Chińczycy na potęgę kupują lotniska w Europie. Czy mamy się czego obawiać? To ważne także dla Polski
Branża lotnicza w Państwie Środka rozwija się w bardzo szybkim tempie. Chińczycy inwestują ogromne pieniądze w rozwój i budowę nowych lotnisk w swoim kraju – w ciągu najbliższych 15 lat wydadzą na ten cel ponad 130 miliardów USD.
Ale Chińczycy budują nie tylko u siebie. Inwestują też w lotniska na innych kontynentach, przede wszystkim w Europie. Takich transakcji jest coraz więcej.
Na początku czerwca chińska firma budowlana Shangai Yiqian Trading przejęła za kilkanaście mln euro 82,5 proc. akcji lotniska Frankfurt-Hahn. Port ma z jednej strony duży potencjał, bo jest tu wielka baza Ryanaira (który lata stąd na ok. 40 trasach), ale z drugiej – od kilku lat przynosi duże straty. Stale kurczy się też liczba pasażerów – jeszcze w 2007 roku przez lotnisko przewinęło się ponad 4 mln osób, obecnie – tylko 2,6 mln. Port przynosi też kolosalne straty – w 2014 r. było to aż 45 mln EUR na minusie, w zeszłym udało się ją zniwelować „tylko” do 16 milionów. A problemów może być więcej, bo według niedawnych nieoficjalnych informacji Ryanair może ucieć z Hahn i przenieść wszystkie loty do Luksemburga.
Za kilka dni Chińczycy kupią zaś niewielkie lotnisko w słoweńskim Mariborze. Cena transakcji – 5-7 mln EUR jest całkiem spora zważywszy na to, że obsłużyło ono tylko 24,8 tys. pasażerów w 2015 r. I trudno się dziwić Słoweńcom, skoro inwestor – tajemniczy Daniel Pu – obiecuje, że połączy górzysty kraj regularnymi połączeniami lotniczymi z kilkoma miastami w Chinach.
Przejmują dużych i małych…
Takich transakcji w ostatnich latach było zresztą więcej. W kwietniu za 90 mln USD Chińczycy przejęli lotnisko w Tiranie. Z kolei chińska grupa Shandong Hi-Speed przejęła niedawno za 308 mln EUR 49,9 proc. udziałów w czwartym największym lotnisku we Francji – w Tuluzie.
Z kolei rok temu Tzaneen International za 40 mln EUR kupiło port w Ciudad Real. Chińczycy mają też udziały w lotnisku w Manchesterze, a od 2012 r. państwowy fundusz China Investment Corp. ma 10 proc. akcji w największym europejskim lotnisku, czyli Heathrow w Londynie (zapłacił za nie 726 mln USD).
Chińczycy mają zresztą znacznie bardziej ambitne plany – wśród potencjalnych celów wymienia się m.in. lotniska w Belgradzie czy Sofii, które wkrótce mają być prywatyzowane.
Czemu to robią?
Najprościej powiedzieć – bo im się to opłaca. Słaby kurs euro sprawia, że tego typu inwestycje są bardziej intratne niż jeszcze kilka lat temu. W komunikatach dotyczących tych transakcji często czytamy, że kupującym je funduszom chodzi o „zdywersyfikowanie inwestycyjnego portfolio”. I to też ma sens, bo choć branża lotnicza to trudny interes (choćby z uwagi na wahające się ceny paliw), to akurat lotniska są dość stabilną inwestycją. Oczywiście, chodzi tu o lotniska o ugruntowanej pozycji, które mają już określoną liczbę pasażerów.
Z drugiej strony – porty takie jak Belgrad czy Sofia, które są znacznie mniejsze, notują bardzo dynamiczne wzrosty liczby obsługiwanych pasażerów, co też jest bardzo kuszące dla inwestorów.
Problemy? Są
Największy – bardzo często firmy nabywające lotniska nie mają żadnego doświadczenia w tej branży. Czasem takie świeże podejście może być pozytywne, ale zdarza się również, iż prowadzi do katastrofy. Tak jak w opisywanym przez nas niedawno przykładzie lotniska w Lubece, które jeszcze kilka lat temu było dużą bazą Ryanaira i Wizz Aira, a dziś stoi puste. W kwietniu 2014 r. kupiła je chińska grupa inwestycyjna PuRen i zapowiadała świetlaną przyszłość dla portu. Jednak szczęście trwało krótko – po pół roku Ryanair opuścił lotnisko. Chwilę później we wrześniu 2015 r. PuRen ogłosiło bankructwo, a lotnisko znalazło się w stanie upadłości.
Dlaczego to ważne w kontekście Polski?
Bo rząd Beaty Szydło poważnie rozważa budowę Centralnego Portu Lotniczego, który miałby być zlokalizowany w centralnej Polsce, najpewniej gdzieś pomiędzy Łodzią i Warszawą. A lotnisko, które docelowo byłoby w stanie obsługiwać kilkadziesiąt milionów pasażerów rocznie, mieliby wybudować właśnie Chińczycy – przynajmniej tak wynika ze słów ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego sprzed kilku tygodni. Na razie jest to jednak tylko puste hasło – w sprawie nie padły jeszcze żadne konkrety.