REKLAMA

Śniadanie kosztuje tu 50, a sok 20 PLN. Próbujemy tanio zwiedzić jeden z droższych krajów świata

targ w izraelu
Foto: Alexey Stiop / Shutterstock

Droga, zatłoczona i średnio bezpieczna – taka podobno jest Jerozolima. Drogi, zatłoczony i nie ma tu nic do zwiedzania – tak mówią o Tel Awiwie. Jeden z najdroższych krajów świata – tym mianem określa się cały Izrael. I prawdą jest, że puszka coca-coli potrafi tu kosztować 9 PLN, a obiad 50, 70 czy 100 PLN. A jednak podjęłam wyzwanie i pojechałam tam bez budżetu godnego rockefellera. Czy było warto? Przekonajcie się.

Po ręce płynie mi strużka białego sosu. Jogurtowo-miętowy, a może jogurtowy z tahini? Nie jestem pewna, ale w połączeniu z hummusem, niewielkimi smażonymi kulkami ciecierzycy i drobno startymi ogórkami smakuje tak, że równocześnie osiągam nirwanę, sięgam bram kulinarnego nieba i czuję, jakbym trafiła na ambrozję. Religijne i mityczne porównania są nieprzypadkowe. Z niewielkich schodów, które wydały się być idealnym miejscem na konsumpcję falafela, widzę budynki jednego z najświętszych miast świata. Ludzie modlą się tu na każdym kroku, a ja zupełnie nieświadoma pokonywanych codziennie kilometrów – godnych niejednej pielgrzymki – oddaję się temu, co w tym kraju jest jeszcze bardziej boskie. Jedzeniu.

Witajcie w Izraelu – niewielkim kraju, który wzbudza gigantyczne emocje. O kontroli, jaka może nas spotkać na lotnisku, tajnych agentach i służbach specjalnych krążą legendy, a o polityce dyskutuje się tylko gorąco i żywiołowo. Jednocześnie państwo przyciąga miliony turystów – zarówno tych spragnionych słońca i nurkowania, jak i tych, którzy szukają tu doświadczenia bardzo duchowego. Niby wszystko tu jest skomplikowane – podzielone, pomieszane i poplątane. A jednocześnie jakieś takie proste, dziejące się tu i teraz, bez zbędnych rozważań. W dodatku mówi się, że to jeden z najdroższych krajów świata. Podstawowe produkty kosztują tutaj fortunę, a jedzenie w restauracjach wydaje się ekstrawagancją, na którą stać nielicznych. Ale czy to znaczy, że budżetowi podróżnicy nie mają tu czego szukać, jeśli wcześniej nie wygrali w Lotto? Nic bardziej mylnego!

Ląduję w Tel Awiwie w niedzielę wieczorem. Przestawiam zegarek o godzinę do przodu i myślę o tym, że rano skrobałam szyby w samochodzie. Loty w dwie strony z Katowic kosztowały mnie 118 PLN, na zewnątrz jest przyjemne 16 stopni, a ortodoksyjni Żydzi kłębią się w samolocie, jakby ich życiowym celem było zdezorganizować pracę personelu pokładowego. Ale mam krótki urlop, jest ciepło i szykuje się sporo dobrego jedzenia, więc nawet to nie jest w stanie mnie zirytować. Zaczynam przygodę z cyklu „mały budżet i duże emocje”!  

jerozolima
Foto: Nick Brundle / Shutterstock

Zwiedzanie? Właściwie za darmo

Nie jestem w Izraelu po raz pierwszy, więc mimo wszelkich ostrzeżeń i rad, nie wypchałam plecaka wałówką na następnych kilka dni. Przyleciałam, żeby udowodnić, że kilka dni na tej bliskowschodniej ziemi, która uchodzi za ultra drogą, nie musi zrujnować budżetu i nie jest tylko dla bogaczy. Chcę zwiedzać, jeść i dobrze się bawić. Bez biedowania, ale też bez skreślenia sześciu właściwych liczb. Liczyć będzie łatwo, bo jeden szekiel równa się mniej więcej jednej złotówce. Myślicie, że się udało? To zależy.

