REKLAMA

Te proste i niewielkie modyfikacje mogłyby zmienić nasze latanie na zawsze. Tylko, że… linie nigdy ich masowo nie wprowadzą

pasażerowie w samolocie
Foto: Viktor Konya / Shutterstock

Pierwszeństwo wyjścia z pokładu, elastyczny wybór usług dodatkowych dopasowanych do pasażera, albo bilety w stałej cenie. Brzmi jak mrzonki albo szaleństwo? Na pewno. Czy mogłoby się to sprawdzić? Być może. Czy chcielibyśmy wypróbować takie usługi? Totalnie!

Wyobraźcie sobie świat, w którym to pasażerowie a nie linie lotnicze dyktują warunki i sposób, w jaki latamy. Ten, w którym prześcigają się o klientów, wymyślając coraz to fajniejsze udogodnienia, usługi czy opcje. I nie chodzi o to, by wszystko było za darmo – wszak rozumiemy, że przewoźnicy muszą zarabiać. Ale gdyby tak można czerpać zyski nie z notorycznych ograniczeń, ale wręcz przeciwnie – z dopasowanych usług.

Łatwo jest bowiem wprowadzić nową politykę bagażową, znacząco zmniejszyć rozmiar i kazać ludziom dopłacić za większy plecak. O wiele trudniej wymyślić takie usługi, bez których można się obejść, ale które ludzie i tak dokupią – bo po prostu będą chcieli. I niezależnie od tego, czy weźmiemy na warsztat tanią linię czy tradycyjnego przewoźnika z trzema klasami pasażerów, zawsze da się coś udoskonalić.

Rozpytuję znajomych i sama zastanawiam się, czego brakuje mi w samolotach albo czego przewoźnicy jeszcze nie wymyślili. Gwarantowane miejsce z dala od dzieci? Dopłaciłabym! Strefa ciszy? Dajcie mi to! Pierwszeństwo wyjścia z pokładu? Nieee, tego nie potrzebuję. Naklejki z napisem „obudźcie mnie na jedzenie”? Może kiedyś jednak będą mieli to wszyscy! Ale po kolei.

Czy cisza jest bezcenna?

Temat dzieci w samolotach potrafi wywołać gigantyczną burzę i nie chcę zagłębiać się kto, na jak długich trasach i na jakich warunkach powinien latać z dziećmi. Ale gdyby tak jakaś linia była w stanie stworzyć „strefę ciszy” a jednocześnie tę wolną od dzieci, byłabym pierwsza, która rzuci gotówką.

Oczywiście są już jakieś próby, ale w większości przypadków to raczej wielka ściema i naciąganie niż faktyczne rozwiązanie problemu. Na przykład upadający już Joon pozwala pasażerom wybrać miejsca oddalone od tych, które z założenia przeznaczone są dla rodzin z dziećmi. Haczyk? Po pierwsze nikt nie zagwarantuje, że rodziny usiądą właśnie tam (też muszą za to dopłacić), a po drugie, nawet 20 rzędów odległości może zdać się na nic, gdy w małych płucach nie brakuje pary.

Strefy bez dzieci wprowadziły też m.in. Air Asia X, Malaysia Airlines, IndiGo czy Scoot – ale wciąż maksymalnie oddziela nas od nich jedynie firanka. Dopóki nie jest dźwiękoszczelna, średnio się to sprawdza.

Co ciekawe, z przeprowadzonego kilka lat temu sondażu wynika, że ponad 70 proc. brytyjskich pasażerów jest za wprowadzeniem tego typu rozwiązań w liniach lotniczych i jest gotowa zapłacić nawet 50 GBP, gdyby przewoźnicy dali im możliwość wyboru.

Zresztą przecież w strefie ciszy nie chodzi wyłącznie o najmłodszych. Strefa, w której nikt nie komentuje na głos wszystkiego, co dzieje się dookoła, nie chrapie, nie toczy głośnych dyskusji i nie nagrywa filmików z narracją co 5 minut, pewnie dla wielu z nas byłaby zbawieniem. Ale to by wymagało postawienia dodatkowej ścianki, pewnie wyrzucenia przynajmniej jednego rzędu siedzeń i sporo zachodu. Dlatego nie ma się co łudzić, że „cicha klasa” zagości w samolotach na masową skalę.

Foto: Maria Sbytova / Shutterstock

Niecierpliwi i głodni pasażerowie w natarciu

Na pewno znacie też ten obrazek – ledwo samolot dotknie kołami pasa startowego, a tu już cały tłum podrywa się na równe nogi i dawaj wyciągać bagaże, blokować korytarz, a przy okazji doprowadzać stewardesy do szału. Oni chcą wyjść pierwsi. I ja to rozumiem – ktoś śpieszy się na ostatni autobus do miasta, ktoś inny jest już spóźniony, bo Ryanair podszedł do rozkładu dosyć swobodnie, a ktoś po prostu nie czuje się najlepiej i chce wreszcie wyjść z tej latającej puszki.

A pośród tych osób mnóstwo jest też tych, które po prostu czują taką potrzebę, by wydostać się jak najszybciej. Nawet jeśli jeszcze przez kwadrans będą stać w korytarzu czekając na otwarcie drzwi. I za każdym razem, gdy widzę ten obrazek, zastanawiam się po co linie tak usilnie wpychają nam pierwszeństwo wejścia na pokład, które zwykle pozwala jedynie szybciej przejść przez bramkę i nijak ma się do rzeczywistego boardingu, skoro pod nosem mają prawdziwą żyłę złota.

Pierwszeństwo wyjścia z pokładu połączone z gwarancją, że nasz bagaż wyjedzie pierwszy na taśmie na lotnisku – to byłby hit. I jednocześnie uporządkowałby tych, którzy wstają zaraz po lądowaniu czysto hobbystycznie. Podwójne zwycięstwo, stewardesy zadowolone, kasa się zgadza, a pasażerowie mają to, czego potrzebują.

W tym moim wymyślonym świecie lotniczym każda linia serwująca posiłki miałaby też drobny, najprostszy, a jednocześnie najpotrzebniejszy gadżet, jaki kiedykolwiek na pokładach się pojawił, czyli… opcję „obudź mnie na jedzenie”. W różnych liniach coś podobnego funkcjonuje w różnej formie – od naklejek, przez opaski na oczy po zaznaczenie odpowiedniej funkcji w systemie rozrywki pokładowej, ale wciąż nie jest to powszechne. A czy jest coś lepszego niż spokojny sen z gwarancją, że nie przegapimy jedzenia? Nie wydaje mi się.

Co z grubszymi lub niezdecydowanymi?

Takich pomysłów jest jeszcze więcej, bo przecież to tylko dwie pierwsze z brzegu idee na zarabianie pieniędzy. Wyobrażam sobie, że mogłyby też powstać rzędy z szerszymi siedzeniami dla większych pasażerów. O ile wysocy mogą zafundować sobie tzw. miejsca XL, gdzie mają więcej miejsca na nogi, to podróżny z nadwagą nie ma wyboru. Musi „upchnąć się” w ciasnym fotelu. Póki co jedyną opcją zostają wyższe klasy – biznes czy chociażby premium economy. Ale nie wszystkie linie je oferują, w dodatku zwykle trzeba za nie słono zapłacić. A gdyby w dwóch rzędach zamiast najpopularniejszej kombinacji foteli po 3 z każdej strony, dać po dwa? XL wszerz mogłoby się sprawdzić równie dobrze, co to istniejące, które przynosi ulgę poobijanym kolanom.

Albo elastyczny wybór usług – to mogłoby być super. Kojarzycie na przykład oferty operatorów telekomunikacyjnych? Takiej, że w abonamencie możesz zdecydować się, z czego korzystasz najczęściej. Na przykład dużo „darmowego” internetu, ale drogie rozmowy. Albo odwrotnie – tanie gadanie, ale za to drogi telefon. Taka oferta skrojona pod konkretnego użytkownika. Czy tradycyjne linie lotnicze mogłyby postawić na coś takiego?

Z założenia kupowalibyśmy goły bilet bez żadnych dodatków, ale np. ustalamy, że w ramach podstawowej ceny możemy się zdecydować na dwie usługi z całego katalogu. Mogę więc wziąć posiłek i bagaż, ale nie skorzystam z rozrywki pokładowej i bezpłatnej odprawy na lotnisku. Albo za darmo dostanę wydrukowany bilet tuż przed lotem i nadam bagaż, ale nie zjem i muszę sama zadbać o rozrywkę. Ktoś inny wybierze kocyk i poduszkę plus posiłek, bo i tak podróżuje tylko z podręcznym, a zakochana para zdecyduje się na darmowy wybór miejsc i dostęp do filmów. Każdemu według potrzeb.

Co prawda o podobnym systemie pół roku temu wspominali przedstawiciele Emirates, ale póki co – oficjalnie nic się nie zmieniło.

– Mamy wielu, wielu pasażerów, którzy pokonują duże odległości tylko z plecakiem podręcznym. Nie chodzi o to, żeby wyciągać z pasażerów jak najwięcej, tylko o to, żeby dać im to, czego chcą – powiedział Tim Clark, prezes Emirates podczas spotkania Międzynarodowego Stowarzyszenia Transportu Lotniczego w Sydney.

