Linie lotnicze coraz mocniej testują naszą cierpliwość. A my? Łykamy przynętę i dopłacamy aż miło
Amerykanie od dawna rozdają karty, jeśli chodzi o wyciskanie z pasażerów dodatkowych opłat. To tutaj w zeszłym roku najwięksi przewoźnicy wprowadzili taryfy typu „basic economy”, czyli tańsze bilety w zamian za… serię mniejszych lub większych upokorzeń. Pasażer kupujący bilet w takiej taryfie zabiera na pokład tylko mały bagaż podręczny, który musi ulokować pod swoim fotelem. Nie ma bowiem prawa korzystać ze schowków nad głową. A nawet gdyby próbował upchnąć swoją torbę, to prawdopodobnie nie będzie tam miejsca, bo… pasażerowie z biletami w najtańszej taryfie wchodzą do samolotu na samym końcu. To forma pewnego stygmatyzowania pasażerów i „zachęty”, by jednak kupowali droższe bilety. I jak tłumaczą przedstawiciele linii – nic tak nie wpłynęło na wzrost zainteresowania droższymi taryfami niż… pojawienie się tanich biletów.
Pomysł sprawdza się idealnie, co widać po wynikach największych przewoźników w tym kraju. Wskazują na to choćby przychody znanej, taniej linii Southwest Airlines. Kilka dni temu przewoźnik pochwalił się swoimi wynikami, które są bardzo imponujące – tylko w IV kwartale linia zarobiła na czysto 1,9 mld USD. Bardzo duża część z tej kwoty to właśnie opłaty dodatkowe.
Jak duża? W zeszłym roku Southwest zarobił na czysto aż 400 mln USD na usłudze zwanej „Early Bird”. Pozwala ona na wcześniejszy check-in na swój lot (36 godzin przed odlotem, 12 godzin wcześniej niż pozostali pasażerowie) i możliwość wyboru dla siebie miejsca na pokładzie. Usługa ta kosztuje 15 USD za jeden odcinek lotu i cieszy się sporą popularnością. Według przewoźnika, w zeszłym roku skorzystało z niej ponad 70 tys. pasażerów – średnio wykupuje ją od 15 do 20 podróżnych przed samym lotem.
Southwest ma jeszcze jedną usługę, która jest hitem wśród pasażerów – oferuje pierwszeństwo… w kolejce do wejścia na pokład. Na każdy lot jest 15 takich miejsc i można je kupować tylko bezpośrednio na lotnisku – cena usługi to 30 USD. I też cieszy się ona dużą popularnością. Inne linie lotnicze idą tym śladem.
American i… schowki dla uprzywilejowanych
Kolejnym przykładem ograniczania możliwości dla „zwykłych” pasażerów jest wprowadzona przez linie American Airlines dodatkowa usługa o nazwie „Main Cabin Extra”. Od wiosny (dokładna data wejścia w życie nie jest jeszcze znana) za dodatkową opłatą pasażerowie otrzymają miejsce w przedniej części samolotu, gdzie oprócz odrobinę większej przestrzeni na nogi, dostaną darmowego drinka oraz… dedykowaną tylko dla nich przestrzeń w schowkach nad głową. Jak ma to wyglądać? Szybko okazało się, że linia lotnicza planuje… wykleić schowki specjalnymi naklejkami, na których będzie napisane, że dane miejsca są zarezerwowane dla pasażerów płacących więcej.
To z kolei sprawiło, że narzekać zaczęła obsługa pokładowa, bo oznacza to dla niej dodatkowe obowiązki. Związane głównie z pilnowaniem, by pasażerowie z niższych klas nie kładli tam swoich rzeczy ani… nie przesiadali się do przednich rzędów (póki co jest to dość nagminna praktyka, gdy na przedzie samolotów American Airlines są wolne miejsca).
Kto zarabia najwięcej na dodatkowych usługach?
W czołowej piątce są aż 4 linie lotnicze z USA. Najwięcej na dodatkowych usługach czy opłatach za bagaż zarabiają linie United Airlines (6,22 mld USD), a kolejne miejsca zajmują: Delta, American i wspomniana wcześniej linia Southwest Airlines (2,83 ml USD). Spośród europejskich linii najwięcej na pasażerach zarabiają Air France-KLM i Ryanair, dla którego dodatkowe przychody stanowią 26,8 proc. wszystkich pieniędzy, jakie linia zarabia od pasażerów.
Równie ciekawe jest jednak zestawienie dotyczące tego, jaki procent przychodów stanowią dodatkowe opłaty. Tu także na czele są amerykańskie linie: Spirit (46,4 proc. wszystkich przychodów) i Frontier (42,4 proc.). Na uwagę zasługuje jednak także linia Wizz Air, gdzie aż 39,4 proc. przychodów pochodzi z innych źródeł niż sprzedaż biletów.
Na czym zarabiają przewoźnicy?
Nie ma tu wielkich zaskoczeń: 27 proc. przychodów pochodzi z opłat za bagaż (większy podręczny lub nadawany), a 21 proc. to zyski z zakupów dokonanych na pokładzie (jedzenie, napoje i produkty duty free). Ale coraz szybciej rosną inne kategorie, takie jak choćby przychody z pośredniczenia w wynajmowaniu aut czy pokoi hotelowych.

Główne źródła dodatkowego przychodu dla linii lotniczych spoza USA. Fot. IdeaWorks
Czy będziemy płacić coraz więcej za kolejne dodatkowe usługi?
Wszystko na to wskazuje. Ostatnie zmiany w polityce bagażowej wprowadzone przez Wizz Aira i zwłaszcza Ryanaira pokazują, że przewoźnicy liczą na to, że pasażerowie będą chcieli płacić więcej za… większy komfort podróży. W tym przypadku ten komfort oznacza zaś głównie… zaoszczędzony czas. Bo problem z nową polityką Ryanaira polega głównie na tym, że nie płacąc za dodatkową usługę, po wylądowaniu samolotu musimy spędzić jeszcze kilkanaście lub kilkadziesiąt dodatkowych minut na lotnisku, w oczekiwaniu na nasz bagaż. Przed jej wprowadzeniem – mogliśmy spokojnie zabrać naszą podręczną walizkę i z miejsca pędzić na taksówkę czy autobus, by zacząć rozkoszować się wyjazdem.
Znowu – to drobna niedogodność, ale na tyle duża, by wielu pasażerów skusiło się na podwyższenie standardu podróży. A tych niedogodności będzie zapewne znacznie więcej. Weźmy choćby nowe samoloty Boeing 737 MAX, którymi lata już m.in. LOT, a od przyszłego roku pojawią się we flocie Ryanaira. Nowe samoloty są bardziej ciche i ekonomiczne, mają gniazda elektryczne, do których można podłączyć swój tablet czy telefon. Ale mają też jedną wadę – z medialnych doniesień wynika, że toalety w tylnej części samolotu są tak ciasne, że odrobinę więksi pasażerowie mogą się tam łatwo zakleszczyć. Do tego dochodzą małe zlewy z wodą, która rozpryskuje się na wszystkie strony. To też „drobna niedogodność” dla pasażera, który nie powinien się tym martwić. Ostatecznie najważniejsze, że doleci cały i zdrowy na miejsce. A jeśli chciałby więcej komfortu – cóż, toaleta w przedniej części samolotu ma już standardowe rozmiary. A przednia część samolotu… tak, zgadza się – jest w American Airlines dostępna za dodatkową opłatą.
Być może najlepiej nadchodzącą lotniczą rewolucję określił Alex Cruz. Prezes British Airways kilka miesięcy temu podzielił się swoją wizją, w myśl której w ramach jednego samolotu miałyby działać dwie linie lotnicze: tania linia i drugi, luksusowy przewoźnik, oferujący płacącym więcej pasażerom wszystkie dodatkowe usługi.
W jego wizji pasażerowie płacący więcej mogliby być obsługiwani w przedniej części samolotu, a typowo low-costowy klient byłby stłoczony wraz z innymi z tyłu maszyny, gdzie oczywiście poziom dodatkowych usług byłby minimalny.