Relacja roku 2025: A los pies de Canaima czyli Skok Anioła w Domu Diabła [Live]
Relacje z podróży kopalnią wiedzy o świecie
Czytelniku! Na forum Fly4free.pl znajdziesz fascynujące relacje podróżnicze, pełne barwnych fotografii i praktycznych wskazówek. To historie, które inspirują i pokazują, że świat można odkrywać na nieskończenie wiele sposobów. Co miesiąc społeczność wybiera najlepsze z nich, nagradzając autorów, którzy swoją pasją motywują innych do ruszenia w drogę. Dołącz i pozwól się zainspirować – świat czeka! Tymczasem poznaj najlepszą relację roku 2025 roku, której autorem jest czytelnik tom971 i zainspiruj się do podróży.
A los pies de Canaima czyli Skok Anioła w Domu Diabła [Live] / tom971
Pomysł na Wenezuelę powstał przy okazji grudniowego dila, ale odgrzanego w styczniu. Czasu na miejscu dużo w porównaniu do poprzednich tripów, daje możliwość jazdy w interior coś popatrzeć. A jak już mamy te parę dni to wybraliśmy Park Narodowy Canaima. Przewijał się też temat polatania krajówkami Conviasy na MD, ale już tego nie wcisnęliśmy.
Także drugie MEGA wodospady, które zobaczę w tym roku. Ten w Canaimie Salto Angel ma 979 m nieprzerwanego spadku wody, no to dla porównania ten Wiktorii, który robił duże wrażenie ma 108 m wysokości.
Loty będą takie:
21.10 KRK-MXP W6 2067
22.10 MXP-MAD W4 6311
22.10 MAD-CCS QL 2921
23.10 CCS-CAJ V0 130
26.10 CAJ-CCS V0 131
27.10 CCS-MAD QL 2920
28.10 MAD-WAW LO 434
28.10 WAW-KRK LO 3921
No dobra zapinam OoO w skrzynce i w drogę…
W salonce na Balicach spotykam @Gadekk, dobry humor poprawia się jeszcze bardziej. Do Wenezueli jedziemy razem. W Madrycie czeka jeszcze 2 koleżków, ale o tym jutro. LF do MXP jakieś 35%, wyspany na 3 fotelach. Myk na transferki. Spacer pod NS co by dobić do 10k i znalezienie dogodnego płaskiego legowiska w jednej z satelito-piwnic.
W4 MXP-MAD full, połowa paxów to kibice Juventusu, wieczorem grają z Realem. Kąpiel i śniadanko na schengen. Wychodzimy do checkina, z miasta dojeżdża @Skullma i Kamil. W checkinie widać ruch pielgrzymkowy i jakaś dziecięcą orkiestrę symfoniczną (…)
Parkuje dyliżans. Odlot przesuwają nam z 13 na 14. Pewnie tuzin psów musi obwąchać wszystko.
Idziemy se na boarding. W rękawie zastój, dzieci z orkiestry zaczynają śpiewać niebiańsko bez akompaniamentu. Dobrze ze siedzą w pierwszym segmencie eko. A my w drugim z ok. 40 zakonnicami.
4 siedzenia przed nami wolne a mimo to steward dalej chce po €70 za siedzenie na nich. No tyle to nie.
Jedzenie nadspodziewanie dobre. Winka piwka, zaciemnienie i lulu. Spacery do kuchni po wino i wodę.
Jak się okazuje jedna stewka Alejandra, Paola to ma ojca Polaka i miezszkaja w Caracas, po polsku ni słowa.
Ife na własnej komórce, w siedzeniach nie ma monitorów, w sumie pod koniec podróży stwierdzamy, że to na plus bo ludzie rozmawiają ze sobą. Kamil nawet pograł w chińczyka z zakonnicami. IFE obok angielskiego i hiszpańskiego po polsku.
Lądowanie. Imigracyjny… no szczegółowy, ale konkretny. Z wesołym systemem robienia zdjęć przez dziewczyny do czata grupowego. Ale robiły foto każdej rezerwacji na każdą noc. Ile nocy? Zawód? A w tej dżungla to gdzie śpicie? ID dziewczyny z kadamaca? Jak do hotelu? 30 minut, pieczątki i na arrivalsy.
