turysci z azji

„To nie turystyka, to inwazja”. Jak zwiedzać z głową, by miejscowi nie chcieli nas zabić?

Amsterdam, Barcelona, Wenecja, Rzym, Islandia, Paryż… tchu by brakło, żeby wymienić wszystkie miasta, które mierzą się z masową turystyką graniczącą z zadeptywaniem i blokowaniem normalnego funkcjonowania. Nagle z gości staliśmy się intruzami. Zamiast miłej atmosfery, widzimy protesty. I nie będzie łatwo to zmienić.

Jedni są przekonani, że całą odpowiedzialność za masową turystykę w obecnej formie ponoszą tanie linie, które ułatwiły podróżowanie – także z finansowego punktu widzenia i sprawiły, że weekend w Barcelonie nie jest już czymś nadzwyczajnym. Inni w tłumach przewalających się przez Paryż, Rzym czy Wenecję widzą po prostu modę na podróżowanie, które dodaje 5 punktów do lansu i 10 punktów do szacunku czy podziwu wśród znajomych.

Wszyscy jednak zgadzają się, że trzeba coś z tym zrobić. Ale chyba nikt do końca nie wie, co dokładnie. Dlatego może warto, żebyśmy sami wzięli sprawy w swoje ręce, przeanalizowali problem i choć trochę zmienili podejście? Sami zdecydujcie.

Czemu tak nas nie znoszą?

„Jesteście terrorystami”, „to nie turystyka, to inwazja”, „przestańcie niszczyć nasze życie”, „wszyscy turyści to dranie”, a nawet „czemu nazywacie to sezonem turystycznym skoro nie możemy do nich strzelać?” – to tylko kilka agresywnych haseł z transparentów, które podczas zeszłorocznych wakacji były wywieszane w Barcelonie. Tłumy turystów, które zjeżdżają do popularnych miast, doprowadziły do licznych ograniczeń. W Amsterdamie zapowiedziano dokładniejsze egzekwowanie prawa, w stolicy Katalonii ograniczenia w wynajmie prywatnych mieszkań, Majorka wprowadziła kodeks dobrych zachowań, mało znana wyspa Tabarca błaga o stworzenie turystycznych limitów, a Islandia obawia się katastrofy ekologicznej. Dodatkowo niemal w całej Europie trwa nagonka na Airbnb.

Dla mieszkańców miast turyści bardzo długo byli błogosławieństwem, teraz stali się problemem. Z infrastrukturą, cenami, zwyczajnym funkcjonowaniem. To przez nich (nas?) całe kamienice zamiast sąsiedzkiej społeczności wypełniają się obcymi ludźmi, małe knajpki, do których wpadało się na wieczornego drinka są wypierane przez restauracje stworzone pod turystów, na lokalnym targu coraz trudniej zrobić zakupy, a przejazd przez miasto wydaje się być jeszcze trudniejszy od kiedy do ruchu dołączyły setki autokarów.

protest przeciwko turystom
Foto: Tatiana Edrenkina / Shutterstock

Widzę to w Krakowie, który przecież tłumnie odwiedzają ludzie z całego świata. Dostrzegam, jak niepostrzeżenie turyści „wkradli się” do stref, które dawniej były od nich wolne. Spotykam ich, gdy przychodzą fotografować stoiska wypełnione owocami i warzywami na Starym Kleparzu.

Obserwuję, gdy zapełniają dach Akademii Muzycznej, z którego rozpościera się piękny widok, a którego jeszcze niedawno nikt nie uświadczył w przewodnikach. Uśmiecham się, kiedy nieporadnie próbują zamawiać „polish traditional christmas soup”, czyli barszcz czerwony w nowohuckim barze mlecznym, a później przerywają co chwilę konsumpcję, by uwiecznić aparatami te kwieciste ceraty i pierogi za 4,39 PLN.

A jednocześnie ciężko mi się patrzy, gdy zauważam jak jedna z ulic niedaleko Rynku zamieniła się w gigantyczną imprezownię, która ma przygarnąć wieczory kawalerskie z całej Europy Zachodniej, ukoić nadszarpnięty na Majorce budżet imprezowy i wciągnąć te hordy spidermanów w tanich kostiumach, półnagich Brytyjczyków i śpiących w bramach kamienic przedstawicieli nurtu „ze mną się nie napijesz?”.

Nie zapomnę, że przez pół roku próbowałam dobić się na darmowe zwiedzanie do Podziemi Rynku, które odbywa się w każdy wtorek, bo cała pula biletów jest niemal od razu rezerwowana przez sprytnych przewodników i agencje turystyczne. Pamiętam też, ile kosztowała kawa i obiad w centrum kilka lat temu, gdy do „Miasta Królów Polskich” zjeżdżały głównie szkolne wycieczki, a o Ryanairze nikt nie słyszał. Czytam o tym, jak wyludniają się kamienice, jak trudno żyje się w ścisłym centrum i że Airbnb to największy wróg mieszkańców.

A przecież skala turystyki w Krakowie w porównaniu do Barcelony to jak niebo a ziemia i podobne tłumy do tych z Katalonii w moim mieście były tu ostatnio na Światowych Dniach Młodzieży. Co najwyżej.

Co możemy zrobić?

Nie jeździć tam. Odkrywcze, prawda? I pewnie taka odpowiedź byłaby najprostszą z możliwych, ale średnio satysfakcjonującą. Popularne miasta nie bez powodu cieszą się takim zainteresowaniem i trudno się dziwić, że turystów wciąż przybywa. Byłoby więc naiwnością sądzenie, że ludzi można przekonać, że jeżdżenie do Barcelony czy Amsterdamu nie ma sensu, choć wielu lokalnych polityków próbuje przesuwać część ruchu turystycznego do mniejszych, choć równie ładnych miast w okolicy.

Ale to, że chcemy jechać w dane miejsce, nie musi oznaczać potrzeby jego rujnowania. Nawet nieświadomie.

Foto: PimmyTan / Shuterstock

Można wybrać budżetową podróż z namiotem, ale nie trzeba rozkładać go w miejscach niedozwolonych. Warto skorzystać z couchsurfingu, ale bez traktowania tego wyłącznie jako darmowego miejsca do spędzenia nocy. Nie trzeba zostawiać śmieci pod Gullfoss, podpisywać się na Koloseum, za wszelką cenę wpychać się w krótkich szortach do Watykanu.

Nie ma nic złego ani w pójściu na imprezę, a i nic nie integruje bardziej niż butelka lokalnego alkoholu w doborowym towarzystwie. Ale już bramy wypełnione śpiącymi turystami ze spodniami opuszczonymi do połowy, hałaśliwe wycieczki typu „pub crawl” czy wypady nastawione jedynie na akcje typu „Raz kozie śmierć” mogą i irytują mieszkańców. Całkiem słusznie zresztą.

Jeśli budżet na to pozwala, zamiast McDonald’sa wybierzmy rodzinną, gwarną knajpkę z dobrym jedzeniem, a zamiast spania w międzynarodowym hotelu, poszukajmy czegoś co prowadzi lokalny, niewielki, ale polecany przez innych przedsiębiorca. Może lampka nie będzie w idealnej odległości od łóżka, a pod prysznicem białych ręczników codziennie, ale co się nasłuchamy opowieści z młodości, to nasze.

A jeśli już trafiamy do tych uroczych małych restauracji, tych pensjonatów prowadzonych przez trzy pokolenia z niezbyt równo pomalowaną ścianą, to miejmy w sobie odrobinę wyrozumiałości. Nie narzekajmy na to, co lokalne.

Z ciekawości ostatnio sprawdziłam opinię na Tripadvisorze dotyczące jednej z moich ulubionych pizzerii w Rzymie. Komentarze są tragiczne – hałas, chaos, mało składników na pizzy, ciasno ustawione stoliki. Tak można to podsumować. A przecież wszystkie te rzeczy są dokładnie tym, po co tam przyjeżdżamy. Czyż nie?

No i na pewno jeszcze nikomu nie zaszkodziło mówienie w lokalnym języku. Nawet, jeśli to tylko 10 podstawowych zwrotów, to i tak jest mile widziane. Być może jeszcze ważniejsza jest znajomość lokalnych zwyczajów. Obrazić kogoś, złamać prawo czy zostawić po sobie złe wrażenie jest łatwo, ale już odkręcić to tłumacząc niewiedzą o wiele trudniej.

A to, co sama polecam najbardziej, to wybieranie podróży poza sezonem. To niesamowite, jak te miasta potrafią się zmienić w zależności od pory roku – że kolejka przed Sagrada Familia może liczyć tylko kilka osób, a Alfama być pełna starej daty Portugalczyków.

Nie przestanę jeździć do Barcelony, bo ją uwielbiam. Nie zrezygnuję z Lizbony ani Rzymu, bo tam ładuję życiowe akumulatory. Chcę zawitać na Islandię przynajmniej kilka razy, a w trakcie jakiegoś zaćmienia umysłu może nawet jeszcze raz kupię bilety do Wenecji.

Ale na tyle, na ile umiem, postaram się nie dokładać do obrazu „intruza”, „najeźdźcy” czy „drania”. A przynajmniej spróbuję.

Sprawdź inne superokazje 🔥
Wakacyjny city break w Pradze za 522 PLN 🏰☀️ Loty + 4* hotel ze śniadaniami 🎻🍻
Praga z Poznania 522 PLN

Wakacyjny city break w Pradze Loty + 4* hotel ze śniadaniami

Egipska majówka w Abu Soma 🌊☀️ 7 dni z all inclusive w 4* hotelu za 2439 PLN
Egipt z Katowic 2439 PLN

Egipska majówka w Abu Soma: 7 dni z all inclusive w 4* hotelu

Korfu z wyżywieniem 🌊☀️ 7 nocy w 4* aparthotelu przy plaży za 1899 PLN
Grecja z Katowic 1899 PLN

Korfu z wyżywieniem: 7 nocy w 4* aparthotelu przy plaży

💜 OKAZJA 💜 Loty Wizz Air na południe za 64 PLN 😮 Podróże w jedną stronę bez WDC ❗
Loty na południe z Polski 64 PLN

Okazja w Wizz Air. Bilety w jedną stronę w słonecznych kierunkach

Misją Fly4free.pl jest przedstawienie Ci najlepszych zdaniem naszej redakcji okazji na podróże. Opisujemy oferty znalezione przez nas w internecie i wskazujemy adresy internetowe, pod którymi samodzielnie możesz wykupić podróż lub elementy podróży. Ceny w artykułach są aktualne w chwili publikacji. Możemy otrzymywać wynagrodzenie od partnerów handlowych, do których Cię przekierowujemy.
Komentarze

Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?