Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 10 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 02 Maj 2018 00:40 

Rejestracja: 05 Lis 2011
Posty: 10
Loty: 58
Kilometry: 82 655
niebieski
— To jak tam było w tej Tajlandii?
— Tajwanie...



Prolog - Grudzień 2017
Pewnego dnia przeglądając forum trafiłem na ofertę lotów do Tajwanu. Szukając towarzysza podróży wśród znajomych usłyszałem: „w styczniu?!”, „tak daleko?!”, „zastanowię się”. Za ten czas, kiedy czekałem na finalne decyzje, deal upadł. Tajwan jednak został w głowie, a chęć, żeby go odwiedzić, rosła z każdym dniem.
Kilka dni później okazało się, że towarzysz podróży czaił się bardzo blisko i była to moja mama, a do tego trafił się kolejny deal Air France na loty do Kaohsiung.


Plan podróży
24.03 WAW-CDG AF1047
24.03 CDG-HKG AF188
25.03 HKG-KHH KA438
06.04 KHH-HKG KA433
06.04 HKG-CDG AF185
07.04 CDG-WAW AF1146

Ciężko zliczyć ile razy przez trzy miesiące, od rezerwacji do podróży, Cathay Dragon przesuwał godziny lotów. Po jednej z nich rezerwacja zginęła na stronie AF. Całe szczęście, że strona KLM sobie radziła.


24 marca
Podróż zaczyna się o 9.43 na stacji Wrocław Główny. Po 4 godzinach przyjeżdżamy do Warszawy. Leniwy obiad, zakupy i na lotnisku przy stanowisku odpraw znajdujemy się półtorej godziny przed lotem. Ja dostaję karty na wszystkie trzy odcinki lotu, mama tylko na loty AF. Nikt nie wie dlaczego, ale postanowiliśmy machnąć ręką i martwić się o to później.

Przy wejściu na pokład stewardessa tłumaczy, że będziemy musieli zmienić terminal. Na CDG spędziłem już kilkadziesiąt godzin, więc tylko dopytuję czy będę musiał jechać kolejką do gate’a. Z uśmiechem wszystko objaśnia, a ja nie mogę uwierzyć, że pomimo strajków wiszących w powietrzu pasażer wciąż jest na pierwszym miejscu. Miejsca w exitrow trafiły się nam zupełnie przypadkiem. Pewnie ze względu na późny checkin. Steward upewnia się czy potrafimy otworzyć drzwi, asystujemy w demonstracji safety, a na koniec rozwiązujemy zagadkę o czarnych trójkątach nad oknami. Od tego momentu zjawiał się co 15 minut ze słodyczami pytając czy poprzednie nam smakowały. Zazdrosne spojrzenia z innych rzędów — bezcenne. Przed lądowaniem jeszcze przelot nad wieczornym Paryżem. Na CDG pomimo opóźnionego startu lądujemy przed rozkładem.

Do następnego lotu mamy niemal 4 godziny, więc niespiesznie przechodzimy na 2E. Na stoisku Air France pytamy o boarding card na ostatni odcinek. Dziewczyna po usłyszeniu „Cathay” wpada w lekką panikę, wykonuje kilka telefonów, ale w ostateczności drukuje dwie karty. Po zaopatrzeniu się w herbatę siadamy w spokojnym zakątku terminala i tam czekamy na lot. Było tak spokojnie i cicho, że zapomnieliśmy o locie. Do momentu, gdy dostałem SMS od Air France o kończącym się wkrótce boardingu. Na bramce czekali już chyba tylko na nas.

Boeing 777-300ER niemal cały wypełniony. Można zauważyć tylko pojedyncze wolne miejsca. Niedługo po starcie szybki serwis z obiadem i zarządzono noc na pokładzie. Kolejny serwis odbywa się dopiero dwie godziny przed lądowaniem w HKG. Znów lądujemy przed czasem pomimo opóźnionego startu.


25 marca
W HKG usiedliśmy nachodzi nas ochota na prawdziwą herbatę, a nie tak nazywany słodki napój serwowany w AF. Pierwsze wrażenie — pfff, lipton. Po pierwszym łyku przekonaliśmy się, że faktycznie do Europy eksportują kurz powstały przy produkcji, a sobie zostawiają najlepsze. Był przepyszny! W drodze do gate’a już z odległości widać chaos. Zmieniające się BoardingSoon na NowBoarding i odwrotnie, a do tego biegające Chinki w przydużym obuwiu i czerwonych mundurkach Cathay Dragon. Lot opóźnia się, a obsługa pokładowa wciąż nie skończyła jest gotowa na przyjęcie pasażerów i tak przez ponad pół godziny.

Image

Wreszcie ruszamy w kierunku Kaohsiung. Lot Airbusem A330 trwa trochę ponad godzinę, ale to nie stoi na przeszkodzie, żeby zaserwować ciepły posiłek. Pod koniec lotu obsługa rozdaje druczki, które niestety okazują się deklaracjami celnymi.

Lądujemy z 30 minutami opóźnienia, wypełniamy formularze imigracyjne, krótka rozmowa z urzędnikiem, pieczątka w paszport i czekamy na bagaże. Mam już doświadczenia związane z opóźnionym bagażem w AF, więc tym większa moja radość gdy wreszcie na taśmie ukazuje się moja walizka.

Jest już dobrze po 23, a pamiętam, że ostatnie metro odjeżdża około północy. Szybkim krokiem wychodzimy z terminalu i ruszamy na stację MRT. Wilgotne powietrze od razu przypomina mi hjumid sierpniowego Montrealu. Automaty biletowe — tylko gotówka. Bankomat — odrzuca wszystkie nasze karty. Pojawia się pracownik i mówi, że widuje jak turyści mają problemy. Wracamy na lotnisko, pobieramy tysiące NT$ (zwanych na miejscu yuan) i znów na stację. Kupujemy karty iPASS (o których więcej później) i idziemy na peron. Pociągi MRT w Kaohsiung okazują się lodówkami na torach. Brakowało tylko szronu na szybach.

Ze stacji Central Park do mieszkania idziemy 5 minut. Z Charlsem, który jest naszym hostem w Kaohsiung, spotykamy się w umówionym miejscu i po chwili jesteśmy w mieszkaniu. Zostawiamy bagaże i pomimo 2 w nocy wychodzimy na łowy: głód zajrzał w oczy. Odwiedzamy jedyne otwarte w okolicy lokale o tej godzinie - McDonald’s i 7-Eleven. W tym drugim kupujemy m.in. laysy z algami, najbardziej lokalne piwa jakie były w lodówce. Najedzeni ustawiamy budzik na 10 i idziemy spać. Pomimo nocy i betonowego lasu, przez otwarte okno słychać śpiew ptaków — to jest właśnie Tajwan.

Image Image

ciąg dalszy nastąpi


Ostatnio edytowany przez Abcn, 02 Maj 2018 08:52, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Profil Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
      
#2 PostWysłany: 02 Maj 2018 17:01 

Rejestracja: 05 Lis 2011
Posty: 10
Loty: 58
Kilometry: 82 655
niebieski
26 marca — Kaohsiung

Budzik dzwoni, ale nie jest skuteczny i dzień zaczynamy o 15. Punkt pierwszy — kupno lokalnej karty SIM. Na lotnisku widzieliśmy stoiska telekomów, ale o 23 były zamknięte. Po drodze z mieszkania na stację metra mamy salon Chunghwa Telecom. Wybieramy kartę ważną 15 dni za 700 NT$ (84 zł). Dwa dokumenty ze zdjęciem, kilka podpisów pod regulaminami w całości po chińsku i już jesteśmy online. Tajwan to jeden z niewielu krajów, gdzie internet no-limit jest faktycznie bez limitu. Prędkość i zasięg... po prostu mistrzostwo.

Image

Na ten dzień nie mamy konkretnego planu, więc idziemy do parku po przeciwnej stronie skrzyżowania. Oaza spokoju w miejskiej dżungli — ptaki, palmy, kwiaty. Wszystko czyste, zadbane i bez śladów dewastacji.

Image Image Image Image Image

Podobno w Sizihwan można zobaczyć piękny zachód słońca. Udajemy się na stację Formosa Boulevard, którą zdobi Dome of Light, czyli coś na kształt witraża. Gdy dojeżdżamy do celu jest już zupełnie ciemno. Musimy przywyknąć, że w strefie tropikalnej słońce gaśnie naprawdę szybko. Kupujemy pocztówki w KW2 (warto, jedne z tańszych). Nie tracąc czasu wsiadamy w tramwaj i ruszamy w kierunku Dream Mall. Największe centrum handlowe w Tajwanie i całej wschodniej Azji nie robi na nas wrażenia. Robimy się głodni, a jako że dumą Tajwanu jest kuchnia i uliczne jedzenie, udajemy się na targ nocny.

Image

Liuhe Night Market wg naszego hosta jest droższy, najbardziej turystyczny. Z czystej przekory jedziemy go sprawdzić i jesteśmy zachwyceni. Decydujemy się na smażonego kurczaka w spajśi panierce, który okazuje się nie być taki pikantny. Do tego papaya milk (50 NT$/6 zł) z TEGO straganu. Najlepsze jakie piłem podczas całego pobytu — odpowiednie proporcje pomiędzy mlekiem a papają, gęste, jakby na śmietanie, a nie mleku.

Image


27 marca — Tainan

Tym razem budzik jest skuteczny, a to dlatego, że chcemy zwiedzić dawną stolicę Tajwanu. Udajemy się metrem na Kaohsiung Main Station. Odnajdujemy na tablicy, że najszybciej odjeżdża pociąg typu Local Train. Nauczeni poprzednim dniem, wiemy, że Tajwańczycy nie grzeszą znajomością angielskiego. Dlatego zamiast do kas udajemy się do automatu. Automaty zupełnie nie przypominają tego, czego się spodziewałem. Wielka tablica w ścianie z kilkudziesięcioma przyciskami. Nie taki diabeł straszny i po kilku minutach siedzimy w pociągu obserwując miejscowych. Po godzinie jazdy dojeżdżamy do Tainanu.

Image Image

Zwiedzanie zaczynamy od Anping Fort/Fort Zeelandia. Został zbudowany przez Holendrów w trakcie ich 38-letniego panowania w XVII wieku. Do budowy używano cegieł importowanych z Jawy. Zaprawę produkowano na miejscu z cukru, ryżu i tłuczonych muszli, a stoi do dziś.

Image Image

Następnie udajemy się do świątyni Konfucjusza. Wybudowana kilkadziesiąt lat później niż fort miała znacznie mniej szczęścia. Poważnie została zniszczona w czasie japońskiej okupacji wyspy. Akurat trafiamy na renowację, więc nie wszędzie można zajrzeć.

Image Image Image

Po kilku minutach spaceru odnajdujemy dom towarowy Hayashi. Przeurocze miejsce z klimatem. Trudno uwierzyć, że budynek ucierpiał w trakcie amerykańskich nalotów i odbudowano go zaledwie kilka lat temu. Na ostatnim piętrze kupujemy fruit juice pudding, które nazwałbym galaretką z owocami i jest to strzał w 10 — deser o smaku mango jak z marzeń. Jest i taras widokowy, ale krajobrazy nie powalają.

Image Image Image

Kolejny na naszej liście jest Fort Provintia/Chihkan Tower. Fort Provintia, tak jak Fort Zeelandia, został wybudowany przez Holendrów. Trzęsienie ziemi w XIX wieku zniszczyło budowlę i w jej miejsce wybudowano Chihkan Tower. Czarujące miejsce. W dodatku zupełnie przypadkiem trafiamy na muzyczno-świetlne show.
Wideo zapożyczone z YT



Image Image Image Image

W drodze na dworzec kupujemy po tradycyjnej tajwańskiej pearl milk tea. Tym razem nie kupujemy biletu, a odbijamy na bramkach karty iPASS. Dzięki temu wracamy pociągiem Chu-Kuang (pośpieszny niższej klasy) w cenie Local Train. Wysiadamy na stacji Zuoying i zmierzamy do Ruifeng Night Market. Zdecydowanie ten targ jest dla ludzi o mocnych nerwach. Tłumy i wiele straganów ze stinky tofu, które jest... zbyt aromatyczne na nasze europejskie nosy. W ostateczności kupujemy coś w rodzaju mącznego omletu z mąki i wody, tradycyjnie kurczaka, ale tym razem w przyprawie wodorostowej i frytki. Już wracając do mieszkania czujemy, że kolejny dzień na tłusto nie był dobrą decyzją i podejmujemy decyzję: nigdy więcej kurczaka!

Image Image Image


ciąg dalszy nastąpi
Góra
 Profil Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
      
#3 PostWysłany: 04 Maj 2018 13:38 

Rejestracja: 28 Sie 2017
Posty: 86
niebieski
Super relacja, czekam na dalszy ciag :)
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#4 PostWysłany: 06 Maj 2018 23:40 

Rejestracja: 05 Lis 2011
Posty: 10
Loty: 58
Kilometry: 82 655
niebieski
28 marca — Kaohsiung

Tradycyjnie już budzik traktujemy wyłącznie jako sugestię i z mieszkania wychodzimy po 12. Zaczynamy spacer w Xixing District i idziemy w stronę Sizihwan, ale po godzinie plany weryfikuje pogoda. Z nieba leje się żar, nie widać ani chmury, więc decydujemy dojść do najbliższej stacji metra i dostać się tam „jeżdżącą lodówką”. Po wyjściu z podziemi idziemy do Hamasen Railway Cultural Park. Portowa stacja kolejowa została przekształcona w przestrzeń dla kultury. Opisy są obiecujące, ale na miejscu zastajemy kilka rzeźb-instalacji luźno rozrzuconych na ogromnej powierzchni. Do odwiedzenia budynku stacyjnego, w którym obecnie znajduje się Takao Railway Museum zachęca kilka lokomotyw i wagonów. Kilka pomieszczeń zaadaptowano na potrzeby wystawy. Eksponaty nie są opatrzone opisami w jakimkolwiek języku, a szkoda.

Image Image Image

Zmierzamy dalej na zachód w kierunku The British Consulate at Takow. Miejsce z całkiem ciekawą historią zostało całkowicie skomercjalizowane. Wystawy oddały miejsce sklepikom i herbaciarniom, a z głośników sączy się muzyka rodem z Downton Abbey. Ba, bilet wstępu uprawnia do rabatu w jednej z nich! Oczywiście korzystamy z oferty i raczymy się sernikiem oraz różaną herbatą. Wszystko przepyszne, ale jakoś dziwnie się czuję otoczony podróbką Europy ponad 8 tys. km od pierwowzoru. Ze wzgórza, na którym znajduje się konsulat, schodzimy od strony wejścia do portu skąd świetnie widać latarnię morską.

Image Image Image Image Image

Na zegarze jeszcze nie ma 17, więc udajemy sie na wyspę Cijin, a konkretnie naszym celem jest latarnia morska, którą niedawno widzieliśmy. Dopiero po wejściu na szczyt sprawdzamy, że była otwarta do 17 i spóźniliśmy się pół godziny. Spędzamy chwilę po ogromnym fikusem popijając sok ze szparagów, a wokół nas kręcą się wiewiórki i ptaki.

Image Image Image

Na tym samym wzgórzu, co latarnia morska, znajduje się również Fort Qihou. Został wykorzystany tylko jeden raz. Po wojnie chińsko-japońskiej w XIX wieku Tajwan został przekazany Japonii. Lokalne oddziały stawiały jednak opór. Gdy pod Kaohsiung podeszła japońska eskadra z fortu wystrzelono 24 pociski. Żaden nie trafił okrętu. Obecnie jest opanowany przez lokalne nastolatki, które nieustannie pozują do zdjęć :)

Image Image

Widok plaży z fortu ustala najbliższy cel. Niemalże na azymut schodzimy ze wzgórza. Powiewająca czerwona flaga „no swimming” mnie nie zniechęca, bo woda do kolan to przecież nie pływanie. Szwędamy się jeszcze trochę po wyspie posilając się między innymi laysami o smaku sakury. Aż w pewnym momencie nas olśniewa, że promy nie pływają całą dobę i wypadałoby wrócić na ląd.

Image Image Image Image

Google Maps twierdzą, że promy pływają co 20 minut i akurat trafiamy na jeden, gdy docieramy do portu. W drodze powrotnej dopada nas coraz większy głód, a to oznacza tylko jedno — wizytę na nocnym targu Liuhe. Tajwańskie hot-dogi podbijają moje serce (tu muszę zarekomendować konkretny STRAGAN, który prowadzi ojciec z synem).

Image Image

ciąg dalszy nastąpi
Góra
 Profil Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
      
#5 PostWysłany: 11 Maj 2018 17:33 

Rejestracja: 05 Lis 2011
Posty: 10
Loty: 58
Kilometry: 82 655
niebieski
29 marca — Kaohsiung

Poprzedni dzień był całkiem intensywny, wiele kilometrów pieszo i daje nam się to we znaki po obudzeniu. Ten będzie więc spokojniejszy, przynajmniej w założeniu. Zaczynamy od spaceru wzdłuż Zhongshan Rd do dworca. Odbieram zakupiony przez Internet bilet na jutrzejszy przejazd do Taipei i ruszamy pociągiem do dzielnicy Zuoying. Na tej trasie można również skorzystać z metra. Podróż pociągiem jest jednak szybsza i tańsza.

Przed stacją moją szczególną uwagę przykuwa intalacja „Arrête, Regarde et Ecoute” autorstwa Armana. Technicznie to tylko kupa sygnalizatorów kolejowych, ale robi niesłychane wrażenie. Naszym celem jest Lotus Pond (Lianchi Tan), od którego dzieli nas ponad kilometr drogi. Z lenistwa czekamy chwilę na autobus, podjeżdżamy bliżej stawu i rozpoczynamy zwiedzanie.

Image

Obecna Świątynia Konfucjusza w Kaohsiung została zbudowana w 1976, ale nie odbiega od innych, starszych, które widzieliśmy do tej pory. Wstęp jest bezpłatny, wystarczy się wpisać na listę odwiedzających. Wewnątrz znajduje się wystawa opisująca powstanie konfucjanizmu i różne zwyczaje z nim związane. Korzystamy z tego, że jest tłumaczona na angielski i nadrabiamy zaległości. Wstyd się przyznać, ale niewiele wiemy na ten temat.

Image Image Image

Niecałe pół kilometra dalej stoi Pei Chi Pavilion, wielka na 72 metry figura postawiona na cześć taoistycznego bóstwa — Xuanwu. Gdy do niej docieramy, akurat zaczyna się palić stragan ze street foodem. Kłęby czarnego dymu, wielkie płomienie, ale miejscowi opanowują ogień przy użyciu gaśnic. Po przejściu mostkiem obok pawilonu, na usypanej wysepce i w okolicy zauważamy kręcące się kury i gęsi. Chodowane na ofiary? Gdy wracamy po kilkunastu minutach, widzimy już tylko doszczętnie zniszczony stragan i osmalony chodnik. Strasznie smutny widok. Empatia szaleje i do końca dnia będzie mi to siedziało w głowie.

Image Image

Kolejne pięć minut spaceru dzieli nas od Spring and Autumn Pavilions, a jeszcze kawałek dalej dochodzimy do Dragon and Tiger Pagodas. Miejsca i widoki typowo pocztówkowe, ale w powietrzu zaczyna krążyć coraz więcej komarów. Mugga oczywiście została w mieszkaniu. Mój lekarz medycyny podróży nie byłby ze mnie dumny. W drodze na przystanek autobusowy i kręcąc się chwilę po mieście zauważamy, że Tajwańczycy polubili ozdoby świąteczne, również w marcu. Trochę śmiesznie, trochę dziwnie.

Image Image Image Image Image Image

Wieczorem udajemy się nad Love River, a konkretnie w rejon Heart of Love River. To dwa sztucznie utworzone jeziora — wschodnie i zachodnie — wraz z kładkami nad nimi oraz Bo'ai Rd. Miejsce jest bardzo zadbane i spędzilibyśmy tam dłuższą chwilę gdyby nie odór. Rzeka po prostu śmierdzi.

Image Image

Wzdłuż rzeki udajemy się do Tower of Light. Dawny słup linii wysokiego napięcia, po przeniesieniu linii pod ziemię, został zachowany w celach pamiątkowych. Można wejść na dwa poziomy, niczym na wieżę Eiffla, ale znacznie niżej. Z tego względu głównie obserwujemy pobliskie wieżowce. Naszą uwagę przykuwa oświetlone coś w rodzaju zamku. Po zejściu z wieży idziemy w tamtą stronę i zamek okazuje się być piekarnio-cukiernią. Kupujemy chyba najdroższe ciastka ananasowe przez cały pobyt, ale są pięknie opakowane i perfekcyjnie nadadzą się na prezenty.