Gorące powitanie – chyba tej orkiestry.
I wchodzimy w błogi uśmiechnięty klimat Bożego Narodzenia Feliz Navidad
Świąteczny klimat mąci trochę info z agencji co wycieczkę na wodospady organizuje. Od tygodnia prosiliśmy łaskę o etkty na Conviase tamże. Zbywała zbywał i po lądowaniu info ze nie ma tktów i nie będzie. Awaryjnie załatwia połączenie przez Puerto Ordaz – PZO… no i z rt zrobi się trójkąt i zwiedzanie dodatkowej miejscówki… O ile tkty będą, bo pisze ze wyślą bilety, ale dopiero o 8am. Dobra dzisiaj laska my jedziemy na hotel i jakieś Mięso.
Po przylocie czeka dziewczyna z tabliczką „Hotel Catimar”. Pyta: „Cztery osoby?”. Dzwoni gdzieś i mówi, żebyśmy chwilę poczekali – zaraz przyjedzie auto. Po kilku minutach zjawia się busik. Dziesięć minut jazdy w ukropie.
Na recepcji cennik – osobny dla obcokrajowców i dla lokalsów. Nas obowiązuje stawka 65 dolarów za pokój. Dostajemy zestaw powitalny: dwa piloty i welcome drinki. Winda i na górę.
Drink powitalny do odbioru w hotelowej restauracji, ale tylko w wersji bezalkoholowej – słodkie jak ulepek. Zamawiamy więc piwo. Polarki 330 ml po 1,5 dolara.
Przeglądamy menu. Dania od 15 do 40 USD. No bez przesady – dopijamy piwo i idziemy za róg na burgery.
Okazało się, że burgerownia to sztos. Kamil stwierdza, że lepsze niż te z wczoraj w Madrycie, w tej knajpie „z medalem najlepszego burgera na świecie”. Tamci dali się skusić reklamie i dostali tylko tłusty kotlet. Tu: moje BBQ – 5 dolarów za 100 g, piwo 0,25 l za dolara.
Po powrocie do hotelu widzimy, że Camadac dosyła e-tixy do Puerto la Cruz. Na PDF-ie godzina 11:30, ale w systemie ten lot figuruje… za dwa dni. Flightradar pokazuje, że jest, ale o 13:30. Nic się nie zgadza. Nic sie nie lepi poza nami samymi bo @Gadekk sugeruje wyłączyć klimę na noc.
O trzeciej nad ranem pobudka na siku. Z łazienkowego okienka słychać morze i mewy. Jak w toalecie na GDN I do wyra. Za jakieś 2h trzeba wstać.na debiut w Rutaca Airlines.
Wstajemy koło 7 rano. Widok z okna łazienki przepiękny – na Ocean Atlantycki.
Lodowaty prysznic, który starcza na kwadrans działania na zewnątrz. Zjeżdżamy na dół do busika na lotnisko, ale jeszcze szybki spacer – 2 min z recepcji w sumie 10 minut nad ocean. Plaża właśnie sprzątana – fale naniosły w nocy patyki i butelki. Młodzież sączy poranną kawę – bynajmniej nie w drodze do pracy.
Busik jedzie żwawo. Okolica – może nie slumsy, ale kolorowo to nie jest. Na lotnisko wjeżdżamy od zachodniej strony. Na pozycji parkingowej stoi czterosilnikowa Conviasa – wygląda jakby miała lecieć do Moskwy. Później, kołując do pasa w kierunku wschodnim, pod hangarem technicznym widzimy jeszcze jedną.
Na tablicy nasz lot – 11:30 – wygląda elegancko, jakby wszystko zgodnie z planem. Podchodzimy do okienka odprawy.
– Dokąd?
– PZO.
– What machine operates today?
– No comprendo.
Wołają kierownika. Też nie wie. Dopiero trzeci typ ogarnia: „MD”. Cool.
Migraciones – ziewająco, bez emocji.
– Polonia? Salto?
Skaner, pieczątka.
Terminal jak z Mińska – ktoś rzuca sugestię, coś w tym jest. Siadamy w kawiarni włoskiej – ekspres mieli jak trzeba, najlepszy z tych, które mijaliśmy.
Wpadam na pomysł dodania lotu do Flightdiary. Dobry pomysł – bo nigdzie nie ma mojej karty pokładowej. Ani w paszporcie, ani w kieszeni, ani w drugiej kieszeni… No cholerna, wypadła. Przechodzę przyspieszony kurs hiszpańskiego, wypytuję sprzątaczki, Adrian zagląda do śmietników. Wpadam jeszcze do JazzRockCafe – nic. Biegam w panice, mijam kawiarnię, @Gadekk uśmiecha się pod wąsem: „Znowu odje….ł”, i z błogim spokojem scrolluje memy z jzdz.
Próbuję wyjść na stronę publiczną, ale security: „no comprendo”. Przez bagażownię, check-in, znowu. Biały typ wyciąga mnie z kolejki.
– Zgubił?
– Si.
– To się druknie.
Znowu migraciones:
– Polak? Solo?
– No solo, tres on airside.
– Si, turyści to Canaima.
Security. Kawiarnia. Kamil K. poszedł po wodę, pół butelki wypiłem duszkiem.
Przy bramce przez megafon słychać tylko: „pax Delta Zulu”. Podchodzę – gość chce oddać kartę, ale mówię, że mam już kopię. Boarding.
Maszyna – MD-88, 36 lat na karku, mój debiut na tym typie. Układ siedzeń 2-3. Zagłówki zdradzają, że linia wspiera wenezuelski PZPN.
W serwisie napoje – brak lodu por favor. Sok – pulpa z jabłek, lepsza niż klarowny. Nie żadne Zbyszko 3 owoce czy Helena, tylko prawdziwe jabłko.
Przy zniżaniu widok na Orinoko. Tam dalej, w delcie – jakieś 50 km – być może miejsce, gdzie Kolumb przybił do Ameryki (na drugiej lub trzeciej wyprawie). Konkretnie do półwyspu Paria, ale potem kręcił się też w delcie Orinoko.
Na lotnisku czekamy chwilę na transfer do hotelu. Czekamy 20 minut, jedziemy 3. Można było iść pieszo 13.
Basen rokuje na wieczorne party.
Na recepcji pytanko z translatora:
– Does the fare include supper and breakfast?
– No.
Szybki kontakt z opiekunką.
– Si.
400m od hotelu jest knajpa z kolumbijskich jedzeniem. Dookoła setki warsztatów samochodowych więc w środku sami mechanicy.
Danie dnia menu ejecutivo $8, grillowy talerz za jakieś $15.
Ridery ich lokalny uber ma tu samochody ze zabiera pasażerów, więc dogadujemy recepcji transport na wodospady. Recepcjonistka zamawia chłopaka lub brata i za parę minut pod bramą trąbi czarny Chevy.
Dojazd do wodospadów La Lloovizna wzdłuż fajnej tamy. Wstęp 0$, czynne od 5.30 do 16, kamienne ścieżki w lesie, monumentalne widoki…
Na powrocie prosimy kierowcę o podjazd do sklepu, trochę schodzi z wyborem trunku bo wybór ogromny, ceny nikczemnie niskie na rumy i dobrze się rozmawia z obsługą za kratami.
Po drodze widzimy niejedno boisko do kosza pełne dzieci, albo stadion baseball z tłumem dzieci na oko tak od 6 lat.
Wbitka na hotel i od razu basen po trudach dnia. Wybór pada na sw Teresę – gran reservę za dolarów piętnaście.
Koło 20 przychodzi 70-letni kelnerka z knajpy hotelowej, no i nie ucisza rozgadane towarzystwo a zaprasza na kolację.
No i mamy sztos, coś około pstrągowego. Jak smażyło się w garze to zapach był straszny, na talerzu elegancko. Przepyszne!
