Fly4free.pl

Pierwszy raz widziałam Dubaj 13 lat temu, a ostatni przed chwilą. I tym razem zdjęłam różowe okulary

Foto: Archiwum Prywatne, Jeff Tumale/Unsplash
Burj Khalifa było dopiero w budowie, podobnie zresztą jak metro, Dubai Mall był jeszcze przed otwarciem, a Emirates nie latał do Warszawy – taki był Dubaj, gdy odwiedziłam go pierwszy raz – w 2008 roku. Dwie wizyty później i niespełna dwa tygodnie od ostatniej, wcale nie jawi mi się już tak spektakularnie jak kiedyś. A o tym, co się zmieniło i dlaczego tak bardzo, chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć.

Jakieś 20 minut wcześniej w ekspresowym tempie wyjechałam windą na 124 piętro Burj Khalifa. Spektakularnego budynku, który można zobaczyć nawet z odległości 100 km. Najwyższego na świecie,  ukochanego przez instagramerki, wymarzonego przez szejków, podziwianego przez wielu turystów. Przy okazji od razu dementuję jakoby nie było tu kanalizacji – to zwykły fake news, który może i zrobił furorę na wykopie, ale poza tym nie ma nic wspólnego z prawdą.

Co chwilę zmienia się pula ludzi, którzy zrobią sobie podobne zdjęcia (to nie hejt, też takie mam!), wjadą, pooglądają, zjadą i będą lżejsi o te 130 PLN. Odchodzę na bok i siadam w metaforycznym kącie, choć przy szybie ze spektakularnym widokiem. Czekam na zachód słońca i dociera do mnie, że potrzebowałam trzech wizyt w Dubaju, żeby w końcu trafić na ten „architektoniczny dach świata”, który uważa się za jego największą atrakcję.

Ale też potrzebowałam trzech wizyt, żeby się z Dubajem oswoić. Żeby spojrzeć na niego nie przez różowe okulary, w których odbija się wyłącznie blichtr, przepych i bogactwo, ale też zauważyć jego absurdalność, trudną historię „zza kulis” i w wielu momentach zwyczajną przaśność.

Foto: Aneta Zając / Archiwum Prywatne

Moja brama do „wielkiego świata” okazała się być złota

Pierwszy raz trafiłam do Dubaju w 2008 roku, czyli (olaboga) 13 lat temu. Od razu z przytupem, bo spędziłam tutaj niemal dwa tygodnie włócząc się także po okolicznych emiratach. A że dolar kosztował wtedy niewiele ponad 2 PLN – atrakcje stały przede mną otworem i niewielu rzeczy musiałam sobie odmawiać. Ba, przez wiele lat dzięki temu uważałam Dubaj za naprawdę tanie miejsce. Dziś ta podróż wydaje mi się być absolutną abstrakcją i szaleństwem – tyle czasu w miejscu, które inni obskakują w 24 h? I to w sierpniu, gdy temperatury z lekkością przebijają 40°C? Jak? Dlaczego akurat tam? Co mną kierowało? Nie pytajcie, dziś trudno mi odpowiedzieć na te pytania i pozostaje śmiać się z własnej głupoty.
 
Ale jednocześnie to był początek mojej podróżniczej drogi w kategorii dalszych wyjazdów. Owszem, byłam wcześniej tu i tam, pozwiedzałam trochę Europy, widziałam Egipt czy Izrael. Ale to Dubaj – o czym wtedy jeszcze nie wiedziałam – miał się stać symbolicznym startem regularnych podróży „gdzieś dalej”. Bramą do szeroko rozumianych kierunków egzotycznych. Moim pierwszym zderzeniem z „wielkim światem”, bo takim mi się wtedy wydawał.

Pamiętam swój szczery zachwyt tym miejscem. W tym 2008 roku Dubaj naprawdę wydawał mi się być miejscem z przyszłości albo z filmu pod tytułem „co by było, gdybym mógł wydawać pieniądze w nieskończoność”. Stok narciarski w centrum handlowym jawił się jako niezwykła (choć nieco komiczna) i mocno nierealna fanaberia. A jednak tu stał. Burj al Arab – jedyny siedmiogwiazdkowy hotel świata (tak go wtedy określano) był kluczowym i najbardziej charakterystycznym punktem wybrzeża, a sztuczna wyspa-palma, na której wtedy dopiero oddawano pierwsze budynki do użytku – przyciągała tłumy turystów. To były rzeczy, których świat dotąd nie widział.

