Leciałem najlepszą tanią linią świata według Skytrax. Jak na jej tle wypada Ryanair?
Na początek nieco historii
Skytrax to firma konsultingowa zajmująca się „badaniem” pasażerskich linii z całego świata. Każdego roku publikuje również swój ranking, który można porównać do lotniczych Oskarów lub gwiazdek Michelin. Są przewoźnicy, którzy regularnie okupują pierwsze miejsca w swoich kategoriach, są też tacy, których recenzje są… niezbyt korzystne, delikatnie mówiąc.
AirAsia to marka, która działa na rynku już niemal 30 lat. Posiadając imponującą flotę ponad 250 samolotów, obsługuje ponad 160 tras w swojej siatce połączeń – głównie w Azji Południowo Wschodniej. Malezyjskie linie lotnicze regularnie wiodą prym w corocznej edycji zestawienia przygotowanego przez Skytrax. Dość powiedzieć, że nieprzerwanie od 2009 roku uznane są za najlepszego nieskokosztowego przewoźnika na świecie. Ryanair w tym roku zajął dopiero 13 miejsce w tej samej kategorii, dając wyprzedzić się znanym nam z własnego podwórka takim przewoźnikom, jak np. airBaltic, easyJet czy Volotea.
Przejdźmy jednak do recenzji produktu malezyjskiej linii. Z czego wynika to, że jest ona tak bardzo doceniana?
Ayia Napa od 2119 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Warszawa – Radom)
Marsa Alam od 2230 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Rzeszów)
Sharm El Sheikh od 2542 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Katowice)
Odprawa przyjazna dla pasażera
Mimo dziesiątków podróży z Ryanair wpisanych w mój „pamiętnik”, kilka razy złapałem się na tym, że odprawy dokonywałem w ostatniej chwili. Też tak macie? Odkąd irlandzka linia znacząco skróciła czas na jej bezpłatne dokonanie (teraz są to 24 godziny przed odlotem, weterani pamiętają pewnie, gdy można było zrobić to nawet na tydzień przed planowaną podróżą bez dodatkowych opłat), trzeba się bardziej pilnować w tym temacie.
W AirAsia sytuacja ma się zgoła inaczej. Bezpłatna odprawa (a co za tym idzie: możliwość fizycznego wydrukowania biletu) otwiera się już na 14 dni przed podróżą i dostępna jest jest do godziny przed planowanym odlotem. Odprawy można dokonać na wiele sposobów: przez internet, mobilną aplikację przewoźnika, na lotnisku na stanowisku oddawania bagażu lub w automatycznym kiosku. Są wyjątki od tej sytuacji, prawdopodobnie wynikają one jednak z krajowych regulacji, a nie zasad wprowadzonych przez przewoźnika. I tak dla przykładu: wylatując z Kambodży zobowiązani jesteście posiadać „papierowy” bilet, więc nie ominie was wizyta w okienku (oraz prawdopodobne ważenie bagażu, do czego jeszcze wrócimy). Natomiast samo wydrukowanie biletu odbywa się oczywiście bez dodatkowych opłat.
No właśnie, opłaty za wykonanie odprawy na lotnisku. Nie ma ich! A jak dobrze wiemy, Ryanair słono liczy sobie za samą możliwość wydrukowania biletu przy stanowisku odprawy. Kolejna miła niespodzianka spotyka mnie w kontekście przypisanych miejsc. System automatycznie (w miarę dostępności miejsc) przydziela miejsca obok siebie, zaczynając od okna. W tym kontekście lepiej dokonać odprawy jak najwcześniej, a prawie na pewno nie zostaniecie rozdzieleni z osobami, które macie na tej samej rezerwacji. Jak natomiast wygląda „automatyczna alokacja miejsc” w Ryanair chyba nikomu nie trzeba przypominać. Rozdzielanie współpasażerów oraz przydzielanie środkowych miejsc to flagowy pomysł europejskiego przewoźnika. Pod tym względem linia z Azji zdecydowanie wygrywa z Irlandczykami.
Moje loty z AirAsia
W trakcie ostatniej podróży wybieram trasę z Siem Reap do Bangkoku, a następnie z Bangkoku do Phnom Penh. Oba loty obsługuje relatywnie nowy Airbus A320 w standardowych biało-czerwonych barwach azjatyckiego przewoźnika (bo AirAsia zdarza się pięknie malować swoje samoloty – latają maszyny z dzioborożcami, orangutanami lub tradycyjnymi motywami nawiązującymi do miejsc, gdzie zbazowany jest samolot) w konfiguracji z 31 rzędami. Dla porównania, „flagowy” Boeing 737 Ryanaira ma aż 33 rzędy, co w kontekście podobnej długości kabin obu maszyn daje zauważalnie większe „upchnięcie” pasażerów. Konkretne liczby? Airbus AirAsia może pomieścić maksymalnie 180 pasażerów (tyle samo, co A320 latający dla Wizz Air), natomiast Boeing Ryanaira 189 pasażerów. To dokładnie dwa rzędy foteli różnicy. I rzeczywiście, w AirAsia mam wrażenie, że mam do dyspozycji odczuwalnie więcej przestrzeni na nogi. Jako wysoka osoba (187 cm) tym razem nie odczuwałem żadnego dyskomfortu związanego z siedzeniem na „zwykłym” (bez dodatkowej przestrzeni) miejscu.
Co czeka na pokładzie?
Podróż przebiega bez większych zaskoczeń lub niespodzianek. Dostępny jest płatny serwis pokładowy w przystępnych cenach (dla przykładu: curry z ryżem, nasi lemak lub biriani to koszt około 21 PLN, a w razie zamówienia w aplikacji przed odprawą – ze zniżką 35%). Linia sprzedaje standardowe pamiątki, perfumy i małe upominki oraz – dla wielbicieli procentów w przestworzach – również alkohol (choć nie na trasach do Indonezji lub Malezji). Gratisów brak, zatem tutaj podobnie jak w tanich liniach w Europie, nie dostaniecie nawet szklanki wody.
Rzeczy, które robią różnicę
Wróćmy jeszcze na moment do procesu zakupu biletów i odprawy. Aplikacja AirAsia to intuicyjne, funkcjonalne narzędzie. Co ciekawe działa ona również jako OTA (Online Travel Agency), więc korzystając z niej możecie kupić również… bilety innych linii lotniczych (choć w tym wypadku AirAsia to wyłącznie pośrednik w zakupie innego biletu). Za odbyte loty na waszym koncie będą zbierać się punkty lojalnościowe, których możecie użyć m.in. przy zakupie następnego biletu. Nie są to jakieś kokosy, ale mnie po kilku podróżach uzbierało się ich na tyle, by w ostatniej w wielkiej wyprzedaży AirAsia wybrany przeze mnie bilet (oczywiście w superniskiej cenie 5 USD) otrzymać… za darmo.
Mimo, że azjatycki przewoźnik jest linią funkcjonującą w formacie point-to-point (z punktu do punktu), na wybranych trasach możecie zarezerwować bilety łączone. Dotyczy to głównie połączeń przez główny hub w Kuala Lumpur, a po zakupie takiego biletu korzystacie ze wszelkich benefitów związanych z podróżą na jednym bilecie: na przykład w razie opóźnienia to przewoźnik jest zobowiązany dostarczyć was w miejsce docelowe kolejnym dostępnym lotem.
Nawet w przypadku podróży na osobnych biletach podejście przewoźnika do takich podróży jest dość elastyczne. Może miałem szczęście i trafiłem na agenta z „ludzką twarzą”, ale w przeszłości zdarzyło mi się niejeden raz, że mój lot z AirAsia, który został odwołany, znacząco zaburzał dalszą podróż (krótka przesiadka). W takiej sytuacji nigdy nie miałem problemu ze zmienieniem obu lotów, tak by ostatecznie dotrzeć do miejsca docelowego. Oczywiście wszystko odbyło się bez żadnych dodatkowych opłat.
