Wydaje ci się, że chcesz tanio podróżować? Zastanów się…
Kiedy byłam dużo młodsza oglądałam przepiękne zdjęcia z podróży i podziwiałam ludzi, którzy pakują plecak i ruszają eksplorować świat. Och, jak ja im wtedy zazdrościłam! Chciałam tak jak oni – docierać na koniec świata, spać w domach gościnnych ludzi, jeść w przydrożnych knajpkach prowadzonych przez całe rodziny.
A potem zaczęłam to robić. I dziś ostrzegam wszystkich. Jeśli jeszcze nie ruszyliście w drogę, to zaklinam Was – zostańcie w domach, doceńcie ciepłą wodę, pełną lodówkę i znajdźcie sobie inną pasję. Zanim będzie za późno.
Biedujesz w podróży, biedujesz w domu
Wśród nałogowych podróżników, kłopoty zaczynają się jeszcze przed wyjazdem. Notorycznie oszczędzasz. Gdy znajomi idą balować do klubu, ty myślisz, że za to samo mogliby spędzić cztery dni w Bergamo. Twój samochód podwaja wartość, kiedy zatankujesz do pełna, kredyt na mieszkanie kwitujesz takimi słowami jak „wyrok” i „fanaberia”. Widzisz nowy telefon, a myślisz: „rany, to wystarczy na 2 miesiące byczenia się w Tajlandii”. Wielu znajomych traktuje cię jak dziwaka, a świnka-skarbonka śmieje ci się w twarz. Trzeba przywyknąć.
Finansowo przeżywasz tylko dwa stany – albo właśnie wróciłeś z podróży i próbujesz się odkuć albo zbierasz na kolejną. Masz zaskórniaki, ale one znikają niespodziewanie i spontanicznie. A to się loty do Barcelony pojawiły, a to błąd taryfowy na Kubę. Grzech nie skorzystać.
A potem wyruszasz jak Włóczykij. Niepostrzeżenie nad ranem pakujesz plecak (oczywiście zaraz po tym, jak wysypiesz z niego resztki piasku przywiezione ostatnim razem) i znikasz. Cel podróży wyznaczają promocje, błędy, uzbierane mile. Rzadko wiesz, dokąd pojedziesz. A jak już wyjdziesz z domu, to dopiero się zaczyna.
Zaginione bagaże, odwołane loty
Zaplanowałeś wszystko doskonale. Wiesz, ile powinieneś zapłacić za transport z lotniska, jak oszukują turystów, gdzie iść, a gdzie nie. Jesteś starym wyjadaczem, cóż cię może zaskoczyć, prawda? A jednak zawsze zaskakuje.
To nagle Ryanair z dnia na dzień uzna, że odwoła po 80 lotów dziennie i zostajesz na lotnisku. Innym razem nie zdążysz na samolot, bo jeszcze tak koniecznie chciałeś kupić magnes. Wiadomo, mama błędów nie wybacza. Spanie na lotnisku masz już tak opanowane, że jak rozłożysz swój pałac zbudowany z karimaty, plecaka i kurtki, to dzieci chcą się z tobą bawić w „bazę”, amatorzy skitrani na krzesełkach ronią łzę zazdrości, ludy koczownicze piszą o tobie książki, a Spielberg chcę kręcić Terminal 2.

Fot. Archiwum prywatne/Fly4free.pl
Od lat nie nadajesz już rejestrowanego bagażu, bo przecież wiadomo, że jeśli jakiś ma zaginąć, to na pewno twój. Doślą za trzy dni, kiedy przez brak szortów w 30 stopniach, wytopisz z siebie całą blachę szarlotki i 3 kilogramy mielonych zjedzonych na przedwyjazdowym obiedzie u mamy.
A to przecież tylko sytuacje, o których wiesz, że się zdarzają. Takich, których nie przewidzisz – ze swojej głupoty czy nie – jest multum.
Na przykład wylot z Mexico City w jakąś tam niedzielę. Niby nic szczególnego, dzień jak co dzień. Wchodzisz do autobusu na lotnisko, a twoja karta miejska mówi, że „hola, hola amigo! Nigdzie nie pojedziesz!”. Za mało doładowałam, w niedzielę nic z tym nie zrobimy, biletu nie da się kupić u kierowcy. Głupi błąd, ale samolot raczej nie poczeka, bo ja biegam w poszukiwaniu transportu. Zostaje płacz, rozpacz i zjedzenie kilku tacos.
I już nawet zaczęłam się przyzwyczajać się do myśli, że czeka mnie szukanie bohaterskiego Banderasa, który przyjmie biedną Polkę na swoją hacjendę i będziemy do końca życia razem pić tequilę, ale akurat pan kierowca stwierdził, że „no problemo” i żebym jechała, a on na lotnisku poczeka aż doładuję kartę i wrócę się „odbić” w autobusie.
