Ironia losu. Wenecja chciała się pozbyć turystów, a teraz potrzebuje ich jak nigdy dotąd
Od kilku lat Wenecja toczy niemal otwartą wojnę z turystami. Władze wprowadzają ograniczenia, kpią z turystów, którzy dali się oszukać i podkreślają, że jeśli wysokie ceny nie są dla nich do zaakceptowania, to w ogóle nie powinni tu przyjeżdżać. Gdy jednak to piękne miasto wpada w tarapaty, jednym z najszybszych ratunków, mogą okazać się… właśnie turyści.
„Wenecja ma termin ważności”, „Wenecja tonie”, „Nie da się uratować Wenecji nawet, jeśli zadbamy o klimat” – to tylko kilka nagłówków z ostatnich dni, które możecie przeczytać w polskich mediach. I choć słynne włoskie miasto musi sobie radzić z powodziami niemal każdej wiosny i jesieni, to obecna tzw. acqua alta, była jedną z największych w historii.
Stan wody na ulicach sięgał poziomu 1,5 metra, powódź wdarła się do zabytkowych pałaców, muzeów, domów i restauracji. Już kilka dni temu szkody oszacowano na ponad miliard euro. Mieszkańcy też liczą straty, próbują powoli wrócić do normalnego życia, sklepy znów zapełniają się towarem, trwa wielkie sprzątanie i wszyscy… liczą na turystów.
Chciałoby się napisać, że „dostaliście dokładnie to, czego chcieliście, turyści odpuścili, a wy znów macie Wenecję tylko dla siebie”. Ale nie można, bo ludzka tragedia, a decyzje władz, to dwie różne rzeczy. Nawet, jeśli wielu Wenecjan popierało działania obecnego burmistrza, dziś nie potrzebują odwołanych rezerwacji, pustych restauracji i zabytków, których nie ma kto zwiedzać.
Ironia losu, czyż nie?
A teraz, choć grupy i fora podróżnicze dosłownie zalane są pytaniami „jechać czy nie jechać?”, to nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Tak, z jednej strony najlepiej byłoby wyciągnąć kartę kredytową, zarezerwować hotel na dłużej niż wcześniej planowaliśmy, pójść do ponownie otwartej restauracji i zjeść trzydaniową kolację z winem, kupić kilka dodatkowych magnesów i odwiedzić więcej zabytków. Wszak nic nie pomaga miastom i mieszkańcom bardziej niż pieniądze.
Z drugiej strony, zwiedzanie miejsc, które zmagają się ze skutkami kataklizmów, już na pierwszy rzut oka wydaje się dość niestosowne, nieetyczne i bezsensowne. Trudno było przyglądać się turystom, którzy dzielą się swoimi „zabawnymi” selfie w czasie, gdy mieszkańcy próbują ratować dobytek. Gdy wyrażają niezadowolenie, bo Plac Św. Marka jest zamknięty, a i muzea nie funkcjonują w normalnej formie.
Kluczem do rozsądnej decyzji wydaje się być równowaga. Tym bardziej, że eksperci niejednokrotnie przekonywali, że to właśnie w krytycznych momentach, turyści są potrzebni jak nigdy wcześniej. I to najlepiej tacy z grubym portfelem. Tak było chociażby w przypadku Mozambiku, przez który w kwietniu tego roku przeszedł cyklon Kenneth. Momentami prędkość wiatru dochodziła nawet do 280 km/h.
– Wielu potencjalnych gości zastanawia się nie tylko nad praktyczną stroną wyjazdu, ale także etyką luksusowego podróżowania, podczas gdy w wybranym przez nich miejscu miała miejsce naturalna katastrofa – mówił wtedy Joss Kent, dyrektor generalny jednej z działających w Mozambiku firm turystycznych. – Jednak naszym zdaniem wspieranie branży turystycznej jest teraz ważniejsze niż kiedykolwiek – dodał.
Mówili wtedy wprost – przyjeżdżajcie, pijcie drinki, nocujcie w luksusowych hotelach i wspierajcie w ten sposób gospodarkę. W podobny sposób udało się też przywrócić na turystyczną mapę Tajlandię – po tsunami w 2004 czy Dominikanę po licznych huraganach.
Czy jednak burmistrz Wenecji kiedykolwiek wypowie podobne słowa? Nie sądzę. Trudno uwierzyć, że miałby też zdecydować o zniesieniu jakichkolwiek ograniczeń i kolejnym przesunięciu terminu wprowadzenia opłat za wejście do miasta.
Ale czy turyści okażą się mądrzejsi i wykorzystają moc, jaką dają im pieniądze? Czy faktycznie wesprą Wenecję, która tak intensywnie walczyła o to, by przestali tu przyjeżdżać? Byłoby świetnie, bo gra toczy się o los i majątek zwykłych ludzi, podczas gdy niechlubne decyzje podejmuje władza. A czas pokaże, jak będzie w rzeczywistości.