Image Image Image

Tego dnia wracamy do mieszkania jeszcze przed północą. Kolejnego dnia czeka nas podróż do Taipei.

30 marca — Kaohsiung–Taipei

Około godziny 12 wsiadamy w pociąg Tze-Chiang do Taipei. Celowo nie wybraliśmy THSR (szybka kolej), żeby obejrzeć krajobrazy po drodze. Wiele nie zobaczyłem, bo przespałem niemal całe 5 godzin jazdy. Podjeżdżamy metrem do stacji Ximen i zmierzamy do mieszkania. Kontakt z hostem urywa się w pewnym momencie. Przestał odpowiadać na wiadomości, a próba telefonu kończy się komunikatem "nie ma takiego numeru" w języku chińskim. Robi się trochę nerwowo, ale po kilkudziesięciu minutach się zjawia. Zostawiamy bagaże i ruszamy w teren.

Zaczynamy od zupy w lokalnym fast-foodzie. Czekając na swoją porcję z podziwem obserwujemy lokalsów świetnie operujących łyżką i pałeczkami. Jak można się było tego spodziewać, nie idzie nam to najlepiej, ale satysfakcja po zakończeniu wynagrodziła wszelkie trudy. Moglibyśmy w tym momencie wrócić do mieszkania i dobrze się wyspać, ale to nie w naszym stylu i ruszyliśmy dalej.

Podobno najlepszy widok na Taipei jest z Elephant Mountain. Na górę prowadzą schody… schody, schody, schody, a oświetlenie miejscami pozostawia wiele do życzenia. Jeśli wybieracie się po zmroku, latarki, przynajmniej w telefonie, na pewno się przydadzą. Widok ze szczytu jest faktycznie wart wysiłku, nawet po zmroku.

Image

Napatrzeni, to do domu. Schodzimy z góry i udajemy się na stację metra. Drogę zachodzi nam jeden z pracowników i tłumaczy, że metro już nie jeździ. Po północy komunikacja miejska w Taipei praktycznie zamiera. Zarówno autobusy jak i metro odbywają ostatnie kursy, a na ulicach pojawia się ogromna liczba żółtych taksówek. Gdy w Toronto przestały jeździć tramwaje, a ja spieszyłem się na megabusa, życie uratował mi uber. Oprócz znanych w kraju opcji, przez aplikację można zamówić również taksówkę. Warto dodać, że opłata jest wtedy zgodna z taksometrem i wyłącznie gotówką. Sprawdzam szybko w sieci, że cena jest porównywalna ze standardowym uberem. Już niedługo podjeżdża po nas pan „trzy krzaczki” żółtym Nissanem Tiidą, który nie mówi po angielsku. Siedem kilometrów pokonujemy w tempie ekspresowym. Za przejazd płacimy niecałe NT$ 300/ok. 35 zł.

Po takich przygodach zasypiamy w tempie ekspresowym. Budzik ustawiamy, ale nie wiążemy z nim nadziei.

31 marca — Taipei

Zdecydowanie odsypiamy wczorajszą przygodę. Trudno uwierzyć, ale mieszkając w Ximending, które zwane jest Shibuyą w Taipei, zupełnie nie przeszkadza nam hałas. Z mieszkania ruszamy linią Bannan (dla zmyłki niebieska) do Discovery Center w Taipei City Hall. Po drodze ze stacji mijamy instalację, która przypomina mi klimatem grę Machinarium. Wystawa… niestety jej duża część jest w przebudowie, ale polecam miejsce wszystkim odwiedzającym Taipei. W łatwy i przyjemny sposób można poznać podstawy miasta. Co ważne, wstęp jest bezpłatny, więc ryzykujecie tylko czas.

Image

Z racji niewielkiej odległości, kolejnym miejscem, gdzie zmierzamy, jest Taipei 101. Wczoraj widzieliśmy go z Elephant Mountain, a dziś wjeżdżamy na taras widokowy. O dziwo, bez dłuższego oczekiwania. Widoki są świetne, ciekawostki dotyczące konstrukcji budynku naprawdę interesujące, a taras na wolnym powietrzu na 91. piętrze to mój faworyt. Spędzamy tam niemal dwie godziny. Przed wyjściem posilamy się w podziemiach budynku, gdyż to nie koniec zwiedzania na dziś.

Image Image Image

Czerwoną linią metra jedziemy do 228 Peace Park. Został tak nazwany, aby upamiętnić wydarzenia z lutego 1947. Doszło wtedy do zamieszek i właśnie w tym parku znajdowała sie stacja radiowa, którą przejęli protestujacy. Z parku udajemy się spacerem do North Gate po drodze zaglądając do dworca głównego. Dalej już prosto do mieszkania, bo plany na jutro są ambitne.

Image Image Image

ciąg dalszy nastąpi
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
travellista uważa post za pomocny.
 
      
#6 PostWysłany: 28 Maj 2018 00:55 

Rejestracja: 05 Lis 2011
Posty: 10
Loty: 58
Kilometry: 82 655
niebieski
1 kwietnia — Pingxi, Shifen, Houtong

To jest ten dzień! W kraju Wielkanoc, mamy wielkie plany, a budzik, jak nigdy, skutecznie wyciąga nas z łóżek. Mamy ochotę na śniadanie na mieście, więc sprawdzamy listę polecanych lokali przygotowaną przez naszego hosta. Całe szczęście, że zgooglaliśmy wszystkie przed wyjściem, bo większość z nich została zlikwidowana albo otwiera się o 12. Szybkie śniadanie i już o 10 czekamy na peronie na pociąg. Jedziemy Tze-Chiang przy użyciu iPASSa, czyli nie mamy rezerwacji miejsc, a w rezultacie stoimy całą drogę w zatłoczonym wagonie. W Ruifeng przesiadamy się na szynobus i w sumie po niecałych dwóch godzinach docieramy do Pingxi.

Image

Pingxi słynie z corocznego festiwalu lampionów. Festiwal ma swoich zwolenników jak i przeciwników. Wszystko wskazuje, że zaliczam się do tych drugich. Okolica jest usłana lampionami, które się wypaliły i spadły. Niedaleko swój bieg zaczyna rzeka Keelung i na jej powierzchni też można zauważyć upadłe lampiony. Pingxi oprócz festwialu nie ma wiele do zaoferowania. Sklepiki z pamiątkami, ogromna ilość stoisk oferująca kompleksowe usługi puszczania lampionów i… w sumie byłoby na tyle. W miarę szybko mamy wrażenie, że zobaczyliśmy już wszystko, co Pingxi ma do zaoferowania, więc wsiadamy w pociąg do Shifen.

Image Image Image

Jeśli w Pingxi widzieliśmy wiele kompleksowych usług puszczania lampionów, to nie byliśmy jeszcze w Shifen! Shifen Old Street to tak naprawdę ulica oparta na torze kolejowym z niezbyt szerokimi chodnikami po obu jego stronach. Życie toczy się również na torze. Z krótkimi przerwami na przejazd pociągu. Ze względu na ogromną turystyczną komercję, jaka nas tam dopadła, szybko kierujemy się w kierunku Shifen Waterfall. Wynajem skutera? Przewóz na skuterze? Taksówka? Ofert było wiele, ale wiemy, że dystans nie jest wielki i udajemy się tam pieszo. Niagara Falls to to nie jest. Mimo wszystko, Shifen Waterfall jest uznawany za najszerszy na wyspie, a wraz z otoczeniem jest naprawdę ładny. Wracamy do Shifen i wsiadamy w pociąg do Houtong.

Image Image Image Image Image Image Image

Houtong, jak i cała okolica, swego czasu tętniły życiem ze względu na wydobycie węgla. W latach 90. XX wieku ceny importowanego węgla zaczęły być konkurencyjne i lokalny przemysł wymarł. Wraz z przemysłem zaczęły wymierać również miescowości, takie jak Houtong. Ludzie wyjechali, a w Houtong pozostały opuszczone koty. Ich los zmienił się około dziesięciu lat temu. Dzięki internetowej akcji miejscowość stała się wielką kocią wioską. Kocie kawiarnie, kocie sklepy i wiele kotów kręcących się po chodnikach. Odrobinę przeszacowaliśmy nasze możliwości czasowe i nie mamy wiele czasu, ale nie potrafimy sobie odmówić spędzenia paru chwil w kociej galerio-kawiarni, której właścicielka maluje swoje koty. Gdy wychodzimy, zaczyna zmierzchać. Słońce w Tajwanie zachodzi w kosmicznym tempie, więc odpuszczamy zwiedzanie Jiufen i ruszamy Local Trainem prosto do Taipei.

Do tej pory mam poważny dylemat dotyczący kotów w Houtong. Z jednej strony, część z nich jest faktycznie zadbana. Z drugiej strony… no nie wszystkie. Po uliczkach krążą koty, które zdecydowanie wymagają zainteresowania ze strony weterynarza.

Image Image Image Image Image Image Image

Do Taipei docieramy w nieco ponad godzinę, ale za ten czas zrobiło się kompletnie ciemno. Decydujemy się na wizytę w Longshan Temple. Świątynię buddyjską zbudowano w XVII wieku, ale to co widzimy teraz powstało kilka miesięcy po II Wojnie Światowej. Oryginalne zabudowania zostały zniszczone w trakcie amerykańskich bombardowań. Ściany z lampionów, kolorowe pawilony, świecące ozdoby, żywność i tłumy ludzi pomimo wieczoru… Poważnie się zderzamy z buddyzmem, religią, która nie jest oparta na smutku. Lekcji wciąż nie odrobiliśmy i postanawiam wykonać telefon do przyjaciela. Strzał w dziesiątkę, Ewa spokojnie wytłumaczyła nam podstawy i dalsze zwiedzanie wyglądało już zupełnie inaczej.

Image Image Image Image Image Image Image

ciąg dalszy nastąpi
Góra
 Profil Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
correos uważa post za pomocny.
 
      
#7 PostWysłany: 30 Maj 2018 01:26 

Rejestracja: 05 Lis 2011
Posty: 10
Loty: 58
Kilometry: 82 655
niebieski
2 kwietnia – Qixingshan

Tego dnia mamy plan zdobyć najwyższy szczyt Taipei, czyli Qixingshan. Śniadanie tradycyjnie w Cho café, a dalej metrem do dzielnicy Neihu. Naczytaliśmy się, że autobusy jeżdżące w turystyczne miejsca często są przepełnione i najlepiej wsiadać na pierwszym przystanku. Akurat tym razem w autobusie w porywach było 5 osób i bardzo gadatliwy-nie-po-angielsku kierowca, a że coraz częściej mamy problemy z odbiciami iPASSa, to i tym razem tak się stało. Kierowca coś mówi, nasza znajomość mandaryńskiego jest żadna, robi się nerwowo. Miejscowi są jednak bardzo pomocni i chętnie biorą rolę tłumaczy, gdy tylko znają angielski.

Po niemal dwóch godzinach wysiadamy przy Yangmingshan Visitor Center. W sklepie z pamiątkami uzupełniamy zapasy energetycznych batonów, a w punkcie informacyjnym bariera językowa uniemożliwia cokolwiek. Pracownica nie zna angielskiego, a i nie ma do zaoferowania żadnych materiałów w tym języku. Kierujemy się zatem do Miaopu Trailhead, gdzie zaczyna się niebieski szlak.

Image

Nie jest to szlak, jakiego się spodziewaliśmy ani do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. To po prostu schody, schody, niekończące się schody. Wydaje nam się, że więcej czasu robimy przerwy na złapanie oddechu niż faktycznie idziemy. Na rozdrożu decydujemy się iść w kierunku Qixing Park, a nie na szczyt. Wydawałoby się, że wdrapywaliśmy się pół dnia, a minęła zaledwie godzina. Miejsce jest przepiękne – spokój i śliczne widoki. Qixingshan wydaje się jednak bardzo odległy. Gdzieś w oddali widać malutkich ludzi na grzbiecie.

Image Image

Kontynuujemy wędrówkę. Mijamy siedzibę edukacyjnego radia i naszym oczom ukazuje się Menghuan Pond. Historia powstania tego stawu jest nieznana. Istnieją hipotezy, że jest to kraterowe jezioro. Obecnie jest szczelnie ogrodzonym płotem rezerwatem. Wygląda jakbyśmy byli jedynymi ludźmi w okolicy - jedyny dźwięk jaki nas otacza, to głośny rechot żab.

Image Image Image Image

Zastanawiamy sie gdzie iść dalej i tu uświadamiamy sobie smutną prawdę – nie mamy mapy. Do tego, jak wszędzie jest genialny zasięg LTE, w tym miejscu jest wyłącznie "Brak sieci". Kilkanaście minut zajmuje nam ściągnięcie mapy ze strony Yangmingshan National Park, a ten czas poświęcamy na rozważenie czy damy radę wejść na Qixingshan. Słyszy się o ludziach, którzy przecenili swoje możliwości, a nie uważamy się za specjalnie sprawnych. Ostatecznie decydujemy się na wejście.

Image Image

Szlak niewiele różni się od pierwszego fragmentu – schody, schody… tylko trochę węższe. Z każdym schodkiem robi się coraz chłodniej, a chmury/mgła robi się coraz bardziej gęsta. Niespodziewanie pojawia się słupek "Mt. Qixing East Peak 1107 m". Na szczycie jest również tablica opisująca elementy panoramy. Akurat dzisiejsza widoczność nie przekracza 100 metrów, więc fragment, o tym że widać nawet ocean, jest przezabawny. Warto wspomnieć, że Qixingshan to drzemiący wulkan, a szczyty to pozostałość po brzegach kraterów.

Image Image Image

Przejście na główny szczyt zajmuje nam kolejne pół godziny. Pamiątkowe zdjęcia, telefony do rodziny i przyjaciół i ruszamy dalej. Zbliża się godzina 17, czyli pozostały nam niecałe dwie godziny do zmroku. Wypadałoby zejść ze szlaku do tego momentu.