Jednocześnie zaznaczył, że Emirates jest w stanie zaoferować katalog aż 50 usług dodatkowych, które będzie można kupić opcjonalnie do biletu w taryfie basic economy. W ten sposób nowa taryfa ma nie tylko pozwolić na ograniczenie kosztów podróży, dla tych, którzy patrzą przede wszystkim na cenę, ale też umożliwi w pełni elastyczne dostosowanie usług do swoich potrzeb.

kobieta spi w samolocie
Foto: illpaxphotomatic / Shutterstock

Pomysły z innych środków transportu

Albo wyobraźcie sobie, co by było, gdyby linie lotnicze poszły tropem szeroko rozumianych PKS-ów? Nie chodzi o to, że nagle zatrzymują się na każdym lotnisku po drodze, można się dosiąść po machnięciu na samolot ręką, a z kokpitu pilotów radośnie rozbrzmiewa disco-polo, ale o… jednolite ceny biletów.

Z naszej i waszej perspektywy – katastrofa. Bo oto koniec biletów za kilka PLN, dzięki którym spędzamy weekendy w całej Europie albo błędów taryfowych, które pozwalają za niewielkie pieniądze znaleźć się w Ameryce Południowej. A z drugiej – koniec polowań, wszystkich pytań w stylu „czekać czy nie czekać? Stanieją czy podrożeją?”. Kiedy jedziesz z Krakowa do Zakopanego, to (poza Flixbusem) wszyscy „busiarze” mają stałe ceny. Wiesz, że zapłacisz 20 PLN niezależnie czy postanowiłeś poszwędać się po Tatrach jutro czy za 3 tygodnie.

I teraz wyobraźcie sobie jak przychodzicie na lotnisko w dzień odlotu i po prostu w kasie kupujecie bilet – bez wcześniejszego skreślenia właściwych sześciu liczb. Tak po prostu, bo wczoraj postanowiliście odwiedzić rodzinę w Londynie albo zabrać dziewczynę do Rzymu.

Ciekawe jest jednak to, że gdyby wziąć pod uwagę przelicznik za pokonaną odległość, to według rankingów najbardziej opłacałoby się latać liniami TigerAir Australia (0,06 USD za km). Niestety, trochę nie nasza część świata. W zestawieniu Ryanair znalazł się dopiero pod koniec pierwszej dziesiątki (0,10 USD/km), a LOT niemal na samym końcu listy (0,21 USD/km).

Co to oznacza? Że gdyby jakiś przedstawiciel linii lotniczej upadł na głowę i wywrócił rynek do góry nogami, to przykładowo trasa Kraków – Bergamo Ryanairem kosztowałaby ok. 340 PLN. W jedną stronę. A lot z Warszawy do Lizbony już wydatek ok. 1041 PLN. Jednym słowem – koszmar.

Rewolucja nie bierze jeńców

Stałe ceny biletów to doskonały przykład, że nie każda rewolucyjna zmiana podejrzana w innym transporcie byłaby dla nas dobra. Niektóre zmiany wydają się być świetne, inne grożą budżetową katastrofą. Jedne może zagoszczą na pokładach w przyszłości, a wiele z nich pewnie nawet nie przejdzie przez sale konferencyjne gigantów.

Oczywiście nie dałoby się też wprowadzić wszystkiego na raz we wszystkich liniach i dla każdego pasażera. Jedne pomysły wykluczają inne, niektóre na pewno przyjęłyby się w mig, inne mogłyby być totalną klapą na wybranych rynkach albo dla części pasażerów.

Jestem ciekawa, z których byście korzystali. Albo co sami dodalibyście do opcjonalnych usług w liniach lotniczych? Dajcie znać! W końcu niedługo wigilia, więc kto wie czy jakaś linia lotnicza nie przemówi ludzkim głosem…

REKLAMA
Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.
Avatar użytkownika
W regularnych liniach lotniczych status lub klasa biznes zapewniaja (powinny zapewnic) szybkie wyjscie z samolotu i priorytet bagazu. 
Aga_podrozniczka, 23 grudnia 2018, 20:48 | odpowiedz

Do których krajów pojedziemy bez problemu? Wszystkie obostrzenia w jednym miejscu! »
REKLAMA
porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »
Akceptuję Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Czytaj więcej ›Technologię tę w ramach Fly4free.pl wykorzystują również nasi partnerzy, których listę znajdziesz tutaj.

Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej lub zakończyć korzystanie z Fly4free.pl. Pozostawienie komunikatu, dalsze przeglądanie Fly4free.pl lub kliknięcie w przycisk „Akceptuję” oznacza wyrażenie zgody na wykorzystywanie plików cookies.