Razem z przyjaciółką nocujemy w Tel Awiwie. Pokój dwuosobowy ze wspólną łazienką i podstawowym śniadaniem w hostelu kosztuje nas po 240 PLN na głowę za 3 noce. W 5-10 minut możemy dojść piechotą do Starej Jaffy i hipsterskiej dzielnicy Florentine, ale za to do dworca mamy kawałek.

Pierwszy wieczór to idealny moment na rozeznanie terenu. Idziemy więc poszwędać się po Jaffie, która w ciągu dnia jest pełna turystów. Teraz, zdrowo po 22, nie ma tu żywej duszy. Wszędzie krążą koty szukające jedzenia, budynki są podświetlone, a morze jest wzburzone do tego stopnia, że w pierwszej chwili myślałam, że jakaś restauracja ma rozregulowaną klimatyzację i stąd taki hałas już ulicę wcześniej. Na Moście Życzeń dotykam swojego znaku zodiaku i patrząc na falę wypowiadam w myślach życzenie. Podobno ma się spełnić.

Poczucie, którego nabrałyśmy w Jaffie pierwszego wieczoru, nieco przekłada się na Jerozolimę. Oczywiście próżno myśleć, że jesteśmy tu jednymi z nielicznych, ale styczeń okazuje się być świetnym miesiącem na zwiedzanie. W większości miejsc naprawdę nie ma tłumów, temperatura przyjemnie rozgrzewa serca i twarz, ale nie daje w kość, a nowe butelki z wodą nie są potrzebne co pięć sekund. To dobrze, bo woda nie jest tu tania.

W niektórych religijnych miejscach zagościł objazdowy cyrk. Bazylika Grobu Świętego dla wielu okazuje się być w rzeczywistości świątynią selfie, przepychanek i święcenia portfeli. Na własne oczy widzimy kobietę o kulach, która omija całą kolejkę hindusów z taką pewnością jakby miała priority boarding, a gdy jest już blisko skał Golgoty odrzuca kule, by kucając i wyginając się nie gorzej niż gimnastyczki na zawodach, robić fotki – dotykając jednocześnie miejsca po TYM krzyżu. Na Kamieniu Namaszczenia lądują pieniądze, butelki z wodą albo piaskiem, torebki, plecaki, bandaże. Wszystko, co ludzie chcą poświęcić. Ktoś wpada w histeryczny płacz, ktoś inny go przepycha, bo też chce być jak najbliżej, jedna kobieta warczy na drugą, inna się potyka. A pomiędzy tym wszystkim ci nieliczni, którzy naprawdę chcieliby się pomodlić w spokoju. Nie chcę myśleć, co tu się dzieje w sezonie.

Zwiedzamy na potęgę, choć „święte miejsca” to dla nas bardziej miejsce obserwacji kulturowo-socjologicznej aniżeli religijnego czy duchowego przeżycia. Przechodzimy drogę krzyżową, gubiąc przypadkiem dwie stacje, w trakcie długiej dyskusji o tym, co działo się w bazylice. Sytuację nieco naprawia Ściana Płaczu, pod którą jest o niebo spokojniej, choć także tłumnie. Zza płotu, który oddziela mnie od mężczyzn słyszę głośno wyśpiewany hymn Izraela i dużo ciszej recytowane modlitwy. W damskiej części dominuje głównie płacz albo przejmująca cisza. Każdy wkłada w mur kartę z życzeniem. Ja też. Znów liczę, że się spełni.

