Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 3 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 12 Lut 2017 13:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 29 Gru 2014
Posty: 31
Loty: 49
Kilometry: 121 298
Od kilku lat chodziła za nami Tajlandia. Jesteśmy podróżnikami ze skromnym stażem, głównie podróżujemy z namiotem po Europie. Azja była dla nas odległym marzeniem. W październiku po przeanalizowaniu plusów i minusów oraz kalkulacji przyszłego roku (czeka nas budowa domu) podjęliśmy męską decyzję o zabukowaniu biletów w okresie ferii zimowych. Szukanie dobrej oferty zajęło nam trochę czasu, ale w końcu znaleźliśmy połączenie Berlin – Amman – Bangkok – Amman - Berlin w terminie, który nas interesował za ok 1900zł (linie Royal Jordanian). Bukowaliśmy niestety przez pośrednika tickets.pl którego absolutnie NIE polecamy (na 5 dni przed wylotem poinformowali nas o anulowaniu lotu pierwszego – w rzeczywistości przewoźnik zmienił trasę i lecieliśmy z postojem we Frankfurcie, nie chcieli uznać zmiany przewoźnika… napsuli nam nerwów przed wyjazdem ale ostatecznie potwierdzili lot). Z wydrukowanymi potwierdzeniami lotów, zapakowanymi plecakami wyruszyliśmy z Poznania w podróż życia.

19.01-20.01
Godzina 3.30 rano, zwarci i gotowi ruszamy w świat. Transfer Polskim Busem do Berlina, następnie kolejka i autobus na lotnisko Tegel. Okropne, chyba najbrzydsze lotnisko jakie w życiu widziałam. Ok 14 wsiadamy do samolotu i lecimy przez Frankfurt do Ammanu. W Jordanii lądujemy ok 22. Lotnisko bardzo czyste, z wykładzinami i bardzo niewygodnymi siedzeniami. Na przesiadkę mamy 4h, przechodzimy odprawę i udajemy się w kierunku naszego gate’a. Tam rozkładamy się na wykładzinie i czekamy. O 2 ładują nas do samolotu, który przez godzinę stoi i ani myśli ruszać w stronę Tajlandii. Personel informuje nas, że z powodu gęstej mgły musimy wyjść z samolotu i prawdopodobnie polecimy dopiero ok 8 rano…zmęczeni dotychczasową podróżą udajemy się na lotnisko, gdzie ostatecznie czekamy do 10:30, dopiero teraz pogoda umożliwia start i lot do Bangkoku, do którego docieramy o 2 w nocy czasu lokalnego. Przez różnicę w czasie oraz nieplanowany przestój w Ammanie uciekła nam połowa dnia w Bangkoku.
Image

