“Kupiłem tani bilet za stówę, ale kosztował mnie 400 złotych”. Ryanairze i inne tanie (ale drogie) linie, robicie to źle!

Dzięki ostatnim decyzjom low-costów zapewne już wkrótce wśród pasażerów wróci moda na ubieranie się “na cebulkę”, aby zaoszczędzić na bagażu. Likwidacja darmowego bagażu podręcznego to kolejny krok w złą stronę. Zapewne nie ostatni – już teraz niektóre z historii pasażerów związane z dodatkowymi opłatami przyprawiają o wielki ból głowy.

Decyzji Ryanaira o tym, że rezygnuje z darmowego dużego bagażu podręcznego, spodziewałem się już od dłuższego czasu. To była logiczna konsekwencja gróźb Michaela O’Leary’ego z ostastnich miesięcy, który twierdził, że pasażerowie biorą na pokład połowę swojego dobytku, nie przestrzegają limitów wagowych ani dopuszczalnego rozmiaru walizek i że muszą się poprawić.

Jeśli nie – groził Michael O’Leary – nie będzie można zabierać darmowego bagażu podręcznego na pokład. Jak pomyślał, tak wkrótce zrobił. Duży bagaż podręczny na pokład mogli brać tylko Ci, którzy wykupili priorytetowy boarding lub inne taryfy premium. Ale Ryanairowi ciągle było mało.

Czego mało? Za mało pasażerów, którzy chcieli płacić za przywilej zabrania walizki na pokład. Choć to akurat wierutna bzdura – według ostatnich danych “priorytet” wykupuje 30 proc. wszystkich pasażerów Ryanaira, czyli co trzecia osoba wsiadająca na pokłady samolotów irlandzkiej linii. I jeśli taki odsetek pasażerów to dla Ryanaira mało, to wypada zapytać, jaki byłby satysfakcjonujący?

Do tego dodajmy jeszcze wzrost produktów “PLUS” – w ciągu pół roku liczba pasażerów korzystających z namiastki klasy biznes w low-coście zwiększyła się z 3 do 10 proc. Wszystkich pasażerów korzystających z Ryanaira.

Dla Irlandczyków to było jednak mało, dlatego teraz zdecydowali się na wycofanie z darmowego dużego bagażu podręcznego. Czy to dramat? I tak, i nie – bo ostatecznie nie oni pierwsi tak redukują dopuszczalną wielkość bagażu dostępną bezpłatnie w cenie biletu.

Spójrzmy na Wizz Aira, który pewnie wkrótce podąży w ślady kolegów z Dublina. Z drugiej strony – to straszna szkoda, bo mimo wcześniejszych ograniczeń Ryanair długo pozostawał jednym z bardziej hojnych przewoźników, jeśli chodzi o bezpłatny bagaż podręczny.

W tej decyzji Ryanaira jest jednak co najmniej jedno drugie dno. Zacznijmy od fundamentalnego pytania.

Po co Ryanair to robi?

Najprościej odpowiedzieć słowami Leo Beenhakera z reklamy pewnego banku: “for money”. I jest to oczywiście prawda, choć sam Ryanair wskazuje na konieczność ograniczenia opóźnień lotów.

To faktycznie bardzo poważny problem dla irlandzkiego low-costa, natomiast musimy zdawać sobie sprawę z jednej rzeczy: Ryanair sam jest sobie winien. Przy tak restrykcyjnej polityce wykorzystania samolotu, gdy od momentu wylądowania na danym lotnisku do ponownego wzbicia się w powietrze nie może upłynąć więcej niż 25 minut, jest praktycznie niemożliwe, by w obecnym modelu uniknąć opóźnień.

Przecież oprócz posprzątania i zatankowania maszyny teraz trzeba jeszcze odebrać przy wejściu do samolotu kilkadziesiąt walizek od pasażerów i upchnąć je w luku bagażowym. Coś, co spokojnie można było zrobić przy stanowiskach odprawy (swoją drogą, taką możliwość oferuje swoim pasażerom np. Wizz Air) tu jest robione na szybko i maksymalnie po kosztach, byle nie wydawać za dużo. Kij ma jednak dwa końce i w takiej sytuacji o opóźnienia wylotów samolotów, a w konsekwencji – rozkładanie się całej siatki połączeń – jest bardzo łatwo.

Pamiętajmy jednak, że to sam Ryanair wprowadził taką politykę z odbieraniem bagaży podręcznych, więc jakiekolwiek narzekania na pasażerów mijają się z celem.

Jest jednak znacznie poważniejszy problem, czyli to, że tanie linie zjadają swój własny ogon.

dolar amerykański
Foto: B.Melo / Shutterstock

Jedna dodatkowa opłata goni drugą

Kilka dni temu podczas porannej prasówki przeczytałem w amerykańskiej edycji Business Insidera tekst, który najpierw mnie rozbawił, a potem mocno zmartwił. Napisał go Harrison Jacobs, młody “podróżnik” i korespondent serwisu, który przez ostatnie pół roku zwiedzał świat. I tak sobie jeździł i jeździł aż nagle natknął się na minę, czyli Wizz Aira i jego ukryte opłaty.

Jak sam opowiada, znalazł wspaniałą ofertę i zarezerwował bilet z Sofii do Lizbony za 89 USD (naprawdę abstrahując od faktu, że pewnie można taniej). Tyle tylko, że gdy kliknął ikonkę „kupuj”, zaskoczyła go ogromna liczba dodatkowych opłat, które musiał uiścić. W sumie – jak czytamy – musiał dopłacić do biletu aż 126,5 USD ponad pierwotną kwotę, więc całkowite koszty jego podróży wzrosły do 215 USD za lot w jedną stronę.

Oddajmy mu na chwilę głos.

“Jak Neo w Matriksie, udało mi się uniknąć opłaty za wybór miejsc, opłaty za zamówienie biletu przez call center (68 USD), zakupu usługi priorytetowego boardingu (od 5 do 28 USD z gwarancją zabrania na pokład bagażu podręcznego) oraz opłaty “Fare Lock”, dzięki której cena widoczna na stronie przez pewien czas jest dla nas zablokowana (3,40 USD)” – chwali się.

Potem zaczęły się jednak schody – mężczyzna musiał nadać bagaż, a ponieważ podróż była długa, to jego walizka ważyła więcej niż “ustawowe” 23 kilogramy. Dlatego opłata wyniosła 63 USD.

Do tego doszło “skromne” 18,5 USD dodatkowych opłat administracyjnych i wisienka na torcie – znana też jako błąd absolutnie początkującego – opłata za wydrukowanie karty pokładowej, która słusznie uważana jest za najdroższy wydruk na świecie. Jedna strona papieru A4 kosztuje według “pokrzywdzonego” aż 34 USD.

Jacobs pociesza się, wskazując na przykłady blogerów, którzy też byli bardzo zaskoczeni tymi opłatami.

A ja… w pierwszej chwili jestem rozbawiony, bo co to za podróżnik, który nie wie, że kartę pokładową w tanich liniach trzeba drukować ZAWSZE. Choćby i się było na pustyni Gobi bez dostępu do prądu, trzeba ruszyć niebo i ziemię, by znaleźć komputer z podłączoną drukarką (opcjonalnie wi-fi, by odprawić się na te 48 godzin przed wylotem poprzez aplikację).

Ale chwilę potem przychodzi smutna refleksja. To, że my – starzy wyjadacze tanich linii – znamy na pamięć wszystkie triki i wiemy, jak ich unikać, wcale nie jest okolicznością łagodzącą dla przewoźników, którzy cały czas starają się uprzykrzać nam życie.

Foto: twitter.com

Co to dla nas oznacza?

Nie wykluczone, że skoro będziemy chcieli w dalszym ciągu sporo podróżować w niskich cenach, to wyśmiewana moda ubierania się „na cebulkę” przed wejściem do samolotu, wróci triumfalnie na lotniska. A razem z nią pytania w stylu: “Czemu ma pan na sobie 3 t-shirty i 2 bluzy?”.

Michael O’Leary powiedział kiedyś, że zasłużył na pokojową nagrodę Nobla, bo dzięki taniemu lataniu zbliżył do siebie narody i miliony ludzi, a także stał się głównym architektem integracji europejskiej. I ja się z tym absolutnie zgadzam (choć Nobla raczej bym mu nie dał), ale do listy jego zasług, dorzuciłbym jeszcze jedną: Ryanair i inne low-costy nie tylko zdemokratyzowały branżę lotniczą i sprawiły, że praktycznie każdego stać na lot samolotem, ale przede wszystkim stanowczo uprościły politykę cenową.

Pamiętamy czasy przed Ryanairem i odpowiednimi przepisami, gdy kupno biletu lotniczego przypominało przejście przez dżunglę pełną ukrytych pułapek, dodatkowych opłat i przedpłat. Tak, że koniec końców okazywało się, że cena, którą widzisz na początku, w żaden sposób nie przypomina tej, którą widzisz, gdy proszą o podanie numeru karty kredytowej.

Low-cost były inne – wprowadziły proste, klarowne taryfy, bez zbędnego kombinowania. Mały plecak to mały plecak – nie ma zmiłuj. Nie chcesz dopłacać? Zakładaj na siebie drugi golf, choć za oknem 25 stopni, na oczach rozbawionych współpasażerów, byle tylko nie było nadbagażu nawet o 100 gramów. Bywało śmiesznie, bywało strasznie, ale prosty cennik tanich linii był ich ogromną zaletą.

Dlatego dzisiaj, gdy widzę nową politykę Ryanaira, kolejne pomysły Wizz Aira (np. opisywany niedawno przez nas limit miejsc w najtańszej taryfie basic), to jestem lekko przerażony. Już teraz po wybraniu na stronie internetowej tych przewoźników trasy i zestawu dat pojawia się liczba opcji z dodatkowymi opłatami, która przywodzi na myśl raczej tablicę pierwiastków Mendelejewa. A może być tylko gorzej.

Nie wierzycie? Zwróćcie więc uwagę na te wszystkie opłaty, które są obliczone na to, że pasażerowie powinie się noga. Chociażby ostatnie skrócenie czasu na odprawę przez Ryanaira albo opisywany tutaj brak wydrukowanej karty pokładowej.

I niekoniecznie zgadzam się tu z prezesem Wizz Aira, który twierdzi, że najważniejsze jest, aby bazowa cena za przelot była jak najniższa, a wszystkie inne usługi można było sobie dokupić. To prawda, ale tylko do momentu, w którym nie uświadomimy sobie, że 2-3 lata temu za lot na podobnej trasie, w podobnym standardzie (czyli z częścią usług, które teraz są dodatkowo płatne) płaciliśmy znacznie mniej niż teraz, gdy każdą usługę trzeba sobie dokładać osobno.

Przyszłość widzę w niekoniecznie jasnych barwach.

Lubisz nasze okazje?
Dodaj Fly4free.pl jako preferowane źródło w Google, a nasze artykuły będą częściej pojawiać się w Twoich wynikach wyszukiwania. Możesz to w każdej chwili zmienić.
Dodaj jako źródło w Google
Sprawdź inne superokazje 🔥
Malezja w pigułce od 2797 PLN 😍🏝️ Rajskie Wyspy Perhentian i Kuala Lumpur w jednej podróży ✈️
Kuala Lumpur i wyspy Perhentian z Warszawy 2797 PLN

Malezja w pigułce: zwiedzanie metropolii + relaks na rajskich wyspach

Przygoda we Włoszech 🇮🇹 Piza i Florencja w jednej podróży od 323 PLN (✈️+🚌)
Piza i Florencja z Krakowa 323 PLN

Toskania w pigułce: zabytki, pyszna kuchnia i ciekawe miasta

Wakacje w Maroku 🕌🇲🇦 City break Marrakeszu za 1079 PLN (loty i 4⭐️ hotel z basenem i śniadaniami) 😎
Maroko z Krakowa 1079 PLN

Słoneczne Maroko na w szczycie sezonu

City break na Sardynii 🌅🏝️ 2 noce w 4* hotelu-muzeum w Cagliari za 809 PLN 🎨🛏️
Włochy z Krakowa 809 PLN

City break na Sardynii: loty + noclegi w 4* hotelu-muzeum w Cagliari

Misją Fly4free.pl jest przedstawienie Ci najlepszych zdaniem naszej redakcji okazji na podróże. Opisujemy oferty znalezione przez nas w internecie i wskazujemy adresy internetowe, pod którymi samodzielnie możesz wykupić podróż lub elementy podróży. Ceny w artykułach są aktualne w chwili publikacji. Możemy otrzymywać wynagrodzenie od partnerów handlowych, do których Cię przekierowujemy.
Komentarze

Avatar użytkownika
„według ostatnich danych “priorytet” wykupuje 30 proc. wszystkich pasażerów Ryanaira, czyli co piąta osoba wsiadająca na pokłady samolotów irlandzkiej linii” Gratuluję autorowi znajomości matematyki na poziomie zerówki. 
peterjab, 23 sierpnia 2018, 19:52 | odpowiedz
Poprawione, dzięki.
Rafał Waśko, 23 sierpnia 2018, 20:07 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Mam nieco spojrzenie na temat. Przez połowę swojego życia (tak tak, stary jestem) zakładałem, że na lot samolotem nigdy nie będzie mnie stać. Potem pojawiły się tanie linie. Dobrze pamiętam te czasy, gdy pojawiały się bilety za pojedyncze złotówki i człowiek kupował je w panice, bo zaraz znikną (ło rany, dodali opłatę za kerozynę, przed chwilą nie było!), potem była ścieżka zdrowia, czyli rajd przez nachalne oferty dokupienia ubezpieczenia, priorytetu (toż ja do cobusa wolałem wsiadać ostatni, bo wówczas w samolocie byłem pierwszy), żeby czasem czegoś nie kliknąć. I... jest, płatność przeszła! Ale zawsze uważałem, że to uczciwa oferta. Nie lecisz za $1000, jak w liniach tradycyjnych, leć za €2,50 (mój pierwszy lot), ale dopłać za oddychanie. Albo wstrzymaj oddech - twój wybór. I jak dla mnie, te wszystkie zmiany są w tym samym duchu.
obibok, 23 sierpnia 2018, 23:27 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Piękny mem :-)
Kashpir, 24 sierpnia 2018, 1:02 | odpowiedz
Avatar użytkownika
"A ja… w pierwszej chwili jestem rozbawiony, bo co to za podróżnik, który nie wie, że kartę pokładową w tanich liniach trzeba drukować ZAWSZE. Choćby i się było na pustyni Gobi bez dostępu do prądu, trzeba ruszyć niebo i ziemię, by znaleźć komputer z podłączoną drukarką"naprawdę? nie wiedzialem
becek, 26 sierpnia 2018, 20:39 | odpowiedz