17.08.2017

Lot samolotem jak z najgorszego koszmaru. Ty też taki przeżyłeś?

Są rzeczy, których w samolocie nie życzy się najgorszemu wrogowi. Krzyczące dzieci, pijany współpasażer, problemy techniczne. Jednak dziwnym trafem, prędzej czy później one trafiają na nas. Bez uprzedzenia.

Zanim wystartujemy

Pierwsze niepokojące sygnały mogą pojawić się jeszcze przed startem. To ten moment, w którym „zapoznajesz” się z pozostałymi pasażerami. I już czujesz, co tu się będzie działo. Tłum wchodzi do samolotu jeszcze spokojnie, gęsiego przeciska się krok po kroczku.

Ludzie powoli zajmują miejsca, ktoś dokonuje odkrycia na miarę Nobla, że rząd 9 jest między 8 i 10, a nie po 12 i cofa się, jak gdyby nigdy nic. Ktoś inny właśnie toczy walkę o terytorium w postaci kawałka szafki na bagaż. Jeszcze tylko rosły facet fachowym i wprawnym okiem ocenia, że na sto procent „TA PANI MA ZA DUŻĄ TORBĘ”. Jego urocza współpasażerka wymamrocze pod nosem, że „mi to by takiej nie przepuścili”, choć dosłownie przed sekundą upychała 60 cm plastikowej panterki na kółkach koło materiałowego adidasa szanownego oblubieńca .

Ktoś zagai rozmowę rzucając niezobowiązujące „czy musi to pan kłaść w poprzek?!”, a ktoś inny równie spokojnie odpowie, że „siądź se babo na tyłku”. Klasyka. Wymiana uprzejmości. Nerwy. To normalne, zaraz się wszystko uspokoi.

Fot. ChameleonsEye/Shuttertock

Jeszcze tylko stewardesa osiem razy upomni pana z przodu, żeby przestał już rozmawiać przez telefon, a on głośno oświadczy wszystkim, że robi tu interesy za takie pieniądze, że cały ten samolot mógłby kupić. Dwóch kolegów kilka rzędów dalej da się namówić na zapięcie pasów, chociaż oni dobrze wiedzą, że i tak nie mają szans w katastrofie. Pani z tyłu skończy odmawiać koronkę do miłosierdzia. Wszystko gotowe. Możemy lecieć.

Czas – cichy zabójca

Umówmy się. Ani dzieci, ani problemy techniczne ani żadne inne zakłócenia nie są pożądane nawet na najkrótszym locie. Ale prawdziwe dramaty rozgrywają się na lotach długodystansowych. W dobie Dreamlinerów czy Airbusów A380 można zminimalizować ryzyko doprowadzenia siebie samego na skraj wyczerpania psychicznego, choć i tak bywa ciężko, a wiele zależy od współpasażerów..

Jednak do dziś podziwiam swoją determinację i hołduję swojej głupocie, że udało mi się dolecieć z Polski do Wenezueli napchanym do granic możliwości, wyczarterowanym Boeingiem 737. „Jedyne” 16 godzin lotu, z międzylądowaniem na tankowanie, ale bez możliwości opuszczania pokładu.

Każdemu, kto wytrwał na tym locie bez uszczerbku na zdrowiu, powinien przysługiwać order „pasażera bez granic”. Bo jeśli jakiekolwiek granice istnieją, to my je tam wtedy na pewno przekroczyliśmy. Teraz już chyba nikt tak nie lata. Pewnie ze względu na liczbę morderstw dokonywanych w afekcie. Nawet, jeśli pozostały w sferze wyobraźni.

Mimo to koszmarne loty zdarzają się każdemu.

Nieokiełznane dzieci

Na pierwszym miejscu najbardziej denerwujących rzeczy w samolotach są… pociechy! Maleńkie lub te większe, zawsze dziarsko wkraczające na pokład. Za uroczymi loczkami, pluszowym królikiem i książeczką z ZygZakiem McQueenem kryje się nadchodzący Armageddon, choć jeszcze próbujesz sobie wmawiać, że to na pewno jedna z tych legendarnych latorośli, które podczas lotu odpalają tryb samolotowy i przez kilka godzin są pociesznie nieprzytomne, bez łączności z otaczającą rzeczywistością.

To jednak rzadko okazuje się być prawdą.

Ja wiem, dzieci czasem naprawdę źle znoszą lot. Zmiany ciśnienia, ograniczona możliwość przemieszczania się, podenerwowanie rodziców odbija się nie tylko na najmłodszych pasażerach, ale też tych znajdujących się dookoła. I to trzeba po prostu przeżyć, bo prędzej czy później wykończone płaczem dzieciątko pewnie zaśnie, a samym rodzicom nie jest lżej niż nam.

Fot. Dmitry Birin/Shutterstock

Nie można jednak zapominać o drugiej stronie medalu. Domorosłych efektach kompletnie bezstresowego wychowania, przy których dziecko Rosemary wydaje się być aniołem zesłanym prosto z niebios.

To te małe potwory, które na oparciu urządzają sobie zaległy trening nóg, tuż za twoją głową ćwiczą wszystkie możliwe obelgi wypluwane w kierunku rodziców i wydają się ignorować wszelkie zasady fizyki skacząc beztrosko pomiędzy miejscami, stewardesami i pasażerami.

Fundują ci prysznic z okruszków po chipsach, prawdziwy pokaz zespołu niespokojnych nóg i wystawiają na ciężką próbę w drodze po lotniczy order cierpliwości.

Chcą siku, a kiedy wstaną to jednak nie chcą siku, chcą zabawkę, ale nie tę. Chcą tamtą, co akurat została w domu, chociaż chcą ją dopiero od momentu, kiedy zdały sobie sprawę, że nie ma jej na pokładzie. Mama pić, mama nie ten smak, mama najpierw ty się napij, mamo czemu pijesz z mojego kubeczka?

Choć podstawowa zasada prawa Murphego mówi, że gdzie byście nie usiedli, oni zawsze będą tuż za tobą, to trzeba przyznać, że chwila w takim towarzystwie mogłaby być uznana za jedną z najskuteczniejszych metod antykoncepcyjnych. Bezinwazyjnych.

Dusza towarzystwa

Na zawsze zapamiętam też Mariusza – mniej urodziwą połówkę przedstawionej wszystkim współpasażerom Eweliny, która już po pierwszej godzinie przestała przyznawać się do biesiadującego dwa rzędy dalej męża. Oficjalnie całkiem przypadkiem siedział tak daleko, ale nieoficjalnie po kilku kieliszkach przyznał, że 10 GBP to chyba jemu by musieli dopłacić, żeby tyle godzin obok wybranki swego życia spędził.

Fot. Pavel L Photo/Shutterstock

Mariusz szczególnie współpasażerom nie szkodził. Ot, polewał alkohol komu popadnie, używając całego kanonu motywujących haseł w postaci „ze mną się nie napijesz?!”, „na drugą nóżkę, bo się przewrócisz” i „tu nie Warszawa, tu się wódki nie zakręca!”. Widać było, że zaprawiony w boju, ewidentnie nie odpuszczał treningów przez ostatnie lata. W dyscyplinie crossfit wątroby pewnie złoty medalista mistrzostw kraju.

Choć towarzystwo było nieco oporne, z drugiego końca samolotu przybłąkał się wujek Mietek. Nie mam pojęcia, jak miał na imię, więc w myślach musiałam go tymczasowo ochrzcić po swojemu, ale jakbym zrobiła zdjęcie, to połowa tego kraju byłaby w stanie przyznać, że to na pewno ktoś z ich rodziny.

Typowy wujcio z wąsem. Jakaś tam koszula – bo żona kazała wyglądać jak człowiek, w japonkach, bo sobie trochę na plaży stópki przypalił i w krótkich kwiaciastych spodenkach, co to je przy promenadzie wynegocjował za połowę pierwotnej ceny.

Swój chłop, co to za chwilę wyciągnie z torby odświeżacz powietrza o zapachu bekonu i jajek, zamknięty w postaci kanapki zrobionej przez małżonkę odsypiającą wakacje na siedzeniu kilkanaście rzędów dalej.

I leci Mietek rodaka wesprzeć w alkoholowej niedoli i samotności. Lotniczy wodzirej, kawalarz-amator, dusza człowiek. Po kilku głębszych postanowili wymienić się wspomnieniami i dawaj razem z Mariuszem – aparaty w ruch. Jedziemy, fotka po fotce. Cały samolot ma wersję dla niedowidzących z bogatymi opisami sytuacji i kontekstu wykonania zdjęcia.

I pewnie skończyłoby się to wyłącznie na jednej rundzie 4500 fotografii z plaży, hotelowego basenu i baru, gdyby niezauważony dotąd pasażer z siedzenia obok Mariusza, nie zerknął przypadkowo, czy daleko jeszcze.

Było całkiem blisko, ale zaangażowany w rozrywkę pokładową Polak odebrał to jako zachętę. Niestety okazało się, że dla współpasażera z lewej trzeba zrobić wersję anglojęzyczną, co dzięki odpowiedniej ilości alkoholu szło aż nazbyt bełkotliwie – nawet zakładając stylizację na brytyjski akcent.

Fot: Pavel L Photo/Shutterstock

Umiejętności językowe rosły wprost proporcjonalnie do ilości spożywanego alkoholu i nawet Mietek odkrył w sobie duszę Hugh Granta, puszczając oko do losowo wybranych kobiet na pokładzie.

Wydawało się, że nie ma już dla nas ratunku. Że po aparacie przyjdzie czas na GoPro i telefon, że zginiemy, a ostatnie co zobaczymy to selfie Mariusza. Na szczęście z pomocą nadeszła ojczyzna, a przynajmniej jej symbol. „And here we saw the… ten, no, orzeł. Kumasz? Orzeł, co nie? Nie kumasz? Te Ewelina! Jak jest orzeł po angielsku?!”.

Ale Ewelina spała. Orzeł wylądował.

Perpetum mobile

Jednak nawet najspokojniejszy lot bywa udręką dla tych, którzy boją się latać. Jeszcze przed startem trzęsie nimi jak zdjęciami z Polaroida. Reagują na każdy świst, trzask, zapaloną i zgaszoną lampeczkę. Bywa jednak, że wraz z upływającym czasem i podawanym serwisem robią się nieco spokojniejsi.

Z uśmiechem wspominam drobnej postury starszego pana, który opowiadał wszystkim dookoła, o tym, ile już w życiu przeżył. Śmiało przyznawał, że „on może spadać, byle nie do wody, bo się boi krokodyli”.

Innego zdania była jego małżonka, która nie pochwalała latania w ogóle. Wciąż przekonywała pasażerów, że „Gdyby Bóg chciał, żebyśmy latali, to by nam dał skrzydła”. I pewnie lecieliby sobie w spokoju, dyskutując o wyższości innych środków transportu nad „mechanicznym ptakiem”, gdyby nie znalazł się jeden kretyn, który zawsze musi pożartować z katastrof.

Czasem mam wrażenie, że linie lotnicze prowadzą jakieś ankiety dotyczące stopnia strachu przed lataniem, a potem celowo sadzają tych sparaliżowanych obawami na zmianę z tymi, co są pierwsi do żartowania o bombach i streszczaniu wszystkich odcinków „Katastrof w przestworzach” z National Geographic. Perpetum mobile niepokoju. Jedni straszą, inni są straszeni.

A między nimi Ty z powstającym właśnie siniakiem na ramieniu, bo „oj, przepraszam, ze strachu tak panią złapałam przy tym starcie”.

Fot: Akhenaton Images/Shutterstock

Tinder wymięka 

Jak się człowiek naogląda amerykańskich filmów, to szybko ma wrażenie, że samolot jest świetnym miejscem na znalezienie miłości swojego życia. Wystarczy kupić bilet, usiąść, zagaić i już Wam koń do taktu zamiata ogonem, Mendelssohnem stukają kopyta. Do końca życia będziesz mu kulać kluski śląskie, a on tobie wymieniać opony na wiosnę.

I pewnie niejedna para zrodziła się z zażartej wojny o podłokietnik czy główki w trakcie snu opartej całkiem niechcący o ramię obcego człowieka. Niejeden romans widziały też zapewne samolotowe toalety, a bohaterska pomoc przy ściąganiu bagażu z półki, przyśpieszyła niejedno bicie serca.

Podobne nadzieje pokładał we mnie przesympatyczny 70-latek, ulokowany dokładnie dwa siedzenia dalej. Człowiek z charyzmą godną najlepszych światowych przywódców, miał gadane porównywalne z popularnymi komikami. Uznał mnie za doskonały materiał na dziewczynę dla swojego wnuka.

Dominiś – jak zwykł przez kilkanaście godzin mówić o nim dziadek, siedział między nami i w opinii starszego pana miał znaczny problem z dziewczynami. Na moje oko mogło to wynikać z wieku owego młodzieńca, który ówcześnie nie przekraczał pewnie 12 lat. Nieszczęśliwie moja 10-letnia przewaga okazała się być dla dziadka jedynie zaletą. I możecie wierzyć lub nie, ale mimo zażenowania wnuka, który pewnie widział we mnie stetryczałą starą babę, 70-latek próbował nas zeswatać do samego końca.

Nie każdy jest jednak chętny do flirtu, o czym musieli się dowiedzieć wszyscy współpasażerowie Kamila. Chłopak otwarcie przyznawał, że jest dość zestresowany, bo leci pierwszy raz. Stewardesa próbowała go nieco uspokoić, on zaś w zamian postanowił streścić historię swojego życia. I jak się okazało, Kamil stewardesom wierzy szczególnie, bo jego dziewczyna, której nie widział od roku uprawia właśnie ten zawód.

Fot: Nestor Rizhniak/Shutterstock

Jak przyznał ze smutkiem, nie ma dla niego zbyt wiele czasu, coraz mniej dzwoni i pisze, ale teraz to się zmieni. Oto Kamil podjął decyzję swego życia, rzucił pracę i jedzie do niej, choć bez białego konia i zbroi, bo to by duży nadbagaż musiał być. Od dziś będzie towarzyszył najdroższej w lotniczej niedoli.

I w tym momencie już prawie wszystkim kobietom na pokładzie serduszka zmiękły niczym czekoladowy rożek zbyt wolno konsumowany w letni dzień. A wtedy Kamil uświadomił nas wszystkie, że to taka niespodzianka i ona nic na ten temat nie wie. Retorycznie rzucił jeszcze w stronę stewardesy pytanie: „Ucieszy się, prawda? Pani by się ucieszyła!”

Zawsze może być gorzej

I kiedy wydaje się wam, że w samolotach przeżyliście już wszystko, powstrzymajcie się przed wypowiadaniem tego głośno. Przecież zawsze ktoś może robić przy was pedicure, wystawić stopy tuż pod Wasz nos albo przerzucić długie włosy przez oparcie, tak że lądują w waszym drinku.

Możecie siedzieć dwa miejsca od pasażera, który w alkoholowym upojeniu zapomniał, że nie sika się na fotel (przeżyłam, nie polecam) albo usłyszeć od pilota, że czas zacząć się modlić (przeżyli pasażerowie Air Asia, raczej też nie polecają).

Chrapanie i kilka krzyków za plecami nagle wydają się tracić na znaczeniu.

A jakie są wasze lotnicze historie z piekła rodem?

Lubisz nasze okazje?
Dodaj Fly4free.pl jako preferowane źródło w Google, a nasze artykuły będą częściej pojawiać się w Twoich wynikach wyszukiwania. Możesz to w każdej chwili zmienić.
Dodaj jako źródło w Google
Sprawdź inne superokazje 🔥
Okazja❗Majówka w Nowym Jorku: za 1681 PLN 😮🗽
Nowy Jork z Berlina 1681 PLN

Okazja❗Majówka w Nowym Jorku: za 1681 PLN 😮🗽

Wczasy w Tunezji za 1999 PLN 😎✈️ All inclusive w 4* hotelu Golf Residence 🏖️
Tunezja z 2 miast 1999 PLN

Wczasy w Tunezji za 1999 PLN 😎✈️ All inclusive w 4* hotelu Golf Residence 🏖️

WARTO 😍 Loty od 66 PLN (w jedną stronę) ✈️ Malta, Włochy, Hiszpania, Grecja i Maroko
Tanie loty z polskich miast 66 PLN

WARTO 😍 Loty od 66 PLN (w jedną stronę) ✈️ Malta, Włochy, Hiszpania, Grecja i Maroko

Święta pod palmami w Egipcie 🌴 All inclusive w 4* hotelu Rewaya Inn Resort za 2749 PLN
Egipt z Warszawy 2749 PLN

Święta pod palmami w Egipcie 🌴 All inclusive w 4* hotelu Rewaya Inn Resort za 2749 PLN

Misją Fly4free.pl jest przedstawienie Ci najlepszych zdaniem naszej redakcji okazji na podróże. Opisujemy oferty znalezione przez nas w internecie i wskazujemy adresy internetowe, pod którymi samodzielnie możesz wykupić podróż lub elementy podróży. Ceny w artykułach są aktualne w chwili publikacji. Możemy otrzymywać wynagrodzenie od partnerów handlowych, do których Cię przekierowujemy.
Komentarze

Avatar użytkownika
Lot samolotem jak z najgorszego koszmaru. Rzecz działa się w końcówce lat 60-tych, początku 70-tych zeszłego stulecia, chyba to było w USA. Była to radosna epoka psychologii eksperymentalnej. Leci samolot nagle leci dym z silnika, personel pokładowy wpada w panikę, z kokpitu wychodzi pilot i roztrzęsionym głosem błaga o wybaczenie bo właśnie spadamy i nie ma ratunku. Samolot faktycznie zaczął nurkować dość szybko. Jak się domyślacie na pokładzie panika, strach o życie, łzy, pożegnania itp itd. Po około dwóch-trzech minutach tego armagedonu lot się wyrównuje, dym z silnika się kończy a "personel pokładowy" z "kapitanem" włącznie, mówi, że dziękują za udział w eksperymencie i teraz rozdadzą ankiety w których proszą o opisanie przeżyć z kilku ostatnich minut. Literatura podaje, że skończyło się to ciężkim pobiciem "naukowców" zdaje się z kalectwem jednego włącznie. Od tego "eksperymentu" i jeszcze eksperymentu więziennego Zimbardo, zaczęły powstawać różne komisje etyki badań psychologicznych zatwierdzających co bardziej śmiałe pomysły.
eskie, 17 sierpnia 2017, 21:21 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Ile jeszcze będzie wrzutek o tym co najbardziej przeszkadza w samolocie? Bo to już co najmniej nasty raz. Opowieści dobre jako anegdoty na spotkania ze znajomymi, ale ile można o tym czytać? Każdy kto lata napotyka na nieprzyjemne sytuacje. Każdy, kto żyje w społeczności napotyka na nieprzyjemne sytuacje.
DJADKJGU, 18 sierpnia 2017, 9:39 | odpowiedz