Tylko w jeden dzień robimy 17 km piechotą i wchodzimy, gdzie tylko nam się podoba, bo wstępy w większości są darmowe. Jednym z nielicznych wyjątków są mury miejskie, których zwiedzanie pozwala wspiąć się ponad budynki starej części Jerozolimy i z góry obserwować jej cztery dzielnice – żydowską, ormiańską, arabską i chrześcijańską. Dopiero, gdy muezzini tuż przed zachodem słońca wzywają muzułmanów na modlitwę z kilku meczetów na raz, na horyzoncie powiewa flaga Watykanu, a wzdłuż muru widzę idącego szybkim krokiem ortodoksyjnego Żyda, przypominam sobie, że to nie tylko religijny Disneyland, ale jedyne takie miejsce na ziemi, gdzie trzy religie abrahamowe może i nie chcą, ale muszą koegzystować ze sobą. Bilet wstępu na mury kosztuje 18 ILS i obejmuje dwie dość długie trasy – północną i południową. Jest ważny 24 godziny, więc można rozłożyć zwiedzanie na dwa dni.

Wbrew oczekiwaniom pogoda nie rozpieszcza nas przez cały wyjazd. Choć w Izraelu średnio jest zaledwie 7 burz rocznie, my trafiamy na jedną z nich. Może to gniew boży za nasze podejście? Kto wie. Deszczowe przedpołudnie, w które temperatura momentalnie spada do 10°C, spędzamy w Jad Waszem. Przejmujące muzeum, a właściwie Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu pochłania nas na ponad 4 godziny. Wstęp także darmowy.

Bezgranicznie wciągają nas też markety – w Jerozolimie Mahane Yehuda i oczywiście cały labirynt stoisk, kramów i sklepików wewnątrz starych murów, a w Tel Awiwie Carmel Market. Przyprawy, świeżo wyciskane soki z granatu czy pomarańczy, oliwki, baklawa, chałwa – wszystko smakuje obłędnie. Nie wiem, gdzie podziać oczy, nie wiem, gdzie szybko zarobić sporo szekli. Sprzedawcy nas zaczepiają, kupujący się uśmiechają, ślinianki pracują, portfele błagają o litość. Ignorujemy je.

markety w izraelu
Foto: Aneta Zając / Archiwum Prywatne

Jedzenie? Nie oszczędzamy się!

Jemy w niepozornych lokalach, które kompletnie zniechęcają wyglądem i absolutnie zachęcają długą kolejką złożoną głównie z lokalnych głodomorów. Falafel, czyli opisane na początku przepyszne kulki z ciecierzycy schowane w picie i obłożone samodzielnie wybieranymi dodatkami, to w takich miejscach koszt od 8 do 15 ILS. Dobra, zaraz obok Ściany Płaczu nawet 25 ILS, ale okolice największych zabytków rządzą się własnymi prawami. Szawarma, czyli skrawki mięsa z rożna zawinięte z hummusem i dodatkami w picie, kosztuje od 15 do nawet 35 ILS (w zależności od wielkości i wybranego mięsa). Ale jak te niepozorne porcje cudownie wypełniają żołądek na długie godziny, nie zrozumie nikt, dla kogo podobne jedzenie kojarzy się ze słabej jakości kebabem wsuwanym w centrum polskiego miasta po zbyt zakrapianej imprezie.

Tymi jakże ekskluzywnymi lokalami rządzi chaos. Obsługa przekrzykuje się z klientami, tłum napiera, każdy próbuje zamówić i odebrać swoją porcję. Menu jest tylko po hebrajsku, choć obsługują Arabowie i między sobą w ogóle go nie używają. Mam wrażenie, że pieniądze i jedzenie fruwają w powietrzu, ale w rzeczywistości wszystko odbywa się w wypracowanym przez lata systemie. Ktoś napiera, nie ma pół wolnego krzesła, a klienci jedzą na schodach i opierają się o każdy kawałek wolnej ściany.

I ja rozumiem, że można lubić poukładane restauracje, doceniać „fine dining”, odpowiedni dobór wina i obsługę kelnerską godną wszystkich zachwytów. Można się bać ulicznego jedzenia, zawahać, gdy ktoś nas tu zabiera, ale być w Izraelu i nie zjeść w takim miejscu? To grzech. A ten w świętym mieście nawet ateistom nie przystoi. Zwłaszcza, że przy ograniczonym budżecie takie miejsca okazują się finansowym wybawieniem.

