego ma odpłynąć nasz statek.
Ok. 17 udaje nam się w końcu zapakować na pokład Rondonii, która okazuje się być gigantycznym katamaranem. Postępując zgodnie z radami wyczytanymi w internecie i przewodniku, lokujemy się w oddaleniu od toalet, ale niestety blisko rufy... Zapach spalin będzie nam dokuczał przez nabliższe dni. Wieszanie hamaka okazuje się być sporym wyzwaniem... Mocujemy się z nim dobrą chwilę aż w końcu brazylijczyk rozłożony wraz z rodziną koło nas (swój hamak powiesił w ciągu minuty i już od 5 w nim dyndał patrząc na nas z politowaniem) postanowił nam pomóc i po chwili i my mogliśmy podyndać ;)
Na start Rondonii przyszło nam jeszcze poczekać 3 godziny, ale w końcu odbiliśmy od brzegu i wypłynęliśmy na szerokie wody Amazonki..
Zaśnięcie w hamaku przy hałasach silnika i zapachach spalin okazało się nie być łatwe, ale po trudach dnia w końcu udaje nam się zapaść w sen.
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: 21 dni w Brazylii
#8 PostWysłany: 11 Mar 2016 00:18 

Rejestracja: 21 Sie 2014
Posty: 49
Loty: 33
Kilometry: 62 360
Dzień 15

Dwa kolejne dni w całości spędzamy na statku.
O poranku budzi nas gwar na pokładzie - współpasażerowie wyrzucają do wody paczki z darami, po które łódkami podpływają ubodzy mieszkańcy nadbrzeżnych domostw. To rytuał powtarzający się za każdym razem, gdy większy statek przepływa przez końcowe odcinki Amazonki.

Image

Image

Czas na pokładzie upływa nam na wyglądaniu za burtę (widoki, mimo że dość monotonne, to zachwycająco piękne), obserwacji życia na pokładzie, rozmowach, czytaniu książek czy próbach opalania się na górnym pokładzie.

Image

Image

Żywimy się tym co kupiliśmy jeszcze na lądzie, w barze na pokładzie wyżej można dostać wrzątek lub poprosić o podgrzanie czegoś w mikrofalówce. Na statku co prawda jest stołówka i można kupić sobie posiłek, ale bazując na opiniach zebranych przed podróżą staramy się od tego powstrzymać. Wszystko przygotowywane jest na bazie wody z rzeki – wizja problemów żołądkowo-jelitowych nas przestrasza...

Image

Pierwszego wieczoru jesteśmy świadkami jednego z najpiękniejszych zachodów słońca widzianych kiedykolwiek! Statek przepływa akurat przez zlewisko kilku dopływów głównego nurtu rzeki, więc horyzont jest wyjątkowo szeroki. Słońce chowa się za linią lasu wywołując przepiękną przemianę kolorów nieba od błękitu, przez pomarańcz, czerwień i żółć do niebieskości, szarości i ciemnego granatu – jesteśmy wprost oniemiali z zachwytu.. Widok chwyta za serce. Pomimo cykania wielu zdjęć udaje się tylko w minimalnym stopniu uchwycić magię tej chwili, ale pamięć zachowa te obrazy :)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dzień 16

Image

Image

Image

Kolejnego wieczoru po kolejnym urokliwym zachodzie słońca rozpoczyna się armagedon... Jest już całkiem ciemno gdy siedzimy w barze i popijamy piwko. Przy świetle lamp kręci się coraz więcej owadów. W oddali widać i słychać burzę. Ilość insektów zaczyna narastać i wkrótce stają się prawdziwie uciążliwe. Zakańczamy więc posiedzenie i zmierzamy na nasz pokład – do hamaków – ale sytuacja wcale nie jest lepsza. Z chwili na chwilę ciem przybywa i wkrótce są ich, dosłownie, tysiące! Poza malutkimi ćmami o prawie przezroczystych skrzydełkach zaczynają pojawiać się 'większe sztuki' lądujące znienacka na podłodze... Wtedy wpływamy w burzę i zaczyna się ulewa... Z nieba leją się hektolitry wody. Obsługa stara się zabezpieczyć otwory w burtach płachtami z folii czekającej na takie okazje w postaci grubych rulonów pod sufitem, jednak silny wiatr co chwilę którąś zrywa i jakby wiadrami deszcz zalewa pokład. Woda szybko dociera pod nasze hamaki, ale całe szczęście plecaki leżą na drewnianych paletach stanowiących suche wyspy pośród spływającego wodą pokładu. Ulewa uśmierca co słabsze owady i na podłodze pojawiają się kałuże pełne utopionych ciem... Odpływy w umywalkach są zatkane przez spływające tam owady... MAKABRA! Po kilkudziesięciu minutach ulewa się kończy i obsługa przystępuje do ogarniania statku... Pan z miotłą, jak bardzo absurdalnie by to nie brzmiało, zamiata wodę i ćmy... Jeszcze tylko czasem jakiś zabłąkany 5 centymetrowy chrabąszcz mignie pod nogami, ale najgorsze za nami. Owinięci w koce i ukryci w hamakach zapadamy w niespokojny sen...

