Z wizytą na lotnisku-widmo. Tu czas się zatrzymał
Londyn-Heathrow. Wrzesień. Mimo chłodnego poranka, ocieram pot z czoła. Wokół mnie słychać niekończący się szum rozmów i monotonny stukot kółek walizek. Tłumy ludzi napierają z każdego możliwego kierunku. Na własnej skórze odczuwam, że to nie przelewki – tutaj wszyscy gdzieś się spieszą, lądują, wylatują, czekają. W końcu to jedno z największych lotnisk świata, przez które rocznie przewija się 70 milionów pasażerów.
Próbując uciec od wszechobecnego lotniskowego gwaru, przypominam sobie inne lotnisko, na którym miałem okazję być kilka miesięcy temu. Lotnisko położone na wyspie, będącej popularnym celem urlopowym, w tym także dla naszych rodaków. Jakże inne od londyńskiego molocha – tutaj jedynym odgłosem był szum wiatru.
Z tego lotniska nic już nie wzbije się w powietrze, a zamiast lśniących i błyszczących Boeingów i Airbusów, przed oczami mam rdzewiejący wrak samolotu. Niczym w Czarnobylu: czas się zatrzymał.
Ale po kolei. Zapraszam do podróży w czasie. Nie tak wcale odległym.
Muszę się wam przyznać, że wspominając swoją wizytę na tym lotnisku, wciąż wracam myślami do innego miejsca, nieco bliżej Polski. Tam również czułem dokładnie to samo: niepokój wewnętrzny – oglądając rzeczy pozostawione pewien czas temu (i wyglądające jakby czekały na swoich właścicieli), czułem że jestem tutaj nieproszonym gościem. I że naruszam swoistą intymną przestrzeń.
Wiecie o jakim kraju i mieście mówię? O ukraińskim Czarnobylu – miejscu największej w dziejach katastrofy w elektrowni jądrowej. Tam, w strefie zamkniętej, w mieście Prypeć... czułem dokładnie to samo.
Spójrzcie na poniższe zdjęcia z cypryjskiego lotniska:
Fot. Collage / sigmalive.com