Po skończonej rybie ja i @Gadekk do wyrek i lulu a @Skullma z Kamilem K. poszli do gościa który poczęstował ich whisky… Posiedzieli na fotelach koło kostarki, typ chciał poznać skąd są i co tutaj robią. Wszystko było spoko i typ nie był aż tak podejrzliwy do momentu aż powiedział że przyjedzie do niego jego ochroniarz i żeby się nie bali 😂 po czym zaproponował im pójście do kasyna. Popatrzyli się po sobie i posiedzieli z nim jeszcze 5 minut i mu że bardzo przykro ale muszą iść spać 😆
Rano śniadanie: kawka, placki z jakiegoś zboża, kurczak z papryką, ser mocno wędzony, jajo sadzone.
Taxi na PZO. Checkin Conviasy. 1 pezo podręcznego max. 2 plecaki metkują i zabierają, 2 plecaki mogą z nami 5kg. Pani zaprasza do okienka, w którym opłacamy 5usd bliżej nieznanego. Podatku – tasa. Ale w zamian dostajemy po 45 min wifi.
Za security elegancko się rozsiadaliśmy. Lot 9:30 ale nerwowo bo delay. Burza w Caracas nic prawie stamtąd nie lata i nie wiedzą kiedy wyleci w tym i po nas do CAJ.
1h delay, babki mówią że wyleci kiedyś. Ale jeszcze nasza maszyna zawita do Porlamar 2h delaya, przynieśli po butelce wody. Człapiemy sobie po mikro gate3. Zajadamy hamburgerami raczej dla zabicia czasu po 3h coś tam momentami widać Conviase na Margerite.
@Gadekk zamawia jeszcze Baconatora. I wtedy przyjeżdża trolej tak 5h delay i rozdają bułki kolejeczka. I jeden operacyjny co dokumentuje wydarzenie na filmie.
Odbieram z Kamilem K. jako ostatni buły. Hola, bula swoją droga: Signora ja to informacji potrzebuje a nie bułki. Pokazuje na messengerze foto załadunku bagaży do atra. Mówi ze 3 min temu zamknęli klapę i drzwi i ruszają.
6h delaya i widzimy, że po nas leci. Wracam z toalety jeden towarzysz zniknął. Kamil K. przyszli mundurowi Antidrogas i chodź bo coś tam, jak się okazało piesek wąchał wózek przed wyjazdem na płytę i ten tego zareagował na jego wojskowa kostkę… także miodzio.
Formuje się kolejka a typa nam zwinęli. Wraca po 15 minutach już na boarding.. przebieg rozmowy był taki:
Boarding uff.. 6h delaya, ale fart ze wreszcie lecimy.. a nie jest to oryginalny plan. 30-letnia maszynka.
Szczęśliwi że w końcu dolecimy, mniej czasu w Parku, ale dolecimy. Królowie życia i globtroterki. Zniża do CAJ. Zapiąć pasy. I szaro się zrobiło za oknem i dzida w górę. Komunikat po hiszpańsku. Stewka mówi, że deszcz i nie lądują. I divert do St Elena SNV hehe pod granicę z Brazylią.
Plan B nie wypalił. Tracimy kolejny dzień.
Ale co dalej?
Terminal:
W terminalu wiedzą o nas, i o naszej sytuacji. Tzn. Jeden chłopak Conviasy. Polacos na ławkę koło wojskowego tego od narkotyków. Pies obszukuje bagaże. Żeby znowu nie szczeknął na kostkę.
Chłopak myśli i wie od razu: tutaj operacyjnie nic nie ma, bylibyście w d. samolot leci do Puerta Ordoz na noc tam są hotele. Dajcie paszporty, i poszedł na checkin. Stary antynarkotykowiec mowi mu ze jak to. No tak.to security przeszli w PZO to se pójdą chodnikiem i wrócą, no.co z nimi zrobisz. Wrócił młody z bp. Nawet migracyjny się nie pofatygował. Klimatyczny ręczny bp.
Stewka mówi: don’t worry PZO will take care of you. No worry to spoko.
Komentuję sytuację na pokładzie bo już jakby wiemy ze lipa z dolotem w dżunglę- 'ale się poje…ło..’ nie pamiętam czy to z KacVegas (na dachu) czy coś Tarantino (po strzelaninie)?