Image
Góra
 Relacje PM off
macq91 lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: 21 dni w Brazylii
#9 PostWysłany: 12 Mar 2016 16:55 

Rejestracja: 21 Sie 2014
Posty: 49
Loty: 33
Kilometry: 62 360
Dzień 17

Ostatni poranek na Rondonii. Mieliśmy dopłynąć do Santarem o świcie, dlatego budzimy się wcześnie i dzięki temu możemy podziwiać wschód słońca. Przybijamy do brzegu z parogodzinnym opóźnieniem, ale nie przeszkadza nam to. Nie bardzo mieliśmy pomysł co o 5 rano moglibyśmy robić w Santarem.

Image

Po trzech dniach pierwszy raz stawiamy stopy na lądzie, ale nie na długo. Naszym kolejnym celem jest Fordlandia, do której dostać się można jedynie rzeką. Dowiadujemy się, że łódź płynie 12h i wyrusza o 16. Mamy więc sporo czasu do wykorzystania na zapoznanie się z Santarem. Kupujemy bilety, idziemy zobaczyć nasz stateczek i zostawiamy na nim bagaże. Radośnie odciążeni ruszamy w miasto. Postanawiamy zobaczyć wszystkie atrakcje wymienione w przewodniku w zatrważającej liczbie dwóch sztuk! Odwiedzamy katedrę, w której akurat trwa układanie kwiatów na zbliżającą się ceremonię ślubu. Chcemy zwiedzić Museu de Santarem, ale niestety jest zamknięte, udajemy się więc do drugiego - Museu Dica Frazao. Muzeum znajduje się w domu prawie 100-letniej Pani Frazao i prezentuje kolekcję wykonanych przez nią ubiorów; wszystkie są z naturalnych surowców – liści palmowych, traw. Staruszka poruszająca się na wózku pokazuje nam każdy z eksponatów, opowiada z czego i jak wykonywała stroje. Mówi oczywiście po portugalsku, ale bardzo stara się żebyśmy ją zrozumieli więc powtarza po wielokroć i upewnia się, że cokolwiek pojmujemy ;) Wizyta w tym muzeum jest dla nas bardzo ciekawym przeżyciem. Samo w sobie jest dość nietypowe, a do tego jeszcze wspaniałe opowieści staruszki – to wszystko składa się na obudzoną w nas fascynację historią i kulturą tego regionu. Napełnieni dobrą energią idziemy napełnić brzuchy ;) Wybieramy miejsce opisywane w przewodniku jako domowe, tanie jedzenie. Okazuje się, że jedzenie nie dość, że tanie i w dużej ilości to po prostu przepyszne! Zdecydowanie polecamy lokal Delicias Caseiras w Santarem! <3
Około 14.30 idziemy już na nasz statek, mocujemy hamaki i czekamy na odbicie od brzegu. Po chwili na pokładzie zaczyna robić się gęsto i przed startem hamak wisi ściśle obok hamaka.
Jeszcze kolacja na górnym pokładzie i tradycyjne oglądanie zachodu słońca, a potem niezwłocznie idziemy spać, wszak już o 4 trzeba zejść na ląd!