Kilka przemyśleń
Na koniec kilka rad ode mnie, zebranych głównie na podstawie własnych doświadczeń. Strategia na kupno najtańszych biletów? Kilka razy do roku AirAsia organizuje „wielką wyprzedaż”. Jeżeli polujecie na tanie bilety po Azji Południowo-Wschodniej – to jest wasz czas na rezerwację podróży. Wiele z nich dostępnych jest „za darmo” (finalnie zobowiązani jesteście pokryć podatki i opłaty lotniskowe). Mnie samemu zdarzyło się kilkukrotnie polecieć z przewoźnikiem w cenie „kilku złotych” – bez żadnego kombinowania z zagranicznymi OTA, kupując bezpośrednio na stronie linii lotniczej.
Co do zasady AirAsia jest nowoczesną i zdigitalizowaną linią lotniczą. Są jednak przypadki, gdy będą wymagać od was „papierowej” karty pokładowej (choć to raczej wina regulacji danego kraju niż przewoźnika). Tak jest np. w Kambodży i za każdym razem poproszono mnie wtedy o zważenie mojego plecaka. Warto o tym pamiętać, bo dozwolony limit wagi bagażu podręcznego to tylko 7 kg. Z moich doświadczeń wynika, że obsługa nie liczy każdego grama i jest w stanie nieco przymknąć oko, ale jeżeli pojawicie się tam z 15 kg bagażem, może was to słono kosztować. W tym wypadku totalnie na drugim krańcu znajduje się Ryanair – wymuszona wcześniejsza odprawa online oraz posiadanie biletu w telefonie sprawiają, że nawet nie pojawiam się w pobliżu okienka obsługi naziemnej, a mojego plecaka chyba nigdy nie próbowano zważyć w Europie.
Na koniec dobra informacja dla pasażerów pragnących poczuć się „nieco bardziej luksusowo”. AirAsia aktywnie promuje swoją nową usługę o nazwie Red Carpet. To nic innego, jak „pakiet VIP” u azjatyckiego przewoźnika. Za dodatkową opłatą wynoszącą ok. 80 PLN otrzymacie priorytetową odprawę, pierwszeństwo wejścia na pokład, gwarancję odebrania bagażu rejestrowanego w pierwszej kolejności oraz dostęp do saloniku lotniskowego. O ile cała reszta „bajerów” dla mnie osobiście pozostaje bez większego znaczenia, to uczciwie mogę powiedzieć, że dla osób, które chciałyby zrelaksować się przed odlotem w saloniku (a w Bangkoku poza napojami i dużym wyborem jedzenia dostępny jest darmowy, 15-minutowy masaż karku!) jest to dobra oferta. Zwłaszcza w porównaniu z ceną, jaką zazwyczaj trzeba zapłacić ze wstęp do saloniku, nie mając żadnej karty uprawniającej do „darmowego” wejścia.
Czy to rzeczywiście najlepsza na świecie tania linia?
Każdy z lotów z AirAsia, który miałem okazję odbyć, odbył się w bezpieczny sposób, a załoga zachowywała najwyższy, profesjonalny standard obsługi. Z mojej perspektywy to dwie najważniejsze rzeczy. Atmosfera na pokładzie wydaje się spokojniejsza i mniej chaotyczna niż w Ryanair – skoro przewoźnik nie rozsadza pasażerów z tej samej rezerwacji, nie ma nerwowego biegania po kabinie w celu zamiany miejsca. Może wynika to też to z nieco innej mentalności pasażera z Azji (aczkolwiek podkreślam, w moim przypadku były to głównie podróże z Bangkoku i Kuala Lumpur), ale zawsze miałem wrażenie, że jest nieco bardziej „kulturalnie” niż czasami bywa na popularnych europejskich trasach (kto leciał kiedyś ze Stansted na Majorkę lub ze świętej pamięci Oslo Rygge do Polski, ten wie, co mam na myśli). No i pasażerowie nie klaszczą po wylądowaniu. Może jeśli Ryanair zdecyduje się poprawić jakość swoich usług, też nie będzie musiał skarżyć się już na ten „horror”? 😉