Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 28 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 02 Lis 2015 21:26 
Redaktor F4F
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Maj 2010
Posty: 1136
Loty: 188
Kilometry: 335 734
Oczywiście podróż na Filipiny była inspirowana promocją Cebu Pacific - http://www.fly4free.pl/mega-hit-dubaj-f ... d-1077pln/
Jednak aby podtrzymać rosnące napięcie poprzestałyśmy na kupnie lotów Dubaj - Manila - Dubaj (107 AED) i cierpliwie czekałyśmy na rozwój sytuacji - patrz nadchodzące promocje na loty do Dubaju.
Kontynuując strategię rezerwacji biletów od końca przyszedł czas na trasę Kijów - Dubaj - Kijów (UIA ok. 135 €) - niestety wszelkie inne promocje do ZEA pomijały skutecznie interesujący nas termin.
Pozostało zatem kupić bilety z Warszawy do stolicy Ukrainy, wydawałoby się, że to najprostsza sprawa, ale jak wiadomo proste rzeczy mają niebywałą łatwość do komplikowania się. Chcąc upolować bilety w najlepszej cenie i kombinując z rezerwacjami wyszło na to, że biletów brak a i o świetnych cenach można zapomnieć.
Należało zatem wdrożyć plan B, czyli bus z Warszawy do Rzeszowa, autostop do Lwowa i lot UIA do Kijowa.
Trudno to nazwać planem dopiętym na ostatni guzik, a co bardziej spostrzegawczy zauważą, że powrotu z Kijowa do Warszawy też brak, ale w czasie przedwyjazdowej ekscytacji uznałyśmy, że pomyśli się o tym później ;-)

Dzień 1 (19.06.2015)
Dzień zaczynamy o 5 rano na Dworcu Zachodnim, skąd Neobusem udajemy się do Rzeszowa - tutaj przyjęta taktyka chaosu rezerwacyjnego przyniosła efekt i udało się kupić bilety w najniższej taryfie. Wcześniej udało mi się ugadać z kierowcą z blablacar, który miał nas zabrać z Rzeszowa do Lwowa - godziny idealnie się zgrywały, więc już myślami byłyśmy w Dubaju. Niestety po stąpnięciu na rzeszowskiej Ziemi i kontakcie z kierowcą, okazało się, że jest on w drodze do Krakowa i nas mógłby zabrać na jakieś 3h. Oczywiście rezygnujemy, bo jeśli nasz niesłowny driver spóźni się jeszcze bardziej to naszą podróż zakończymy, w jakże pięknym, ale jednak Rzeszowie.
Musiałyśmy wziąć sprawy w swoje ręce - dojechałyśmy komunikacją miejską na wylotówkę i po kilku minutach łapiemy stopa do Przemyśla. Po drodze zaczyna padać, wysiadamy przed wjazdem do miasta, gdzie od granicy dzieli nas już "rzut beretem". Tutaj zaczyna prześladować nas jakieś fatum, pada coraz bardziej, nikt się nie zatrzymuje a czas się kurczy a w dodatku godzinę kradnie nam zmiana strefy czasowej na Ukrainie. Jako, że miałyśmy umówiony transport z Blablacar to nie sprawdziłyśmy żadnych busów, pociągów itp. do Lwowa. Zatem trzeba działać spontanicznie, łapiemy szybko autostop do Przemyśla na postój busików, jadących do Medyki. Ruszamy o 13.00, po około godzinie dojeżdżamy i załatwiamy wszystkie formalności na granicy, niby jest po 14.00 ale tak naprawdę to już 15, bo przestawiamy zegarki. W tej mrożącej krew w żyłach historii zapomniałam wspomnieć, że samolot z oddalonego o 90 km lotniska we Lwowie, startuje o 17.00.
Jakoś po stronie ukraińskiej nie czekały na nas żadne autobusy czy auta gotowe wyświadczyć przysługę autostopowiczkom. W akcie desperacji targujemy się z taksiarzem i za 80 zł pędzimy na lotnisko. Kierowca wprowadził tak nerwową atmosferę i zaczął pędzić swoim złomem, że o mały włos uniknęliśmy zderzenia czołowego. Jednak po godzinie cało udaje nam się dojechać na lotnisko.
Tutaj zaczyna się już ta mniej ciekawa część całej historii, gdyż od tego momentu wszystko poszło zgodnie z planem.
W Kijowie mamy ponad 1,5h na przesiadkę, wszystko poszło sprawnie.
A tak funkcjonuje lotnisko na Ukrainie :-)
Załącznik:
DSC03410.JPG

Zonk nastąpił w samolocie gdyż okazało się, że przeoczyłyśmy fakt braku cateringu - posiłek był dla mnie tak oczywistą sprawę, że w ogóle tego nie sprawdziłam. Ten lot był najgorszy, nie dość, że o głodzie, to jeszcze samolot mały i było mega ciasno - już jakoś lepiej czułam się w Air Asia.

Dzień 2 (20.06.2015)
W Dubaju lądujemy o 2 w nocy, nocleg był zabukowany Holiday Inn Express Dubai Airport. Shuttle busy hotelowy miały stać i czekać przed lotniskiem. Niestety wszystkie inne hotele zabierały swoich gości a po naszym busie ani śladu. Na szczęście zapoznałyśmy gościa, który zmierzał również do Holiday Inn, więc wykonał telefon do hotelu. I kwitliśmy sobie tak kolejne30-40 min - drugi telefon i łaskawie ktoś po nas przyjeżdża. W ramach rekompensaty dostajemy late check out.
Po kilku godzinach snu idziemy na śniadanie, zostawiamy bagaże w depozycie, na recepcji obsługuje nas Filipinka :-)
Hotel znajduje się bardzo blisko stacji Metro Emirates - kupujemy bilet dobowy za 22 AED i ruszamy w miasto. Nie miałyśmy konkretnego planu na Dubaj, ale nie ukrywam, że zawsze chciałam tu przyjechać i zobaczyć jak to wszystko wygląda. Wydaję mi się, że w Dubaju można się albo zakochać od pierwszego wejrzenia albo przejść obok tego miasta obojętnie. W moim przypadku wersja druga sprawdziła się.
W ZEA mają chyba świra na punkcie statusu społecznego, bo nawet w metrze jest wagon z wydzieloną częścią dla posiadaczy karty "Gold". Pozostałe wagony zajmują ludzie chyba z całego świata, czyli multi- kulti siła robocza.
Załącznik:
DSC03417.JPG

Pierwsze kroki kierujemy do Burj Khalifa i Dubai Mall. Od początku nie miałyśmy zamiaru wydawać kasy na wjazd, a tego dnia i tak sporo pyłu unosiło się nad miastem, więc widok byłby marny i niewspółmierny do ceny biletu.
Pokonując setki metrów klimatyzowanych korytarzy docieramy do Dubai Mall - oczywiście tradycyjnie wędrujemy do akwarium i na lodowisko. Do dziś nie mogę zrozumieć jakim cudem te ryby w akwarium nie zżerały się nawzajem :-)
Załącznik:
DSC03423.JPG

Jako, że w Dubaju (na Filipinach też) klimatyzacji używa się w taki sposób aby uzyskać temperaturę zbliżoną do tej panującej w igloo, to lekko przemarznięte postanowiłyśmy wyjść w plener (w ciągu dnia temp. powietrza wynosiła 42 stopnie). Na naszej mapce turystycznej ciekawie wyglądał teren Dubai Creek, jednak gdy wysiadłyśmy na właściwej stacji metra okazało się, że legenda z mapki nijak ma się do rzeczywistości, czyli placu budowy.
Załącznik:
DSC03456.JPG

Postanowiłyśmy trzymać się zatem sprawdzonych atrakcji, czyli kolejny punkt Gold Souq, z przerwą na zakupy w Carrefourze. Bazar robi wrażenie, ilość złota na metr kwadratowy jest naprawdę przytłaczająca. Ogólnie miło pokręcić się wśród uliczek wokół głównego marketu.
Załącznik:
DSC03457.JPG

Ostatni punkt dnia to meczet Jumeraiah.
Załącznik:
DSC03459.JPG

Naiwnie znowu zawierzyłyśmy mapce i łudziłyśmy się, że plaża zaznaczona niepodal meczetu istnieje. Tutaj kolejne rozczarowanie, gdyż z zachodu słońca na plaży nici, gdyż plaża oczywiście stanowi obecnie plac budowy.
Co do samego meczetu, to fajnie wygląd podświetlony po zmierzchu, w dodatku w trakcie naszego pobytu był Ramadan, więc wokół sporo się działo.
Dubaj gościł nas przez niespełna 24h i mi w zupełności to wystarczy, miasto nie wciągnęło mnie na tyle abym czuła niedosyt i chciała tam wrócić.
Po zwiedzaniu wracamy metrem i odbieramy bagaże z hotelu, następnie shuttle na lotnisko.
Karty pokładowe na lot Cebu Pacific otrzymujemy od obsługi w Check-In - pytali mnie tylko na kiedy mam bilet powrotny i tyle , bez sprawdzania i ważenia bagażu.
W duty free pozytywnie zaskoczyła mnie cena wody 1AED za butelkę 0,5l - uważam, że jeśli chodzi o wodę to takie ceny powinny być na każdym lotnisku.
W samolocie Cebu było trochę wolnych miejsc i obsługa po starcie pozwala się przesiadać, więc przy odrobinie szczęścia może się trafić rząd z trzeba fotelami tylko dla nas.

Dzień 3 (21.06.2015)
Pierwszy dzień na Filipinach zaczyna się od kłopotów. Tego dnia mamy lot do Cebu i zarezerwowany tam nocleg z promocji Expedii. Niestety będąc jeszcze w Dubaju dowiadujemy się z e-maila, że pośrednik przestał współpracować z naszym hotelem i proszą o kontakt. Na naszą wiadomość nie odpowiedzieli, więc pozostał kontakt telefoniczny.
Na lotnisku w Manili wymieniamy dolary - jest sporo kantorów kursy 1$ = 45,02 (był to najlepszy kurs po jakim wymieniałyśmy kasę podczas naszego całego pobytu). Dolary kupowałam po 3,69 zł, zatem przyjmijmy, że 1 PHP to 0,082 zł
W poszukiwaniu internetu udajemy się białym busem sprzed hali przylotów do Pasay Rotonda 20 PHP (1,64 zł). Pomimo tego, że jest niedzielne popołudnie to wleczemy się w gigantycznym korku, podróż trwa ponad godzinę.
Załącznik:
DSC03461.JPG

Namierzamy kafejkę internetową i negocjujemy z expedią, po prawie godzinie udaje się zdobyć nocleg w innym hotelu bez dopłaty. Wszystko to zajęło nam więcej czasu niż się spodziewałyśmy, więc jest lekkie napięcie aby zdążyć na lotnisko na połączenie do Cebu. Szczęśliwie droga powrotna shuttle busa prowadzi trochę i inaczej i dużo szybciej meldujemy się na terminalu międzynarodowym i szybko przesiadamy się na shuttle jadący do terminala krajowego. Lot do Cebu startuje planowo i wieczorem docieramy do celu.
Jako, że posiadaczkami rezerwacji w Palazzo Pensionne stałyśmy się kilka godzin temu to nie bardzo miałyśmy pojęcie jak tam dojechać. Oddałyśmy się zatem w ręce miejscowych, którzy przerzucali nam do 3 różnych jeepney'ów (łącznie za wszystkie przejazdy wyszło 25 PHP = 2,05 zł). Jeepneye na lotnisku Cebu odjeżdżają sprzed hali odlotów.
Po wyjściu z ostatniego transportu do naszego hotelu dzieliło nas jakieś kilkaset metrów, w trakcie, których złamałyśmy chyba nasze wszystkie zasady bezpieczeństwa, czyli wędrowałyśmy same, ciemną, nieoświetloną, wąską uliczką - ogólnie nie polecam tego powtarzać.
Sam hotel okazał się całkiem w porządku, całkiem czystko jak warunki filipińskie, dobre wifi i śniadanie.

Dzień 4 (22.06.2015)
Właściwa część naszej podróży po Filipinach miała rozpocząć się Davao, do którego miał nas przetransportować samolot linii Air Asia. Lot był rano, więc uwzględniając nasze nieustające problemy z dotarciem na lotnisko z odpowiednim zapasem czasu, zdecydowałyśmy się na zamówienie w hotelu taksówki.
Jeśli podróżujemy taksówką z taksometrem to opłaty przedstawiają się następująco:
- 40 PHP (3,28 zł) za "trzaśnięcie drzwiami",
- 3,5 PHP (0,29 zł) za 300 m lub za 2 minuty jazdy.
Z hotelu na lotnisko jest ok. 15 km. Pomimo tego, że wyjechaliśmy o 7ej to były już korki i podróż zajęła ok. 45 min. Koszt: 212 PHP (17,38 zł). Samolot do Davao startuje o czasie, więc nie wiem czy mamy takiego fuksja, czy jednak te legendarne opóźnienia samolotów na Filipinach to fikcja. Dodam tylko, że na żadnym lotnisku na Filipinach nie sprawdzano nam bagaży, a w większości przypadków waga była trochę przekroczona.
O tym czy lecieć na drugą co do wielkości wyspę Filipin (Mindanao) zastanawiałyśmy się dłuższą chwilę, bo na dużo osób odradza ten rejon ze względu na niebezpieczeństwo, wojny gangów i porwania.
Coś jednak ciągnęło mnie w tamte okolice, więc postanowiłam skonsultować się z naszym przyszłym hostem z couchsurfingu. Bardzo mi to pomogło, gdyż okazało się, że tylko niektóre rejony wyspy są niebezpieczne, nie tylko dla turystów. Jednak Davao Davao pojawia się w rankingach najbezpieczniejszych miast świata. Zatem ostateczna decyzja zapada.
W samym Davao nie planujemy zabawić a naszym celem na najbliższe 3 dni jest maleńka wysepka Samal (wł. Garden Island of Samal). Mocno naciągając rzeczywistość można nazwać Samal - Manhatanem Davao ;-)
Z lotniska w Davao jedziemy jeepneyem za 10 PHP (0,82 zł). Opanowałyśmy do perfekcji swoją uległość jeśli chodzi o przerzucanie z jednego auta do drugiego, więc do przystani promowej przerzucano nas jeszcze do dwóch innych jeepneyów 2x8PHP (1,31 zł). Ludzie są tutaj bardzo mili ostatni jeepney przejechał naszą przystań promową (w Davao są dwie). Kierowca się tak przejął, że niczym porucznik Borewicz zawrócił z piskiem opon i podrzucił nas te 150 m, bo jak wiadomo europejskie turystki na pewno zagubiłyby się na tym dystansie.
Do przystani promowej dostajemy się przechodząc przez targ, na którym królują ryby. Promy kursują co 15 ÷ 30 min, koszt to 12 PHP (0,98 zł).
Na Samal miałyśmy hosta z couchsurfingu, mieliśmy lekkie problemy ze spotkaniem się na wyspie, ale ostatecznie udało nam się odnaleźć. Kupujemy filipińską kartę sim 40 + 20 PHP (4,92 zł).
Popołudnie spędzamy na okolicznych plażach - wchodzi się bramą do rozlokowanych wzdłuż ulicy ośrodków wypoczynkowych/hoteli - w większości plaże są darmowe, płaci się zazwyczaj za takie niby chatki, w których można siedzieć.
Wieczór spędzamy na kolacji z naszym hostem - próbujemy tradycyjnych potraw kurczakowe Adobo 120 PHP (9,84 zł) i kurczakowe Bihon (makaron z kurczkiem i warzywami) 100 (8,20 zł).
Załącznik:
DSC03467.JPG

Załącznik:
DSC03470.JPG


Dzień 5 (23.06.2015)
Poranek pogodowo nie zapowiadał nic dobrego, jednak później trochę się polepszyło. Nasz host miał spędzić ten dzień z nami, jednak z powodu choroby wymiksował się.
Chciałyśmy wypożyczyć skuter żeby objechać wyspę, ale to okazało się dość trudne. Na Samal jest bardzo mało turystów, więc wypożyczalni brak.
Odnalazłyśmy informacje turystyczną w porcie, która okazała się być zamknięta, ale pomimo tego znaleźliśmy mnóstwo przyjaciół, którzy chcieli nam pomóc. Naszym celem było wypożyczenie skutera w opcji "fully automatic". Nowi przyjaciele wybrali spośród siebie kogoś, kto odda nam swój pojazd za opłatą. Wszystko było świetnie do czasu kiedy zapytałam co to za dźwignia przy lewej stopie - gear. Czyli wniosek taki, że jednak nie "fully automatic". Powiększający się tłum gapiów skutecznie zniechęca nas do wypożyczenia motoru. Dodam tylko, że nie mam prawa jazdy na kat. A i nawet nigdy nie miałam zamiaru mieć ;-)
Po drodze dowiadujemy się, że w jakimś hotelu mają wypożyczalnię. Po dotarciu na miejsce okazało się, że biznes z powodu braku zainteresowania został zamknięty w zeszłym roku. Mamy lekką depresję, więc łapiemy trycykl i chcemy wracać po naszego hosta. Po wylaniu żali kierowcy okazało się, że jego brat ma do wypożyczenia skuter. Odstawiamy dziecko kierowcy do szkoły i trycyklem jedziemy szukać naszego pojazdu. Oczywiście na miejscu okazuje się, że to nie jest to fully automatic skuter tylko motocykl z biegami. Widząc mega wkurw w oczach mojej kompanki, decyduję się na 60 sekundowy kurs na prawo jazdy kat. A i ruszamy w drogę.
Muszę przyznać, że Filipińskie drogi to nienajlepsze trasy dla początkującego motocyklisty - remonty dróg, wylegające na ulicy psy, kury, brak odruchu włączania świateł po zmroku itd.
Po drodze zaliczamy kilka punktów widokowych, objazd po jakiejś dzikiej drodze, spotykamy turystów nr 3 i 4 na wyspie aż w końcu docieramy na plażę Kaputian. Wstęp 10 PHP (0,82 zł).
Załącznik:
DSC03476.JPG

Załącznik:
DSC03480.JPG

Załącznik:
DSC03483.JPG

Załącznik:
DSC03488.JPG

Bardzo chciałyśmy jechać za wschodnie wybrzeże na canibad beach, ale droga podobno jest tam bardzo słaba - ostrzegało nas przed tym kilka osób, więc bez naszego hosta nie podjęłyśmy tego wyzwania.
Troszkę straciłyśmy rachubę czasu i po zmroku wracamy naszym jednośladem - motocykl był prawie nowy a jego właściciele powierzyli nam go na zasadzie uścisku dłoni - ludzie są tutaj mega ufni. Ostatecznie spóźniłyśmy się ponad godzinę z oddaniem motocyklu - w Polsce pewnie czekałaby na nas blokada policji pod miastem a na Filipinach przeszło to bez echa. Wypożyczenie motocykla było dość kosztowne jak na warunki Filipińskie, bo po negocjacjach zeszło do 500 PHP (41 zł) - benzyna 47 PHP/litr (3,85 zł).
W przydrożnej knajpce jemy kolację - ryż plus zimna mięsna potrawka 45 PHP (3,69 zł).
W drodze powrotnej do domu kupujemy piwo na wieczór 38 PHP/puszka (3,11 zł).
Ostatni wieczór na Samal spędzamy z naszym hostem - był on bardzo miłym hościem, sporo podróżował po kraju, ale bardzo lubił opowiadać o sobie, więc więcej wiemy o nim samym niż o Filipinach ;-)

Dzień 6 (24.06.2015)
Rano dość mocno pada, więc opóźnia się nasze wyjście z domu. Kiedy sytuacja wydaje się być opanowana idziemy do miasta, trochę się kręcimy a później dojeżdża do nas host. Jemy pożegnalny lunch w przydrożnej jadłodajni - próbujemy rosołu z kozy, który jest tutaj ponoć bardzo popularny oraz dani z chlebowca (jack fruit) z mleczkiem kokosowym. Bardziej podoba mi się wygląd owocu chlebowca niż jego smak, ale to kwestia indywidualna.
Nadszedł czas na pożegnanie z Samal, szczerze to zostałabym tutaj dłużej. Prom do Davao 12+1 PHP (1,07 zł). Tym razem zaledwie 2 jeepneye na lotnisko 8+10 PHP (1,48 zł).
Pierwszy raz płacimy haracz na lotnisku - opłata wylotowa w Davao 200 PHP (16,40 zł) - jest to nie do uniknięcia. Na lotnisku niestety nie ma free wifi. Samolot znowu startuje o czasie - oby tak dalej.
Tym razem w Cebu nie mamy noclegu, więc zdajemy się na przewodnik Lonely Planet. Chcemy dojechać do centrum Cebu - po kolei jeepney z lotniska wywozi nas kilka km 7 PHP (0,46 zł), potem kolejny bus do Park Mall 8 PHP (0,66 zł) (musiałyśmy długo czekać, bo wszystkie auta były wypchane po brzegi). Ostatni przesiadka do jeepneya 01K, który dowozi nas do centrum.
Nocleg z Lonely Planet okazuje się kompletnym dnem - warunki gorsze niż w hotelu robotnicznym, brak klimy, wentylatora a my dwa razy dygamy na 5 piętro żeby obejrzeć tą wszawą norę. W dodatku cena wyższa niż podana w LP (450 PHP) - gość krzyknął na wstępie 650 PHP i zbiłyśmy do 500 PHP (41 zł za pokój). Mamy jeszcze namiary na hostel, ale okazuje się że adres w przewodniku jest zły i to na drugim końcu miasta. Lekko załamane wędrujemy ulicami Cebu i natykamy się na ogłoszenie sieciowego hotelu SOGO - od pon. do czw. jest promo pokój w godz. 21.00 - 7.00 za 365 PHP (29,93 zł). Odetchnęłyśmy z ulgą - hotel nie jest oszałamiający, bo to tak naprawdę miejscówka wynajmowana na godziny, ale jest tu dużo lepiej niż w "hotelu robotniczym".
Nasze burdel łoże wyglądało tak :-)
Załącznik:
DSC03501.JPG


W dalszych częściach Oslob, Siquijor, Palawan i Banaue. Stay tuned :-)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez Karolina_s 02 Gru 2015 21:23, edytowano w sumie 3 razy
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
tom971 uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 03 Lis 2015 20:16 
Redaktor F4F
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Maj 2010
Posty: 1136
Loty: 188
Kilometry: 335 734
Dzień 7 (25.06.2015)
Zgodnie z naszą opcją noclegową wynosimy się z hotelu przed siódmą rano. Niedaleko hotelu wymieniamy kasę w Money Gram - przyjmują tylko banknoty 50$ i 100$ (kurs 1$ = 44,95 PHP). Przy dworcu autobusowym jest jeszcze jeden kantor ale otwiera się o 8:00.
Dzisiaj z South Terminal jedziemy autobusem do Oslob. Rozkładu jazdy nie ma co sprawdzać, bo ta trasa jest bardzo popularna i zawsze jest co najmniej jeden autobus na godzinę. Nasz wystartował akurat o 8.00. Koszt przejazdu to 138 PHP (11,32 zł, 120 km).
Załącznik:
DSC03503.JPG


Załącznik:
DSC03517.JPG


Załącznik:
DSC03521.JPG


Załącznik:
DSC03525.JPG


Oslob samo w sobie nie jest interesujące a udajemy się tam z uwagi na możliwość zobaczenia rekinów wielorybich.
Po drodze okazuje się, że powinnyśmy wysiąść kilka km za Oslob w Tan-Awan - dopłacamy 12 peso do biletu.
Na miejscu jest kilka agencji, które zajmują się organizacją rekiniej turystyki - niektóre oprócz ceby wycieczki wynoszącej 1000 PHP (82,00 zł) pobierają jakąś opłatę 100 PHP (8,20 zł), ale w sumie nie wiadomo dlaczego. Bez problemu w sąsiedztwie znalazłyśmy ofertę bez haczyków za tysiaka.
Cała wycieczka trwa max. 30 min a ostatnie łódki wypływają o 12 w południe. Kiedyś rekiny przypływały tutaj w określonym sezonie, natomiast teraz są tak przyzwyczajone do dokarmiania, że zaburzyły im się zwyczaje i przypływają przez cały rok. Rekiny można obserwować z łódki albo wejść do wody i zachowywać bezpieczną odległość od zwierząt - kilka metrów.
Ja sama nie skorzystałam z tej wycieczki, więc nie wypowiem się na temat wrażeń - podobno było cudownie.
Tak to wygląda z brzegu:
Załącznik:
DSC03529.JPG


Załącznik:
DSC03530.JPG


Dzisiaj chcemy dotrzeć na wyspę Siquijor, więc wracamy na przystanek i łapiemy autobus do Lilo-An na przystań promową. Autokar podjeżdża pod samo wejście. Niestety ucieka nam prom do Sibulan i musimy czekać godzinę na kolejny. Koszt to 62 PHP (5,08 zł).
Aby dotrzeć na Siquijor musimy zmienić port - zatem jeepneyem za 11 PHP (0,90 zł) docieramy do Dumaguete i spacerkiem wędrujemy do portu. Wybór transportu morskiego jest dosyć spory, ale my oczywiście decydujemy się na statek, który wypływa najszybciej (15.30). Jest to duży statek firmy Aleson bilet 100 PHP plus 15 PHP opłaty portowej (9,43 zł). Nie zanotował ile czasu płynęliśmy, ale myślę, że ok. 2h.
Po wyjściu z portu wynajmujemy skuter (firma posada) - stawkę ustaliliśmy na 250 PHP za dzień (20,50 zł). Tym razem był to naprawdę fully automatic skuter ;-)
Pakujemy na nasz pojazd plecaki, siebie i nasza karawana rusza szukać noclegu. W porcie otrzymałyśmy mapkę, gdzie były zaznaczone kwatery, ale mam wątpliwość czy lokalizacji w pełni zgadzała się ze stanem rzeczywistym.
Ze względu na bardzo ładną i czystą plażę chciałyśmy zatrzymać się w J&J's . Pokój w domku bez tarasu kosztował 500 PHP (41 zł), z tarasem 600 PHP (49,20 zł) a dormitorium 350 PHP (28,70 zł) - w zasadzie to pomimo pytań nie udało nam się ustalić czemu ten dorm jest taki drogi w porównaniu do pokoju. Niestety jedyny wolny pokój był za 500 PHP i to tylko na dzisiejszą noc, bo na dalsze mają rezerwację. Próbowałyśmy szukać jeszcze czegoś innego w okolicy, ale zrobiło się ciemno i ostatecznie wróciłyśmy do J&J's.
Wifi jest płatne - jednorazowa opłata 30 PHP (2,46 zł). Co dziwne gdy poszłam do recepcji zapłacić i spytać o hasło - właścicielka sama wpisała mi hasło na tablecie, więc ostatecznie go nie poznałam - było to trochę dziwne. Po kilkunastu minutach zerwało mi połączenie, ale już wieczorem cała obsługa wyludniła się, więc tyle z mojego netu.


Dzień 8 ÷10 (26 ÷28.06.2015)
Ogólnie czas na Siquijorze był czasem błogiego lenistwa, więc nie będę opisywała każdego dnia osobno.
Jako, że J&J's zapewnił nam tylko nocleg na 1 noc to musiałyśmy pojeździć po wyspie i poszukać czegoś innego. Co dziwne pomimo niskiego sezonu to sporo kwater była obłożona. Ostatecznie decyzja padła na Belly's. Cena została wynegocjowana z 650 na 500 PHP (41 zł) za pokój z łazienką, tv, wifi.
Załącznik:
DSC03563.JPG

Miejsce moim zdaniem było dobrze utrzymane, minusem był brak piaszczystej plaży. Domki były nad wodą, ale nabrzeże było skaliste.
Na Siquijorze czas minął nam na plażingu i ogólnym szwędaniu skuterem się po wyspie, m.in. Cambugahay Falls - droga powrotna skuterem przez środek wyspy jest budowana/remontowana, więc było to wyzwaniem, ale bez obeszło się bez uszkodzeń karoserii ;-)
Pomimo tego, że nie zatrzymałyśmy się w J&J's to za opłatą 50 PHP (4,10 zł) mogłyśmy korzystać z ich plaży, hamaków itd. Jeszce krótka opinia na temat J&J's - ogólnie lokalizacja jak i sam teren są bardzo fajne, ale atmosfera tego miejsca mi się nie podobała. Niby właścicielka była miła, twierdziła, że ciężko tu znaleźć ludzi do pracy, że chcą być eko dlatego nie budują więcej domków itd. A w rzeczywistości to chyba właściciele kochali pieniądze. Od razu przychodzi mi do głowy ta dziwna akcja skrywania hasła do wifi; ludzie nie chcieli u nich pracować ze względu na głodowe stawki, które proponowali. Gdy już jako nie-gość chciałam wjechać i zaparkować skuter za ogrodzeniem Pan z recepcji prawie się na mnie rzucił i kazał zaparkować przy drodze - niby żaden problem, ale mógł to zrobić w nieco bardziej uprzejmy sposób zwłaszcza, że płaciłam za wstęp na plaże. Ciężko to opisać, ale dziwnie się tam czułam.
Na Siquijorze polecamy Mango Shake w White Beach Resort 40 PHP (3,28 zł) oraz dla osób z większym budżetem noclegowym Villa Marmarine Resort - najtańsze pokoje od 1000 PHP (82 zł). Lokalizacja jak i sam ośrodek naprawdę piękne, dużo zieleni, super widok na Morze z tarasu - śniadanie w takiej scenerii to świetny początek dnia. Odwiedziłyśmy z ciekawości kilka resortów i ten to nasz top1.

Załącznik:
DSC03533.JPG

Załącznik:
DSC03534.JPG

Załącznik:
DSC03537.JPG

Załącznik:
DSC03547.JPG

Załącznik:
DSC03570.JPG

Załącznik:
DSC03584.JPG

Załącznik:
DSC03589.JPG

Załącznik:
DSC03590.JPG

Załącznik:
DSC03596.JPG

Załącznik:
DSC03623.JPG

Załącznik:
DSC03660.JPG


Dzień 11 (29.06.2015)
Ostatni poranek na Siquijorze okazał się pochmurny i mocno wietrzny. O 12ej wyruszamy do portu, oddajemy skuter i kupujemy bilety na GL Boat do Dumaguete 170 + 14 PHP (15,09 zł). Tym razem płyniemy mniejszą, nowocześniejszą i szybką łodzią, gdzie siedzi się pod pokładem. Łódź mocno atakuje fale, więc ci bardziej wrażliwi odczują tą podróż. Podróż trwała ok. 1 h.
W Dumaguete wymieniam pieniądze w Money Gram - niestety trwało to całe wieki, bo miałam same 20$ a pani spisywała z każdego banknotu numer seryjny i sprawdzała poprawność danych ze 3 razy. Także nie zawsze niskie nominały są wskazane. Po tej skomplikowanej operacji finansowej jeepneyem jedziemy do Sibulan. Tym razem do Lilo-An zamiast promem płyniemy "pump boat" za 35+10 PHP (3,69 zł). Jak wspomniałam tego dnia było wietrznie, więc fale dosyć wysokie. Zdziwiłyśmy się czemu po wypłynięciu z portu panowie rozłożyli z każdej strony łódki brezentowe przepierzenia, psując nam tym samym widoki. Z każdym kolejnym metrem od brzegu zdawałyśmy sobie sprawę z sensowności takiego rozwiązania. Woda wlewała się do łódki z każdej strony, atakowaliśmy fale, więc kilka osób nabawiło się choroby morskiej w czasie tej 50-minutowej przeprawy.
Załącznik:
DSC03734.JPG

Ogólnie raczej nie polecam tego typu transportu podczas mało sprzyjającej pogody. Na łódce każdy dostaje kapok, więc jest w miarę bezpiecznie.
Przystań pump boat jest w nieco innym miejscu niż terminal promowy dlatego do przystanku autobusowego zlokalizowanego przy głównej drodze musimy trochę podejść.
Generalna zasada wyjazdu - jeśli była taka możliwość to zawsze wybierałyśmy busy bez klimatyzacji (regular), po pierwsze były tańsze, ale ważniejszy był brak klimy, która na Filipinach jest ustawiana na kilkanaście stopni gdy na zewnątrz panuje ponad 30. Za bilet do Cebu płacimy 162 PHP (13,28 zł, 3h 50min).
W Cebu znowu zabawimy tylko na noc, więc znowu korzystamy z promo Sogo Hotel. Dostajemy pokój na 5 piętrze, ale był świeżo po malowanie i nie szło tam wytrzymać. Zmienili nam na pokój na parterze, ale to był błąd, bo całą noc ktoś przemierzał korytarz i było strasznie głośno, więc nie polecam.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez Karolina_s 02 Gru 2015 21:24, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 03 Lis 2015 20:35 

Rejestracja: 14 Mar 2014
Posty: 1238
Loty: 85
Kilometry: 125 454
niebieski
Ja pierniczę taka świetna wycieczka w świat a już na początku mogła zostać położona jeszcze w Polsce, masa szczęścia.... rozumu mniej ;) Żartuje.
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 04 Lis 2015 11:01 
Redaktor F4F
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Maj 2010
Posty: 1136
Loty: 188
Kilometry: 335 734
Tak się czasem w życiu plecie, że nawet najlepszy plan się sypie ;-) Ale, nie ma tego złego...
Ostatecznie jeszcze nudziłyśmy się na lotnisku we Lwowie w oczekiwaniu na samolot :-)
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 04 Lis 2015 16:41 

Rejestracja: 28 Mar 2011
Posty: 27
Loty: 70
Kilometry: 136 451
Super, że udało Ci się za to zabrać :D Musiałaś mieć straszne szczęście, że nie trafiłaś na opóźnione samoloty Cebu Pacific. U mnie na 4 loty nimi 4 były opóźnione i to mniej więcej o 2-3h :D
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 04 Lis 2015 17:29 
Redaktor F4F
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Maj 2010
Posty: 1136
Loty: 188
Kilometry: 335 734
Fakt, musiałam osiągnąć szczytową mobilizację żeby zacząć pisać :-)
Też byłam zaskoczona punktualnością Cebu i AirAsia. Był początek pory deszczowej i nie ma się co oszukiwać - pogoda nie była idealna. Jednak opóźnienia jeśli były to kilka-kilkanaście minut a lądowanie i tak było o czasie, bo chyba długości lotu są na wszelki wypadek przeszacowane tak, jak w "naszym" Ryanairze :-)
Góra
 Relacje PM off
kienia lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 04 Lis 2015 17:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2015
Posty: 694
Loty: 52
Kilometry: 98 994
A ja majac tylko 3 h przesiadki w Manili az prosze o jakies opoznienie zeby sie wyrobic na Cebu : :-) :-)
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 04 Lis 2015 17:47 
Redaktor F4F
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Maj 2010
Posty: 1136
Loty: 188
Kilometry: 335 734
@maarcin1938 W moim przypadku jedyna kombinacja lotów w ciągu jednego dnia to tak jak w twoim przypadku przy lot do Manili a potem krajówka do Cebu. Miałam trochę więcej zapasu niż ty, ale ta wycieczka do Pasay i konwersacja z Expedią sprawiła, że te parę godzin bardzo szybko się skurczyło. Jeśli lot z Dubaju ci się nie opóźni to te 3h spokojnie wystarczą. Shuttle na terminal krajowy jedzie kilkanaście minut, potem tylko kładką na druga stronę ulicy i już się jest na terminalu, który nie jest zbyt duży, więc to też kwestia kilku minut. Na Filipinach nie celebrują boardingu tak jak w Polsce, więc zaczyna się dosyć późno, ale już potem zajmowanie miejsc trwa zaskakująco krótko.


Ostatnio edytowany przez Karolina_s, 05 Lis 2015 10:14, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 04 Lis 2015 17:58 

Rejestracja: 12 Gru 2011
Posty: 1493
srebrny
@Karolina_s
na jaki terminal przylatywałaś w MNL i odlatywałaś dalej do Cebu?
Na stronie Cebu Pacific oba (international i domestic) są opisane jako "Ninoy Aquino International Airport Terminal 3". Czy to jeden i ten sam terminal czy trzeba brać shuttle?
Czy wspominane 2-3h wg Ciebie spokojnie wystarczą na immigration, odebranie i ponowne nadanie bagaży?
Góra
 Relacje PM off  
 
#10 PostWysłany: 04 Lis 2015 18:12 
Redaktor F4F
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Maj 2010
Posty: 1136
Loty: 188
Kilometry: 335 734
@opo
Z Dubaju przylecieliśmy na Terminal 3 w Manili. Natomiast na lot do Cebu musiałyśmy zmienić na Terminal 4 (Manila)
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 04 Lis 2015 18:19 

Rejestracja: 12 Gru 2011
Posty: 1493
srebrny
ok, zapewne Manila - Cebu leciałyście Air Asia.
Z tego co wiem to Air Asia lata na T4, a Cebu na T3, niestety nigdzie nie mogę się dowiedzieć jak ten T3 international/domestic wygląda i ile czasu potrzeba na immigration i odebranie/nadanie bagaży w ramach T3.
Góra
 Relacje PM off  
 
#12 PostWysłany: 04 Lis 2015 18:25 
Redaktor F4F
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Maj 2010
Posty: 1136
Loty: 188
Kilometry: 335 734
Tak to była Air Asia. Nie wiem jak z bagażami, bo miałam tylko podręczny. Ale tak to idzie tam wszystko w miarę sprawnie, nie ma specjalnych kolejek przy check-in czy security - nie nazwałabym Filipińczyków drobiazgowymi ;-) Lotnisko jest spore, ale nie na tyle żeby biegać po nim godzinami.
Góra
 Relacje PM off
opo uważa post za pomocny.
 
 
#13 PostWysłany: 11 Lis 2015 17:13 
Redaktor F4F
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Maj 2010
Posty: 1136
Loty: 188
Kilometry: 335 734
Dzień 12 (30.06.2015)
Ponownie musimy opuścić Sogo Hotel o 7 rano. Mamy kilka godzin do lotu na Palawan. Nieśpiesznie odnajdujemy przystanek busa 01K, który dowozi nas do Park Mall za 11 PHP (0,90 zł). Chciałyśmy zrobić jakiś shopping, ale Park Mall otwierają dopiero o 9.00. Ruszamy zatem kolejnym busikiem w kierunku lotniska. Trasa jeepneya jest po prostu nie do odgadnięcia, bo po ok 15 minutach jazdy i odwiedzeniu wszystkich uliczek wokół nadal byliśmy tuż przy Park Mall :-)
Korzystając z zapasu czasu wysiadamy przy jakimś markecie - ceny owoców nieporównywalnie wysokie w stosunku do tych straganowych.
Żegnamy się z Cebu i ruszamy jeepneyem lotniskowym 7 PHP (0,57 zł) na terminal. Tutaj przytrafiło nam się najdłuższe opóźnienie lotu podczas podróży, bo aż całe 15 minut - nadrobiliśmy w powietrzu i w Puerto Princessa lądujemy o czasie.
Dzisiaj chcemy dojechać do El Nido, zatem najpierw trycyklem z lotniska jedziemy do ronda 8 PHP/os (0,66 zł). Pierwszy kierowca trycykla chciał od nas 50 PHP, bo spoglądając na nas i na nasze plecaki uznał, że jesteśmy "too big". Zatem znalazłyśmy innego drivera, który uznał, że jesteśmy regular i możemy jechać w normalnej cenie.
Dworzec autobusów dalekobieżnych znajduję się za miastem w San Juan. Z ronda dostaniemy się tam jeepneyem za 13 PHP (1,07 zł).
Najpierw startował autobus z klimatyzacją, nawet chciałyśmy złamać naszą zasadę unikania takich pojazdów, ale po wejściu do środka i przebywania tam 10 sekund uznałyśmy, że nie mamy tyle ciuchów żeby wytrzymać w tym mrozie 5-6h. Bilet na ten autobus kosztował 380 PHP (31,16 zł). Wolny czas spędzamy na sąsiadującym z dworcem bazarze.
Czekamy zatem godzinę na zwykły autobus firmy Cherry. Tutaj stałyśmy się omalże ofiarami krętactwa kasjera autobusowego - chciał od nas skasować więcej gotówki aniżeli kosztował bilet. Właściwa cena to 280 PHP(22,96 zł) i tyle też kasjer wydziurkował na naszych biletach natomiast kasy zażyczył sobie prawie 100% więcej. Cenę biletu łatwo odczytać z tych dziurek, oddzielnie są dziurkowane setki, dziesiątki i jedności. Oprócz tego zaznaczony jest kilometraż trasy - przystanek, na którym się wsiadło i wysiadło.
Załącznik:
DSC03748.JPG

Dłuższy przystanek na tej trasie zawsze jest na dworcu w Roxas - można go poznać po wielkim bajorze na środku ;-)
Załącznik:
DSC03759.JPG

Załącznik:
DSC03761.JPG

Wszystko przebiegało świetnie do czasu kiedy przed Tay Tay nie wypadła z nas jakaś ważna część i autokar zafurgotał po czym stanął.
Zgubiliśmy takie coś:
Załącznik:
DSC03766.JPG

Sytuacja była kiepska, bo zapadł zmrok, wokół same pola, a wrodzona niechęć Filipińczyków do chodzenia sprawia, że przy drodze nie ma żadnego pobocza czy też chodnika. Nikt nie miał pomysłu co dalej, potem się okazało, że ma nas zabrać autobus, który wystartował 2h po nas z PPS. Zatem trzeba działać na własną rękę. Pasażerowie łapią autokar innej firmy - oczywiście Cherry nie zwraca kasy za niezrealizowany przejazd. Dojeżdżamy do Tay Tay za friko i z odrobiną szczęścia załapałyśmy się na ostatni bud do El Nido firmy RORO - dopłacamy 65 PHP (5,33 zł).
Na skutek tych perturbacji do El Nido docieramy ok. 22ej. Już wcześniej zdecydowałyśmy że noclegu poszukamy w Corong Corong, gdzie ceny są niższe. Po wyjściu z dworca trzeba skręcić na lewo. Niby to główna droga, ale warto mieć czołówkę. Najpierw idziemy do Tay Joe, startują z ceną od 800 PHP zbijamy na 500 PHP (41 zł). Próbujemy jeszcze w Novie's gdzie za bardzo mały pokój dostajemy cenę 400 PHP (32,80 zł). Zostajemy w Novie's, ale nie na długo. Po kilku minutach namierzamy pluskwy w materacach i wychodzimy - recepcjonista nie był specjalnie zaskoczony. Wracamy w pierwsze miejsce.

Dzień 13 (01.07.2015)
Dzisiejszy dzień poświęcamy na rozpoznanie okolicy. Rano trochę pada i jest pochmurno - taka pogoda będzie nam niestety towarzyszyła przez cały czas na Palawanie.
Spacerkiem można się udać do oddalonego o dwa kilometry El Nido. Na miejscu jest mnóstwo agencji turystycznych oferujących wycieczki łódką, tzw. island hopping oraz bilety na łódź na Coron. Jako, że jest niski sezon to ceny można znacząco zbić. Nasz pierwotny plan zakładał, że z El Nido popłyniemy na Coron i stamtąd z lotniska Busuanga wrócimy do Manili. Łodzie pływają praktycznie każdego dnia - różne firmy posiadają łodzie różnej wielkości. Cena wyjściowa to zazwyczaj 1500 PHP (123 zł), nam bez problemu oferowali bilet za 1200 PHP (98,40 zł), bez większych negocjacji.
Przykładowa łódka na Coron:
Załącznik:
DSC03768.JPG

W El Nido jest informacja turystyczna, w której dostaję mapkę okolicy. Po drugiej stronie ulicy jest poczta, gdy tam zachodzę i próbuję kupić znaczki, dowiaduję się, że nie ma, ale może jutro już będą. Jakoś mnie to nie przekonało, więc już nie zaglądałam w kolejnych dniach. Zatem polecam szukać poczty raczej w większych miastach.
To, co nas zaskoczyło na Palawanie to ceny owoców, np. Mango kosztowało 120 PHP za kilogram (9,84 zł), co jest ceną astronomiczną w porównaniu, np. do Davao, gdzie kilogram tych samych owoców kosztował zaledwie 25 PHP (2,05 zł). Mango trzeba zatem najeść się na zapas przed przylotem na Palawan ;-)
Jedyne co się nie zmienia na całych Filipinach to okropne jedzenie, tradycyjnie garkuchnie oferują ryż z zimnymi, bezsmakowymi dodatkami. Jedyne co nas tutaj ratuje to pyszne, smażone badany 5 PHP (0,41 zł) lub banany w cieście 10 PHP (0,82 zł).
Załącznik:
DSC03769.JPG

Załącznik:
DSC03771.JPG

Załącznik:
DSC03775.JPG

Załącznik:
DSC03776.JPG

Załącznik:
DSC03779.JPG

Po południu poznajemy w El Nido parę rosyjsko-kanadyjską i okazuję się, że oni przyjechali na Palawan 3-4 dni przed nami i pogodę mieli przez ten czas znakomitą - słońce w pełni, bezchmurne niebo - raczej nie kłamali, sądząc po odcieniu ich skóry, wpadającym w czerwień ;-)
Wieczór spędzamy w jednej z knajpek na plaży w El Nido. Pogoda jest zmienna, ale obsługa ma do perfekcji przećwiczone zwijanie stolików z plaży do środka - cała akcja trwa nie dłużej niż 30 sekund. Pomimo super lokalizacji ceny nie są wygórowane i każda knajpka oferuje jakieś promo, np. 3 piwa za 100 PHP (8,20 zł).

Dzień 14 (02.07.2015)
Nasze pogodowe nieszczęście na Palawanie cały czas się utrzymuje. Całą noc lało, w związku z tym ponownie odpuszczamy island hopping mając nadzieję na to, że jutro będzie lepiej. Wypożyczamy skuter w El Nido 400 PHP (32,80 zł) do końca dnia, czyli do zamknięcia wypożyczalni - g. 20.00.
Naszym jednośladem ruszamy na plażę Las Cabanas, gdzie spędzamy kilka godzin. Przy plaży są domki, w większości puste bo mamy low season. Za to można korzystać z hamaków, które przynależą do chatek. Jednak cały czas trzeba być czujnym, bo podczas leżakowania jakaś podła bestia - pies może schwycić w swoją paszczę porzuconego pod hamakiem sandała i uciec w siną dal ;-) Na szczęście udało się odzyskać uprowadzonego ;-)
Nasz plażing został zakłócony a następnie zakończony nagłą ulewą.
Załącznik:
DSC03786.JPG

Załącznik:
DSC03788.JPG

Załącznik:
DSC03801.JPG


Popołudniu, starając się ignorować otaczające nas warunki meteo wyruszamy, na odległą o kilkanaście kilometrów plażę Nacpan. Kiedy wypożyczałyśmy skuter powiedziałyśmy, że się tam chcemy wybrać, potem zaczęłyśmy robić zdjęcia otarć skutera, wtedy Pan powiedział żeby nie przejmować się rysami. Później okazało się, że Pan nie wspomniał o pewnej istotnej rzeczy o drodze prowadzącej do Nacpan...
Najpierw przez kilka kilometrów droga jest asfaltowa i równa, później trochę mniej równa, ale jeszcze spoko. W połowie asfalt znika i pojawiają się kałuże wypełnione wodą, zamieniające się stopniowo w coraz to większe bajora.
Starając się omijać kałuże wpadamy w większe bagna, nasz plażowy outfit wygląda dosyć słabo, bo po kolana jesteśmy unurzane w błocie.
Po drodze spotykamy jakiegoś dzieciaka, którego pytamy czy daleko jeszcze na Nacpan Beach. Chłopiec twierdzi, że bardzo daleko. Uznajemy to za dziecięcą fantazję i brak wyczucia odległości - brak wiary w potęgę dziecięcego umysły okazał się nie słuszny. Do plaży faktycznie było jeszcze kilka ładnych kilometrów. W końcu udaje nam się dojechać, na nasze szczęście przy plaży jest wioska, gdzie możemy uzupełnić nasz nisko poziom paliwa w baku.
Załącznik:
DSC03806.JPG

Załącznik:
DSC03809.JPG

Załącznik:
DSC03810.JPG

Załącznik:
DSC03836.JPG


Pomimo trudu związanego z drogą, warto było tu przyjechać - plaża jest naprawdę piękna, szeroka i praktycznie pusta.
Załącznik:
DSC03812.JPG

Załącznik:
DSC03817.JPG

Załącznik:
DSC03822.JPG

Załącznik:
DSC03824.JPG

Odległość z Corong Corong to niespełna 25 km, niby niedużo, ale przez te opada, nieustanne wypychanie skutera z błota wyczerpało nas i znacząco wydłużyło czas dojazdu. Dodatkowo dwie osoby na jednym skuterze to dodatkowe utrudnienie jak na taką trasę cross country. Jeśli nie jest deszczowo to droga powinna być tylko lekko wyboista.
Ciężko było zebrać się do powrotu zważywszy, że wiedziałyśmy co nas czeka, ale nie mogłyśmy pozwolić sobie na ten survival po zmroku, co i tak ostatecznie się stało. Gdy dojechałyśmy do asfaltu rozpętała się prawdziwa ulewa, robiąc sobie przerwy pod wiatami przystankowymi, musiałyśmy jechać do El Nido pomimo warunków pogodowych, bo przecież mamy oddać skuter do 20ej. Ta jazda w ulewie, po zmroku, bez oświetlonej drogi i wśród kierowców z naprzeciwka jadących bez świateł to był koszmar. Jednak udało nam się oddać skuter na czas.
Humor ma nam poprawić kolacja w restauracji z grillem w El Nido. Można sobie wybrać rybę, która będzie dla nas grillowana - zestaw z ryżem i surówką kosztuje 200 PHP (16,40 zł). Oczywiście im większa ryba tym drożej.
Załącznik:
DSC03841.JPG


Dzień 15 (03.07.2015)
Dzisiaj w zasadzie ostatnia szansa na island hopping. Temat płynięcia na Coron został już definitywnie zamknięty, gdyż pogoda na morzu jest nieustająco słaba. Oczywiście łodzie mogą wypływać, ale taka podróż nie miałaby w sobie nic przyjemnego - gość z agencji przy każdej naszej wizycie i pytaniu o Coron podawał nam nazwę jakiegoś leku na chorobę morską - było to dość sugestywne.
Zapasowo wcześniej miałyśmy kupione bilety lotnicze z Puerto Princessa, więc można było wcielić plan B w życie. Podczas naszego pobytu nie słyszałyśmy o żadnych wypadkach łodzi płynących na Coron, ale nasza rezygnacja nie wiązała się brakiem bezpieczeństwa tylko raczej brakiem chęci przeżycia 8-godzinnej mordęgi na statku.
Ogólnie praktycznie wszystkie łódki na island hopping startują o 9 rano. Zatem pół godziny wcześniej zjawiamy się w naszej zaprzyjaźnionej agencji. W związku z pogodą, podczas naszego pobytu w El Nido, zawieszone są toury C i D, gdyż ich trasy są wytyczone tak, że wypływa się na otwarte może, co byłoby w tych małych łódkach, pełnych turystów zbyt niebezpieczne.
Mamy wybór między tour A i B, decydujemy się na ten pierwszy, czyli temat przewodni laguny. Oficjalna cena to 1200 PHP, dostajemy upust na 700 PHP/os. (57,40 zł). Dodatkowo każdy turysta musi wykupić taki kwit, który nazywa się Environmental Fee za 200 PHP (16,40 zł) - jest on imienny i ważny przez 10 dni.
Kilka minut po 9ej wyruszamy z brzegu do naszej łódki - trzeba się przygotować na to, że musimy iść w wodzie i im dalej stoi łódka tym bardziej się zmoczymy, zatem trzeba pamiętać żeby mieć coś wodoszczelnego na nasze rzeczy.
Podczas naszej wycieczki odwiedzamy m.in. Small Lagoon, Big Lagoon, Secret Lagoon, Seven Comodos Beach. W agencji poinformowano nas, że w jednej z lagun będą kajaki - niestety nikt nie zdradził, że nie jest to zawarte w cenie wycieczki i za wypożyczenie trzeba dodatkowo zapłacić.
Trasa touru może się trochę zmienić od pierwotnej - szef wycieczki modyfikuje ją w zależności od pogody. Najgorszy był początek w Small Lagoon, dlatego że tak, jak wspomniałam wszystkie łódki startują z El Nido ok. 9ej, więc wszystkie spotykają się w pierwszym punkcie i kłębi się od ludzi i łódek w tej pierwszej lagunie. Potem jest już lepiej i w kolejnych miejscach spotyka się tylko po kilka łódek. W czasie wycieczki załoga łódki przygotowuje obiad dla wszystkich, nie są to jakieś super dania, ale spokojnie można się najeść.
W czasie wycieczki były przelotne opady, ale pojawiało się też słońce, więc pogodę można uznać za umiarkowaną. Natomiast najwięcej emocji wzbudził powrót z ostatniej plaży do El Nido, gdyż wiatr się wzmógł i płynęliśmy "pod prąd" - woda wlewała się do łódki za każdej strony i rzucało nami jak byśmy siedzieli w łupince od orzecha. Wtedy to uznałam, że odpuszczenie rejsu na Coron to była świetna decyzja :-)
Do El Nido dopłynęliśmy po 17ej, więc na wycieczkę trzeba zagospodarować sobie cały dzień.
Załącznik:
DSC03845.JPG

Załącznik:
DSC03846.JPG

Załącznik:
DSC03859.JPG

Załącznik:
DSC03867.JPG

Załącznik:
DSC03868.JPG

Załącznik:
DSC03872.JPG


Dzisiejszy wieczór upłynął pod znakiem szczura. Wybrałyśmy się ponownie do El Nido, gdy przechodziłyśmy jakąś boczną uliczką to szczur przebiegł nam drogę, gdy wracałyśmy to omalże na nas nie wpadł. Zatem jeśli ktoś nie lubi gryzoni to powinien trzymać się raczej głównego deptaka. Jakby tego było mało to w nocy szczury grasowały wokół naszej chatki w Tay Joe.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 25 Lis 2015 22:33 
Redaktor F4F
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Maj 2010
Posty: 1136
Loty: 188
Kilometry: 335 734
Dzień 16 (04.07.2015)
Dzisiaj chcemy przenieść się do Port Barton, zatem opuszczamy rano naszą kwaterę. Podczas małego shoppingu w pobliskim "supermarkecie" byłyśmy świadkami jak mały gekon został pożarty przez szczura, który wyłonił się z boazerii w suficie - było to dziwne zdarzenie... delikatnie mówiąc.
Ok. 10ej opuszczamy szczurze El Nido i jedziemy autobusem w kierunku San Juan 200 PHP (16,40 zł, ok. 3,5h), wysiądziemy mniej więcej w połowie drogi skąd musimy złapać transport do Port Barton.
Załącznik:
DSC03887.JPG

Załącznik:
DSC03888.JPG

Do przyjazdu w to miejsce skłoniła nas relacja turystów, których spotkałyśmy w El Nido a odwiedzili oni 3 dni wcześniej właśnie Port Barton i mieli pogodę jak marzenie.
Autobus wyrzuca nas na krzyżówce przy głównej drodze. Zalegamy na przystanko-sklepie i czekamy, bo nikt nie wie w zasadzie kiedy będzie autobus, może jakiś przyjedzie a może nie. Na tym samym przystanku koczowali kierowcy trycykli, którzy starali się udawać, że pracują.
Załącznik:
DSC03898.JPG

Załącznik:
DSC03893.JPG

Po jakimś czasie nieco się ośmielili i zaproponowali, że mogą nas podrzucić do Port Barton, oczywiście rzucili jakąś cenę z kosmosu, więc się nie zgodziłyśmy. Jednak później okazało się jak bardzo karkołomnym pomysłem była w ogóle propozycja przemierzania tej trasy trycyklem.
Po ok. 1,5h odmóżdżającego oczekiwania nadjechał Van - cena 150 PHP (12,60 zł) bez żadnych targów, bo szansa, że przyjedzie coś jeszcze była bliska zeru.
Droga była fatalna, tonęliśmy w błocie, kierowca nie był raczej filipińskim Hołowczycem, więc rzucało nami na wszystkie strony i momentami byliśmy bardzo blisko krawędzi "drogi"... lepiej było nie patrzeć w dół ;-)
W naszym pojeździe poznałyśmy Australijczyka, który mieszkał w Port Barton, więc udzielił nam kilka wskazówek.
Van dowiózł nas do biura turystycznego (taka procedura) - trzeba uiścić jakieś environmental fee - chyba 20 PHP.
Po oglądnięciu kilku kwater decydujemy się na El Busero 400 PHP za pokój (32,80 zł). Hotel jest czysty, ma własną restaurację, wifi. Pokój jest dość mały i w zasadzie bez okna, ale ogólnie można przywyknąć. W Port Barton prąd jest tylko przez kilka godzin w ciągu doby, więc trzeba sobie radzić. Tylko najdroższe resorty mają swoje generatory.
Na kolację udajemy się do polecanego przez Australijczyka miejsca Gacayan Restaurant na przeciwko szkoły. Restauracja to duże słowo - podają tutaj filipińskie dania, ale warunki są lepsze niż w tych przydrożnych garkuchaniach. Jedzenie jest na ciepło, więc to już pierwsza duża zaleta. Codziennie jest oferta, że za 50 PHP (4,20 zł) dostajemy ryż + "danie dnia" do wyboru + napój. Wybrałyśmy potrawkę z dynią i mleczkiem kokosowym. Muszę przyznać, że była to jedna z nielicznych rzeczy, która była naprawdę smaczna na Filipinach.
Załącznik:
DSC03928.JPG

Komary wieczorami tną niemiłosiernie, więc trzeba się przygotować na ostrą walkę z tymi bestiami.

Dzień 17 (05.07.2015)
Dzisiejszy dzień ma służyć chilloutowi. Przed wyjściem na plażę rozmawiam z Polką, która zatrzymała się w tym samym hotelem. To w zasadzie jedyna rodaczka, którą udało nam się spotkać na Filipinach, choć nie tak w 100 %, bo mieszkała ona od 25 lat we Francji a na wakacje przyjechała ze swoją francuską rodziną. Nie przypuszczałam wcześniej, że jeśli spotkam na Filipinach jakichś obywateli Polski to, że przybędą tu w inny sposób niż z promocji Cebu Pacific Air... a jednak ;-)
Zastanawiałyśmy się wcześniej nad island hoppingiem w Port Barton, ale kilka osób spotkanych na Palawanie, odradziło nam to, gdyż jest ponoć słabszy niż w El Nido i nie warto inwestować kasy. Może gdyby nasza trasa po Palawanie miała odwrotną kolejność to może byśmy się skusiły a tak to nie ma sensu obniżać poziomu atrakcyjności :-)
Załącznik:
DSC03905.JPG

Załącznik:
DSC03909.JPG

Załącznik:
DSC03910.JPG

Załącznik:
DSC03918.JPG

Załącznik:
DSC03922.JPG

Port Barton to w zasadzie wieś, więc nie ma co tutaj liczyć na jakieś szalone atrakcje i doznania. Jest po prostu ładna przyroda, cisza i spokój. Można sobie spacerować po plaży, zrobić wycieczkę do wioski rybackiej i to w zasadzie tyle.

Dzień 18 (06.07.2015)
Poranek jest kiepski, bo leje z przerwami - mamy na szczęście w hotelu zadaszony taras z hamakami :-)
Zdecydowałyśmy, że nie chcemy już jechać vanem, więc namierzyłyśmy jeepneya, który wyjeżdża między 13:00 a 13:30 do dworca przed Puerto Princessa. Podróż zajęła nam 3:45h, w tym ok. 30min przerwy na jedzenie. Niestety nie pamiętam ile kosztował bilet, ale chyba ok. 200 PHP.
Wygląd jeepneye dużo mówi o drodze jaką trzeba pokonać.
Załącznik:
DSC03931.JPG

Załącznik:
DSC03936.JPG

W Puerto Princessa podjeżdżamy do Roxas Street, skąd pieszo udajemy się w poszukiwaniu hotelu polecanego przez Lonely Planet. Przewodnik pomylił delikatnie nazwę hotelu, ulicę oraz cenę.
Co przecież nie dyskwalifikuje LP jako najlepszego przewodnikowego wydawnictwa ;-) -> Taka mała złośliwość z mojej strony za nierzetelność. Do dziś nie jestem przekonana, czy autorzy postawili stopę na Filipinach ;-)
Zatrzymałyśmy się w Aniceto Pensionne - po negocjacjach dostajemy pokój za 400 PHP (32,80 zł) z łazienką na korytarzu. Na dachu hotelu jest taras z grillem, z którego można korzystać.
Załącznik:
DSC03947.JPG

Wieczorem idziemy na baywalk żeby zaznać trochę wrażeń z nadmorskiego kurortu ;-)
A gdzie kończy się wieczór w nadmorskim kurorcie...oczywiście w aptece, uzupełniając zapas chusteczek. Z rajskiego Palawanu wywożę turbo infekcję górnych dróg oddechowych :-(

Dzień 19 (07.07.2015)
Samolot mamy rano, więc łapiemy trycykl na lotnisko za 50 PHP/2os (4,20 zł). Teoretycznie z każdego punktu miasta powinien tyle kosztować na lotnisko.
Z naszych obserwacji wynika, że każda wyspa na Filipinach ma swoją unikalną konstrukcję trycykli i ta palawanowa jest w naszym rankingu najsłabsza, z powodu małej ergonomii i pakowności. Usadowienie się nas i naszych plecaków zajmowało dłuższą chwilę ;-)
Na lotnisku uszczuplił się nasz budżet o 200 PHP (16,40 zł) Terminal fee. Do Manili startujemy przed czasem... coraz bardziej skłaniam się do tego, że te legendarne opóźnienia lotów w azji to jakieś fantazyjne wymysły. Choć może my zamiast pogody dostałyśmy od losu punktualne samoloty ;-)
Z lotniska jedziemy 3x jeepneyem 8+13+8 PHP (2,38 zł) do dzielnicy Sampolac, skąd chcemy jechać w kierunku tarasów ryżowych.
Większość osób wybiera opcję nocnych przejazdów, ale my zdecydowałyśmy się na podróż w ciągu dnia, bo nie chcemy zarywać kolejno dwóch nocy w autokarze a potem na dokładkę kolejną w samolotach i na lotnisku.
Z łatwością odnajdujemy dworzec firmy transportowej Florida - kupujemy bilety do Bagabag 335PHP (27,47 zł), odjazd punktualnie o 11:30. Niestety wszystkie autobusy są klimatyzowane, co akurat w tym momencie wyjazdu kiedy jestem przeziębiona jest mi bardzo nie na rękę, więc chyba na czas podróży założyłam na siebie tyle warstw ile było w moim plecaku. Gdy na postoju podeszłyśmy do kierowcy żeby podwyższył temperaturę klimy, (niektórzy siedzieli w autokarze w czapkach) to uznał, że nie ma takiej możliwości, bo nie da się regulować. Próbowałyśmy tłumaczyć, rozmawiać, ale na nic się to zdało i klima działała wciąż na 15 stopni.
Autobus miał jechać 5-6h, ale z powodu kilku postojów i ogólnej niemocy, do Bagabag dojeżdżamy o 20ej. Czyli byłyśmy w totalnej dupie, bez żadnego planu B. Bagabag to przydrożna miejscowość, nie ma co marzyć o hotelu. O Banaue przestałyśmy już marzyć. Zaczynamy łapać stopa, ale przy zerowej liczbie przejeżdżających samochodów to i nasza autostopowa skuteczność była dość słaba. Po jakichś 30 minutach podjeżdża jeepney do... Lamut - o dziwo przewodnik nie wspomina o tej jakże atrakcyjnej miejscowości. Nawiązujemy kontakt z pasażerami i okazuje się, że ktoś słyszał o jakimś hotelu w Lamut - a to ci dopiero niespodzianka. Po drodze udaje nam się ustalić gdzie on jest i zostajemy wysadzone przed bramą. Hotel to duże nadużycie - w zasadzie jest to jakaś hurtownia czegoś a na górze są pokoje i uwaga - sala konferencyjna. Nie ukrywam, że miałyśmy stracha, bo jakby coś nam się stało to pewnie nikt nie odnalazłby nas w tej dziurze, no ale nie mamy innych, lepszych opcji. Ochroniarz, który miał legowisko na zewnątrz na kartonach, pyta nas czy mamy rezerwację - myślałam, że padnę ze śmiechu - pewnie ostatni gość był tu 1995 r.
Musimy ostro negocjować cenę, ale w końcu z trudnością ustalamy ją na 450 PHP (36,90 zł). Pokój jest nawet spoko, z łazienką, ale widać dawno nikt z niego nie korzystał.
Uff to cud, że nie kończymy dnia jako bezdomne :-) Głupi to ma zawsze szczęście!


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 26 Lis 2015 22:23 
Redaktor F4F
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Maj 2010
Posty: 1136
Loty: 188
Kilometry: 335 734
Dzień 20 (08.07.2015)
Nasz super hotel opuszczamy ok. 5 rano, gdyż w okolicach tej godziny powinien tędy nadpędzać nocny autobus linii Ohayami z Manili do Banaue.
Szczęśliwe transport przyjechał i znalazły się dla nas dwa miejsca, co wcale nie jest takie oczywiste, gdyż zazwyczaj autobusy te są wypakowane szczelnie i ciężko zdobyć miejscówkę.
Bileciarz kasuje nas po 100 PHP (8,20 zł, 1h). Dopominamy się o bilety, ale raczej nieskutecznie i te dwie stówki raczej nie trafiły do kasy Ohayami.
Przed wyjazdem naczytałyśmy się o stadzie naciągaczy przy wjeździe do Banaue - nam nic takiego się nie przytrafiło. Faktycznie z autokaru Ohayami trzeba wysiąść przed centrum miasta, ale można skorzystać z darmowych vanów, które dowożą ludzie w pobliże zarezerwowanych hoteli. My nie miałyśmy nic zarezerwowane, więc ponownie skorzystałyśmy z przewodnika Lonely Planet, który doprowadził nas do najtańszej opcji w mieście, czyli Randy's Guesthouse, gdzie wg przewodnika pokój kosztuje 200 PHP (16,40 zł).
Na miejscu właściciel Randy powiedział, że będzie miał na dzisiejszą noc wolny, możemy zostawić bagaże a pokój zajmiemy jak się zwolni. Nadmienił tylko, że przewodnik LP zawiera błąd gdyż w cenie pokoju nie ma śniadania. Domyślałyśmy się tego, więc przyjęłyśmy i tą pomyłkę LP ze spokojem.
Randy jest ogólnie niezłym biznesmenem od razu zaczął nam oferować wycieczki po polach ryżowych, odpłatne śniadanie itd. Postanowiłyśmy nadal pozostać niezależnymi turystkami i same udałyśmy się podziwiać tarasy ryżowe z punktów widokowych rozmieszczonych wokół Banaue.
Najbardziej przypadł nam punkt widokowy przy szkole, choć pozostałe też oferowały bardzo fajne krajobrazy. Trasa z punktami widokowymi liczy ok. 5-6 km, nie jest zbyt wymagająca, ale wilgotność i temperatura robią swoje. Na trasie jest sporo punkcików z pamiątkami, więc jest czym dopakować plecak przy locie powrotnym do Europy :-)
Załącznik:
DSC03954.JPG

Załącznik:
DSC03956.JPG

Załącznik:
DSC03963.JPG

Załącznik:
DSC03966.JPG

Załącznik:
DSC03971.JPG

Załącznik:
DSC03983.JPG

Załącznik:
DSC03988.JPG

Załącznik:
DSC03993.JPG

Załącznik:
DSC03994.JPG

Dzisiaj chcemy zobaczyć również tarasy ryżowe w Batad, jednak bardzo ciężko się tam dostać gdyż praktycznie nie istnieje transport publiczny. "Na mieście" zdobywamy informacje, że ok. 13-14ej powinien być jeepney do Mayayao. Informacja ta potwierdziła się. Za 40 PHP (3,28 zł) docieramy do krzyżówki tzw. Batad Junction. Stąd czekała nas 3 km wspinaczka do Batad. Odliczałyśmy kolejne metry na słupkach przy drodze a po obiecanych 3 kilometrach okazało się, że do celu mamy jeszcze spory kawał. Te 3 km doprowadziły nas do Batad saddle - jest tutaj sklep i nic więcej, stąd trzeba iść jeszcze w dół kilka km żeby dotrzeć do tarasów. Jakiś kilometr za saddle kończy się asfaltowa droga i do wioski Batad trzeba iść na piechotę niezależnie od zasobności turystycznego portfela.
Na skraju drogi stało kilka prywatnych jeepneyów, które zostały wynajęte przez turystów. Dogadujemy się z jednym kierowcą, żeby na nas zaczekał, bo i tak nie ma jeszcze jego pasażerów. Tempo do tarasów miałyśmy naprawdę zacne - moja infekcja osiągnęła w tym ciepło-wilgotnym klimacie swoje apogeum, ale wizja tego, że zostaniemy bez transportu powrotnego jakoś mnie napędziła.
Po drodze spotykamy turystów od wynajętego jeepneya i zgodzili się na nas trochę poczekać. W Batad obowiązuje environmental fee dla turystów w wysokości 50 PHP (4,20 zł), można też wynająć przewodnika, który oprowadzi nas po tarasach. Nam na to oczywiście nie starczyło czasu. Jednak o tej porze roku tarasy Batad wyglądały jakoś słabo w porównaniu do tych w Banaue. Te w Batad miały mniej żywe kolory, bo było blisko zbiorów ryżu, więc na mnie nie zrobiły jakiegoś super wrażenia. Jednak zbiory ryżu są 2-3 razy do roku, więc w zależności od tego kiedy przyjedziemy jedne tarasy będą żywo zielone a inne bardziej blade.
Załącznik:
DSC04005.JPG

Załącznik:
DSC04006.JPG

Za podwózkę do Banaue płacimy po 150 PHP (12,30 zł). Gdybyśmy nie dogadali się z tym kierowcą to nie bardzo wyobrażam sobie nasz powrót do Banaue.
Wieczorem Banaue jest dosyć martwym miasteczkiem, jednak można spokojnie znaleźć jakieś miejsce na kolację w przyzwoitej cenie - ryż z warzywami i kurczakiem 100 PHP (8,20 zł). Dalszą część wieczoru spędzamy z pozostałymi mieszkańcami naszego guesthousu. Jest tutaj kilka pokoi a prysznic tylko jeden, więc swoje trzeba odczekać w kolejce w salonie :-)

Dzień 21 (09.07.2015)
Rano opuszczamy nasze lokum - oczywiście nasz obrotny biznesmen Randy przy tłumaczeniu pomyłek w opisie z Lonely Planet zapomniał wspomnieć, że 200 PHP dotyczy osoby a nie pokoju. Domyślałyśmy się tego, więc już nawet nie chciało nam się kłócić. Niesmak pozostał, bo Randy doskonale wiedział co było napisane w przewodniku.
Z centrum łapiemy jeepneya do Lagawe 37 PHP (3,03 zł) a potem do Bagabag junction za 50 PHP (4,20 zł). Całość zajęła nam blisko dwie godziny. Jeśli jest odpowiednia ilość pasażerów to jeepney z Banaue jedzie do Bagabag a jeśli nie to trzeba się przesiadać w Lagawe i czekać na kolejnych pasażerów.
Ok. 11:30 przyjeżdża autokar firmy Victory Liner do dzielnicy Sampaloc w Manili - bilet 378 PHP (31 zł). Oczywiście klimatyzacja na full i bijemy kolejny rekord powolności, bo ta trasa zajęła nam ok. 8h. Gdy wysiadamy w Manili to drogami płyną rzeki - była mega ulewa a system kanalizacji pozostawia wiele do życzenia. Brodząc tym rynsztokiem dochodzimy do głównej ulicy i łapiemy jeepneya do dzielnicy Malate. Ponownie zanurzamy się po kostki w wodzie i ruszamy do naszego wcześniej zabukowanego hotelu Leez Inn. Oczywiście mieli overbooking, więc dostałyśmy upgrade do pokoju LUX. Ten hotel to chyba najlepsza opcja noclegowa jaka trafiła nam się na Filipinach - mam na myśli komfort a nie ogólne wrażenia, bo tutaj zdecydowanie wygrywa hotel na godziny w Cebu - Sogo Hotel. ;-)

Dzień 22 (10.07.2015)
Dzisiaj ostatni dzień na Filipinach - oczywiście wita nas poranny deszcz. Jemy śniadanie w hotelu, które jest średnio zachwycające, ale nie ma co wybrzydzać. Zostawiamy bagaże w depozycie. Zostało nam kilka godzin na shopping i pokręcenie się po okolicy. Wychodząc z hotelu ogarnęłam swoją pomyłkę co do godziny wylotu - jakoś omyłkowo zapamiętałam godzinę przylotu do Dubaju jako godzinę wylotu z Manili - dobrze, że ogarnęłam się w porę bo byłoby słabo. Zatem nasz czas w Manili znacząco się skrócił. Jednak ten krótki czas wystarczył żebym po raz kolejny utwierdziła się w przekonaniu, że nie lubię takich zatłoczonych, wielkich miast.
Na mieście są mega korki, nasz jeepney do Pasay Rotonda 11 PHP (0,90 zł) porusza się w tempie żółwia, a minuty biegną nieubłaganie. W lekkim pośpiechu przesiadamy się shuttle na lotnisko 20 PHP (1,64 zł) - musimy zaczekać ok. 20 minut żeby się zapakował. I tutaj znowu korki - miałyśmy lekki stan przedzawałowy, na szczęście dalej autobus lotniskowy miał wyznaczony pas do jazdy pod prąd, więc w miarę szybko dojechaliśmy na lotnisko - gdyby nie to, to tkwilibyśmy w tym korku jeszcze kilkadziesiąt minut.
Na loty międzynarodowe nie można się odprawić w self check-in tylko trzeba podejść do normalnego check-in. W kolejnym kroku pozbywamy się 550 PHP (45 zł) terminal fee, gdyż nasze bilety były kupowane w styczniu a wtedy ta opłata nie była jeszcze zawarta w cenie biletu.
Lot staruje o czasie, więc dobra passa nadal trwa. Kierunek Dubaj!
Przed 22gą lądujemy w Dubaju - mamy tutaj 5h do kolejnego lotu do Kijowa.
Wytrwali czytelnicy zorientowali się, że od pierwszego posta nie powrócił temat naszego transportu z Kijowa do Warszawy. Otóż jest to spowodowane tym, że nadal nie miałyśmy żadnego biletu w garści. W czasie pobytu na Filipinach sprawdzałyśmy blablacar, ale jak na złość nic nie udało się zarezerwować.
Nie wiem jak to opisać, ale opatrzność nad nami czuwała. Siedząc na lotnisku w Dubaju rzutem na taśmę znajdujemy transport do samej Warszawy o idealnej godzinie i spod samego lotniska. Same nie mogłyśmy uwierzyć w swoje szczęście. Myślałyśmy o autostopie, ale szczerze to nie bardzo nam się chciało turlać autostopem po tych dwóch długich lotach.