Image
nabrzeże Santarem

Image
wnętrze Museu Dica Frazao

Image
nalepsze jedzenie w Brazylii – Delicias Caseiras :)

Image
..i znów płyniemy – górny pokład naszego statku
Góra
 Relacje PM off
macq91 lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: 21 dni w Brazylii
#10 PostWysłany: 17 Mar 2016 17:10 

Rejestracja: 21 Sie 2014
Posty: 49
Loty: 33
Kilometry: 62 360
*Fordlandia

Fordlandia to szczególne miejsce na naszej trasie. Pomimo, że dotarcie tam nie jest najłatwiejsze i zajmuje sporo czasu, zafascynowani historią tego amerykańskiego miasteczka pośrodku dżungli, zdecydowaliśmy się podjąć ten trud i zobaczyć je na własne oczy.
Miasto założone zostało w 1928 roku przez Amerykanów. Teren miał posłużyć pod uprawę kauczukowców, które miały przyczynić się do zmniejszenia kosztów produkcji opon do samochodów Henry'ego Forda. Amerykanie przypłynęli do wybranego miejsca, zwanego później Fordlandią, i zbudowali typowe miasteczko w amerykańskim stylu – były wodociągi, elektrownia, nowoczesny szpital, osiedla domów dla pracowników, wille dla kierowników, szkoła dla ich dzieci. Na terenie osady zbudowano wielkie, wyposażone w nowoczesne maszyny hale produkcyjne, w których wytwarzany miał być cenny lateks. Interes ruszył, niestety po niedługim czasie okazało się, że wybór terenu nie był dobry. Plantacje kauczukowców podupadły, a wśród pracowników raz po raz wybuchały bunty. Postanowiono przenieść plantację w inne miejsce, do Belterry. Amerykanie opuścili miasteczko pozostawiając po sobie wszystkie budynki i sprzęty...

Dzień 18

Budzimy się przed 4, aby nie przegapić naszego przystanku. Pakujemy się pospiesznie, zwijamy hamaki. Już po chwili wyrzucamy bagaże na pomost i wyskakujemy ze statku. Odpływa, a my sami pośród ciemności zostajemy na pomoście. Jesteśmy w Fordlandii! Na lądzie rysuje się kształt wielkiej hali. Przy brzegu spotykamy szykującego się na łów rybaka, który wskazuje nam miejsce gdzie możemy rozwiesić hamaki i dotrwać do świtu. Idziemy za jego radą, rozwijamy hamaki, zabezpieczamy plecaki i zapadamy jeszcze na krótko w sen. Budzimy się po 6, jest już jasno i panuje nieco większy ruch.

Image

Image

Zjadamy resztki prowiantu, pakujemy manatki i żądni wrażeń ruszamy w miasteczko. Najbardziej kusi nas największy kompleks hal z charakterystyczną wieżą ciśnień. Okazuje się, że teren jest ogrodzony, a tabliczka na bramie stanowi, że wstęp wzbroniony bez zezwolenia odpowiednich władz... Niezrażeni podchodzimy do strażnika – portiera i pytamy o możliwość wejścia. Początkowo odmawia nam, ale po chwili, zupełnie nie wiadomo z jakiego powodu, zmienia zdanie, zarzuca na ramię plecaczek i stwierdza, że nas oprowadzi! Zostawiamy duże plecaki i ruszamy za nim. Portier zamienia się w przewodnika i oprowadza nas po kolejnych budynkach. Schodzimy pod ziemię do małego pomieszczenia, w którym znajduje się system zawiadujący rozprowadzaniem wodę z pobliskiej wieży ciśnień. Brazylijczyk pokazuje nam zbiorniki, liczniki, pokrętła, zawory i z dumą udowadnia, że system jest wciąż sprawny - odkręca kilka zaworów i niemal stuletnia maszyneria ożywa, a nasze uszy wypełniają się hukiem wody spuszczanej ze zbiornika wieży wypełniającej stare rury.
Gdy doprowadza nas do stóp wieży i zachęca abyśmy na nią weszli jesteśmy przeszczęśliwi! Umęczyliśmy się bardzo po marnym śniadaniu, wchodząc poobijaliśmy kolana, ale świadomość bycia w tym miejscu i wspaniały widok z góry wynagradza nam ten trud.

Image

Image

Image

Wkrótce 'przewodnik' zostawia nas i sami ruszamy na dalszą eksplorację. Sporo czasu spędzamy łażąc po zakamarkach hal i odkrywając kolejne pamiątki ciekawej historii tego miejsca. Oglądamy amerykańskie tokarki i inne narzędzia wciąż używane przez miejscowych, są też wraki starych samochodów, sprzęty z miejscowego szpitala czy ławki ze szkoły. Do bardziej zaskakujących odkryć należą trumna, tony orzechów gnijące na górnym piętrze jednej z hal czy inkubator.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W końcu opuszczamy teren i idziemy wreszcie porządnie się posilić. Planujemy zjeść w jedynym znanym nam miejscu przyjmującym przyjezdnych – Pousada Americana. Docieramy w ostatnim momencie wydawania śniadania i na szczęście udaje nam się na nie załapać. Ciepłe bułeczki, owoce, kawa, słodycze i banany z ogrodu za domem smakują wspaniale i dają energię na dalsze odkrywanie Fordlandii. Rozmawiamy z właścicielem i jego żoną, mówią nam co warto jeszcze zobaczyć, udzielają informacji o powrotnej łodzi, a także pokazują własne skarby z zakładów Forda.