Śniadaniowe wypieki jak słodkie bułki czy pity posmarowane przeróżnymi sosami na dworcu kosztowały od 5 ILS. Pół litra wody od 6 do 9 ILS. Za dwie pomarańcze, które smakują tu najlepiej na świecie, zapłaciłam ok. 3-4 ILS. Pudełko chałwy od 13 do 15 ILS. Baklawa sprzedawana jest na wagę – ok. 3-4 ILS za kawałek. Gotowe zestawy w foliowanych pudełkach opłacają się bardziej – od 20 do 35 ILS za miks 500 g. Sok w sklepie 0,5 l ok. 9 ILS, wyciskany na ulicy od 10 do 20 ILS.

Parę razy decydujemy się na kulinarne szaleństwo. Idziemy na przykład na gigantyczne i drogie śniadanie, którego podstawą jest szakszuka. Jajka sadzone na lekko pikantnym sosie ze świeżych pomidorów, serwowana zawsze na patelni jest klasyką Izraela. Jest też tak droga, jak tylko można sobie wyobrazić. Przygotowana z dwóch jajek w większości restauracji będzie kosztowała – tu weźcie głęboki oddech – od 40 do 50 ILS. Zdecydowanie tańsza jest solidna porcja hummusu – 15-20 ILS i często wystarcza na dwie osoby. My jemy jedno i drugie – szakszuka w zestawie z hummusem, przystawkami i napojami kosztowała nas 64 ILS. Jako przekąski na stół trafia fenomenalna pasta z bakłażana, kiszonki, pasta z bobu, ostra pasta przypominająca arabską harrisę, o wiele łagodniejsza pasta z pomidorów i wiele, wiele innych cudów. „Gratis” dostajemy po herbacie i porcji ciasta, a w międzyczasie pojawia się też nadprogramowy dziwaczny naleśnik smażony na głębokim tłuszczu z jajkiem sadzonym w środku. Najadamy się pod korek na najdroższym śniadaniu w naszym życiu.

Jeśli chcecie zaszaleć, to warto to zrobić w The Old Man and the Sea w Tel Awiwe. Posiłek kosztuje tu co prawda aż 114 ILS, ale składa się na niego danie główne (do wyboru mięso, ryby lub owoce morza) i ok. 20 przystawek regularnie uzupełnianych przez obsługę. Raz za razem na stół wjeżdżają mniejsze i większe miseczki, które kryją w sobie całe kulinarne dobro Izraela. Za jednym zamachem możecie więc spróbować wielu produktów, past, sałatek, sosów i to wszystko w otoczeniu nadmorskiego krajobrazu, który w styczniu działa dosłownie kojąco. A porcje i dokładki takie, że do wieczora nie zjecie już nic więcej. No chyba, że jesteście jak ja i nie macie limitów – wtedy za 2 godziny falafel będzie idealny.

jedzenie izrael
Foto: Aneta Zając / Archiwum Prywatne

Transport? Oszczędzaj, ile się da!

Zaraz po przylocie wyrobiłam i doładowałam Rav Kav – kartę, którą można płacić za transport w całym Izraelu. Sama karta kosztuje 5 ILS, ale za to z każdym doładowaniem dostaję 20 proc. środków gratis. Przyda się.

Pociąg z lotniska do Tel Awiwu pochłania 13,5 ILS, autobus z Tel Awiwu do Jerozolimy 16 ILS. Jednorazowy bilet na autobus miejski zarówno w Tel Awiwie jak i Jerozolimie to koszt 5,90 ILS. W tej drugiej decydujemy się na bilet całodzienny (13,5 ILS) na wszystkie środku transportu, żeby oszczędzić nogi i czas. Wewnątrz starych murów nachodziłyśmy się wystarczająco, by pozwolić sobie na przejażdżkę tramwajem pomiędzy dworcem a bramą damasceńską albo podjazdy o kilka przystanków, gdy chcemy przyśpieszyć zwiedzanie  – chociażby jadąc do Jad Waszem czy na wspomniany Mahane Yehuda Market.

Ostatecznie razem z lotami, noclegiem, pamiątkami, transportami, jedzeniem (w tym kulinarną ucztą) i biletami wstępu w ciągu czterech dni wydaję ok. 800 PLN. Czy można było jeszcze taniej? No pewnie! Zamiast szakszuki za 64 PLN mogłam zjeść falafel za 15, albo najeść się kanapek z dżemem w hostelu. Osobny pokój mogłam wymienić na couchsurfing albo wziąć łóżko w wieloosobowym dormitorium – oszczędność kolejnych 110 PLN przy trzech nocach. Nie musiałam iść ani razu do restauracji, bo uliczne budki, knajpki, kanciapy i stoiska karmią naprawdę doskonale, a w ciągu kilku dni na pewno nie zdążycie się znudzić. Realnie można było zejść do 600 PLN bez trudu, przy większym wysiłku – pewnie jeszcze taniej. Ale nie chciałam liczyć każdego grosza, by biedować przez cały wyjazd. Chciałam zachować równowagę pomiędzy dobrą zabawą, pełnym brzuchem i znośnym budżetem.

Postawiłam na oszczędną rozrzutność – tam, gdzie było warto sięgałam do portfela bez zastanowienia. Tam, gdzie nie było to konieczne, dałam sobie spokój. Nie było więc drogiego hotelu, nie piłam alkoholu, ale za to zjadłam jedno z najbardziej fenomenalnych śniadań w moim życiu i wysłałam pocztówkę za 14 ILS (cena za znaczek i kartkę). Nie odmówiłam sobie przepysznych soków wyciskanych na miejscu (10 ILS) ani ogromnego pudełka baklawy (30 ILS), ale już z i do dworca w Tel Awiwie chodziłam piechotą. Za każdym razem 5,90 ILS w kieszeni. Coś za coś.

pamiątka z izraela
Foto: Lerner Vadim / Shutterstock

Najważniejsze rady

– Zabierz ze sobą butelkę na napoje, bo w hostelach często stoją dystrybutory z wodą, z których można je napełniać. Zdarza się też trafić na mieście na poidełka, w których uzupełnisz zapasy. Co prawda nie ma ich tak wielu jak w Rzymie czy Singapurze, ale i tak są przydatne.

Targuj się. Izrael to jeden z tych krajów, gdzie można bez problemu zbijać cenę różnych rzeczy. Spodobała ci się rzecz na straganie? Pierwsza kwota jaką usłyszałeś za nią, wcale nie musi być ostateczna. Kupujesz 2, 3, 10 magnesów? Negocjuj. I to dość zawzięcie.

– Jeśli masz ograniczony budżet i niewiele czasu, omiń szabat. Święto trwa od zachodu słońca, w piątek, do prawie godziny po zachodzie słońca w sobotni wieczór. Żydzi wtedy nie pracują, nie gotują, nie korzystają z transportu. Trudniej więc o dojazd z lotniska – trzeba zdać się na taksówki, trudniej znaleźć czynny sklep czy knajpkę.

W Tel Awiwie bardzo dobrze działa couchsurfing i autostop. Przyda się trochę doświadczenia w tych dziedzinach, ale za to przygody gwarantowane.

– Bilet całodzienny w Tel Awiwie da się kupić (chyba) tylko za pomocą gotówki lub karty płatniczej. Mimo licznych prób i środków na karcie Rav Kav nie udało mi się nabyć go z wcześniejszego doładowania. Poproszeni o pomoc ludzie mówili, że w grę wchodzi tylko „realny” sposób płatności.

– Niemal w całej starej części Jerozolimy i w wielu miejscach Tel Awiwu można bez trudu złapać darmowe wifi. Jest też w większości knajpek, w muzeach, w autobusach międzymiastowych i pociągach. Jeśli więc nie potrzebujesz być online non stop, możesz zrezygnować z kupowania karty SIM.

– Porównuj ceny. Puszka pepsi w am:pm, czyli takiej naszej rozbudowanej Żabce to koszt 7,50 ILS, półlitrowej 9,00 ILS. W innym sklepie, obok naszego hostelu, kupiłam 2-litrową pepsi za 5,90 ILS, a półlitrową za 4,50 ILS. Ceny wahają się drastycznie pomiędzy konkretnymi miejscami. Identyczny magnes w Jerozolimie kosztował 15 ILS, w starej Jaffie trzy razy mniej. Wyciskany sok w jednym miejscu 10 ILS, kilka stoisk dalej 20 ILS.

– Przemyśl dokupienie bagażu w tanich liniach. Jeśli chcesz go wykupić tylko po to, by zabrać jedzenie z Polski, to możesz wyjść na tym jak Zabłocki na mydle. Ceny są wysokie, ale bez trudu znajdziesz jedzenie, które nie kosztuje fortuny.

Podsumowując – Izrael nie jest tani, nie da się temu zaprzeczyć. Ale nie był też tak ultra drogi, jak można się było spodziewać. I choć w niektórych miejscach ceny dosłownie zwalały z nóg, zawsze gdzieś w pobliżu był falafel gotowy nieść finansową pomoc i ratunek! A dopóki można znaleźć tanie miejsca, choćby w najdroższym kraju świata, to nasze plecaki i budżetowe podróże nie odejdą w zapomnienie. Na szczęście!

REKLAMA
Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.
Avatar użytkownika
Jeśli PZPN i izraelski PZPN ustalili mecz na sobotę to znaczy że nikt m ie  ue zawiezie do Jerozolimy w sobotnie popołudnie?W Iranie jakby taniej.. I usmiechu więcej. Miły człowiek zawiezie cię z l otniska w góry za 30usd.. O cenie soku z granatu nie wspomnę.  
tom971, 11 lutego 2019, 20:44 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Faktycznie nie jest tanio, ale  odrobinie dyscypliny nie musi zrujnować. Można również pocieszyć podniebienie w naszych cenach jadąc do pobliskiego Betlejem, gdzie na targu naprawdę można zaszaleć, bardzo tanio i niesamowicie klimatycznie.Bardzo ciekawie napisana relacja, super.
pablo1603, 11 lutego 2019, 21:24 | odpowiedz
W Betlejem faktycznie jest dużo taniej i warto tam zrobić nawet jakieś drobne zapasy, jeśli ktoś uważnie liczy każdy grosz :)  
pablo1603 Faktycznie nie jest tanio, ale  odrobinie dyscypliny nie musi zrujnować. Można również pocieszyć podniebienie w naszych cenach jadąc do pobliskiego Betlejem, gdzie na targu naprawdę można zaszaleć, bardzo tanio i niesamowicie klimatycznie.Bardzo ciekawie napisana relacja, super.
Aneta Zając, 11 lutego 2019, 21:49 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Fajny, konkretny art.
Mio, 11 lutego 2019, 21:54 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Po ręce płynie mi strózka ...białego sosu. Tym początkiem zachęciłaś mnie do czytania całości(heh). Pozdrawiam
HandSome, 12 lutego 2019, 17:29 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Ja mam tak, że najwięcej wydaję tam gdzie jest tanio. Bo wtedy się nie oszczędza i wydaje na wszystkie zachcianki. W 'drogich' krajach zwykle nie przekraczam budżetu :)
keimak, 14 lutego 2019, 17:52 | odpowiedz

krzywa wieża
Najlepsza oferta

Piza na przedłużony weekend za 373 PLN

Karolina Solecka | 2019-09-15 21:59
REKLAMA
Nowa oferta: . Czytaj teraz »
Akceptuję Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Czytaj więcej ›Technologię tę w ramach Fly4free.pl wykorzystują również nasi partnerzy, których listę znajdziesz tutaj.

Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej lub zakończyć korzystanie z Fly4free.pl. Pozostawienie komunikatu, dalsze przeglądanie Fly4free.pl lub kliknięcie w przycisk „Akceptuję” oznacza wyrażenie zgody na wykorzystywanie plików cookies.
porównaj loty, hotele, lot+hotel