„Testament jest w lewej szufladzie”. Jak się latało w Polsce 90, 60 i 40 lat temu – przeczytaj wspomnienia
„Wniebowzięte” to historia latania w Polsce opowiedziana przez stewardesy – kobiety, które w PRL były obiektem zazdrości wszystkich. Bo z jednej strony nocowały w najlepszych hotelach, zarabiały w dolarach, wyjeżdżały na zachód i kupowały modne ubrania. Ale jest też druga strona medalu – bycie stewardesą w PRL to praca po dwanaście godzin na dobę przez niemal trzydzieści dni w miesiącu, konieczność radzenia sobie ze zmęczeniem, z trudnymi pasażerami, z służbami bezpieczeństwa i celnikami, którzy patrzą na ręce, z chorobami, ze strachem o życie swoje i koleżanek.
Zobaczcie, jak z perspektywy ich oraz pasażerów wyglądało latanie w Polsce na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat.
W 1928 roku powstają linie lotnicze LOT, a siatka połączeń cały czas się rozrasta, jednak latanie wciąż pozostaje niszowym i elitarnym środkiem transportu. Do 1939 r. LOT przetransportował w sumie 220 tys. osób.
Po wojnie liczba pasażerów rośnie znacznie szybciej – w 1955 r. LOT obsługuje swojego milionowego pasażera. Na drugi milion narodowy przewoźnik czekał do 1961 r., trzeci – do 1965 r., a pasażer numer 4 miliony został obsłużony w czerwcu 1967 r.
Od razu po wojnie w LOT zaczęły latać stewardesy, choć w latach 40-tych i na początku 50-tych było ich mniej niż dwadzieścia i latały tylko na trasach międzynarodowych. Początki były zresztą tyleż trudne, co zabawne.
Fot. LOT