Image

Zachęcają nas do powrotu na obiad, zostawiamy więc u nich bagaże.
Idziemy w miejsce szpitala, który niestety bezpowrotnie utracił dawną formę... W posiadanie przejęła go dżungla.

Image

Image

Image

Image

Spacerujemy czerwonymi drogami, zachwycamy się domami w amerykańskim stylu i czerwonymi hydrantami. Docieramy do szkoły. Zaglądamy do różnych pomieszczeń, klas, gdy docierają do nas dźwięki orkiestry dętej. To dzieci radośnie ćwiczą na szkolnym boisku.

Image

Image

Image

Image

Image

Wracamy na obiad, po którym właściciel Pousady oferuje, że zabierze nas do ostatniej kluczowej atrakcji – alei z willami dla kierownictwa amerykańskiego przedsięwzięcia. Wkrótce przechadzamy się starymi chodnikami podziwiając to, co pozostało z dawnego piękna tych domów. W większości wyglądają na zamieszkane – gdzieś poszczekuje pies, gdzie indziej gra muzyka. Przed niektórymi kwitną kwiaty, w oknach suszy się pranie... Wyobrażamy sobie jak kiedyś musiało to wyglądać.

Image

Image

Image

Niestety zbliża się czas naszego powrotnego rejsu więc wracamy do Pousady po bagaże, żegnamy się i zmierzamy nad rzekę. Tym razem popłyniemy expressem i zajmie to tylko 4 godziny zamiast 12. Późnym wieczorem docieramy do Santarem i mimo pewnych trudności udaje nam się złapać autobus do Alter do Chao – kolejnego (i ostatniego) celu na naszej mapie.
Gdy wysiadamy w miasteczku festa trwa w najlepsze, na ulicach gwar, kolorowo, mnóstwo ludzi, muzyka, stragany z jedzeniem. Nieco zdezorientowani zaczynamy poszukiwanie noclegu. Chodzimy po pousadach, hotelach i niestety wszystkie pokoje są zajęte, nawet miejsc na hamak nie ma! W końcu jednak udaje się znaleźć skromny dach nad głową ;)

Przed nami wypoczynek w amazońskim kurorcie i wyczekiwana wycieczka do lasu deszczowego.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: 23 dni w Brazylii
#11 PostWysłany: 20 Kwi 2016 21:44 

Rejestracja: 21 Sie 2014
Posty: 49
Loty: 33
Kilometry: 62 360
Dzień 19

Pierwszy dzień w Alter do Chao spędzamy leniwie. Przenosimy się do wcześniej zarezerwowanego hotelu po drodze odwiedzając sklep z rękodziełem mieszkańców miasta i różnych plemion indiańskich. Jest z czego wybierać! Niezliczone ilości dzbanków, miseczek, talerzyków, posążków, masek, wioseł, biżuterii i innych wprawiają nas w osłupienie i sprawiają, że spędzamy tam bardzo dużo czasu zanim udaje nam się na coś zdecydować.

Image

Po zameldowaniu się w Pousada Ximango i zamianie kilku zdań z właścicielem, który poza tym, że nazywa się Paulo Coelho i, oczywiście, fascynuje się piłką nożną to jeszcze uwielbia Polaków (Boniek! Lewandowski!); wracamy do centrum i przedostajemy się na Ilha do Amor. To znana plaża, która w porze deszczowej staje się wyspą z jednej strony obmywaną wodami Lago Verde a z drugiej Rio Amazonas. Mimo że jest wrzesień i zazwyczaj w tym miesiącu można przejść na plażę suchą stopą, musimy skorzystać z przewozu łodzią bo poziom wody jest bardzo wysoki. Między brzegiem a wyspą kursuje bardzo wiele łódek i praktycznie od razu się wsiada, opłata wynosi 5 reali niezależnie od ilości osób na łódce (max. 5), dobrze mieć drobne, żeby w razie czego z łatwością rozliczyć się ze współpasażerami. Po jakichś 5 minutach już wysiadamy na biały piasek.