Image




21.01

O 2 w nocy lądujemy w Bangkoku, zmęczeni drogą, niespodziewaną nocką na lotnisku i zmianą czasu od razu kierujemy się na postój taksówek. Przed wyjazdem zarezerwowaliśmy tylko jeden nocleg – na pierwsze dni w Bangkoku, mamy adres. Taksówkarz instruuje nas, że musimy pobrać bilecik co też robimy. Wsiadamy do taksówki, na szczęście trafiamy na Taja, który mówi po angielsku. Informuje nas o tym, że poniesiemy dodatkową opłatę za wyjazd z lotniska i autostrady. Zgadzamy się i ruszamy. Po godzinie jazdy docieramy do dziwnej dzielnicy w Bangkoku pod nas hostel, daleko od jakiejkolwiek turystycznej części miasta. Taksówkarz od razu kwituje „this is not for you, you should be on khaosan road, i’ll take you there”. Niewiele myśląc zgadzamy się żeby zawiózł nas gdziekolwiek. Kolejne 30 minut drogi upływa nam szybko. Dojeżdżamy do Khaosan road, zabieramy bagaże i rozliczamy się z kierowcą (za całą trasę z opłatami lotniskowymi i drogami szybkiego ruchu wyszło 600baht). Na khaosan mimo później pory (ok 3;30-4 rano) nadal jest dużo ludzi, ulica tętni życiem. Znajdujemy pierwszy lepszy hotel (1090 baht/pokój z klimą i własną łazienką). Bierzemy prysznice i padamy bez sił na łóżko.
Po kilkugodzinnym śnie wstajemy ok 10 (wymeldować musimy się do 11). Sprawdzamy w internecie oferty tanich hosteli w okolicy, nanosimy na mapę (korzystamy z aplikacji maps.me – dość dobrze się sprawdza, chociaż czasem gubi gps). Po upływie kilkunastu minut jesteśmy już zameldowani w tańszym hostelu trochę dalej od hałaśliwej Khaosan (Sweety guesthouse 460 baht/pokój z łazienką i wiatrakiem). Zostawiamy plecaki i ruszamy na podbój Bangkoku.
Idąc w kierunku Wat Pho (świątynia leżącego Buddy) trafiamy do jednej z wielu tajskich knajpek oferujących dania kuchni tajskiej. Zjadamy nasze śniadanie i idziemy dalej. Przechodzimy wzdłuż Pałacu Królewskiego którego niestety tego dnia nie można zwiedzać z powodu wizyty królowej (tak przynajmniej poinformowali nas żołnierze/mundurowi ustawieni na stanowiskach wokół pałacu). Docieramy do świątyni, płacimy wstęp (100 baht w tym butelka wody). Wchodzimy do środka, naszym oczom ukazuje się wielki, złoty, leżący Budda. Po obejrzeniu tej majestatycznej i imponującej rzeźby zwiedzamy cały kompleks świątyni. Zdobienia, złoto, wszechobecne postaci buddy robią na nas wrażenie.

Image

Image

Image


Nadchodzi czas na obiad więc wracamy na khaosan road w poszukiwaniu jedzenia. Ceny bardzo przyjemne – 30 baht za sajgonki, 50 bath za pad thai z kurczakiem. Wcinamy porcję tajskiego street food i ruszamy dalej na zwiedzanie okolicy. Na Bangkok będziemy mieli jeszcze kilka dni na koniec wyjazdu więc nie spieszy nam się z odhaczaniem atrakcji. Udajemy się do jednej z wielu knajpek na piwko.

Image

Image

Czekamy do zmierzchu żeby zobaczyć Chinatown w pełnej krasie. Udajemy się tam pieszo (ok 2,5-3km) głównie małymi uliczkami, także przez china market, który o tej porze jest już zamknięty. Docieramy do Chinatown, a konkretnie do głównej ulicy z całym tłumem turystów, oraz morzem neonów. Spędzamy tu trochę czasu wcinając sajgonki i owoce z okolicznych straganów. Łapiemy tuktuka (targujemy cenę do 100 baht) i wracamy na khaosan. Po kolacji w sprawdzonej wcześniej knajpce wracając do hostelu trafiamy do baru na imprezę razem z Węgrem, Brytyjczykami, Szwedami, Tajką i parą Filipińczyków. Bawimy się świetnie. W końcu lądujemy w hostelu zmęczeni po całodniowym zwiedzaniu i szwędaniu się, zapadamy w krótki sen bo rano mamy już plan wyjazdu do Ayutthay'i. Jedno wiemy – Tajlandię uwielbiamy coraz bardziej :D


Image

Image

Image

cdn.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 12 Lut 2017 14:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 29 Gru 2014
Posty: 31
Loty: 49
Kilometry: 121 298
22.01

Po wczorajszej imprezie zwlekamy się z łóżka z lekkim kacem. Ale nie ma co się rozczulać ruszamy dalej w drogę. Łapiemy taksówkę na dworzec kolejowy, kierowca bez problemu włącza taksometr nawet nie trzeba go upominać. Po kilku minutach jesteśmy już na dworcu, kupujemy bilety do Ayuthhay’i (30 baht za osobę) i kupujemy w piekarni jakieś śniadanie i wodę na drogę. Do pociągu mamy kilka minut, wsiadamy i zajmujemy miejsca. Pociąg planowo ma jechać 2h z czego prawie godzinę wyjeżdżał z Bangkoku. Na każdej stacji do pociągu wsiadają tajscy sprzedawcy z sokami, wodami, pad thai’em w workach, owocami… W końcu docieramy do Ayutthay’i.

