Barcelona wprowadza restrykcyjne przepisy ograniczające liczbę turystów. A Londyn chce „podatku hotelowego”
Barcelona to jedno z najpiękniejszych, ale też najbardziej zadeptanych przez turystów miast w Europie. Według oficjalnych danych w zeszłym roku stolicę Katalonii odwiedziło grubo ponad 30 milionów zwiedzających. Z czego ponad 9 mln nocowało w hotelach i prywatnych apartamentach, a ok. 12 mln ludzi przyjeżdżało tylko na jeden dzień autami, komunikacją publiczną lub na pokładzie statków wycieczkowych. Oznacza to, że Barcelona była piątym najczęściej odwiedzanym miastem Europy – po Londynie, Paryżu, Berlinie i Rzymie.
Ale turyści, oprócz pieniędzy, które wydają, oznaczają też kłopoty dla mieszkańców. Odwiedzający są bowiem hałaśliwi, imprezują i śmiecą, ale też powodują wyludnianie się centrum miasta i psucie się rynku nieruchomości. Dlaczego? Bo z powodu wynajmu turystycznego ceny czynszów mocno szybują w górę, a właściciele wolą je wynajmować turystom, gdyż więcej na tym zarobią.
Z tego powodu w piątek władze Barcelony wprowadziły w życie nowe przepisy. Oznaczają one całkowity zakaz tworzenia nowych hoteli w centrum i przylegających do niego dzielnicach miasta. Zakaz dotyczy też prywatnych mieszkań na wynajem, których właścicielom nie będą już udzielane pozwolenia na prowadzenie takiej działalności. I co ciekawe, jeśli jakieś hotel przestanie działać (lub właściciel nie będzie chciał dłużej wynajmować swojego lokum), na jego miejscu nie powstanie nowy, bo władze Barcelony uważają, że jest ich i tak zdecydowanie za dużo.
– Cieszymy się, że tylu ludzi przybywa do Barcelony, ale z powodu ich napływu miasto traci swoją esencję. Niektóre dzielnice, jak położona nad morzem Barceloneta, wyludniają się, bo ludzi nie stać już na życie tam – mówi Janet Sanz, przedstawicielka władz miasta.
Hotele będą za to mogły powstawać na przedmieściach, by przywrócić odpowiednie proporcje, bo obecnie 50 proc. miejsc noclegowych znajduje się na 17 proc. powierzchni miasta.
Nowe przepisy mocno zirytowały hotelarzy.
– To nie rozwiąże żadnego problemu, bo największym kłopotem są turyści przyjeżdżający do Barcelony na jeden dzień, a także ci, którzy nielegalnie wynajmują mieszkania – mówi Manel Casals, sekretarz generalny barcelońskiego stowarzyszenia hotelarzy.
Ale spokojnie – nielegalnie wynajmującymi mieszkania Barcelona też się zajmie. W piątek przyjęto też, że miasto zwiększy liczbę inspektorów, którzy sprawdzają legalność wynajmowanych mieszkań. W zeszłym roku na całe miasto było ich tylko 12, w tym roku sprawdzać mieszkania na wynajem będzie już 110 osób. A nielegalnie wynajmowanych mieszkań jest cała masa – szacuje się, że „noclegowa” szara strefa to nawet 50 tys. apartamentów.
Z kolei w maju pisaliśmy, że Barcelona chce – jako jedno z pierwszych miast na świecie wprowadzić podatek turystyczny dla osób, które tu nie nocują, a wpadają tylko przelotem do stolicy Katalonii na kilka godzin. Na razie nie ma jednak decyzji, kiedy ten podatek wejdzie w życie. Jego wprowadzenie rozbija się bowiem o szereg problemów, związanych m.in. ze sposobami na uiszczenie opłat.
Londyn chce wprowadzić dodatkowe opłaty
To dopiero etap konsultacji, a do wejścia w życie nowych przepisów daleka droga, ale jak czytamy w „Independent”, Londyn chce wprowadzić „podatek hotelowy” od każdego turysty, który nocuje w tym mieście. Stawka została obliczona na 3,40 GBP, czyli 17,25 PLN za dobę.
Hotelarze oczywiście protestują, bo Londyn już teraz nie należy do tanich miast pod względem noclegów. Średnia cena w tanich, budżetowych hotelach w stolicy Wielkiej Brytanii wynosi 68 GBP. Miasto liczy jednak na duże zyski, które szacowane są na ok. 240 mln GBP rocznie.
W Londynie działa obecnie 2100 hoteli, w których jest ponad 150 tys. pokoi. Do tego należy doliczyć ok. 25 tys. prywatnych mieszkań wystawionych na Airbnb.
Inni też chcą ograniczeń
Barcelona i Londyn to tylko niektóre miasta, które narzekają na zbyt wielu turystów i starają się ograniczyć ich natłok. Zobacz, w jaki sposób starają się to robić.
Niezadowoleni z natłoku turystów, miejscowi często mówią, że ich miasto zamienia się w skansen. To jednak zagrożenie dość dosłowne, bo położone nad wodą, Stare Miasto wyludnia się w błyskawicznym tempie. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu „starą” Wenecję zamieszkiwało 120 tys. mieszkańców, dziś jest ich znacznie poniżej 60 tysięcy.
„Winę” ponoszą za to turyści, którzy dosłownie zadeptują to miejsce – każdego roku plac św. Marka i okolice odwiedza ponad 20 mln ludzi. I główny problem wcale nie polega na tym, że jest ich tak wielu tylko na tym, że... nie wydają w Wenecji pieniędzy. Bo z tych 20 mln grubo ponad połowa nie nocuje w mieście – w ciągu ostatnich 20 lat liczba rezerwacji w weneckich hotelach zmalała o 2/3. Turystom trudno się dziwić - ceny w hotelach, ale też knajpach i kawiarniach są w Wenecji horrendalnie wysokie, na co zresztą narzekają sami mieszkańcy.
I wenecjanie znaleźli winnego całej sytuacji – są to... ogromne promy i statki wycieczkowe cumujące w Wenecji. Ich pasażerowie wychodzą na brzeg na godzinkę-dwie (często z własnym przewodnikiem), szybko przebiegają przez najważniejsze atrakcje i płyną dalej. Dlategowenecjanie od lat postulują o ograniczenie lub nawet zakaz cumowania dużych statków pobliżu miasta. Na razie bez efektu.
Faktem jednak jest, że problem jest poważny – według różnych wyliczeń za ok. 20 lat weneckie „stare miasto” może pozostać bez stałych mieszkańców. Niemożliwe? Już teraz ponad 1/3 z niecałych 60 tys. mieszkańców ma powyżej 60 lat.
Fot. Shutterstock