Image

Image

Z uwagi na długi weekend na wyspie jest bardzo dużo ludzi. Jednak po kilku minutach spaceru w głąb cypla znajdujemy większy kawałek wolnego miejsca i swobodnie się rozkładamy. Na plaży jest bardzo wiele barów sprzedających alkohole, soki, przekąski i większe dania, a dodatkowo co chwilę słychać nawoływania wędrownych sprzedawców oferujących suszone owoce i inne słodycze. Na opalaniu się i pluskaniu w jeziorze upływa nam popołudnie i przy zachodzie słońca wracamy do centrum Alter do Chao. Czas na posiłek! Wybieramy jedną z restauracji znajdujących się przy placyku stanowiącym najwyraźniej kulturalne centrum miasta. Zamawiamy egzotyczną pizzę z pesto i bananami oraz sok z szerokiej gamy owoców, a na placu rozpoczynają się przygotowania do występów amatorskiej grupy aktorów.

Image

Wracamy do naszej Pousady i przygotowujemy się na kolejny, ekscytujący dzień.

Image
Gość spotkany podczas spaceru po Alter ;)


Dzień 20

W tym dniu spełnia się jedno z naszych marzeń – stawiamy stopy w lesie deszczowym. Wyprawa do dżungli jest bardzo ważnym elementem naszej podróży dlatego postanawiamy na niej nie oszczędzać i wybieramy najlepszego, polecanego w internecie i w LP, przewodnika – Gila Serique'a. Jeszcze przed wyjazdem rezerwujemy termin i omawiamy wstępny plan naszej wycieczki. Mamy tylko 1 dzień, ale Gil obiecuje pokazać nam jak najwięcej.
Ok. 8 spotykamy się u niego. Z lornetkami i zapasem wody pakujemy się do jego samochodu i wyruszamy.

Image

Jedziemy na przedmieścia Santarem gdzie przy zalanych polach czeka na nas współpracownik Gila – rolnik, który podczas pory deszczowej zmienia się w wioślarza i na swojej łódce zabiera nas do zalanej części lasu. Z zachwytem chłoniemy otaczający nas krajobraz - wyrastające ponad taflę wody trawy i krzaki, ptaki siedzące w gąszczu, czy ukazującą się na moment spod wody iguanę. Wkrótce wpływamy pomiędzy wysokie drzewa i nasz sternik z maczetą w dłoni walczy o miejsce dla łódki pośród gałęzi i pajęczyn. Jest wspaniale, otaczają nas odgłosy lasu mącone tylko pluskiem poruszanych wioseł, słońce wpadające pomiędzy gałęziami odbija się w lustrze wody i nadaje niemal magiczny wygląd tej scenie. Nagle wiosłujący zauważa w koronach drzew COŚ. Wraz z Gilem decydują, że to rzadki okaz mrówkojada – mrówkojad karłowaty. Zajmuje nam z 10 minut znalezienie z pomocą lornetek małej włochatej kulki zawiniętej na jednej z gałęzi... Wypatrywanie zwierząt w ich naturalnym środowisku to nie kaszka z mleczkiem, tylko naprawdę trudne zajęcie... Uwieczniamy zwierzątko na zdjęciach i płyniemy dalej. Po chwili udaje się wypatrzeć leniwca, nawet widać jego pyszczek ;)

Image

Image

Image
Nasz wioślarz

Image
Mrówkojadek

Image
Leniwiec :)