Dopiero budowano metro, o bezpośrednim połączeniu Emirates z Warszawy nawet nie marzyliśmy, a Burj Khalifa – choć można było już ją zobaczyć, była jeszcze daleka od ukończenia. Mówiło się wtedy, że ¼ dźwigów z całego świata, pracuje właśnie tutaj, w Dubaju. I to było widać, bo drapacze chmur wyrastały z ziemi naprawdę wszędzie tam, gdzie człowiek popatrzył. Na każdym kroku widzieliśmy najbardziej luksusowe samochody, o których dotąd mogliśmy co najwyżej poczytać czy posłuchać w programach motoryzacyjnych. To było bogactwo, blichtr i rozmach, z jakim nigdy wcześniej nie miałam do czynienia.

Foto: Aneta Zając / Archiwum Prywatne

Przez lata utwierdzałam w sobie ten obraz

Czy to było miejsce do klasycznego zwiedzania? Nie – tak samo jak nie jest teraz. Ale że poza naturą i najpiękniejszymi krajobrazami świata, od zawsze lubiłam też wielkie miasta – Dubaj robił na mnie gigantyczne wrażenie. Tak, tym abstrakcyjnym bogactwem również. Nie zazdrościłam ani nie pożądałam go. Po prostu mnie zadziwiało. Zwłaszcza, gdy myślałam, że jeszcze w latach 60. była tu tylko mała wioska poławiaczy pereł i pustynia.

Drugi raz wpadłam tu naprędce, zaledwie na kilka godzin w trakcie przesiadki do Bangkoku – już w 2016 roku. Burj Khalifa stało, ale udało się je tylko zobaczyć z zewnątrz, bo bilety wyprzedane. Do tego szybki spacer po marinie, próba nie zgubienia się w Dubai Mallu i cyk, z powrotem do samolotu. Niewiele czasu na wyrobienie sobie nowej opinii, niewiele czasu na refleksję.

W efekcie obie te wizyty sprawiły, że zapamiętałam Dubaj (a potem utwierdzałam w sobie tę wizję) dokładnie tak, jak go przedstawiano wielokrotnie. Przez pryzmat słowa „naj”. Każde doniesienie o Dubaju oznaczało, że dzieje się tam coś „najlepszego”, „największego”, „najszybszego” itd. Wiedziałam, że jeśli tylko coś fajnego istnieje na świecie, to tam na pewno za chwilę też będzie można to zobaczyć.

Aż przyszedł 2021 rok, a ja ruszyłam relacjonować EXPO2020. Do trzech razy sztuka mówią – i to okazało się być prawdą. Gubiłam nogi, ograniczałam sen do minimum i narzuciłam sobie spektakularne tempo. Bo wbrew temu, co się zwykło mówić – ja uważam, że w Dubaju naprawdę jest co zobaczyć i jest co robić. Ale to nie są ani zabytki, ani natura (może z małymi wyjątkami), a wiele zależy od budżetu – i z tego trzeba sobie zdawać sprawę.

Foto: Archiwum Prywatne, Jeff Tumale/Unsplash

13 lat później, złoty kurz już nieco opadł

Chodziłam mniej i bardziej znanymi sobie ścieżkami i nie robiły już na mnie takiego wrażenia jak 13 lat temu, gdy widziałam je pierwszy raz. Od tamtej pory wielkie miasta pojawiały się w moich wojażach regularnie, a niejedno wyprzedzało swoje czasy o lata świetlne (jak chociażby Singapur). Dubaj zaś nagle zaczął wydawać się spektakularnie… przaśny?

Nie odmawiam mu rozmachu, blichtru i widzę przecież, że niejedno miejsce ocieka tu złotem, że niejedno nadal robi efekt „wow”, a liczbami, ciekawostkami i rekordami można zapisać cały notes. Ale dziś jakieś to wszystko takie… jak z parku rozrywki. Zbudowane, by cieszyć oko, ale i Instagram. Budujemy budynki, które będą kultowe same w sobie, a potem budujemy inne – z tarasem widokowym – by tym pierwszym można było zrobić zdjęcie. Jedno z nielicznych miejsc klasycznego zwiedzania, czyli niewielkie, ale urocze Muzeum Dubaju – zamknięte, bo w remoncie. Mall of Emirates (wtedy taki spektakularny) nie odstaje dziś już od naszych galerii handlowych, a koło gigantycznego akwarium z rekinami i płaszczkami w Dubai Mall przechodzę z mocno mieszanymi uczuciami. Fajnie, że ma 10 mln litrów wody i jest największym wewnętrznym akwarium świata, a w środku możemy zobaczyć 33 tys. ryb i innych morskich stworzeń. Ale czy w 2021 roku takie rzeczy (tak jak i delfinaria) to nie jest czasem trochę obciach?