Dzień 23 (11.07.2015)
Lot UIA do Kijowa mija równie beznadziejnie jak poprzednio, jest ciasno i niewygodnie, nie udało mi się zmrużyć oka.
Na lotnisku w Kijowie oczywiście lokalny folklor - z sufitu na przylotach leje się z sufitu strumieniem - sądząc po zapachu to pękła rura kanalizacyjna, ale nikt nie wydaje się tym przejmować.
Wychodzimy na zewnątrz w oczekiwaniu na naszego zbawcę. Po kilku minutach wracamy do łazienki nałożyć na siebie kolejne warstwy odzieży, bo wieje niemiłosiernie - nie wiem jak miałybyśmy w tych warunkach łapać autostop.
Zdzwaniamy się z panem Januszem i po chwili podjeżdża nasze Volvo z przystankiem końcowym w Warszawie. Ten odcinek podróży był mega komfortowy i szybki. Nie obyło się bez łapówki na granicy, bo tak to spędzilibyśmy tam długie godziny stojąc zgodnie z kolejnością - jednak kilka banknotów skierowało nas na express line.
Tak oto w niespełna 10h, włącznie z formalnościami na granicy i obiadem zjawiamy się w Warszawie.
Dodam tylko, że ostatni odcinek był free of charge, więc tym bardziej nie mogę nadal uwierzyć w naszego farta :-)
Tak oto kończy się nasza filipińska przygoda. W kolejnym poście postaram się o jakieś krótkie podsumowanie.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 26 Lis 2015 23:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Kwi 2011
Posty: 1407
niebieski
Jesteście szalone, ale świetne w poszukiwaniu okazji :o
Hotele Sogo też lubię pomimo braku okien, cienkich ścian i jęków za nimi ;-)
Też Was pytano o "check out" przy każdym wychyleniu się z pokoju?
Ja kiedyś mieszkałem 5 dni w Sogo Pasay Rotonda w Manili, co było dla ekipy sprzątającej niewyobrażalnie długim czasem i usłyszałem "Sir, check out?" ze 100 razy :lol:
Góra
 Relacje PM off  
 
#17 PostWysłany: 27 Lis 2015 08:54 
Redaktor F4F
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Maj 2010
Posty: 1136
Loty: 188
Kilometry: 335 734
To szaleństwo w poszukiwaniu okazji dotyczy większości użytkowników tego forum, więc dobrze, że trzymam poziom ;-)
Jeśli chodzi o Sogo to do charakterystyki tej sieci dodałabym jeszcze oświetlenie pokoju w kolorze czerwonym i sporą ilość płatnych kanałów dla dorosłych w TV.
O check-out nas nie pytano, bo w przeciwieństwie do ciebie byłyśmy standardowym typem klienta, którego czas pobytu liczył się w godzinach a nie w dobach ;-)
Góra
 Relacje PM off  
 
#18 PostWysłany: 27 Lis 2015 11:09 
Redaktor F4F
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Maj 2010
Posty: 1136
Loty: 188
Kilometry: 335 734
INFORMACJE (nie)PRAKTYCZNE
1. Jeśli jesteś zakładnikiem kalendarza i lubisz jak wszystko odbywa się na czas to zostań w domu, bo na Filipinach pojęcie kalendarza i czasu nie istnieje.
2. Jeśli lubisz nowoczesną zabudowę, ład i porządek architektoniczny to na Filipinach na pewno tego nie znajdziesz.
3. Jeśli boisz się karaluchów, insektów, szczurów i innych gryzoni to… jedź tylko niech twój wzrok nie będzie zbyt dociekliwy.
4. Jeśli chcesz wymienić pieniądze to zrób to na lotnisku, gdyż kurs jest bardzo dobry i „na mieście” nie znajdziesz nic korzystniejszego.
5. Jeśli twój bagaż podręczny waży więcej niż przewidziano w regulaminie przewoźnika to idź pewnym krokiem jakbyś w plecaku przewoził pierze i nie przejmuj się, bo twój bagaż nigdy nie znajdzie się na wadze.
6. Jeśli marzysz o podróży za koło podbiegunowe to pierwszy etap aklimatyzacji możesz odbyć na Filipinach podróżując klimatyzowanym autokarem.
7. Jeśli nie lubisz tłumu nachalnych naciągaczy to Filipiny są zdecydowanie dla ciebie, tutaj każdy rozumie słowo „nie”.
8. Jeśli nie chcesz stracić głowy to nisko schylaj się przy wejściu do jeepneya, bo nie są one skrojone pod nasz europejski wzrost.
9. Jeśli jedziesz na Filipiny w niskim sezonie to nigdy, ale to nigdy nie akceptuj pierwszej ceny podanej przez właściciela kwatery/hotelu. Negocjacje zacznij od podzielenia jej przez dwa.
10. Jeśli chcesz odwiedzić Filipiny ze względu na lokalną kuchnię i unikalne doznania smakowe, to właśnie odpadł ci główny cel wyjazdu. Gastronomia to zdecydowanie pięta achillesowa tego kraju.
11. Planując podróż, pomyśl jak duży to kraj i wodzenie palcem po mapie nie przekłada się na pokonywanie odległości w rzeczywistości.
12. Jeśli twoim ulubionym owocem jest mango to Filipiny staną się twoim rajem na ziemi. Owocowemu szaleństwu polecam oddawać się wszędzie z wyjątkiem Palawanu, gdyż tutaj ceny owoców i warzyw są zbliżone bardziej do polskich niż azjatyckich. Durian króluje w regionie Davao - to tutaj produkuje się go najwięcej.
13. Jeśli znasz przepisy ruchu drogowego to tym gorzej dla ciebie – na Filipinach jedyna zasada to brak zasad. Tutaj uprzewilejowani uczestnicy ruchu drogowego to: psy, kury, świnie itp.
14. Jeśli nie znasz tras jeepneyów (a na pewno nie znasz) to oddaj się w ręce miejscowych, zostaniesz tak sprawnie poprzerzucany z jednego pojazdu do drugiego, że ani się obejrzysz a już będziesz w pożądanym miejscu… no dobra przesadziłam z tym „ani się obejrzysz”, bo…
15. Jeśli wydaje ci się, że codzienne korki do pracy są masakryczne to znaczy, że nie miałeś okazji przejeżdżać przez Manilę w godzinach szczytu – skala tych dwóch problemów jest nieporównywalna. Dodatkowo jeśli nerwowo źle znosisz takie sytuacje to do jeepneya powinieneś zabrać wiadro melisy.

PODSUMOWANIE KOSZTÓW
Loty:
Lwów – Kijów (UIA) - 3€
Kijów – Dubaj – Kijów (UIA) – 135 €
Dubaj – Manila – Dubaj (Cebu Pacific AIr) – 107 AED
Manila – Cebu (Air Asia) – 1,95 €
Cebu – Davao – Cebu (Air Asia Zest) – 4 €
Cebu – Puerto Princessa (Cebu Pacific Air) – 6,41 €
Puerto Prinessa – Manila (Air Asia) – 0,20 €

Jak to się stało, że krajówki wyszły w tej cenie - niech odpowiedź na to pytanie pozostanie w TS

Transport inne:
Neobus Warszawa – Rzeszów – 1,0 zł
Taxi Medyka – Lotnisko we Lwowie – 40 zł/os

Hotele rezerwowane przed wyjazdem:
Holiday Inn Express Dubai Airport – 3,92 ₤/pokój 2 os.
Pierwszy nocleg (Palazzo Pensionne Cebu) - 1,95 €/pokój 2 os.
Ostatni nocleg (Leez Inn Manila) - 1,80 €/ pokój 2 os.
Hotele oczywiście rezerwowane przy okazji różnych kodów bez MWZ, m.in. na Expedii.


Pozostałe koszty zmieściły się w kwocie 290 $, które wydałam na miejscu. Nie rozpisałam sobie wszystkiego dokładnie, ale duża cześć wydatków na noclegi i przejazdy na Filipinach jest zawarta w tekście relacji.

Dziękuję najwytrwalszym czytelnikom, którzy dobrnęli do tego momentu oraz oczywiście mojej niezawodnej kompance - do następnego razu :-)

THE END !
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 27 Lis 2015 11:46 

Rejestracja: 12 Gru 2011
Posty: 1493
srebrny
fajna relacja, dzięki! :)

Jedno słowo odnośnie Lonely Planet - korzystam z nich w większości miejsc po których podróżuję i wszędzie jest ten sam problem. Ceny polecanych tam hoteli NIGDY ale to NIGDY się nie sprawdzają. Powód jest bardzo prosty - właściciele są świadomi reklamy i tego, że ludzie chętnie wybierają właśnie te polecane przez LP i są w stanie za nie zapłacić znacznie więcej niż cena przed ukazaniem się o nich informacji w LP. To normalne, że każdy chce zarobić jak najwięcej i wykorzystuje darmową promocję swojego hoteliku. Generalnie staram się nie korzystać z adresów podanych w LP i robię to tylko w awaryjnych sytuacjach (np. przyjazd do danego miasta późnym wieczorem), zazwyczaj hoteliki od momentu opubilokowania o nich info w LP podupadają na jakości, no i są znacznie droższe.
Góra
 Relacje PM off  
 
#20 PostWysłany: 27 Lis 2015 12:01 
Redaktor F4F
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Maj 2010
Posty: 1136
Loty: 188
Kilometry: 335 734
Dzięki za dobre słowo :-)
Co do LP to oczywiście to o czym mówisz to oczywiście prawda. W kilku krajach ceny w większości przypadków zgadzały się z rzeczywistościa, np. Algieria i Nikaragua.
Jednak od tego filipińskiego przewodnika, który został opublikowany miesiąc przed moją podróżą oczekiwałabym odrobinę więcej skoro trzymam w ręku najnowsze wydawnictwo dotyczące tego kraju. Z drugiej strony nie korzystałyśmy jakoś często z miejscówek podanych w LP, a w zasadzie w każdym z tych rzadkich przypadków był jakiś błąd - oprócz cen złe adresy, nazwy...
Nie mówię, żeby nie korzystać z LP, jednak jeśli mamy mało czasu to nie należy polegać w 100% na informacjach z LP Filipiny typu rozkłady jazdy itp. bo możemy się mocno rozczarować.
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 28 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 5 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group