Image

Ponieważ pozostałości miasta, które nas interesują są kawałek drogi od stacji wypożyczamy skuter (200 baht za cały dzień) Przy stacji można wypożyczyć albo skutery albo rowery, ale temperatura powietrza zdecydowanie przemawia za skuterem. Ruszamy w stronę ruin. Po kilku minutach jesteśmy na miejscu, parkujemy skuter, obserwujemy słonie, które tutaj mają trasę na przewożenie turystów, dość osobliwe połączenie beton, samochody, kable i słoń.

Image

Image


Ruszamy w stronę ruin, szwędzamy się trochę bez celu podziwiając ogrom i piękno pozostałości miasta. Rozległość terenu robi wrażenie, podobnie jak żar który leje się z nieba. Szukamy miejsc z cieniem. Przechodząc od zabudowań do zabudowań trafiamy na ogrodzony park, na którego końcu znajduje się słynna głowa buddy w drzewie. Udajemy się tam betonowymi ścieżkami pośród drzew, które dają upragniony w tym skwarze cień. Wokół oczka wodne i potoczki – sielsko, anielsko. Ponieważ jest niedziela cały kompleks możemy zwiedzać za darmo. Sam Budda w drzewie nie robi na nas dużego wrażenia. Spodziewaliśmy się większej rzeźby, tymczasem zastaliśmy stosunkowo małą głowę pośród konarów. Nie zmienia to jednak odbioru całego miejsca, które jest totalnie wspaniałe i warte polecenia. Jest oddalone od Bangkoku o 2h jazdy pociągiem więc zdecydowanie powinno znaleźć się na liście must see.

Image

Image

Image

Image


Image


Po obejściu głównych miejsc wsiadamy na skuter i zwiedzamy pozostałą część miasta ze skutera. Wracamy na dworzec, zjadamy wczesny obiad i czekamy na pociąg, który jest opóźniony (jak to w Tajlandii). Wreszcie wracamy do Bangkoku ok 17 i udajemy się w okolice hostelu, szybki prysznic i można iść na obiad. Dziś już nie zwiedzamy Bangkoku, ponieważ jutro czeka nas lot do Hai Yai i następnie transfer na wyspy. Po kolacji i piwku wracamy do hostelu, pakujemy plecaki i idziemy spać.

Image

Image


23.01-25.01 koh Lipe

Dziś wstajemy o 3.30 ponieważ o 6.30 mamy lot do Hai Yai (rezerwowany w Polsce, przewoźnik air asia, razem z transferem na wyspę koh Lipe. z bagażem rejestrowanym, busem i speed boat'em cena wyniosła nas 240 zł/os). Łapiemy taksówkę i jedziemy na lotnisko "domowe" Bangkoku. Duże, bardzo przejrzyste i logicznie rozplanowane, nie trzeba przechodzić kilometrów.

Image

Po locie odbieramy bagaż, przechodzimy do klimatyzowanego busa który zawozi nas do portu w Pakbara. Tu zjadamy późne śniadanie, kupujemy wodę i wsiadamy na speed boat'a. Około godziny 13 docieramy na koh Lipe - małą wysepkę na południu która ma w sobie wszystko to co do urlopu potrzebne - turkusową wodę, bajecznie sypki pasek, świetne rafy do pływania z maską, knajpki z przystępnymi cenami za jedzenie, kilka pubów... niestety do pełni szczęścia brakuje lazurowego nieba i słońca. Będąc jeszcze w Polsce wiedzieliśmy, że południe Tajlandii przeżywa "załamanie" pogodowe, ale nie spodziewaliśmy się aż takich chmur. Szybko znajdujemy nocleg w bamboo-chatce (Art Garden w okolicach sunset beach, 1000 baht/domek). Zostawiamy bagaże i idziemy na plażę.

