Te miejsca są niedaleko, ale Polak nigdy nie poleci do nich samolotem? Żebyście się nie zdziwili!
Choć jako naród „rozlataliśmy się” na potęgę, to wciąż dotarcie samolotem do wielu – nawet niezbyt odległych miejsc – jest poza naszym zasięgiem mentalnym czy finansowym. Ale czy na pewno musi tak być? Linie lotnicze są innego zdania, a niskokosztowi przewoźnicy znów zamierzają nam „utrzeć nosa”.
Lotnictwo zmienia się w zaskakującym tempie. Nie tylko latamy więcej i częściej, ale także do miejsc, które wcześniej wcale nie były popularne wśród turystów. Choć jednocześnie zmienia się sposób w jaki latamy – często decydujemy się jedynie na bagaż podręczny. Latamy też o wiele taniej, choć z większymi ustępstwami. Ale to, co się nie zmienia to fakt, że przede wszystkim latamy do miejsc, do których można kupić bilety za niewielkie pieniądze.
Niejednokrotnie udowadnialiśmy, że tanie linie kreują podróżnicze trendy i chętnie podążamy za siatką połączeń niskokosztowych przewoźników, ale jednocześnie nawet w Europie wciąż istnieje wiele miejsc niezagospodarowanych przez tanie linie lotnicze. A mimo tego chętnie do nich wyjeżdżamy, choć głównie samochodem.
Pozostaje jednak pytanie, czy naprawdę tak to lubimy czy może po prostu nie mamy wyboru? A gdy zarzekamy się, że samoloty na takich trasach są zbędne, w rzeczywistości po prostu nie mamy pojęcia, o czym mówimy?
Samolot? A od czego mamy samochód?
Wakacje samochodem stają się coraz mniej popularne, a jeśli tylko możemy wybrać samolot w sensownej cenie – to zazwyczaj się na niego zdecydujemy. Tak mówi teoria. Ale praktyka pokazuje coś zupełnie innego.
Co prawda wśród wyjazdów zorganizowanych z biurem podróży, według danych portalu wakacje.pl, zaledwie 3 procent to te z dojazdem własnym, ale wynika to przede wszystkim z coraz mniejszej liczby takich ofert wśród touroperatorów. Jeśli chodzi o ulubione kierunki w opcji „zrób to sam”, króluje niezmiennie Chorwacja, a tuż za nią są Włochy i Bułgaria. Do tego dochodzą kraje, w których wakacje organizujemy w pełni na własną rękę – Rumunia, Grecja, Albania, Czarnogóra – wszędzie tam wciąż wiele rodzin, par i grup znajomych wyjeżdża korzystając z samochodu.
Dlaczego? To proste. Decydują dwie, wspomniane na początku bariery – mentalna i finansowa.
Nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że do tej nieszczęsnej symbolicznej Chorwacji, która w lipcu i sierpniu jest niemal przez Polaków zaanektowana, moglibyśmy lecieć samolotem. Z małym bagażem, bez zapasu jedzenia na cały tydzień, a w dodatku w cztery osoby, które system i tak rozrzuci po całym pokładzie? Podobno taka opcja w ogóle nie wchodzi w grę.
Oczywiście nie zapominamy, że kraj, który sobie upodobaliśmy jak żaden inny, wcale nie jest tani, a w dodatku niezmiennie drożeje z roku na rok. Wyżywienie czteroosobowej rodziny w restauracjach może kosztować fortunę, a umówmy się, że jeśli kogoś już na to stać, to naprawdę nie musi jeździć rok w rok do Chorwacji. Czarnogóra, Albania czy Rumunia są o wiele tańsze, ale tam uwielbiamy za to robić objazdówki. Wybieramy więc swój samochód, by na miejscu nie musieć niczego wynajmować i bez problemu móc przekraczać granice, gdy tylko najdzie nas taka ochota.
Jednak – co o wiele ważniejsze od wszystkich tych naszych przyzwyczajeń – wciąż ciężko znaleźć tanie bilety, które mogłyby przekonać nas do zostawienia samochodu i bagażnika wypchanego prowiantem w domu. Oczywiście to nie znaczy, ze one się nie zdarzają, ale Bałkany wciąż pozostają białą plamą w siatkach połączeń niskokosztowych przewoźników. No i w przeciwieństwie do podróży lotniczych, które warto planować z wyprzedzeniem, podróż samochodową można zorganizować tu i teraz.
A mimo tego wszystkiego już nieraz okazywało się, że nawet najbardziej niesamolotowy kierunek może przegrać w starciu z wiecznie niedopiętym budżetem.
Bez bagażu nie lecę!
Tak było chociażby kilkanaście lat temu, gdy tanie linie dopiero rozkręcały się w Polsce, a nasz kraj przechodził emigracyjną rewolucję. Pamiętam jeszcze doskonale, jak tysiące Polaków jeździły do Wielkiej Brytanii czy Irlandii busami, autokarami i samochodami. Wychodziło porównywalnie do samolotu, ale można było zabrać kilka walizek, prezenty dla albo od rodziny, a jak ktoś umie się porządnie pakować to i całą przeprowadzkę ogarnął w ten sposób.
Potem jednak pojawiło się mnóstwo tanich biletów, a dziś: „uczciwa cena do Londynu i z powrotem to coś koło 80 PLN”, jak mawia z przymrużeniem oka jedna z najważniejszych osób we Fly4free. Oficjalnie według danych Kayaka średnio przelot w dwie strony z Polski to kwestia 327 PLN, ale wszyscy wiemy, że często da się o wiele taniej. Loty do stolicy Wielkiej Brytanii z Polski trudno zliczyć, a w dodatku próżno szukać lotniska, które takiego połączenia w ogóle nie ma (Radom się nie liczy!). I co? Jednak te wszystkie torby, słoiki i walizki nie są aż tak potrzebne. A nawet jak są, to prawdopodobnie pasażer zarabiający w GBP, bez mrugnięcia okiem dokupi co trzeba.
A ile było krzyku o loty na Ukrainę?! Z jednej strony cała rzesza zwolenników, którzy wreszcie mogli odrzucić wizję spędzania długich godzin na przejściach granicznych, a z drugiej tłumy tych, którzy jak zwykle mówili „nie uda się”. Czemu? Bo na Ukrainę (a zwłaszcza do Lwowa) jeździ się samochodem w wiele osób, ze zrzutką na paliwo, a wraca z zakupami wypełniającymi auto po sam dach. Bo tak jest taniej, bo można przywieźć sporo rzeczy, bo jeszcze się przed granicą zatankuje płacąc w hrywnach i wszyscy zadowoleni. Przynajmniej taką wizję roztaczało wielu internautów.
Tymczasem Wizz Air z powodzeniem z kilku polskich miast realizuje loty do Kijowa czy Lwowa, a nic nie wskazuje, żeby i Ryanair nie miał odnieść sukcesu na tych trasach. Tym bardziej, że ceny biletów zachęcają do porzucenia marzeń o kontrabandzie „na własny użytek”. Średnia oficjalna cena lotów w dwie strony do Lwowa to w Polsce 341 PLN, ale przecież i takich za 38 PLN nie brakowało. Nic więc dziwnego, że strefy bezcłowe kwitną, Polacy dalej kupują, co kupić chcieli, tylko zamiast 8 godzin w korku w Medyce, po prostu wracają do domu szybko i wygodnie.
Marudny Polak to dobry Polak
A Ukraina to przecież niejedyny przykład „totalnie nierentownych” przedsięwzięć w oczach wielu pasażerów. „Dokąd polecą?! Nie, to się nie może udać!” – tak od czasu do czasu wielu pasażerów komentuje ogłoszenie nowej trasy lotniczej z Polski. I nie ma znaczenia, czy to przewoźnik niskokosztowy czy tradycyjna linia lotnicza. Wyrok zapada w sekundę.
Podobnie pasażerowie reagowali na pierwsze długodystansowe loty tanich linii. Wyjazd do USA bez wliczonego bagażu rejestrowanego wydawał się być abstrakcją. Kilkunastogodzinne połączenia bez posiłku, kocyka, w coraz ciaśniejszych kabinach? Zapewnialiście, że nie ma opcji – nie polecicie. Ale latacie. I my też latamy.
Gdy trzy lata temu Wizz Air ogłaszał połączenie między Katowicami a Dubajem, było mnóstwo głosów, że lepiej dopłacić i polecieć Emirates. Oczywiście – bezpłatny alkohol, bogata rozrywka pokładowa i komfort bliskowschodnich linii zawsze w cenie, ale jednak trasa wciąż jest w siatce połączeń, bo gdy okazało się, że w systemie pojawiają się bilety za 208 PLN w dwie strony to szybko sentymenty, bagaż rejestrowany i mnóstwo innych spraw poszło na bok. A film to sobie przecież na telefonie obejrzę, prawda?
W opinii wszelkiej maści znawców, nierentowne miały być też liczne połączenia do Izraela z niemal całej Polski – zarówno u Wizz Aira, Ryanaira, jak i na pokładzie PLL LOT. Nie inaczej komentowano pomysł uruchomienia lotów do Jordanii. Oczywiście do czasu, gdy nie poinformowaliśmy dokładnie, ile linie na tym zarobią. Tak tylko przypominam, że chociażby Ryanair dzięki trasie do Ammanu jest tam całkowicie zwolniony z podatków, a linie czarterowe otrzymują 60 USD za każdego pasażera.
Czas pokaże, kto miał rację...
Może dlatego nie dziwi mnie fakt, ze gdy zaledwie kilkanaście dni temu poinformowaliśmy na naszych łamach, że Ryanair i LOT mają bogate plany dotyczące chorwackiego nieba, historia powtórzyła się po raz kolejny. „Olaboga, kto zostawi auto na rzecz samolotu?” – zastanawiali się co poniektórzy.
A ja myślę, że zostawią.
Już w tym roku coraz więcej Polaków postanowiło polecieć, a nie pojechać do Chorwacji. Na razie siatkę połączeń rozwija LOT – przez cały rok lata do Zagrzebia i Dubrownika, a w sezonie letnim dodatkowo do Zadaru, Puli i Splitu. Ten ostatni sezonowo jest obsługiwany także przez Wizz Air. A jeśli zgodnie z zapowiedzią, od czerwca na chorwackim niebie zagości też Ryanair, może się okazać, że szybko postanowi połączyć Polskę z Chorwacją.
Choć rozumiem, że rodzinie z dwójką dzieci dalej może się to nie opłacać, to wyobrażam sobie, że wygrać może jednak wygoda – 12- czy 14- godzinna podróż z dzieckiem w samochodzie nie należy do przyjemności. A jeśli bilety nie będą drogie, to dokupienie bagażu może być o wiele mniejszym problemem niż wyrokuje wielu z was. Nie mówiąc już o grupach znajomych czy parach, którzy potrzebują zaledwie bikini, paru ubrań i karty do bankomatu.
Przede wszystkim myślę jednak, że linie lotnicze wiedzą, co robią sto razy lepiej nawet od najmądrzejszych z nas i zamiast czytania pobożnych życzeń, marudzenia, groźnych wywodów czy wielkich przewidywań – po prostu patrzą w bezwzględne cyferki.
I pewnie szybko się okaże, że czy nam się to podoba czy nie – po prostu mieli rację.