Innym razem, w Kiszyniowie LOT anulował mój samolot, kiedy byłam już na bezcłówce, w Bangkoku okazało się, że moja opłacona rezerwacja hotelu nie istnieje w systemie. Taki los człowieka jeżdżącego na własną rękę. Pot, krew, łzy, burczenie w brzuchu, nieprzespane noce, wieczne zaskoczenia i zmiany planów.
„Przytulne” pokoiki, metro w złą stronę
Rezerwując wszystko samemu, łatwo wpaść w różne pułapki, a jeszcze łatwiej po prostu się pomylić. Oglądasz oferty na bookingu czy gdzieś, rezerwujesz ten fantastyczny, „przytulny” pokoik, a na miejscu odkrywasz, że pod tym przymiotnikiem kryje się towarzystwo karaluchów, metraż niegodny nawet więźnia i winda, którą trzeba było wyłożyć lustrzanymi kafelkami, żebyś chociaż miał złudne poczucie, że wejdą do niej dwie osoby.
Na przykład w Kijowie wynajęłam fantastyczny hostel z widokiem na Majdan, a po przyjeździe dostałam pokój, który nie tylko nie miał widoku, ale nawet okna się nie doczekał. Między łóżkami było po 15 cm miejsca, a z drugiej strony przylegały do ściany. Te znów były w przepięknym fioletowo-różowym kolorze. Nie dało się go wymienić, mogłam tylko szukać nowego hotelu. Machnęłam ręką. Całe wieczory siedziałam na schodach Majdanu. Faktycznie, załatwili mi widok.

Fot. Archiwum prywatne/Fly4free.pl
Byłam też świadkiem, jak znajomi zakupili bilety na Wyspy Kanaryjskie. Podróż życia, spijanie sobie z dziubków, drinki z palemką w barze przy plaży. Spakowali się, wzięli urlop i dobre nastroje. Dopiero na lotnisku okazało się, że bilety były na… następny rok.
Na innym wyjeździe – chcąc dojechać do paryskiego Disneylandu – wsiadłam do metra jadącego w złą stronę i uwierzcie mi, że gdy wysiadłam okolica nie miała kompletnie nic wspólnego z Myszką Mickey.
To się dasz orżnąć jakiemuś sprytnemu przedsiębiorcy, to wyskoczy ci jakaś wysypka, zgubisz pod kantorem 50 USD albo dopiero na miejscu zorientujesz się, że śpiwór będzie otulał myszy harcujące w twoim domu. Jedź w podróż mówili, będzie fajnie mówili.
Ograniczona garderoba, prysznic z butelki
Bijesz te rekordy minimalnego bagażu. To się upchniesz do 15 kg, bo linia akurat dosyć łaskawa. Innym razem wpakujesz aparat, obiektyw, ładowarkę i naglę spora część bagażu wypełniona, bo wolno wziąć tylko 6 kg. Ciągle z czegoś rezygnujesz.
Budżetowe podróże uczą, że przecież wcale nie potrzebujesz tak wielu rzeczy. Dwie pary spodni? Burżuazja! Szampon i odżywka zamiast płynu typu „osiem w jednym, umyjesz nim nawet samochód”? Fanaberia! Makijaż? Dajcie spokój, opalenizna będzie moim bronzerem (czy jak to się tam nazywa), a nie przespana noc załatwi cienie – wyjątkowo pod, a nie na oczach.
Nie licz na karierę w biznesie modowym. Nie możesz codziennie pracować nad idealną stylizacją. Ubierasz po prostu to, co jeszcze jakimś cudem jest czyste albo robisz wielkie pranie tych czterech posiadanych koszulek. Na każdym zdjęciu masz ten sam zestaw. Wygodny. Butów najlepiej byłoby nie ściągać, jeśli nie ma wyraźnej potrzeby użycia śmiercionośnej (i nieco śmierdzącej broni). Za SPA robi dezodorant, a jak trafisz pod prysznic kilka dni z rzędu, to chcesz ze szczęścia zużyć całą ciepłą wodę przed innymi.

Fot. Archiwum prywatne/Fly4free.pl
W Mołdawii po dwudniowym kempingu bez prysznica, gdzie temperatura przekraczała 30 stopni, czułam że za chwilę nawet psy będą się ode mnie odsuwać. Kolega żartował, że nie może spać w drodze, bo budzi go jego własny zapach. Właściwie do dziś nie jestem pewna, czy aby na pewno to był żart.