Image

Image

Po jakiś 2 godzinach wracamy do auta i jedziemy na obiad. Gil zabiera nas do polecanej przez siebie, przydrożnej, samoobsługowej 'stołówki' z daniami na wagę. Potrawy wyglądają przepysznie, a wybór jest ogromny, więc mój talerz bardzo szybko się przepełnia i waży najwięcej. Na szczęście obiad mamy w cenie wycieczki! ;) Po obiedzie wypijamy po małej kawce i jedziemy w kolejne miejsce. Teraz czas na pieszy spacer po dżungli. Gil zabiera nas do Floresta Nacional (FLONA) do Tapajos (czyli Lasu Państwowego). Ironiczne zdanie wypowiedziane przez przewodnika „Do dżungli najłatwiej dotrzeć jadąc śladem wielkich ciężarówek” okazuje się smutną prawdą. Zaraz po przekroczeniu szlabanu wjazdowego widzimy wielką polanę, pościnane drzewa i ogromne tiry wyładowane pniami... Wjeżdżamy głębiej w las, aż docieramy do miejsca, w którym Gil spędził swoje dzieciństwo. Jego dziadkowie byli Indianami i ich domem była dżungla, trudnili się zbieractwem, polowaniem, mieszkali w szałasie. Dziś szlaki dawnych wędrówek znaczą tylko drzewa. Przewodnik pokazuje nam różne owoce, drzewa, prezentuje w jaki sposób pozyskuje się kauczuk. Udaje nam się również zobaczyć stadko kolorowych papug siedzących na gałęziach. Zanim poderwą się do lotu i krzykiem znikną w gąszczu prezentując nam przez krótką chwilę wdzięczne ruchy wielobarwnych skrzydeł, udaje nam się cyknąć parę zdjęć.

Image
Wjazd do FLONA łatwo poznać po wyjeżdżających stamtąd ciężarówkach...

Image
Pierwszy widok po wjeździe do lasu

Image
Kolorowe papużki wśród liści

Image

Image
Owoc kakaowca

Image
Najlepszy przewodnik po Amazonii – Gil Serique

Image

Image

Las jest fascynujący, rośliny rosną bardzo gęsto, na ciele co chwile siada jakiś owad, w gorącym powietrzu unosi się specyficzny zapach i, co najciekawsze, jest bardzo głośno! Słychać niesamowity i niepowtarzalny zlepek odgłosów owadów, ptaków i innych zwierząt, tworzący jakby metaliczny, nieustanny dźwięk...
Chcielibyśmy zostać tam jeszcze dłużej i dalej przedzierać się przez gąszcz, wypatrywać zwierząt...
Przejeżdżamy w inne miejsce – Gil chwali się, że jako jedyny przewodnik ma dostęp do wybudowanej w środku lasu przez NASA wieży, używanej aktualnie do celów naukowych. Wspinamy się na szczyt metalowej konstrukcji i znajdujemy się ponad szczytami drzew. Zieleń po horyzont. Zauroczeni wypatrujemy wśród koron ptaków. Podobno można tu zobaczyć tukana! Nam udaje się wypatrzeć ptaka w nierzeczywistym, turkusowym kolorze.

Image
Widok z wieży

W powrotnej drodze do Alter do Chao przejeżdżamy przez Belterrę („drugą” Fordlandię). Z okiem samochodu widzimy, że jest dużo większa i bardziej zadbana niż Fordlandia. Odmalowane domy, wybrukowane drogi i kwitnące kwiaty robią bardzo pozytywne wrażenie.

Image
Belterra

O zachodzie słońca wracamy do siedziby Gila w Alter, sympatyczni turyści nocujący w wynajmowanych przez niego pokojach wciągają nas w rozmowę i w rezultacie zostajemy na kolacji. Gil robi nam mojito, a jego kuzyni przygotowują jedzenie. Atmosfera jest świetna, rodzinna, aż nie chce nam się wracać do naszej Pousady :)

Image
Zachód słońca widziany z domu Gila


Dzień 21

Nasz ostatni dzień w Alter do Chao decydujemy się spędzić na spokojnym plażowaniu. Po śniadaniu w Pousadzie idziemy do centrum, odwiedzamy kilka sklepików – to ostatnie chwile na zakup pamiątek ze stanu Para - i przeprawiamy się na Ilha do Amor. Dziś jest tu zdecydowanie mniej ludzi.

Image

Image

Image

Image

Na słodkim lenistwie upływa nam połowa dnia, około 15 zaczynamy się zastanawiać jak dotrzeć na lotnisko w Santarem, z którego o 4 wylatujemy do Fortalezy. Uświadamiamy sobie, że dotarcie tam transportem publicznym w nocy może być trudne. Wracamy na ląd, zjadamy coś w jednej z restauracji i po raz ostatni idziemy do Pousady. Pytamy Paulo o najlepszy (i najtańszy) transport na lotnisko o tej porze. Informuje nas, że można dojechać autobusem do centrum handlowego, które znajduje się niedaleko lotniska i dopiero tam złapać taksówkę. Wdzięczni za rady zabieramy nasze bagaże, żegnamy się z Paulo i jego żoną, robimy sobie wspólną fotkę i opuszczamy Pousada Ximango.