Image
bamboo domek w art garden

Image
wyspiarskie taksówki

Image

Image

Image

Po wizycie na plaży i zwiedzaniu okolicy znajdujemy domki dużo bliżej plaży sunrise beach w takiej samej cenie co nasz. Bez namysłu rezerwujemy domek w strefie B (10 m od plaży za 1000 baht/domek) na dwie kolejne noce. Miejsce nazywa się Varin house czy jakoś tak. Obsługuje starszy, bezzębny, przemiły Taj :D który do domków podjeżdża skuterem :lol:

Wieczorem idziemy na pataya beach, siadamy przy jednej z knajpek i pijemy piwko. Bardzo przyjemna wyspa, trochę ludzi ale bez nadmiernych tłumów. ok godziny 23-24 w knajpkach robi się coraz ciszej. Nie ma tu chyba konkretnych imprezowni jak na PhiPhi. Idealna wyspa dla rodzin z dziećmi i osób które chcą wypocząć nie rezygnując jednak z możliwości kontaktu ze światem :) Zostajemy tu przez dwa kolejne dni, z czego w ciągu jednego leje deszcz raz delikatnie, raz tworząc ścianę deszczu. Na szczęście mamy już domek przy plaży dlatego Krzysztof chętnie korzysta z pustej plaży i jeszcze bardziej pustej wody.

Image
chatka w Varin

Image

Image


25.01 wychodzi upragnione przez nas słońce. Cały dzień plażujemy i pływamy z maską. Obchodzimy wszystkie trzy plaże. Do obserwowania rybek zdecydowanie najlepsza jest pathaya beach - są nawet rybki nemo :) Sprawdzmy pogodę na kolejne dni - okazuje się, że na Koh Lipe zapowiadane są duże opady. Decydujemy się na przejazd na koh Mook (koh muk). Rezerwujemy łódkę na następny dzień rano.

Image

Image

Co polecamy na koh Lipe:
- knajpę Elephant na głównej walking street - super klimat, śpiewanie z obecnym tu zespołem, świetna atmosfera, otwarci mili ludzie
- domki Varin koło Sunrise beach - przystępne cenowo jak na wyspy (ceny od 600 baht - te domki najdalej plaży)
- pływanie z maską przy pathaya beach - miejsce idealne do obserwacji rybek
- jedzenie wszędze pyszne i przystępne cenowo

Ogólnie z wysp na których byliśmy Koh Lipe najbardziej nam się spodobała :)

cdn.
Góra
 Relacje PM off
Kalispell lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 12 Lut 2017 20:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 29 Gru 2014
Posty: 31
Loty: 49
Kilometry: 121 298
26.01-27.01 koh Muk i emerald cave

Pogoda przegnała nas z małej i spokojnej koh Lipe w kierunku północnym. Spośród wcześniej wybranych wysp (koh muk, koh kradan, koh ngai) wybraliśmy koh muk z prostej przyczyny - na booking było tam najwięcej ofert przystępnych cenowo noclegów. Od razu mówię, że na booking nic nie rezerwowaliśmy - sprawdzaliśmy tylko dostępność, ceny i lokalizację danej miejscówki po czym jechaliśmy na miejsce i niejednokrotnie cena na miejscu okazywała się dużo niższa niż na booking.

26.01 Rano spakowaliśmy bagaże i przeszliśmy, zahaczając o śniadanie, na plażę pathaya z której odbywał się transfer na koh muk. Standardowo pokazujemy karteczkę, którą dostaliśmy podczas opłaty w agencji (1300 baht/os), otrzymujemy naklejkę z nazwą naszej wyspy, oraz oznaczenie na bagaż. Po kilku minutach punktualnie podpływa speed boat którym płyniemy na koh muk. Po ok 3h docieramy na cudowną plażę, za którą rozpościera się resort z basenem, wielką restauracją i wszystkimi udogodnieniami. My nie zamierzamy się zatrzymywać w takim miejscu i wyruszamy na drugą stronę wyspy. Kursują tu taksówki (skuter z przytwierdzonym z boku koszem na turystów - 50baht/os), jednak my jesteśmy twardzi i drałujemy z plecakami w 30 stopniowym upale, przy wysokiej wilgotności powietrza, przez tajską dżunglę 3,5 km na drugą stronę wyspy zaoszczędzając te całe 100 baht... idioci :) W czasie spaceru podziwiamy okolicę, która tak bardzo różni się od koh Lipe: zero komercji, zero turystycznych znaków, tylko lokalsi i dżungla. cisza, spokój, zieleń...

Image

Image

Image

Image

Po długim i męczącym marszu docieramy do cocolodge, gdzie wynajmujemy domek z bambusa na dwie noce (800 baht/domek na dobę). zostawiamy plecaki i idziemy zwiedzać okoliczne plaże. Na koh Muk są 3 główne plaże: ta na której wyrzuciła nas łódka, kolejna otoczona resortami na południowej stronie od portu (a właściwie mola) oraz jedna do której nie udało nam się dotrzeć ponieważ droga prowadziła przez dżunglę która w pewnym momencie po prostu się zamykała odcinając drogę. Nam osobiście przypadła do gustu najbardziej plaża "resortowa".

Image
bamboo domek w cocolodge

Image
bardziej lokalsowa część wyspy

Image

Image
odpływ

Image

Image
droga na plażę za dżunglą

Image
huśtawki są wszechobecne :)

Image

Image

Po zwiedzeniu plaż przyszedł czas na poszukanie jedzenia. W miarę blisko naszego noclegu była rodzinna knajpka z cudownym tajskim jedzeniem chyba nazywała się team restaurant czy jakoś podobnie. Jedzenie godne polecenia. W drodze powrotnej udało nam się zabukować wycieczkę do słynnej emerald cave - laguny mieszczącej się za jaskinią o długości 80 metrów. umówiliśmy się na kwotę 800baht za łódkę z przewodnikiem (w jaskini trzeba przepłynąć wpław 80m oraz w najlepszym wypadku drugie tyle z łódki do wejścia do jaskini). Zakupiliśmy kilka piwek i wieczór zakończyliśmy na tarasie naszego bamboo domku.

Następnego dnia rano zjedliśmy śniadanie w naszym "resorcie" i poszliśmy na molo z którego odebrał nas nasz przewodnik. Mieliśmy łódkę tylko dla siebie, widoki przecudowne. Po kilku minutach dotarliśmy do "parkingu" dla łódek koło skał. Nasz przewodnik przywiązał łódkę, podał nam płetwy, zapytał czy chcemy kapok, założył czołówkę i wskoczył do wody. My za nim. Popłynęliśmy do wejścia do jaskini, następnie w jaskini 80m w prawie całkowitej ciemności. Stopniowo, gdy zbliżaliśmy się do laguny woda przybierała kolor turkusu, który niesamowicie kontrastował z czarnymi skałami jaskini. Widok obłędny. Po dotarciu do laguny naszym oczom ukazała się mała plaża otoczona zielonymi wzgórzami. absolutne must see. Posiedzieliśmy ok godzinę (wcześnie rano nie są pobierane opłaty za pobyt na tej plaży plus nie ma całej masy turystów - warto wstać i mieć lagunę tylko dla siebie) i popłynęliśmy do łódki tą samą drogą.
Resztę dnia spędziliśmy na plażowaniu i leniuchowaniu. Znaleźliśmy też całkiem korzystny transfer na koh phi phi, który zabukowaliśmy na kolejny dzień (950 baht/os - w cenie łódź na koh lantę, transfer busem przez koh lantę, łódź na koh phi phi.) Zamówiliśmy też taksówkę na następny ranek - tak nie będziemy drugi raz pokonywać tej trasy z plecakami - no way! Zadowoleni z siebie udaliśmy się do zaprzyjaźnionej knajpy na pyszne tajskie jedzenie oraz piwo :) dzień zakończyliśmy na tarasie.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
pajączek

Image

Image

-- 12 Lut 2017 20:15 --

28.01 - 01.02 koh Phi Phi

28.01
wstajemy, pakujemy się do super wyspiarskiej taksówki i jedziemy na plażę z której mamy łódkę na koh phi phi. Trasa łódki biegnie do jednego portu na koh lancie, następnie przejazd busem na drugą stronę wyspy i kolejna łódka na koh phi phi - jednym słowem połowa dnia na morzu :) Transfer przebiega bez opóźnień, mamy dodatkową atrakcję w postaci busa - paka zrobiona z drewna, nasze bagaże jadą na dachu :) super, tak tajsko, tak inaczej. Coraz bardziej kochamy Tajlandię

Image

W porcie czekamy chwilę i wsiadamy na dużą łódź, to już nie jest speed boat, ale też spoko. Razem z nami płynie sporo ludzi. W porcie na koh Phi Phi kolejka do punktu poboru opłat - 20 baht za utrzymanie porządku. Płacimy i idziemy w kierunku wcześniej naniesionych tanich hosteli. Uderza nas dosłownie ilość ludzi. Jest gęsto od turystów. Pierwsze wrażenie - zabierzcie mnie z powrotem na koh lipe... Cała masa stoisk z suwenirami, knajpek, pubów, sklepów... z każdego kąta słyszysz "thai masażżżż, fuuut masażżżżż" "heloł maj frend, best prajs for ju" itp... Okropnie. W tym gwarze docieramy do hostelu, którego nie polecamy (tara inn) cena za pokój dwuosobowy z łazienką 800 baht ale znajduje się koło dwóch dużych imprezowni więc dopiero ok 3-4 w nocy robi się w miarę cicho. Zostawiamy bagaż i idziemy po proszek do prania. Robimy szybkie odświeżenie ciuchów, plusem miejscówki jest duża ilość sznurków do wieszania prania.

Zabieramy najpotrzebniejsze rzeczy i śmigamy na long beach. Po drodze wpadamy na szybkiego pad thaia i smażony ryż z kurczakiem. Na long beach idziemy pieszo, wzdłuż plaży, która właśnie przeżywa odpływ i w niczym nie przypomina pocztówkowych widoków błękitnej wody z pięknymi tekowymi łódkami. Docieramy do plaży która nie robi na nas oszałamiającego wrażenia. Trochę pływamy, trochę wygrzewamy się w promieniach zachodzącego słońca. Po zachodzie zbieramy się w stronę miasta.

Image

Image

Udajemy się na spacer po komercyjnej części wyspy. Trafiamy na plażę po przeciwnej stronie portu gdzie obok siebie są chyba trzy imprezownie. Przy każdej odbywa się żonglerka płonącymi patykami. Całkiem imponujące poza dudniącą muzyką, która wwierca się w nasze bębenki... Kupujemy piwo w sklepie i siadamy na plaży. Zastanawia nas widok ludzi z wiaderkami, jak się później okazuje całkiem sporo tu punktów gdzie za 150 baht można takie wiaderko z wybranym drinkiem zakupić. Próbowaliśmy - dobre, uczciwe drinki. Jak się później okazało wiaderka są nad ranem wybierane ze śmieci, myte i na nowo "puszczane" w obieg. Dlatego też tylko raz z nich skorzystaliśmy i przestrzegamy :)
W drodze między jedną knajpą a pubem poznajemy parę rodaków: Janka i Kamilę. Miło spędzamy wieczór na rozmowach o podróżach. ok 2 w nocy udajemy się do naszego hostelu i zapadamy w sen :)

cdn.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 3 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group