Lądujemy i przy beltach zadowolona miśka pisze na translatorze: weather conditions no asistanza. O ty.. mówię poczekamy na crew. No i idzie nasza stewka, myk ma być asistenza. Haha miśka You wanted go home! FU po hiszpańsku na jej twarzy.
To teraz do checkinu, dajcie hotel i rebook na jutro. Tylko jutro nie ma nic do CAJ. Obrotna station managera robi co może może niewiele. Gada z naszą agentką. Agentka proponuję czarter. Prywatny lot. Za $800. No spoko private jeszcze w pamiętniku nie zaznaczałem. Staje na $600. Kurde $150 za 1h godzinny lot to relatywnie nie tak dużo, ale nie mało. Rozkmiiny zostawiamy na boku. Jak nie weźmiemy to Skoku Anioła nie zobaczymy. Kierowca, do hotelu. Recepcja: czemu z 111 zabraliście ręczniki duże. Translator: bo ich tam nigdy nie było, były małe do twarzy. Będą tym razem? A kolację pyszne spaghetti. Potem parę kolejek lightów po $1. Jak płaciliśmy pięciodolarówka to reszta była wydawana w postaci butelki piątej.
Do łóżek. Aczkolwiek nie wszyscy skorzystali z tego scenariusza. Wracając do pokoju KamilK natknął się na zaprzyjaźnionego gangstera, który dzisiejszego wieczora nie siedział sam. O 6:30 ma być taksówka.
6:00 puka recepcjonistka, taksówkarz miał być o 6:30 ale jest teraz, wiec prysznic w 1 minutę I pakowanie w drugą. Święta w pełni, od października, ponoć wprowadzone dekretem.
Nie ma na PZO general aviation wiec mamy czekać przy checkinach, siadamy w kawiarni. Mamy tu czekać – odbierze nas kapitan. Dla beki Kamil K. wspomina wieczór po rozejściu po kolacji, dołączył do gangstera.
Przychodzi Francesco. Przed security tam gdzie migracyjny siedzi dziewczyna sprawdziła czy paszporty zgadzają się z listą paxów. Security. Pobieżny imigracyjny z fotkami paszportów. Korytarzem na płytę. Po drodze antidragasy z psem, machają do Kamila jak do swojego, quattro Polacos, coś tam gadają 'oni tu znowu wylatują od nas?
Maszyna to Kodiak, rok produkcji 2010. Ale w środku fotele jak nowe, przyrządy ekrany też niezniszczone.
No tak to ja mogę częściej:) i wygląda ze w końcu dostaniemy sie do tej dżungli.
Arrivalsy to korytarz kryty strzechą. Biurko pani z Parku Narodowego: $40 w gotóweczce pięknie cabaleros.
Odbiera nas Carlos, nie więcej niż 5m za budką lasek, przez lasek i po 3 minutach jesteśmy na kampie. Na stoloweczce która służy im również za dyskotekę czeka termos ciepłej kawy i dzban lodowatej wody. Ile czasu potrzebujecie? No daj 5 minut, repak do worków pływackich, buty, krem, czapki, mogą. Spokojnie, macie 15 minut. Jest już po 11:30 A najpóźniej wycieczki ruszają o 10 żeby się wyrobić przed zmrokiem. Już mogę napisać ze to się nam nie uda.
Pod budynkiem parkuje miniciezarówka na 3 kołach. Na pace drewniane ławeczki. Bez zbędnego tłumaczenia co i jak wywożą nas w górę rzeki , na plaży ze 20 łódek od 8 do 16 sobowych. Zapiąć kamizelki. W drogę. Jeszcze nie wiemy ze jest do zrobienia 70km tą rzeką.
Po jakichś 6 km pierwszy stopień wodny. Taki ze tylko sternik i nawigator przepłyną, balast wysiada i jakieś pół kilometra idzie brzegiem. Po 10km zaczynają sie widoki z górami stolowymi [tepuy].
W połowie trasy zmieniają śmigło silnika. W okolicach 60km na rzece wąskie przejście- pasażerów pomiędzy gigantycznymi głazami. Pilnują żeby ręce trzymać w Łodzi, otarcie o głaz skończyłoby się amputacja palców.
Po 2,5h lądujemy na kamienistej plaży. 2,8 km przez dżunglę, jakieś 210m w gorę – po kamieniach raczej śliskich i korzeniach. l te nie mają gdzie wrosnąć wiec wystają pomiędzy kamieniami. Wszystko śliskie i pokryte mchem. Gniazdo termitów 3m nad ziemią.
Jesteśmy na punkcie widokowym. Info ze łódź musi odpłynąć o 16:30. Czyli mamy 1,5. Kolejne 5 minut i 20m w górę i dochodzimy do basenu.
Ruszamy na dół. Po 40 minutach jesteśmy na łódce przeprawa na drugą stronę rzeki. Czeka na nas obiad – gigantyczne porcję kurczaka z ogniska, ryż surówka, 2l coli, butla wody. Kurczak taki jak nie u nas gigantyczne mercosurowe piersi.. co on jadł, czym go faszerowali?
Ruszamy, nie wiem która godzina, ale w rozumieniu ich wycieczek bardzo późno. Na szlaku byliśmy sami, wszystkie lodzie wracały już do Canaimy. Na naszej lodzi worki ze śmieciami z biwaku.
W połowie trasy wymiana śruby. Ściemniało się. Nawigator co chwilę ręką daje znak sternikowi o przeszkodzie w wodzie. Najczęściej kłody drzew. A ze jedziemy 40 kmh to szybki zwrot jest pożądany, woda podbija się w górę i ląduję w środku. Całkowita ciemnia, księżyc świeci małym rogalikiem. Idealnie widać gwiazdy bo żadnych źródeł światła w promieniu kilkudziesięciu kilometrów.
Nawigator ma na głowie czołówkę zogniskowaną i widać było ze więcej świecił po brzegu niż tafli wody, żeby zorientować sternika gdzie jest. Carlos się cieszy ze teraz jesteśmy z tym sternikiem bo jest najbardziej doświadczony w wiosce. Mimo to zbroje mamy pełne.
Carlos często wracacie po takiej nocy? Drugi raz w życiu. A ile już oprowadzasz? 20 lat, mój drugi raz z quattro Polacos, ale to dla nas dodatkowa atrakcja.
Po powrocie do kampu czekają na nas Tbony.
Humory tak Dobre ze mamy jeszcze siłę na jedno albo kilka piwek z Viktorią Wenezuelka i Samuelem ze Słowacji. To oni na nas czekali żeby w 6os płynąć. W końcu head campu zabrał ich osobno bo stracili nadzieję na nasz dolot..
Wstajemy 5:30, bo dzień wcześniej umawiamy sie na 6:00 na start wycieczki na Sapo Salto. Z oryginalnych 3 dni tu życie napisało 26 godzinny scenariusz. Więc jak wczoraj ruszyliśmy po kwadransie od lądowania tak dziś ruszamy o świcie, żeby wrócić na śniadanie. Carlos wyznacza do oprowadzania Carolinę. Mówi płynnie po angielsku, woła do żab czy innych ciekawostek.
Idziemy na plażę kolo Lodge. Tam czeka już sternik. Płyniemy wzdłuż wodospadów, bryza moczy wszystko. Lądujemy na przecileglym brzegu rozlewiska. spacer przez płaskowyż.
Here, yellow frog!
Poisson?
Just a little.
Na płaskim prawie jak stol skale Carolina rzuca 2 kamieniami w miejsca oddalone jakieś 3m. Jednym głuchy dźwięk w drugim pełny.
Petroglify. Oni wierzą ze wykonali je ludzie.
Wodospady robią wrażenie. Sapo fajne. Mamy się rozebrać do kąpielówek, na stopy założyć skarpety ze by nie uślizgiwać.
Czekamy chwilę na plaży na łódkę i namawiamy Calline jeszcze na Siekierę od środka, nie robi tego zazwyczaj ale widzi ze biegamy sprawnie jak kozice to idziemy. Kolejne wow!
Protip: Siekierę i Sapo ustawiajcie sobie na późne popołudnie/zachód.
Gdy płyniemy ląduje poranną Conviasa, my spokojnie będziemy czekać na tą o 13.
Także jeszcze 2h mamy, @Skullma i Kamil K. dociskają mini zoo, na wsi jest zagroda mają tapira. Ja i @Gadekk patrzymy na Wisłę vs Stal Rzeszów.
Carlos prowadzi nas na lotnisko siatek to tak w sumie praktycznie nie ma. Schody na kółkach stoją w trawie, pod nimi kury. Checkin i security symboliczne.
Bagażowy widzi zainteresowani @Gadekk tym co ma na ekranie na drabinie, Real z Barceloną machają do niego, chodź będziemy oglądać. Na arrivalsach balony, dzieci przyszły powitać 2 filharmoników. Byli na Tourze w Rzymie.
Wsiadamy do Ebraerka. Na nasz widok stewardesa piszczy z radości, bo to ta sama która w atrku jechała z nami z powrotem do Puerto Ordaz.
Nazajutrz budzimy się dosyć wcześnie. O 8 już gotowi do wymarszu na miasto. Lot o 20, wiec na lotnisku o 16-17. Zatem użyjemy Catimarowskiego busika, który wyjeżdża zawsze o pełnej. Wrzucamy plecaki do 1 pokoju i opłacam przedłużenie doby hotelowej od 12 do 16. $5 za każdą godzinę. Do centrum Caracas bierzemy taxi, za 30km w Ridery widać $36. Podwozi nas pod mauzoleum Liberatora Simona Bolivara.
Rzuca się w oczy ładny pałacyk, na Google widnieje jako Federalny palac legislacyjny, Kongres Republiki oraz Zjednoczenie Narodowe. Do barierki podbiega łysy agent mówi, że jest z ochrony prezydenta, no foto, bo prezydent tam mieszka.
Idziemy dalej w kierunku wież. Dużo murali.
Metro na linie, pod nami slamsy, widok na północ – centrum.
Szwendamy dalej. W poszukiwaniu piwa, restauracja. Ukrop taki ze się nie chce jeść.
Potem placyk ze świeżym pomnikiem świętego 19.10 to chyba dzień kanonizacji.
Wiki: Pierwszym świętym z Wenezueli jest doktor José Gregorio Hernández, lekarz i naukowiec, którego kanonizacja została zatwierdzona przez papieża Franciszka w lutym 2025.
Taxi, $35 do Catimara. Nowiutki samochód. Pytam gdzie to takie produkują nowiutkie z głową konia w logo. W Iranie. W środku jakość ala Fiat, nie najgorzej .
Na recepcji zakaz od pani żeby nie iść do pokoju. Nie wszyscy na raz. Przecież po to przedłużaliśmy pokój żeby się wykąpać. Po chwili pokazuje translator. Żeby nie na raz wszyscy. 2 pójdzie wróci i pójdzie 2. No dobra. Ja z @Gadekk do restauracji na 2 piwa i za pól h wymiana.
Do chekinu kolejka, kontrola paszportu. Miła dziewczyna żąda $70 za emergency siodełko w eko. Można za $200 do biznesu up wziąć. Tyle to nie. Security to też komedia. 1h. I jeszcze większą imigracyjny. W sumie 2h.
W saloniku szeroki wybór lokalnych alkoholi pod miedziorytowym wizerunkiem Matki Boskiej.
Przy gate kolejne macanie + skaner. Odświeżam media społecznościowe i taki news z dzisiaj. Może zaczęli coś robić żeby uspokoić kolegów z północy.
Znajdujemy miejsca. O emergency. Dala za darmo jednak. Walka o koce. Anons kapitana ze za chwilę odlecimy tylko zmienioną trasą, nie wprost. Odlot. Nie przykryłem się i padłem. Po przebudzeniu było za późno gil potem przez 2 dni.
I kochany LO przez WAW do Krakowa.
Touchdown. W domu o 22. Malce jeszcze nie śpią – radość. Radość na widok polskiej zawartości lodówki.
Do pracy ze @Skullma zanosimy guawowe słodycze.
Pełna treść relacji: A los pies de Canaima czyli Skok Anioła w Domu Diabła [Live]
Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?