Image
Pożegnalne zdjęcie z Paulo Coelho - miłośnikiem Polaków;)

Gdy dochodzimy do przystanku autobusowego jest już całkiem ciemno. Po dłuższym oczekiwaniu autobus do Santarem wreszcie przyjeżdża. W połowie drogi wysadza nas pod rzeczonym centrum handlowym. Jest późno, ciemno, a my stoimy przy ruchliwej drodze, próbując złapać taksówkę. Upływa kilkanaście minut i mija nas kilka taksówek, zanim udaje nam się którąś zatrzymać. Szczęśliwie koło 23 dojeżdżamy do lotniska i mamy ponad 4 godziny do wykorzystania... Co tu robić? Lotnisko to jedna hala w połowie zamknięta na czas remontu. Na jej wyposażenie składają się plastikowe krzesełka i kilka stanowisk check-inu. Na szczęście na zewnątrz są ze dwa kioski oferujące całą gamę przekąsek i napojów oraz kilka stolików. Siadamy przy jednym z nich i oglądamy mecz w telewizorze podwieszonym nad ladą.


Dzień 22

Udaje nam się dotrwać do odlotu posiadując i polegując w nudnej hali. Okazuje się, że trasa lotu przebiega nad Lencois Maranhenses, więc jeszcze raz, tym razem z góry, możemy podziwiać ten magiczny krajobraz.

Image

Z lotniska w Fortalezie wydostajemy się autobusem i zmierzamy do zarezerwowanego wcześniej hostelu. Okazuje się, że Albergaria Hostel ulokowany jest wśród gęstwiny wieżowców, bardzo blisko jednej z plaż – Praia de Iracema. Chwilę odpoczywamy w pokoju i idziemy na spotkanie z Fortalezą. Decydujemy się na spacer plażą. Tutaj Fortaleza wydaje się być spokojnym, plażowym miastem. Pogoda jest piękna, ludzi niewiele, tylko czasem mija nas grupa uczniów czy spacerująca para. Po jakimś czasie dochodzimy do molo – Ponte dos Ingleses.

Image
Deptak przy Praia de Iracema

Image
Przedłużenie Ponte dos Ingleses

Image

Wkrótce opuszczamy plażę i zagłębiamy się w krzyżówki ulic. W jednym z barów siadamy na późne śniadanie. Po zaspokojeniu głodu idziemy zobaczyć nieliczne 'Sights' wyróżnione w przewodniku. Odwiedzamy muzeum sztuki współczesnej, w którym oglądamy całkiem ciekawą wystawę o brazylijskich kowbojach. Następnie zmierzamy do Mercado Central. Chcemy kupić jeszcze kilka pamiątek, ale nadmiar stoisk i bezustanne zaczepki sprzedających utrudniają to niby proste zadanie. Niestety typowo pamiątkowe stoiska zasypane są produktami 'Made in China'... Skupiamy się więc na produktach spożywczych.
Po zjedzeniu lodów opuszczamy ten przybytek i wracamy do hostelu. Odpuszczając poszukiwanie restauracji decydujemy się na kolację w hostelowym barze i jesteśmy bardzo zadowoleni - dania są bardzo smaczne, a ceny zupełnie przyzwoite.
Zanim zakończymy przedostatni dzień naszej podróży idziemy na wieczorny spacer.

Image

Zaskakuje nas, że tym razem zupełnie inaczej odbieramy Fortalezę. Mamy wrażenie, że miasto odsłoniło przed nami zupełnie inną twarz – oświetlone wieżowce wzdłuż plaży, ludzie na ulicach, gwar, muzyka... Podoba się nam to!


Dzień 23

Fortaleza to miasto słynące ze swoich plaż. Gdy weźmie się pod uwagę fakt, że to nasz OSTATNI dzień w Brazylii – od razu wiadomo jak go spędziliśmy!
Jak plażować to na najlepszej plaży. Wybieramy polecaną przez obsługę hotelu i przewodnik Praia do Futuro. Dojeżdżamy do niej autobusem. Jest cicho, bardzo mało ludzi, mamy wrażenie, że jesteśmy w innym mieście. Plaża jest bardzo szeroka, z jaśniutkim piaskiem, palmami i zupełnie niezatłoczona. To będzie piękny dzień! :)

