Kolejne oszczędności na pasażerach pod pozorem pandemii. Co jeszcze można tym tłumaczyć?
W dobie pandemii linie lotnicze szukały oszczędności, gdzie tylko się dało. Nie ma w tym ani nic dziwnego ani złego, wszak nikt nie spodziewał się, że w absolutnym szczycie popularności lotnictwa pasażerskiego, z dnia na dzień staniemy w obliczu największego kryzysu tej branży w historii. Pozostaje jednak pytanie, gdzie jest granica usprawiedliwiania każdej decyzji koronawirusem i czy nie byłoby uczciwej po prostu przyznać, że „takie mamy czasy i musimy trochę zacisnąć pasa”?
Costa Brava od 1972 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Kraków)
Kemer od 2996 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Katowice)
Kemer od 2151 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Kraków)
American Airlines i Alaska Airlines ogłosiły właśnie, że na długodystansowych lotach krajowych nie będą już dwukrotnie serwować napojów wliczonych w cenę biletu. Zamiast tego serwis będzie prowadzony tylko raz. Dlaczego? „Żeby ograniczyć punkty styczne między załogą i pasażerami”, co oczywiście ma się przełożyć na bezpieczeństwo sanitarne. Biorąc jednak pod uwagę, że ta sama załoga z tymi samymi pasażerami i tak ma kontakt podczas pierwszego serwisu – decyzja wydaje się być absurdalna.
A właściwie jej wyjaśnienie. Wiadomo bowiem, że chodzi przede wszystkim o ograniczenie kosztów, które w dzisiejszych czasach jest przewoźnikom bardzo potrzebne. Co ciekawe, amerykańskie media podeszły do tematu zupełnie inaczej rozpisując się głównie na temat tego, jak biedny będzie pasażer w tej sytuacji. Na przykład ceniony w branży portal „The Points Guy” zastanawia się, „Czy jeden napój wystarczy na 6-godzinny lot?”
Oczywiście dla pasażerów tanich linii jest to całkiem urocze, bowiem niejedna niskokosztowania linia ma w swojej siatce 6-godzinne połączenia, w trakcie których nie serwuje bezpłatnie nawet kropli wody, a co dopiero mówić o dwóch turach serwisu. I jakoś wszyscy wytrzymują. Oczywiście od tradycyjnych przewoźników, do jakich niewątpliwie należy zarówno American jak i Alaska Airlines, wymaga się czegoś więcej. Stąd pewnie taka burza w amerykańskich mediach – nomen omen – w szklance wody.
Inną kwestią jest, że właściwie każda decyzja linii jest obecnie tłumaczona koronawirusem. Przypomnijmy, że np. w 2019 roku z tego powodu LOT zmniejszył liczbę bezpłatnego bagażu podręcznego z dwóch sztuk do jednej, z tego powodu w wielu liniach przestano serwować posiłki (np. Southwest, Air New Zealand) albo zmieniono i ograniczono menu – zamiast świeżych i krótkoterminowych produktów, te, które mogą długo zalegać w magazynach, gdyby nadeszła taka potrzeba. To koronawirusem tłumaczy się regularne odwołania i cięcia siatki – nawet do krajów, które nie zmieniły swoich przepisów wjazdowych (patrz Wizz Air czy Ryanair). Z tego samego powodu zamknięte są niektóre saloniki lotniskowe i mocno ograniczono usługi w klasie biznes (choć bez ograniczenia cen biletów). Ba, to właśnie koronawirus był odpowiedzialny za decyzję o wstrzymaniu sprzedaży alkoholu na pokładzie m.in. w liniach Delta, easyJet czy KLM.
Mówiąc krótko – wiele wygód i dodatków odeszło do lamusa. I raczej nikt nie spodziewa się, że wrócą, gdy wreszcie pandemia koronawirusa się skończy. Bo któż wtedy będzie pamiętał, że miały być tylko zawieszone skoro przyniosły takie oszczędności?