Kiedy w Kenii pojechałam na safari okazało się, że akurat jest awaria czegośtam. Trzy dni myłam się zawartością 1,5 litrowej butelki, udając że survival to moje drugie imię. Kiedy wróciliśmy do cywilizacji miałam ochotę całować kran. Na szczęście – przynajmniej póki co – zdjęcia nie mają zapachu, więc do dziś nikt nie patrzył na moje kadry ze zwierzaczkami przez ten pryzmat.
Spięcia i tęsknota za schabowym
Co gorsza, większość z nas podróżuje z kimś. A „ktosie” potrafią niepostrzeżenie zmienić się o 180 stopni. Kumpel, który w robocie perfekcyjnie ogarnia absolutnie wszystko, nagle w podróży dostaje „dzika”. Miota się, denerwuje, nie umie czytać mapy, głowa mu tylko lata na boki pełna wizji o potencjalnym zagrożeniu, trzyma się kurczowo twojego plecaka i panikuje przy najmniejszej zmianie planu. Za to nieśmiała koleżanka z roku, okazuje się rozkwitać, gdy tylko przekroczy próg lotniska. Nagle wszystko ją interesuje, chce poznawać ludzi, próbować każdego dania.
Ale nawet z najlepszą ekipą zdarzają się spięcia. Mówi się, że remonty i zwycięstwo w Monopoly to dwa najczęstsze powody rozwodów, ale halo, jedź z żoną/mężem na miesięczny, niskobudżetowy wypad do Ameryki Południowej, to dopiero zobaczysz, co to znaczy „na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie”.
Macie dość kolejnej godziny oczekiwania w słońcu na autobus, który miał być, ale go nie ma. Nagle ktoś zjadłby schabowego i pierogi z mięsem, chociaż w Polsce praktycznie ich nie dotyka. Ktoś spanikuje, ktoś inny będzie miał dość albo wścieknie się tak dla zasady – ze zmęczenia. To bąbelek na nodze pęknie, to klapek się rozwali, zginą pieniądze albo małpa zabierze aparat. Nie ma lekko.
Kogoś przytrzymają na granicy, ktoś inny zapomni wyciągnąć z bagażu scyzoryk, koleżanka zabierze za dużo bagażu, a kolega zapomni spakować namiot, który miał służyć wam wszystkim. Kto w chwili zwątpienia nigdy nie pomyślał, że „trzeba było brać all inclusive”, niech pierwszy rzuci paszportem.
I że już nigdy więcej…
Za każdym razem, gdy plecak wrzyna mi się w ramię, nudzę się na długiej przesiadce, wybudzam się z kolejnej 10-miutowej drzemki w zapchanym lokalnym busiku, jem coś obrzydliwego, bo nawet na migi nie szło się dogadać, obiecuję sobie, że następnym razem to już pojadę inaczej. Zainwestuję w cztery gwiazdki, wezmę apartament z widokiem na pół świata, będę jeść frytki i carbonarę w hotelowej restauracji, pluskać się jacuzzi i odliczać minuty do otwarcia baru all inclusive.

Fot. Archiwum prywatne/Fly4free.pl
Na zdjęciach nie widać odcisków, zakwasów poparzeń słonecznych, okropnych pokoi, wylanego potu, a czasem i nawet łez – choć te dużo częściej pojawiają się ze śmiechu. Nie ma tam tej rozpaczy, że do cholery niczego już w tym kraju nie rozumiem, nie ma kłótni, o to czy dziś na plażę czy dalej w trasę, nie ma nerwowych negocjacji o cenę tuktuka.
Zdjęcia nie pokazują tłumów w najpopularniejszych atrakcjach turystycznych, nocy spędzonych na lotniskach, przepoconej koszulki i siniaka nabitego w najciaśniejszym pokoju świata wynajętego tylko dlatego, że kosztował 5 PLN mniej. Zdjęcia powodują lawinę pytań: „skąd macie na to pieniądze?”, „wam to dobrze!”, „też bym tak chciał!”.
Ale decydując się na budżetowe podróżowanie często kompletnie nie jesteśmy świadomi, w jaki świat się pakujemy. Więc jak to mówią – uważaj, czego sobie życzysz, bo to się może spełnić. To, co się wydarzy zawsze przejdzie nasze najśmielsze oczekiwania. Czasem zachwyci, innym razem doprowadzi na skraj rozpaczy. A im bardziej jesteście przygotowani, tym większego figla spłata wam los.
Naprawdę kocham to, co robię. A wtopy, losowe przypadki i kłopoty tylko nadają podróżom charakteru. A mimo to pewnie nie raz i nie dwa, tak samo jak ja obiecywaliście sobie, że dość. Czas na wygodne łóżko, miękki szlafroczek i serwis sprzątający. I pewnie nawet w to wierzyliście. Do czasu kolejnego błędu taryfowego.