Image

Image

Image

Rozkładamy ręczniki na piasku, opalamy się i kąpiemy w Oceanie, który jest bardzo burzliwy. Wskakiwanie w fale sprawia dużą frajdę, ale siła z jaką w nas uderzają sprawia, że nie raz zostajemy wciągnięci całkowicie pod wodę i przeciągnięci po ostrym dnie..
Plażowanie kończymy podrapani piaskiem i spieczeni słońcem.
W powrotnej drodze do centrum nasz autobus zatrzymuje policja. Początkowo myślimy, że jest jakiś wypadek, objazd, ale policjanci wchodzą do autobusu i każą wysiąść wszystkim mężczyznom. Po kolei każą panom oprzeć się rękami o bok pojazdu i rozstawić nogi – sprawdzają każdego! Na szczęście nic nie znajdują, wszyscy wracają do środka i możemy jechać dalej. Uff, a napędzili trochę strachu...
Wysiadamy przy większym sklepie i zaopatrujemy się w jeszcze trochę brazylijskich przysmaków.

Image

Gdy wracamy do centrum już jest całkiem ciemno, idziemy do pobliskiej restauracji na ostatnią kolację - zjadamy pyszne owoce morza i popijamy wspaniałym świeżym sokiem.



O 23.59 nasz samolot wzbija się w powietrze. Poranna przesiadka na Wyspach Zielonego Przylądka tym razem odbywa się bez przygód, jest tyle samolotów ile być powinno, a w dodatku działa klimatyzacja! Wieczorem lądujemy na lotnisku CDG w deszczowym Paryżu. Zdecydowaliśmy się na wykupienie noclegu w jednym z bliskich i nietanich hoteli w Roissy, bo kolejny lot mamy następnego dnia wcześnie rano. Do domu docieramy dopiero popołudniem kolejnego dnia po przesiadce w Warszawie.


Podsumowanie

Nasza brazylijska przygoda trwała 23 dni. Przemierzyliśmy około: 1800 km autobusami, 750 km katamaranem i 1800 km samolotem – w sumie prawie 4500 km. Poznaliśmy zgiełk wielkich miast z gęstwiną wieżowców, spokój brukowanych uliczek i XVI-wiecznej zabudowy kolonialnych miasteczek i leniwe życie wiosek, do których nie docierają drogi; chodziliśmy po białym piasku wydm i wśród soczystej zieleni lasu deszczowego; przeżyliśmy mnóstwo wspaniałych chwil, poznaliśmy wielu ciekawych ludzi, a nasze żołądki zaznały pysznej brazylijskiej kuchni. To wszystko jest jednak tylko ułamkiem tego, co ten wielki kraj ma do zaoferowania, jedynie ledwo odkryty rąbek bogatej historii i wielobarwnej kultury.
Zrobiliśmy kilka tysięcy zdjęć, nagraliśmy parę godzin filmów i zgromadziliśmy wiele wspomnień nie do uwiecznienia materialnie, smaków, zapachów, emocji. To wszystko ożywa w nas na nowo co jakiś czas i przypomina o sobie zachęcając do powrotu, aby przemierzyć kolejne tysiące kilometrów i odkryć następne cuda Brazylii.


Jeśli interesują Was szczegóły naszej podróży, informacje o hotelach, przejazdach czy kosztach, piszcie, pytajcie – postaramy się jak najlepiej odtworzyć to w naszych głowach i Wam pomóc! :)
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 Temat postu: Re: 23 dni w Brazylii
#12 PostWysłany: 27 Kwi 2016 01:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Lip 2010
Posty: 2704
srebrny
w Hostelu Albergaria w Fortalezie pierwszy raz w zyciu widzialem 3 poziomowe łóżka : )
_________________
"lepiej nie jechać i nie żałować niż jechać i żałować" - Tony Halik
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: 23 dni w Brazylii
#13 PostWysłany: 30 Kwi 2016 17:32 

Rejestracja: 21 Sie 2014
Posty: 49
Loty: 33
Kilometry: 62 360
rw30 napisał(a):
w Hostelu Albergaria w Fortalezie pierwszy raz w zyciu widzialem 3 poziomowe łóżka : )

My korzystaliśmy z takich w Alter do Chao ;) Trochę ciasno, ale poza tym niczego nie brakowało.
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: 23 dni w Brazylii
#14 PostWysłany: 30 Gru 2016 21:12 

Rejestracja: 29 Paź 2012
Posty: 49
Loty: 31
Kilometry: 47 622
Super relacja, aż dziw że taki mały odzew lajkowo-postowy :)
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 14 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group