Podróże to elitarne hobby? Przestańcie się oszukiwać
Gigantyczna siatka połączeń oferowana przez tanie linie, możliwość znalezienia hostelu za kilkanaście złotych, fora, grupy, blogi i powszechna znajomość języka angielskiego – to wszystko sprawia, że świat dla Polaków w ciągu ostatnich kilkunastu lat nie tylko bardzo się zmniejszył, ale wręcz przywitał nas z otwartymi ramionami. I nie można się o to obrażać.
Dziś nie piszę do wszystkich, bo wiem, że na pewno są ludzie, którzy myślą podobnie. Ale mam też przed oczami część swoich czysto rekreacyjnie podróżujących znajomych, część żywo komentujących czytelników Fly4free, część ekspertów i część zacietrzewionych podróżników, którym choć nie odmawiam sukcesu, znajomości świata, wojażowych osiągnięć i spektakularnych kresek na mapie, nie mogę się nadziwić, gdy wszem i wobec zapewniają, że podróże to hobby wyjątkowe, lepsze od innych albo luksusowe – przynajmniej w tym mentalnym sensie.
Być może właśnie rozpętuję burzę tak wielką, że trzeba będzie jej nadać jakieś imię. A być może wręcz przeciwnie – znajdą się tacy, którzy nie mogą już słuchać tego wywyższającego się gadania o elitarności podróży. Przestańcie się oszukiwać. Dziś podróżować może niemal każdy.
Zielone szkoły i kolonie nie odbywają się już w Rytrze i Sianożętach, a w Hiszpanii, Włoszech czy w Chorwacji. Świeżo upieczeni studenci mogą przebierać w supertanich, imprezowych wyjazdach po całej Europie. Co trzeci (dobra, nie mam na to żadnych badań, ale zgaduję) pracownik korporacji wyskakuje na weekend do Rzymu, Barcelony czy Lizbony przynajmniej kilka razy w roku, a zorganizowanie spontanicznego wypadu na wakacje to od technicznej strony kwestia… godziny? I to z pakowaniem, bo kliknięcie w hotel, lot i ubezpieczenie nie zajmie więcej niż kwadrans.
W tym roku ponad 9 mln Polaków wyjedzie na wakacje za granicę. Do tego statystyczny rodak odbywa przynajmniej jeden lot w roku. Jeśli więc podróże są czymś wyłącznie dla elity, to znaczy tylko tyle, że jesteśmy ultra elitarnym narodem.
Kraje się rozwijają…
Rozumiem, że frustrować może beton zalewający okolice najsłynniejszych atrakcji, schody i winda dobudowane do gór w chińskim parku narodowym Zhangjiajie czy inne ułatwienia dla turystów, które bywają dosłownie przerażające. Tak, też nie do końca podoba mi się, że Rzym wymienia na niektórych ulicach charakterystyczną kostkę brukową na asfalt, całym sercem popieram zamknięcie Maya Bay i uważam, że trzygodzinny limit w Tadż Mahal to nie katastrofa a zbawienie. Cieszę się, że wiele rajskich miejsc obudziło się z letargu, ale nie możemy się obrażać, że ten czy inny kraj idzie do przodu – powstają w nim lepsze drogi, ludzie zaczynają otwierać „porządne” hotele, a w najbardziej zatłoczonych miejscach infrastruktura zmienia się nie do poznania.
To my sprawiliśmy, że dziś w tych miejscach jest tłoczno, a limity w ogóle są potrzebne. To my daliśmy tym ludziom poczucie, że warto nauczyć się angielskiego, zacząć sprzedawać pamiątki i zbudować parkingi. I to w dużej mierze my przywieźliśmy pieniądze do tych krajów, z których teraz słusznie chcą korzystać.
By żyć w lepszych warunkach, mieć lepsze drogi, ładniejsze sklepiki czy nawet tego nieszczęsnego McDonald’sa. Nawet gdy kosztem jest „zniszczenie klimatu”, o którym tak dużo się mówi i pisze wśród podróżników. Bo to, co dla nas jest uroczą przygodą z tłuczeniem się marszrutką po dziurawych drogach, spaniem w pensjonacie, który remont widział pewnie 40 lat temu i wolnością, bo mało kto respektuje przepisy drogowe, zwraca uwagę na ochronę środowiska i nie wie o istnieniu alergii na gluten, dla ludzi żyjących w takich krajach jest ciężką, a często smutną rzeczywistością, w której przyszło im żyć. Z której nie wyjeżdża się po kilku dniach na pokładzie żółto-niebieskiego czy biało-różowego samolotu, by za chwilę już we własnym mieście było „miło wrócić do cywilizacji” .
Sama lubię się pozachwycać tym szczęściem, które czerpie się z prostoty życia – w Gruzji, Mołdawii, na Ukrainie, w Afryce czy Kambodży. Tym powolnym rytmem, gdy nikomu nie śpieszy się do pracy, gdy jest czas na długie dyskusje i zapraszanie przed chwilą poznanej osoby do domu. Tym prostym jedzeniem, które ograniczone jest tym, co mamy w okolicy domu lub w dwóch sklepach na krzyż. Gościnnością, której próżno szukać w wysoko rozwiniętych krajach i poczuciem, że wszystko się da, bo zamiast przepisów ograniczają nas co najwyżej zwyczaje i pieniądze.
Pomyślcie w ten sam sposób o Polsce. Myślę, że w PRL-u nie brakowało szczęśliwych rodzin, hucznie obchodzonych imprez, a smak tamtych kopytek, makaronu z serem czy chleba z cukrem łapanego w locie między zabawą w piratów i kowbojów, niejednemu śnią się po nocach. Było super, ale niewielu chciałoby wrócić do tych jakże klimatycznych czasów. Nawet jeśli tym niezbyt licznym turystom odwiedzających nas w tamtych latach byłoby przykro, że zniknął „czar starej Polski”, nie można podziwiać kolejek do sklepów i nie wymienia się już dolarów u cinkciarza. W razie czego mogą wykupić „VIP communist tour” i wszyscy będą szczęśliwi. Z tego co wiem, kopytka i chleb z cukrem też nie są nielegalne.
A podróże tanieją…
Pierwszy raz na Cyprze, w Egipcie czy Izraelu byłam z 19 lat temu. O tanich lotach nikt wtedy jeszcze w Polsce nie myślał, a o weekendowych wypadach kilka tysięcy kilometrów dalej nawet nie marzył. Takie wyjazdy kosztowały wtedy naprawdę dużo – przynajmniej w porównaniu do wakacji pod namiotem na Mazurach (które również uwielbiałam!) czy ostatnich pozostałości zakładowych wczasów, które tliły się jeszcze w niektórych wielkich firmach. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności połączonym z promocją, oszczędnościami i determinacją moich rodziców udało mi się tam pojechać.
Tylko czy to znaczy, że dziś, gdy all inclusive w Egipcie można bez problemu kupić za trzycyfrową kwotę, do Izraela lata się na weekend, a Polskę z Cyprem łączą przynajmniej cztery regularne trasy tanich linii, powinnam pomstować na tych, którzy jadą tam dużo taniej? Którzy mogą zrobić to bez tego całego finansowego czy logistycznego trudu, jaki ja napotkałam? Idiotyzm.
Wydałam sporo pieniędzy, by zwiedzić Jordanię – „zanim to było modne”, czyli jakieś 10 lat temu, zrezygnowałam ze swojego pierwszego samochodu, żeby najpierw zobaczyć Dubaj „już” w 2008 roku. A przecież przede mną było tam już mnóstwo innych osób, które zaczęły jeszcze wcześniej – by byli starsi, mieli więcej pieniędzy, znali już język, który ja jeszcze wtedy kaleczyłam równie mocno co kolana w dzieciństwie albo po prostu wiedzieli już, że to jest ich sposób na życie. W czym gorsi są ci, którzy jeżdżą tam teraz, gdy jest tanio, gdy jest moda, gdy pozwalają na to przesiadki, niskokosztowe linie albo po prostu – ułańska fantazja szepcząca „hej, weekend w ZEA to przecież super pomysł!”? Bo moim zdaniem, to co najwyżej ja mogę być frajerem, który grubo przepłacił zamiast cierpliwie doczekać się tanich połączeń.
Tak, spacerowałam po ulicach Sajgonu, Bangkoku, Pekinu czy miasta Meksyk, a nawet dziś właściwie niedostępnego Caracas, ale nie czyni mnie to w żaden sposób lepszą od tych, którzy do tej pory widzieli tylko Makarską, Hurghadę i Zakopane. Ba, zamiast cieszyć się jak podpowiadałoby wielu, że dziś Wenezuela wydaje się być właśnie taką perełką na liście lotniczych kresek, jest mi cholernie smutno, że tego obłędnie pięknego kraju nie mogą odwiedzać miliony.
Bo tego samego dnia, gdy trafiłam na na Khao San Street, plac Zócalo czy w Luwrze razem ze mną były tam setki, jeśli nie tysiące osób. Nie czułam się wyjątkowa. Raczej byłam jednym z wielu robaczków, które mają dokładnie taki sam plan, zobaczą to samo i zrobią identyczne zdjęcie. Serio, czujecie tam jakiś powiew elitarności? Jest w stanie przedrzeć się do waszych umysłów w tym tłumie? Podziwiam. Bo ja staram się nie oberwać łokciem albo po prostu nie zostać zdeptanym. Jeśli to są te niedostępne podróże, to dajcie mi znać. Po prostu się nie połapałam.
Elita? Chyba żartujesz!
I tak, gadanie o tym, że tanie podróże to największa zaraza jaka pojawiła się na świecie, wkurza mnie niemiłosiernie. Bez cienia wstydu korzystam z nich na potęgę. Dzięki temu na przestrzeni lat zwiększyłam liczbę wyjazdów z jednego, stricte wakacyjnego do kilkunastu albo i kilkudziesięciu w roku. Dzięki temu dużo częściej wyjeżdżają moi znajomi, rodzina i zupełnie obcy ludzie. I ci, których opinie i wskazówki czytam, zanim sama ruszę w drogę.
I jestem pewna, że Wy też korzystacie, bo przecież jakoś, kiedyś trafiliście na tę stronę. Możecie więc obrażać się na kraje, że się rozwijają, pomstować na linie, że uczyniły podróże łatwymi, tanimi i powszechnymi, ale w czasach, gdy na Mount Everest stoi kolejka, a Antarktydę można oglądać zza okna luksusowego statku, naprawdę nie robimy niczego elitarnego ani niedostępnego. A to, że każdy może doświadczyć radości podróżowania jest świetną wiadomością. Nie powodem do psioczenia na siebie nawzajem. Uwielbiam to, że gdy spotykam drugą osobę, często mogę z nią podyskutować o tym, co widziałam i gdzie byłam, a nie tylko jednostronnie się pochwalić, bo też już widziała ten kraj, miasto, atrakcję. I to pierwsze cenię sobie o wiele bardziej niż to drugie.
A jeśli macie z tym problem, kupcie sobie jakiś bilet na uspokojenie. Z tego, co wiem – nadal są sprzedawane bez recepty. I na szczęście nie kosztują wiele, choć czasem wydaje mi się, że niektórzy z Was bardzo by tego chcieli.