Image Image Image

Ze szczytu schodzimy w kierunku północnym. Na ścieżce co chwilę widzimy endemiczne bambusówki tajwańskie, które niespecjalnie boją się ludzi. W powietrzu coraz silniej czuć siarkę, a nieco niżej ukazują się fumarole. Może i ostatnia erupcja Qixingshan była kilkaset tysięcy lat temu, ale wulkan wciąż żyje, a o szkodliwości wyziewów informują tablice.

Image Image Image Image

Jeszcze przed 18 zeszliśmy ze szlaku przy Xiaoyoukeng Visitor Center i widzimy akurat odjeżdżający autobus. Google Maps radzi zejść jeszcze odrobinę w dół do Yangjin Highway i wsiąść do autobusu 1717. Tak robimy i kilka minut czekamy na jakby opuszczonym przystanku. Zjadamy ostatnie batoniki, całkiem szybko się ściemnia, ale autobus ma być za 10 minut. Wtem zatrzymuje się samochód jadący w przeciwną stronę i tu dialog:

– Do you need any help? What are you doing here?
– We're fine. Just waiting for a bus to Taipei.
– Are you sure it'll come? Don't you need a lift?
– No, you're driving the opposite direction. Don't trouble yourself.
– I'm going to Taipei but I turned around when I saw you.


Ostatnie zdanie sprawiło, że bez większego zastanowienia wsiedliśmy do samochodu. Po trzaśnięciu drzwiami zaczęły się myśli typu "jestem 9 tys. km od domu i po środku niczego wsiadam do obcego samochodu". W środku trzech facetów w średnim wieku – dwóch Tajwańczyków i Amerykanin. Skąd jesteśmy, ile jesteśmy w Tajwanie, co robiliśmy pośrodku niczego, czym się zajmujemy… i wtedy okazuje się, że Amerykanin jest inżynierem DWH jak ja. Całą drogę do Taipei rozmawiamy już tylko o tym. Oczywiście na tyle na ile pozwalają nam podpisane NDA'ki.

Wysiadamy przy stacji Beitou, robimy drobne zakupy i teraz długa podróż metrem do mieszkania. Jakieś pół godziny czerwoną linią, a potem przesiadka na zieloną. Okazuje się, że na stacjach zielonej linii nadjeżdżający pociąg jest anonsowane przez Nokturn Es-dur Chopina, który jest świetnie znany pasażerom pendolino.
Wideo zapożyczone z YT dla zobrazowania:



ciąg dalszy nastąpi
Góra
 Profil Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
correos uważa post za pomocny.
 
      
#8 PostWysłany: 20 Cze 2018 02:07 

Rejestracja: 05 Lis 2011
Posty: 10
Loty: 58
Kilometry: 82 655
niebieski
3 kwietnia – Yehliu

Trochę wczoraj przesadziliśmy z wysiłkiem i przesypiamy pół dnia. Żeby nie stracić całego pędzimy na Kuo-Kuang Bus Terminal i wsiadamy do autobusu 1815. To jeden z najdroższych podczas całego pobytu – NT$ 98 (ok. 12 zł). 35 kilometrów pokonujemy w półtorej godziny.

Miasteczko wygląda po prostu smutno – małe sklepiki, szare, niemal puste ulice, przystań rybacka, tablice planowania kryzysowego pobliskiej elektrowni atomowej. Może to efekt pochmurnego dnia. Odwiedzamy tylko Family Mart, kupując furę słodkości, i idziemy prosto w stronę morza do Yehliu Geopark.

Image Image

Półwysep jest usiany różnego rodzaju formacjami skalnymi. Najsłynniejsza z nich to "Queen's Head", której można zobaczyć dwie sztuki. Oryginał zeskanowano i wydrukowano w 3D. Chętnych na dotykanie "no touch" jest wiele, więc to całkiem dobra inicjatywa. Kojarzą nam się Skalne Grzyby w Górach Stołowych.

Image Image Image Image Image

Nie mamy wiele czasu na zwiedzanie, bo park zamyka się o 17:00. Wracamy do Taipei i idziemy do Syntrend Creative Park. Nazwa jest myląca, bo to centrum handlowe. Spokojnie byłbym w stanie zostawić tam fortunę, gdybym ją tylko miał. Na ostatnim piętrze posilamy się w restaruacji z kuchnią chińską – obiad dla dwóch osób – NT$ 913 / 107 zł.

Image

Przez cały pobyt w Taipei jeszcze ani razu nie byliśmy na nocnym targu. Tego wieczoru chcemy to zmienić i jedziemy na Ningxia Night Market. Zawód jest ogromny. Ciasno, tłoczno i nic ciekawego. Kupujemy napoje, bo pragnienie daje o sobie znać, ale… papaya milk jest beznadziejne w porównaniu z tym, które pamiętam z Kaohsiung. Mniej kremowe, bardziej wodniste, a w dodatku gorzkawe. Sklepowe w kartonikach jest znacznie smaczniejsze.

Po niedobrym papaya milk już nic nie jest w stanie uratować dnia. Wracamy do mieszkania i niemal padamy do łóżek. Wyprawa na Qixingshan wciąż daje o sobie znać.


4 kwietnia – Taipei

W planach był wyjazd do Alishan, ale z powodu prac remontowych stracilibyśmy niemal cały dzień na przejazdy, a na miejscu zostałyby nam 2 godziny. Zmęczenie zaczyna dawać się we znaki, więc zwalniamy obroty. Z trudem przebijamy się przez tłoczne Ximending i jedziemy metrem do Discovery Center w Taipei City Hall. Tak, byliśmy tam, ale nie zobaczyliśmy całej wystawy. Ochroniarze nas uświadamiają, że jest dziś Dzień Dziecka, który w Tajwanie jest świętem narodowym.

Zmierzamy na Liberty Square. Pierwsze budynki, które ukazują się naszym oczom po wyjściu ze stacji metra to National Theater oraz National Concert Hall. Imponujące, bliźniaczo podobne, ogromne budynki. Zaglądamy do National Theater – sklepik z pamiątkami, kawiarnia z europejskim jedzeniem – ceny z kosmosu.

Image Image

Z odległości kusi nas Hala Pamięci Czang Kaj-szeka / CKS Memorial Hall. Wspinamy się po 89 stopniach symbolizujących lata życia CKS by zobaczyć jego statuę, a następnie zwiedzamy wystawy w niższych poziomach budynku. Kult jednostki w czystej postaci. CKS podany na każdy sposób. Spędzamy tam dobre kilka godzin. Po salach wystawowych kręcą się wycieczki z Mainlandu i tu pojawia się pytanie… jak przewodnicy im to podają? Przecież CKS był wrogiem nr 1 w Mainlandzie.

Image Image Image

Po wyjściu z hali zupełnie przypadkiem trafiamy na ceremonię opuszczania flagi. Czujemy w kościach, że nasz pobyt zbliża się ku końcowi, więc ceremonia i odegranie hymnu narodowego budzą trochę emocji.

Image Image Image Image

To nasz ostatni wieczór w Taipei, a przedostatni w Tajwanie, czyli trzeba zrobić zakupy. Zaglądamy do kilku sklepów po instant milk tea, pineapple cakes i inne specjalności.


5 kwietnia – Taipei, Kaohsiung

Nadszedł czas powrotu i akurat trafiamy na Qingming – chińskie święto zmarłych. Kilka dni temu kupiliśmy bilety na THSR do Kaohsiung (1490 NT$/os., 178 zł). Ponad 300 km pokonujemy w zaledwie półtorej godziny. To się nazywa szybka kolej.

Image

W Kaohsiung zarezerwowaliśmy jedną noc w The Riverside Hotel w dzielnicy Siaogang. Dość daleko od centrum, ale blisko lotniska. Na razie zostawiamy walizki w pokoju i szybko wychodzimy, żeby wykorzystać czas najlepiej jak się da. Jedziemy do Sizihwan do Hamasen Museum of Taiwan Railway. Niewielka część wystawowa bez angielskich opisów jest rozczarowująca, ale wszystko nadrabia wielka makieta kolejowa przedstawiająca najważniejsze miejscowości i miejsca wyspy. Jeśli komuś przypadło do gustu wrocławskie Kolejkowo, to nie może przegapić tego muzeum.

Image Image Image Image Image Image

Z muzeum idziemy do KW2. Przez cały pobyt zorientowaliśmy się w cenach i to właśnie tu były jedne z tańszych pocztówek. Wracamy też na Liuhe Night Market, gdzie kupujemy po tajwańskim hot-dogu u zaprzyjaźnionego już sprzedawcy i pierożki z różnymi nadzieniami.

Image Image Image

Wieczór spędzamy w pokoju hotelowym i próbujemy domknąć walizki. Nie jest łatwo i są momenty zwątpienia, ale po wielu próbach i częściowej redukcji opakowań udaje się dopiąć zamki. Pozostało jeszcze ustawić budziki i idziemy spać. Nazajutrz czeka nas ekspresowe zwiedzanie Hong Kongu.


ciąg dalszy nastąpi


Ostatnio edytowany przez piotrek92, 21 Cze 2018 19:52, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Profil Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
      
#9 PostWysłany: 21 Cze 2018 19:51 

Rejestracja: 05 Lis 2011
Posty: 10
Loty: 58
Kilometry: 82 655
niebieski
6 kwietnia – Hong Kong

Zaczynamy od śniadania, które jak się okazało mamy w cenie pokoju. Zresztą podobnie jak transfer na lotnisko. Ze względu na Qingming, hotel i restauracja pękają w szwach. Personelu brak, talerzy, sztućców czy filiżanek trzeba szukać na sali. O stolik też trzeba zawalczyć. Śniadanie więc przebiega w tempie przyspieszonym. Wracamy do pokoju po walizki, czekamy na transfer i tu pierwsza tego dnia chwila prawdy – sprawdzamy wagę walizek. Okazuje się, że obie mieszczą się w 20 kg.

Na lotnisku jesteśmy po niecałych 10 minutach. Do check-inu tłumy, a self check-in nie chce mnie obsłużyć ze względu na połącznie Cathay Dragon i Air France na jednym bilecie. Odstajemy grzecznie swoje w kolejce, dostajemy boarding pass na pierwszy odcinek, potwierdzenie bagażu na cathayowej tekturce, a walizki zobaczymy za 24h w Warszawie. Nie wiem dlaczego, ale landside lotniska w Kaohsiung kojarzy mi się ze strefą CDE Lotniska Chopina. Tylko trochę postarzoną 🧐 Security przebiega szybko i zostaje nam około godziny do lotu. Wydajemy więc resztki tajwańskich dolarów na pudding z mango, który pamietamy z Tainanu. Tego smaku się nie zapomina.

Image Image

Cathay Dragon znów miło zaskakuje przeprowadzając pełny serwis. Po godzinie lotu lądujemy w deszczowym Hong Kongu. Nastroje lekko osłabły, bo nie mamy ani parasoli ani kurtek w bagażu podręcznym. Można odnieść wrażenie, że ten terminal nie ma końca. Aż tu nagle ukazuje się naszym oczom immigration, a przed nim potężna kolejka/kolejki. Nie ma czasu do stracenia. Wypełniamy formularzyki i dołączamy do tego marszu pingwinów, by dotrzeć do strażnika, a ten po przewertowaniu kilkukrotnie paszportu wydrukował paskudny arrival slip.

Żeby ułatwić sobie zwiedzanie postanawiamy kupić karty Octopus (hongkoński odpowiednik iPASSa, czy EasyCard). Przy stoisku okazuje się, że płatność wyłącznie gotówką. Nic prostszego, już przywykłem – bankomat, Revolut… błędny PIN po raz pierwszy, drugi i po raz trzeci. Co poszło nie tak? Bankomaty mają inny układ klawiszy. Zwykle pinpad przypomina klawiaturę telefonu, a ten w HK – klawiaturę kalulatora. Karta zablokowana, support wyłącznie przez czat i odpowie w ciągu kilku godzin. Zdecydowanie przydaje się ukraińska karta Kyivstar i ich tani roaming. 100 MB w Hong Kongu kosztuje 60 hrywien (ok. 8,50 zł). Całe szczęście pozostał jeszcze dolarowy Mastercard z TMUB.

Wychodzimy z lotniska, a deszcz wciąż pada. Zgodnie z poradami znalezionymi w internetach wsiadamy w autobus A11 i zmierzamy do centrum. Widoki z górnego pokładu faktycznie są wybitne. Na tyle wybitne, że zapominam zupełnie o robieniu zdjęć. Gdy wysiadamy przy stacji Sheung Wan po deszczu już nie ma śladu. Idziemy więc do Man Mo Temple. Wąskimi uliczkami, schodami docieramy do świątyni. Nasza wiedza na temat taoizmu wciąż nie jest zbyt duża, więc pewnie pomijamy tysiące ważnych dostrzeżenia szczegółów.

Image Image Image

Ze świątyni udajemy się w kierunku The Peak Tram. Po drodze odwiedzając 7-Eleven i pocztę, bo zapomnieliśmy wysłać wszystkie przygotowane pocztówki. Znaczki są droższe niż w Tajwanie, ale wciąż tańsze niż krajowe przesyłki w Polsce. Kolejka do Peak Tram jest ogromna. Próbowaliśmy znaleźć jej koniec, ale w pewnym momencie odnaleźliśmy znak 2 hours from here. Zdecydowanie nie mamy dwóch godzin na zmarnowanie. Na The Peak wjeżdżamy minibusem. Warto wspomnieć, że minibusy mają ograniczoną ilość miejsc i na przystankach ustawiają się kolejki. Turyści z mainlandu próbują się wciskać, więc trzeba być stanowczym 😇

Image Image Image Image

Prosto ze stacji autobusowej idziemy do The Peak Tower. Na szczyście budynku znajduje najwyższy punkt widokowy na wyspie The Sky Terrace 428 oferujący podobno najlepsze widoki. Schodamy ruchomymi w górę, do kasy biletowej i… to kolejne miejsce, gdzie nie można zapłacić kartą. Bankomat jest na najniższym piętrze – schodami w dół. Znów do kasy – schodami w górę. Na taras widokowy też wjeżdżamy schodami ruchomymi. Można odnieść wrażenie, że ten budynek to same schody ruchome. Widoki na szczycie zapierają dech w piersiach, ale naszą uwagę zwrócił język polski, którego nie słyszeliśmy od dwóch tygodni. Okazuje się, że to podobny duet do naszego, czyli dorosły syn + mama i trochę szkoda, że zapomnieliśmy prostego dzień dobry.

Image Image Image Image

The Peak opuszczamy autobusem 15. Wybór był prosty – kolejka podobnej długości, co do minibusa, ale autobus jest znacznie bardziej pojemny. Autobusem jedziemy aż do stacji Admiralty i podjeżdżamy kilka przystanków ding-dingiem do IFC Mall. Zwiedzamy centrum handlowe, ale szukamy też Tim Ho Wan, bo jak to tak być w Hong Kongu i nie pójść na dim sum. Po ponad godzinie szukania okazuje się, że restauracja nie jest w centrum handlowym, a na stacji MTR w podziemiach. Widząc kolejkę decydujemy się take-away. Zbliża się godz. 19, a nie możemy przegapić pokazu o 20. Zaopatrzeni w dim sum wsiadamy w MTR i jedziemy na Kowloon. Pech chciał, że Avenue of Stars do przyszłego roku jest zamknięta. W lekkim pośpiechu znajdujemy wreszcie miejsce we wschodniej części Tsim Sha Tsui Promenade. Otwieramy torbę z Tim Ho Wan i… chyba nie poradziliśmy sobie z zamawianiem, bo chicken legs z menu, które wzięliśmy za kurze udka, okazały się kurzymi łapkami. Całe szczęście zamówiliśmy też masę pierożków i kleisty ryż w liściu lotosu. A Symphony of Lights minęło nam w atmosferze jedzenia. Warto pobrać wcześniej korzystając z Wi-Fi aplikację, która synchronizuje muzykę z pokazem. My tego nie zrobiliśmy i nawet nie zauważyliśmy, że pokaz się skończył. Mamy powód, żeby wrócić do Hong Kongu!

Image Image Image

Pozostało niewiele ponad 2 godziny do lotu do Paryża, a wciąż jesteśmy w Kowloon. Wsiadamy więc w Airport Express i jedziemy na lotnisku. Po wyjściu z pociągu dzielimy się na dwa. Ja zostawiam sobie Octopusa i odwiedzam MTR Gift Shop, a mama biegnie z Octopusem odzyskać kaucję. Następnie ruszamy do check-inu Air France, żeby dostać karty pokładowe na kolejne odcinki. Nasze rezerwacje odnajdują się w systemie, pracownik prosi o potwierdzenia nadania bagażu, zaglądamy do paszportów i… nie ma ich! Wszystko wskazuje na to, że strażnik imigracyjny skutecznie posprzątał nam paszporty. Robi się zamieszanie, do lotu coraz mniej czasu, ale w ostateczności kończy się na it's ok, it's ok i ruszamy dalej. Poświęcamy chwilę czasu na przebieranie się w wygodne ciuchy i krótką toaletę, idziemy do gate'a i… jednak nie ok. Czerwona lampka, znów chaos, agentka przez radio krzyczy po chińsku i jedyne co rozumiemy to CATHAY, CATHAY. Po kilku minutach podchodzi do nas rosły Chińczyk z odblaskowymi kamizelkami i mówi, że będziemy musieli rozpoznać nasze walizki na płycie lotniska. Faktycznie idziemy dziwnymi korytarzami na apron, a w odległości stoją dwie walizki, nasze. Potwierdzamy ich naszość i wsiadamy do samolotu.

7 kwietnia

Lot odbywa się bez większych atrakcji oprócz oprysku insektycydami na powitanie. Po wylądowaniu w Paryżu i przejściu do terminala 2F. Od razu kieruję się w stronę tablic informacyjnych. To kolejny dzień strajku w Air France, ale nasz lot ma się odbyć o czasie. Następnie idę do obsługi Air France, żeby się upewnić czy znów nie będziemy musieli identyfikować bagażu. Tłumaczę całą sytuację, agentka leniwie klika i dialog kończy się tak:

– I have nothing to tell you.
– Is it nothing good or everything's ok?
– Everything is ok.

Powiedzmy, że nas to uspokoiło. Z tej radości wydajemy majątek w duty-free. Po tylu godzinach w podróży jesteśmy bardzo podatni na sugestie i dobrze przedstawiona oferta wydaje się jedyną taką. Tajwan nie nadwyrężył zbytnio naszych portfeli i możemy sobie spokojnie pozwolić na szaleństwo. Bramka zmienia się dwukrotnie, by skończyć w podziemiach – do samolotu pojedziemy autobusem. Wszystko dzieje się bardzo powoli, do samolotu wsiadamy już po godzinie planowanego startu i spędzamy w nim sporo przed odlotem. Obsługa opryskliwa, praktycznie chamska, typowo strajkowa.

W Warszawie lądujemy z półgodzinnym opóźnieniem i oto kolejna chwila prawdy – czy nasz bagaż przyleciał razem z nami. Kolejne walizki wjeżdżają na taśmie i w pewnym momencie pojawiają dwie bardzo poobklejane sztuki. Od razu wiemy, że to nasze. Oprócz typowych dla HKIA naklejek, są jeszcze dodatkowe z chińską kaligrafią 😅 Zostały nam prawie trzy godziny do pendolino do Wrocławia, więc spokojnie jedziemy SKM do centrum i z pełną świadomością zjadamy obiad w McDonaldsie. 37. godzina podróży wsiadamy w pociąg. Kolejne trzy i pół przesypiamy w strefie ciszy. Po przyjeździe do Wrocławia naturalnie zamawiamy Ubera, bo nie mamy już siły na transport publiczny.

– Skąd Państwo przyjechali?
– Z Warszawy, ale tak naprawdę to z Tajwanu, przez Hong Kong, Paryż i Warszawę.
(…)
Góra
 Profil Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
#10 PostWysłany: 08 Lip 2018 13:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Kwi 2012
Posty: 1018
Loty: 37
Kilometry: 86 073
złoty
Świetna relacja i wyprawa. Na pewno też przyda się przy ewentualnym zwiedzaniu Tajwanu.
Tylko niepotrzebnie tak małe zdjęcia dałeś, wygodniej się czyta i ogląda, gdy nie trzeba otwierać w nowych kartach, a wystarczy przewijać ;)
_________________
Przez Bliski Wschód i Kaukaz - Relacja z wyprawy do Turcji, Iranu, Armenii i Gruzji
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 10 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: sebadtian1515 oraz 6 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group