Dziś jestem też już o wiele bardziej świadoma tego, co za kulisami. Gdy patrzę na Burj Khalifa widzę nie tylko najwyższy budynek świata, jego elegancję i spektakularność, ale też 4 USD dziennie, które według doniesień mieli zarabiać niewykwalifikowani pracownicy w trakcie jego budowy. Dziś moja wiedza o tym miejscu jest znacznie bardziej rozbudowana, a to co dzieję się „za kulisami”, nie pozwala już aż tak podziwiać tego, co widzimy na dubajskiej turystycznej scenie. A przynajmniej nie pozwala mi patrzeć na nią bezkrytycznie.

Rozczarowują mnie nawet „głupie” fontanny pod Burj Khalifa. Gnałam na pokaz, bo zapamiętałam go jako jedną z fajniejszych atrakcji w Dubaju i przede wszystkim jako najlepszy pokaz tego typu jaki widziałam na świecie. Wtedy trwał ok. 10 minut, a za pokład służyły m.in. popularne piosenki (jak chociażby „Thriller” Michaela Jacksona czy „I will always love you” Whitney Houston). A dziś? 3 minuty bardzo zachowawczego podkładu i po sprawie. I tylko tłumy ciągle takie same.

Foto: Aneta Zając / Archiwum Prywatne

Czy wrócę do Dubaju? No pewnie!


A mimo tego wszystkiego w 100 procentach rozumiem, co przyciąga do Dubaju ludzi – ba, przecież sama naprawdę go lubię. Szejkowie zadbali bowiem, by był to świat w miniaturze dostępny na wyciągnięcie ręki. Knajpy z całego świata, rozrywki z całego świata, sklepy i marki znane wszystkim i wszędzie. Śmieję się, że tylko tutaj mogę zobaczyć długą KOLEJKĘ stojącą do Cartiera. Tutaj możesz (prawie) wszystko w jednym miejscu. Dziś opalasz się na w modnym beach clubie, do którego wstęp kosztuje 250 PLN albo jesz steka ze złotem u Nusr-Eta za ponad 1300 PLN, jutro jeździsz na nartach i łyżwach, a pojutrze siedzisz w totalnie lokalnej arabskiej knajpie w starej części Dubaju i za 10 PLN jesz posiłek, który będzie Ci się śnił po nocach.

Nadal wiele rzeczy jest „naj” – największych, najlepszych, najszybszych, najnowocześniejszych. Niewiele do zwiedzania, wiele do „konsumowania” i czystej rozrywki. Ciągle się tu coś buduje, ciągle powstają nowe atrakcje. Pięknie rozbudowała się marina, Dubai Frame przyciąga coraz więcej gości, jutro otworzy się Ain Dubai, czyli gigantyczne młyńskie koło. Metro zyskuje nowe stacje, Time Out market otwarty kilka miesięcy temu sprawił, że możecie spróbować skróconego menu wielu najlepszych restauracji bez rezerwowania stolika, a EXPO2020 jest absolutnie zjawiskowe.

Nadal będzie robić efekt „wow” u niektórych i nadal będzie rozczarowywać innych. Jedni nigdy nie zrozumieją jego fenomenu, inni (w tej grupie jestem ja) będą go traktować jako ciekawostkę i świat w pigułce, do którego miło od czasu do czasu wrócić, a niektórzy będą bezkrytycznie się zachwycać. I każdy z nas będzie miał trochę racji.  

Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.
Na sam koniec brakuje jeszcze grupy osób, które nie chcą i nie pojadą tam nigdy. Ja się do nich zaliczam. Dubaj mnie odpycha. Nie chcę w żaden sposób wspierać kraju w którym kobieta ma cały czas status kozy i kraju który w dzisiejszych czasach posiadając taki ogrom pieniędzy pomiatał i pomiata nadal biednymi ludźmi min. z Indii. O totalnym wynaturzeniu seksualnym zapasionych bosów nawet nie wspominając. Mając tą wiedzę nie potrafiłabym tam być, spędzać wakacji. A ta cała akcja PRowa (pod tytułem: jesteśmy otwarci, nowocześni i tolerancyjni) na którą wydali pewnie majątek, zamiast wspomóc żyjących w nędzy sąsiadów jest już totalnym (jak dla mnie oczywiście) nie obrzydlistwem. 
JPoland, 21 października 2021, 16:56 | odpowiedz

porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »