Tu dzieci rodzą się z ogonkami świnek, zmarli wstają z grobów, a proboszcz… lewituje. To najbardziej „magiczne” miasto Ameryki
– powiedział jeden z przyjaciół do Gabriela Garcii Marqueza. Witajcie w Kartagenie – światowej stolicy realizmu magicznego.
Każde wspaniałe miasto wyróżnia kilka rzeczy: architektura, poziom zamożności mieszkańców czy oferta kulturalna. Ale rzeczą, która najlepiej wyraża ducha danego miejsca jest „posiadanie” kultowego pisarza, który dane miejsce unieśmiertelnia. Dublin słynie więc z barowych wędrówek śladami „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, Karol Dickens jest symbolem Londynu, a Bohumil Hrabal w sposób oczywisty kojarzy się z Pragą. I choć każdy z nich jest wielkim mistrzem pióra, to pod względem oryginalności żaden nie może się równać z Gabrielem Garcia Marquezem – legendarnym kolumbijskim pisarzem i noblistą, który unieśmiertelnił Kartagenę, czyli absolutnie urzekające i jedno z najpiękniejszych miast Ameryki Południowej.
I być może pisząc te słowa nie jestem obiektywny (ostatecznie do książki Joyce’a podchodziłem trzy razy i za każdym razem poległem), ale to właśnie od „Gabo” zaczęła się moja przygoda z czytaniem książek, która trwa do dzisiaj.
Marquez to twórca realizmu magicznego – niepodrabialnego gatunku literackiego i świata, w którym nadprzyrodzone wydarzenia traktuje się jak coś normalnego. A centrum tego świata to właśnie Kartagena oraz nieodległe miejscowości. Tak jak wioska Macondo, znana z jego najsłynniejszej powieści, czyli „Stu lat samotności”. Choć od jej wydania minęło ponad pół wieku, wciąż znajduje ona nowych sympatyków. Powód? Fantastyczne dzieje rodu Buendia. Zacytujmy jedną z recenzji, opublikowaną w „Gazecie Wyborczej”.
„(…) dla mieszkańców Macondo całkiem naturalna i uzasadniona jest np. obawa przed urodzeniem dziecka ze świńskim ogonem. Nie budzi ich zdziwienia spotkanie zmarłych czy też lewitacja proboszcza. Zjadanie przez Rebekę garściami ziemi i wapna ze ścian traktują zaś jak nieeleganckie przyzwyczajenie, porównywalne z obgryzaniem paznokci”.

Fot. Jess Kraft / Shutterstock
Świat w powieściach Marqueza stoi na granicy między rzeczywistością a halucynacją, w której to, co fantastyczne i nierealne przyjmuje się ze wzruszeniem ramion, z nieufnością zaś podchodzi się do technicznych wynalazków jak magnez, lupa czy kolej żelazna. To miejsce, w którym nie ma czasu, a ważniejsze znaczenie od rozwoju technologicznego mają mistyczne wydarzenia jak wniebowstąpienie jednej z bohaterek czy gotująca się w garnku woda, choć na palenisku nie ma ognia, które są zapowiedzią powrotu nestorki roku do domu.
Marquez inspiracji szukał w swoich rodzinnych stronach, a przede wszystkim w Kartagenie. Choć większość swojego życia przeżył w Mexico City, bardzo chętnie wracał do tego miasta i podkreślał swoje związki z nim. Co więc jest tam tak urzekającego? Mówiąc najkrócej: jest to największy zespół miejski na świecie z zachowaną kolonialną architekturą, a stare miasto okala 11-kilometrowy pierścień grubych i wysokich na kilka metrów murów obronnych.

Fot. Izabela Idzikowska
Nie mogło być jednak inaczej, bo choć Kartagena dzięki swojemu położeniu od XVI wieku czerpała wielkie zyski z handlu, to równie często padała ofiarą ataków, choćby ze strony piratów.
Niepowtarzalny klimat
Za murami kryje się zaś cudowne miasto z labiryntami wąskich uliczek i wielokolorowych kamienic, które tworzą niepowtarzalny klimat tego miasta. Jest tu wiele miejsc, które warto odwiedzić, zaczynając oczywiście od monumentalnej Wieży Zegarowej i Plaza de los Cochces, czyli głównego wejścia do starego miasta.

Fot. Izabela Idzikowska
Stąd najlepiej rozpocząć spacer po malowniczej starówce – prędzej czy później i tak traficie do jej zielonego serca, czyli zadrzewionego Plaza Bolivar.

Fot. Izabela Idzikowska
To tu mieszkańcy usiłują znaleźć cień w szczególnie gorące dni i tu znajdują się też największe zabytki tego miasta – Muzeum Złota, katedra z XVI wieku oraz Muzeum Inkwizycji, gdzie w przeszłości sądzono i skazywano na tortury oskarżonych o magię, czary i inne przewinienia. Z ciekawszych miejsc z pewnością traficie też pewnością na Plaza Santo Domingo, gdzie tuż obok kościoła znajduje się niezwykle oryginalna rzeźba, czyli La Gordita. Ta grubawa pani elegancko rozłożona na postumencie słynie z… mocno wytartych pośladków i piersi – śladu po turystach, którzy traktują dotknięcie jej jak talizman.

Fot. Izabela Idzikowska
Kolejnym obowiązkowym punktem na liście odwiedzin jest La Merced, czyli były klasztor, w którym złożono prochy Gabriela Garcii Marqueza. Co ciekawe, samodzielnie spacerując po starym mieście nie znajdziecie wielu pamiątek po tym słynnym pisarzu. W budynku sąsiadującym z jego rodzinnym domem znajduje się hostel o nazwie Makondo, jest jeszcze kilka pamiątek, ale to w gruncie rzeczy niewiele.

Fot. Izabela Idzikowska
Chcąc odkrywać to miasto, warto udać się na wyprawę z przewodnikiem, śladami bohaterów jego książek – w tym najbardziej znanej, czyli „Miłości w czasach zarazy”. Choć fabuła książki została osadzona w fikcyjnej miejscowości, to wszystkie poszlaki wskazują właśnie na Kartagenę. I to tu w okazałych rezydencjach najbogatszych w historii miasta mieszkańców czy przy plaży należy szukać śladów romantycznej historii Ferminy Daz i Florentiono Arizy, który zakochał się w niej w młodości i czekał na nią przez całe swoje życie.

Fot. Izabela Idzikowska
Wyskocz poza stare miasto
Kartagena jest też miejscem pełnym młodych ludzi, fantastycznej kawy i świetnych knajpek. Choć oczywiście ma też wszystkie wady związane z byciem turystyczną mekką, wśród której na pierwszy plan wysnuwają się tabuny sprzedawców bez problemu wyławiające turystów i próbujące im sprzedać przysłowiowe mydło i powidło.
Aby od nich odpocząć, warto wybrać się za stare miasto. Ponownie przekroczyć Wieżę Zegarową i przejść się Parque del Centenario, gdzie w słońcu leniwie wygrzewają się olbrzymie iguany.

Fot. Izabela Idzikowska
Już tu zauważycie, że turystów jest jakby mniej – jest to jednocześnie punkt graniczny, którym wejdziecie do dzielnicy Getsemani. To miejsce „poza utartym szlakiem”, gdzie królują miejscowi i lokalne restauracje z pysznym jedzeniem. Bardzo możliwe, że to tu mocniej odczujecie ducha „realizmu magicznego”.

Kolorowe uliczki Getsemani. Fot. otseman / Shutterstock
Przełamując stereotypy
Kartagena to świetne miejsce do rozpoczęcia podróży po Kolumbii i odkłamywania krzywdzących stereotypów na temat tego kraju. Bo wiadomo, z czym się kojarzy: z ciągnącą się latami wojną domową, przemocą i wojną gangów narkotykowych z „kultową” postacią Pablo Escobara na czele. Ile jest w nich prawdy?

Fot. Jess Kraft / Shutterstock
Oczywiście, wciąż są w Kolumbii miejsca, w które lepiej się nie zapuszczać. Ba, nawet w samej Kartagenie miejscowi odradzają pojawianie się po zmierzchu w niektórych częściach poza centrum miasta. Ale Kolumbia też wyciąga wnioski i już wie, że o turystę trzeba dbać. Choć oczywiście, trzeba mieć się na baczności, by nie dać się naciągnąć. Aby to zrobić, niezbędna jest choć podstawowa znajomość języka hiszpańskiego, a już na pewno liczebników. Bo weźmy choćby taksówkę z lotniska – sprawiedliwa cena za kurs do centrum to jakieś 25 PLN.

Fot. Jess Kraft / Shutterstock
Ale jeśli nie ustalisz jej wcześniej z kierowcą, to zanim się obejrzysz, twoje walizki już będą w schowku, a po minucie jazdy i twoich nagabywań usłyszysz, że cena za przejazd to ledwie 20 USD. W tej sytuacji pomaga stanowcza prośba o zatrzymanie auta i właśnie odrobina hiszpańskiego na podorędziu – nasza pozycja negocjacyjna w tej sytuacji od razu wzrasta.
Okolice Kartageny – co warto zobaczyć?
Wspomnieliśmy już o tym, że Kartagena to idealne miejsce startowe do poznawania Kolumbii. A jeśli tak, to gdzie warto się wybrać? Oczywistym miejscem jest Park Narodowy Tayrona. To wyjątkowe miejsce, słynące z bujnej roślinności i wspaniałych plaż z krystalicznie czystą wodą. Ale jest też idealnym miejscem do trekkingu.
Aby się tam wybrać, najlepiej przemieścić się do odległego o 230 km od Kartageny Santa Marta, które leży rzut beretem od samego parku.

Główny plac Santa Marta
Nie jest to miasto tak urokliwe jak Kartagena (bo, będąc szczerym – nie jest to szczególnie możliwe), ale też jest to bardzo ciekawe miejsce z historyczną zabudową i ciekawym nabrzeżem. Nie może być inaczej, bo to drugie najstarsze miasto w Ameryce Południowej, założone w 1525 roku przez hiszpańskich konkwistadorów.
Z Kartageny najłatwiej dostaniecie się tam jedną z licznych sieci busików, które kursują między oboma miastami. My polecamy Marsol – najlepiej zarezerwować bilet za pośrednictwem waszego hotelu, autobus podjedzie wówczas prosto pod jego drzwi.

Fot. Diego Marti / Shutterstock
A z Santa Marta możecie się już wybrać do Tayrona. Tu ważna uwaga – jeśli planujecie spędzić w parku narodowym kilka dni (co jest jak najbardziej wskazane), warto zatrzymać się gdzieś w okolicy wjazdu do Tayrona.

Fot. Izabela Idzikowska
Jeśli nastawiacie się na czysto turystyczny wyjazd, jesteście niestety skazani na wypady organizowane przez lokalne biura podróży. Cena całodniowej wycieczki po parku narodowym zaczyna się od 30 USD. A jeśli zarazicie się Kolumbią, możecie pojechać dalej. Dokąd? Nam bardzo polecano Cali, czyli światową stolicę salsy. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść…