Fly4free.pl

Miejscowi bez litości oszukują turystów. Chcesz atrakcji? To płać i przymknij oczy na przekręt

Foto: Shane Gross / Shutterstock

Od rybaków na Sri Lance przez świnki na Bahamach, a skończywszy na słynnych latających kozach w Maroko – jako turyści zaczynamy płacić coraz wyższą cenę (dosłownie i w przenośni) za to, że w podróżach liczą się dla nas tylko zdjęcia i “zaliczanie” poszczególnych atrakcji. Ale czy w ogóle ma to dla nas jakiekolwiek znaczenie?

– W jakich godzinach najlepiej spotkać rybaków? Chcielibyśmy zejść na plażę i popatrzeć jak pracują, porobić jakieś zdjęcia – pytam naszego kierowcę, gdy jedziemy wzdłuż południowego wybrzeża Sri Lanki i mijamy głęboko wbite w piasek pale, na których zazwyczaj siedzą rybacy – symbol tego kraju i… bardzo wdzięczny obiekt do fotografowania. Paliki są jednak puste.

Rybacy? Oni cały czas tu są. Siedzą na plaży, piją piwko i czekają – zaśmiał się w odpowiedzi Gayan.

– Na….

Na was, na turystów. Wystarczy, że usłyszą pisk opon i już wskakują na stanowiska. A zanim zdążysz wyciągnąć aparat już pojawi się jeden i będzie chciał pieniędzy.

– A co z rybami?

– Już dawno nikt nie łowi ryb w taki sposób, bo to nieopłacalne. Ale oni wiedzą też, że wy, turyści lubicie robić zdjęcia rybakom, więc wykorzystują to jako okazję do zarobku.

No to zatrzymujemy się. I faktycznie, chłopaki pojawiają się jakby znikąd przy palach, a herszt bandy rusza do nas na negocjacje. Cennik mają bardzo różnorodny: zależy od liczby osób robiących zdjęcia, a nawet od tego czy sam turysta nie miałby ochoty wsiąść na pal i spróbować połowić ryby. Na szczęście można się targować.

– To dobrzy ludzie, ale bardzo nerwowi. Kiedyś miałem turystów z Japonii, którzy chyba nie zrozumieli, że muszą zapłacić i jak gdyby nigdy nic, wsiedli z powrotem do auta. Było… bardzo nerwowo – opowiada nasz kierowca.

Foto: DESIGNFACTS / Shutterstock

To tylko jeden z wielu przykładów, gdy miejscowi grają na naszych turystycznych sentymentach. A takie historie można mnożyć. Weźmy choćby słynne “latające kozy” w Maroku, czyli zwierzęta wspinające się na arganowe drzewa. Samo zjawisko jest jak najbardziej prawdziwe, bo zwierzęta faktycznie wchodzą na drzewa, ale z drugiej strony – miejscowi postanowili zrobić na tym biznes. Media informowały więc kilka dni temu o tym, że miejscowi specjalnie przywożą zwierzęta w okolice głównych dróg, gdzie kręci się wielu turystów, zmuszają je do wchodzenia na drzewa, często nawet sami je do nich przywiązują, a potem biorą pieniądze od turystów za robienie im zdjęć. Kiedy zaś zwierzęta się zmęczą, są zamieniane na inne.

Foto: Jon Ruiz Ortiz / Shutterstock

“Świński” przekręt na Bahamach

Sytuacja w Maroku budzi obawy organizacji obrońców praw zwierząt, podobnie jest zresztą na Bahamach, które kilka lat temu zasłynęły nietypową i przeuroczą atrakcją turystyczną, czyli pływającymi w wodzie świnkami.

Przez lata mała kolonia sympatycznych zwierzaków pływała sobie u wybrzeży wyspy Big Major Cay, ale niezwykła popularność tego zjawiska sprawiła, że szybko w ślad za oryginalną Świńską Plażą zaczęły pojawiać się kolejne, ale nie mające już wiele wspólnego z pierwotną atrakcją.

– W ciągu ostatnich lat na Bahamach pojawiło się przynajmniej 20 takich miejsc. Część z nich już upadła, niektóre wciąż działają. Problem polega na fatalnych warunkach, w jakich żyją te zwierzęta. Cały czas otrzymujemy skargi z tego powodu – mówi w rozmowie z “Telegraph” Kim Aranha, przewodnicząca Bahamas Humane Society.

Część turystów skarży się, że miejscowi mają specjalnie wrzucać świnki do wody, by można było zrobić im zdjęcia. Zdarzają się też przypadki, gdy miejscowi przyprowadzają świnki uwiązane sznurkiem i zachęcają turystów do robienia zdjęć.

No właśnie… turyści narzekają na złe traktowanie zwierząt, ale to oni sami są przyczyną problemu. Tego typu atrakcje powstają bowiem tylko i wyłącznie dlatego, że istnieje na nie popyt. I to popyt cały czas rosnący, bo przecież Instagram cieszy się rosnącą popularnością, a dla coraz większej rzeszy turystów najbardziej liczy się zrobienie dobrej fotki na Insta jako dowód na to, że spędziliśmy udany urlop.

W tym konkretnym przypadku turyści mają zresztą znacznie więcej “za uszami”: w 2017 roku aż 7 świnek znaleziono martwych. Jak wykazała sekcja zwłok, zwierzęta padły z powodu nieodpowiedniego jedzenia i innych rzeczy, które nie były w stanie strawić. Jak do tego doszło? Winni byli turyści, którzy ignorowali zakazy karmienia zwierzaków. Co gorsza, sekcja zwłok wykazała u zwierzaków ślady alkoholu, co wskazuje na to, że turyści poili świnki rumem i innymi trunkami.

Z problemu zdaje sobie sprawę nawet rząd Bahamów – tamtejsze ministerstwo turystyki zarządziło kontrole w “świńskich” ośrodkach i przygotowuje zmiany w prawie, które ustanowią minimalne warunki, w jakich muszą przebywać zwierzaki.

Tu dochodzimy do dwóch kluczowych aspektów sprawy.

Foto: VixCompaNI / Shutterstock

Dokąd zmierza turystyka?

Jestem daleki od moralizowania na temat upadku obyczajów w turystyce, bo każdy podróżuje jak chce, kiedy chce, ma takie motywacje, jakie są mu wygodne i na dobrą sprawę nic nam do tego. Nie ulega jednak wątpliwości, że opisane powyżej próby “oszukiwania” turystów wynikają z tego, że nasze podróżnicze motywacje się zmieniły: coraz ważniejszą rolę w podróży ma zrobienie lepszego zdjęcia czy zaliczenie konkretnej atrakcji, aby później pochwalić się przed znajomymi.

Umówmy się: “oszukiwanie” turystów istniało praktycznie od zawsze, a wiele miejsc, które na pewno mieliście okazję odwiedzić, zyskały swoją sławę tylko dzięki sprawnemu marketingowi. Które atrakcje są “fałszywkami”? Weźmy choćby słynny balkon Julii w Weronie, do której setki lat temu wzdychał Romeo, a dzisiaj wystają tłumy turystów. I wszystko jest fajnie, gdyby nie fakt, że Szekspir nigdy nie przebywał w Weronie, sama Julia nigdy nie istniała, a balkon… no cóż, ktoś kiedyś stwierdził, że stanie się balkonem Julii i zaczął na nim zarabiać całkiem spore pieniądze.

Podobnie jest z rumuńskim zamkiem w Bran, który według geniuszy turystycznego marketingu ma być zamkiem Drakuli. Nie ma to żadnego odzwierciedlenia w faktach, ale nie przeszkadza to tysiącom turystów w odwiedzaniu tego miejsca i dziesiątkom sprzedawców w sprzedawaniu wszelkich wampiropodobnych pamiątek.

Takich przykładów są dziesiątki i tak długo, jak długo nikt na nich nie cierpi, wszystko jest w porządku. Z drugiej strony: wzrost liczby turystów sprawia, że miejscowi wznoszą się na wyżyny, by zarobić na naszej chęci poznawania “autentycznej” lokalnej kultury. Choć tak naprawdę autentyczności nie ma w tym za grosz…

Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.

Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?


porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »