Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 6 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 06 Lut 2017 21:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Mar 2013
Posty: 67
Hej!

Poniżej mój kolejny tekst z wyjazdu, tym razem celem była Tajlandia. Zanim zaczniecie czytać, chciałbym żebyście wiedzieli, że jest to często bardzo obszerny subiektywny opis miejsc, zdarzeń i ludzi, których spotkaliśmy po drodze. Na końcu umieściłem kilka informacji typowo praktycznych , które mogą się Wam przydać jeśli dopiero wybieracie się w tamte rejony świata.

Zapraszam do lektury i oglądania zdjęć.



26 - 27 listopada

No to startujemy. Nasza trasa Gdynia – Kołbaskowo nie pozwala rozwinąć oszałamiających prędkości, więc wyruszamy z domu o 7:30 rano. Unikając fotoradarów, na Santwinkler Damm w Berlinie, czyli słynnej parkingowej ulicy lądujemy kolo 15:30. Po drodze ostatnie rodzime smaki – parówka z bułką, upewnienie się, że auto zamknięte i idziemy na lotnisko TXL. Odprawa bagaży, kontrola bezpieczeństwa i jesteśmy w samolocie. Airbusem A330-300 lecimy po raz pierwszy, fajne wrażenie w porównaniu do krótkich lotów realizowanych przez mniejsze odrzutowce. Po dotarciu do Doha w Katarze pierwsze kroki kierujemy do tzw. Family Silent Room. Miejsce ciekawe, przeznaczone typowo do odpoczynku, a dokładniej mówiąc spania, niestety ze względu na brak miejsca i nieprzyjemny zapach, szybko szukamy innej lokalizacji. Lotnisko emanuje luksusem, whiskey za 15000$, zegarki, czy sportowy roadster (chyba F3) robią niezłe wrażenie. Za tym luksusem idzie również poziom czystości tego miejsca. Kilkukrotnie widzieliśmy, jak pracownicy pucują lśniące od czystości szyby, fragmenty ścian itp. Jeżeli miałbym oceniać czystość lotniska w Doha, to faktycznie można przyznać mu 10 na 10 (nie licząc pokoi do spania, o czym pisałem wyżej, ale tylko ze względu na zapach). Bunkrujemy się na kolejne 7 godzin, próbując zasnąć w pozycji na sinusoidę ze względu na podłokietniki. Po kolejnych kilku godzinach docieramy do Bangkoku. Trochę niechętnie, ale od razu po wyjściu z lotniska zostajemy przesortowani i lądujemy przy stanowisku do zamawiania taksówek. Mówiąc krótko, są to komputery, w których klikamy na przycisk, następnie wychodzi bilecik, który wskazuje nam stanowisko, przy którym za chwilę pojawi się taksówka dla nas. Wsiadamy do auta, kierowca sam z siebie dzwoni do naszego hostelu i informuje o przyjeździe / pyta o drogę dojazdu - organizacja kosmiczna! Trafiamy do naszego hostelu, jest godzina 19 czasu miejscowego. Po szybkiej higienie ruszamy w pobliskie zaułki na rekonesans. Poszukując jedzenia, trafiamy na targ Khlong Toei, jest godzina 21, setki ludzi pracują przy układaniu owoców, noszeniu worów z ryżem, ubijaniu kurczaków, obieraniu ich z piór i innych podobnych czynnościach, ale nikt wokoło nie robi jedzenia. Setki uliczek i ścieżek pokrytych wodą zmieszaną z krwią, szlamem itp. Zapach mięsa, owoców morza i tego, o czym pisałem wcześniej – dopiero później wyczytałem, że na to targowisko lepiej nie wybierać się w sandałach... Lubię takie, autentyczne miejsca, gdzie widać jak funkcjonują miejscowi mieszkańcy, jednak jedzenia tu nie znajdujemy. Dopiero po kilkudziesięciu minutach trafiamy na mały niepozorny straganik, gdzie Tajka serwuje za kilkanaście batów szaszłyki na bazie nóżek z kurczaka, wątróbek i skrzydełek oraz jakiś rodzaj pasty chili z czymś, co wyglądało na surowe rybki. Czasem lepiej nie wiedzieć...

Image
W drodze na lotnisko - parking w Berlinie przy ulicy Santwinkler Damm

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
Wyjście z lotniska Don Muang w Bangkoku

Image

Image

Image



28.11

Pobudka, poszukiwanie pierwszego tajskiego śniadania. Światło dzienne sprawia, że nasze poszukiwania nie trwają zbyt długo. Nie dalej niż kilkadziesiąt metrów od naszego noclegu trafiamy na pierwsze pad thai. Stoisko ustawione na prowizorycznej, ale wiekowej podłodze, bezpośrednio nad kanałem ściekoworzecznym. Świeża ryba, ryż, pachnący kurczak w curry i warzywa, mix ląduje na naszych talerzach. Jedzenie jest przepyszne, syte, tłuste i z pewnością nie przypomina europejskiego śniadania. Bangkok, miejsce bardzo widocznego rozwarstwienia społecznego. Przeszklony wieżowiec Mitsubishi Motors z panem wstrzymującym ruch na ulicy, gdy ktoś wyjeżdża z jego terenu, a obok 3-metrowy mur, pod którym tajska rodzina zawija mięso w liście bananowca, szykując się do kolejnego poranka. Trochę jak na filmie, ale tak właśnie to wygląda. Transferujemy się do centrum. Kierunek szlagier – Świątynia Szmaragdowego Buddy. Na wejściu kontrola bezpieczeństwa, policjanci zaglądają wszędzie i robią to na tyle dokładnie, że przeglądają nawet ubezpieczenie samochodu, dowód rejestracyjny, aby ostatecznie znaleźć scyzoryk. Oczywiście go rekwirują. Miejsce jest turbo turystyczne, mam wrażenie, że ludzie przyjechali tu tylko po zdjęcia, wszędzie selfipałki, smartfony. Mało kto obserwuje świątynie na żywo, większość robi to przez obiektywy aparatów. Po wyjściu trafiamy na jadłodajnie serwującą banany w cieście kokosowym z sezamem – na to czekaliśmy! Po chwili okazuje się jednak, że gdy my stoimy i czekamy, aż banany będą gotowe, kilkadziesiąt osób stoi za nami tworząc sporą kolejkę. Czujemy, że coś jest nie tak. Rozmawiamy trochę na migi z dziewczyną w białych szatach i po chwili zdajemy sobie sprawę, że stoimy pierwsi w kolejce po darmową strawę dla potrzebujących. Trochę nam głupio, próbujemy się wycofać, ale proszą, żebyśmy poczekali, robią nam zdjęcia. Zostaję poproszony o pomoc w rozładunku dostawy kolejnej porcji składników, dalej jestem w centrum obiektywu. Swoją drogą banany smakują niesamowicie dobrze, są zbite, wręcz ciągnące, słodkie, a ciasto chrupiące. Kolejnym punktem wycieczki po krótkiej rozmowie z lewym przewodnikiem jest świątynia Wat Phra. Udaje nam się tam dostać kilka minut po popołudniowej przerwie, więc wewnątrz jesteśmy praktycznie sami – zwiedzanie w taki sposób znacznie zmienia jakość obrazów i klimatu, jaki pozostanie w naszej pamięci. Dodatkowego uroku dodają młodzi rysownicy, szkicujący otaczające budowle.


Image
Fragment jadłodajni (pod spodem dechy i kanał/rzeczka)

Image

Image
Metro w Bangkoku a w nim miejsce do pisemnego składania kondolencji

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
Na przeciwko szkoły angielskiego

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Wieczór spędzamy przy piwie w towarzystwie Koreańczyka. Facet jest od 4 lat wolontariuszem w fundacji, której celem jest walka z chyba największym społecznym problemem Tajlandii, czyli prostytucją. Jego działka to edukacja dzieci, tych najmłodszych, często z bardzo biednych rodzin, bo one są najbardziej zagrożone teoretycznie łatwym zarobkiem. Brzmi to trochę jak zwykły frazes, slogan, ale przy tej skali problemu edukacja to pewnie jeden ze skuteczniejszych środków prewencyjnych. W trakcie rozmowy okazuje się, że to problem nie tylko Tajlandii, młodzież np. z Laosu przyjeżdża do Tajlandii i pracuje za jeszcze mniejsze pieniądze, w konsekwencji również ląduje często w sex zawodzie. Pytamy o temat trzeciej płci, shemale, bardzo szybko okazuje się, że osoby gubiące swoją tożsamość seksualną to bardzo często osoby, które były wcześniej wykorzystywane lub pracowały jako prostytutki. Innym skutkiem takiej, a nie innej sytuacji jest ogromna ilość bardzo młodych kobiet zachodzących w ciążę, później niemających żadnego wsparcia ani środków na wychowanie dzieci. Jeszcze inna część, jest wysyłana poza Tajlandię, zwykły handel ludźmi. Młode dziewczyny bez znajomości języka jadą za granicę "za chlebem", i lądują w burdelach.
Faktem jest, że połowa kontraktów z zagranicznymi inwestorami podpisywana jest w bezpośrednim sąsiedztwie ulic takich jak Pat Pong itp. Przypadek? Biznesmeni nęceni łatwością i dostępnością „rozrywki" wracają do Bangkoku często wiele razy w roku, sam biznes robiąc już chyba przy okazji zabawy. Jak wiadomo, popyt rodzi podaż, więc mówiąc szczerze, nie bardzo widzę szans, aby coś w najbliższych latach w tej kwestii miało się zmienić.

29.11

Dzień zaczynamy śniadaniem blisko hostelu. Dzielnica, w której mieszkamy, doskonale ukazuje ogromne rozwarstwienie społeczne Bangkoku. Z jednej strony ludzie mieszkają często praktycznie w garażach zaadoptowanych na mieszkania. Jedno jedyne pomieszczenie jest jednocześnie sypialnią i pokojem dziennym z punktem centralnym, czyli telewizorem oraz ołtarzykiem dla Buddy. Kuchni albo nie ma w ogóle, albo jeżeli jest, staje się małym interesem, serwując jedzenie przechodniom. Z drugiej strony znajdują się przeszklone wysokościowce, wschodnie centrale międzynarodowych korporacji, gdzie wjazd na ich teren ułatwiają panowie zatrzymujący ruch uliczny, gdy tylko zbliży się auto. Stare, zniszczone budynki z blachy i desek, kanał/ściek (o nazwie takiej samej jak rynek - Khlong Thoei) nad nim podłogi, ulica i mur. Betonowe płyty w jasnoszarym kolorze, a za nim przeszklony wieżowiec Mitsubishi Motors. Tak wygląda bezpośrednie sąsiedztwo naszego hostelu.
Dziś ku sporej radości młodszej części ekipy udajemy się do Zoo. Obiekt jest całkiem spory i warto go odwiedzić choćby dla samego odpoczynku. Wewnątrz panuje cisza, a jedyne dźwięki to odgłosy zwierząt. Wyjście poza mury Zoo jest jak wejście do osobnego świata. Hałas Tuk tuków (które praktycznie w 100% mają "tuningowane" wydechy, klaksony, pędzące ciężarówki, zgiełk Bangkoku od razu daje o sobie znać i wpędza człowieka na obroty. Opisanie wrażeń z jazdy Tuk Tukiem wymaga osobnego akapitu :)

1. Pierwsza podróż – nieporadne wsiadanie, szukanie czego by się chwycić, a w międzyczasie kierowca rusza.
2. W 90% trafiasz na wariata, a wtedy nagłe i ciągłe przyspieszenia, roszady pomiędzy innymi pojazdami na granicy wypadku, a w międzyczasie wiatr spalin w oczach, ustach i już wiesz, że gęba powinna być zamknięta, a na twarzy przydałyby się okulary i maseczka.
3. W zakręty wchodzimy na dwóch z trzech kół, jedziemy pod prąd, ale kierowca wie co robi, tak sobie przynajmniej to tłumaczymy.
4. Druga, trzecia, siódma podróż wrażenia są podobne, ale po nastym przejeździe zaczynamy tworzyć monolit z Tuk Tukiem, uchwyt, dociskanie siedzenia tyłkiem przeciwdziałając przeciążeniom na zakrętach i uśmiech od ucha do ucha – to jest lepsze niż kolejka górska!
5. I co najważniejsze, ogromna oszczędność czasu, Bangkok jest o tyle specyficzny, że często patrząc na mapę, wydaje się, że cel jest blisko, a ostatecznie pieszo idzie się tam np. godzinę. Tuk Tuki są niezastąpione.

Image

Image

Image

Image
Jaszczur łażący dziko po ogrodzie zoologicznym...jak kot



Spacerując bez celu, lądujemy przed Wat Arun po drugiej stronie rzeki Menam. Z racji faktu, iż każdy z nas ma już dosyć monumentalnych obiektów sakralnych nie zamierzamy wchodzić do środka. Naszym celem jest powłóczyć się po ulicach ukrytych za świątynią. Jedna z wielu podobnych do siebie dzielnic Bangkoku, poprzedzielana kanałami, które czasem płyną pomiędzy budynkami, a czasem znikają pod chodnikami i ulicami, kompletny brak białych ludzi. W okolicy znajduje się Marynarka Wojenna więc spora część tubylców to ludzie w mundurach. Oczywiście w okolicy masa małego biznesu, czyli garkuchnie, knajpy, zakłady fryzjerskie ewidentnie nastawione na świadczenie usług dla wojskowych. Zagłębiamy się, trafiamy na szkołę, podstawówkę, kolejną świątynię, która ma jednak aurę i wygląd zupełnie inny niż muzealny Pałac Królewski - wewnątrz modlący się Tajowie, na zewnątrz rodziny spędzające dzień wokół własnego domostwa, dzieciaki wracające z zajęć szkolnych, psy błąkające się leniwie uliczkami. Świetne są miejsca, do których trafiamy przypadkiem, autentyczne, pozytywne, nieobciążone komercją.


Image

Image

Image
Przystań nad rzeką, jakich wiele w BKK

Image

Image

Image
Policjant zapytał czy może zrobić sobie zdjęcie z Zuzą:)

Image

Image

Image
Jedno z wielu mieszkań w centrum BKK

Image

Image

Image

Image

Image
Ryba o konsystencji ryżu

Image

Image



30.11

Dzisiaj zaplanowany mamy transfer samolotem do Krabi, a konkretnie do Ao Nang. Unikając ryzyka spóźnienia na lot, dzień spędzamy na odpoczynku w parku Lumphini. Przedzieramy się przez jedną z ulic, okalających park korzystając z pasów i sygnalizacji świetlnej – ostatni raz robimy ten błąd! Część kierowców stosuje się do czerwonego światła, ale znajduje się co jakiś czas luzak, który śmiga na naszym zielonym, co powoduje, że takie miejsce jest nieprzewidywalne. Znacznie lepiej i bezpieczniej przekroczyć ulicę w środku turbo ruchu i koniecznie pewnym krokiem. Jeżeli człowiek się zawaha, będąc już na jezdni, śmigający skuter czy auto z pewnością nie ustąpi nam drogi, wręcz odwrotnie – przyspieszy i jednocześnie będzie nas omijał. To, że idziemy z dzieckiem, nie ma żadnego znaczenia. Docieramy do parku w okolicy godziny 8 rano. Temperatura jest idealna, szum ulicy znika po kilkudziesięciu metrach, obserwujemy starszych Tajów i Tajki ćwiczących Tai Chi i Jogę. Niektórzy przy muzyce, wszyscy pod okiem instruktora, ciekawy obraz. Każda z tych osób wydaje się nieobecna, skupiona, odnoszę wrażenie, że ich motywem było również oderwanie się od zgiełku najbardziej zabetonowanego miasta na świecie, jakim jest Bangkok.



Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
Kolejny dziki kot, tym razem w parku Lumphini



Większość osób odwiedzających Tajlandię skupia się na części gastronomicznej. My nie będziemy inni, staramy się być odważni, próbujemy różnych "smakołyków" jednak zawsze trzymamy się jednej zasady: w każdym przypadku muszą to być miejsca, gdzie stołują się lokalesi. Z jednej strony napotykamy łatwe smaki takie jak naleśniki z jajkiem przepiórczym i parówką od pani ze stoiska tuż obok postoju moto-taksówek, następnym razem szaszłyki z podrobów drobiowych u starszego małżeństwa gdzieś przy kanale miejskim.
Świeżość – jako główna cecha jedzenia w Tajlandii. Ludzie pracują w nocy, gdy jest chłodniej, na ulicy, przy telewizorach przygotowując posiłki np. te zawinięte w liście bananowca, które kolejnego dnia rano zostaną ugotowane na parze. Surowe ryby wyrzucane są z paki dostawczaka wprost na ulicę, momentalnie patroszone, zasypywane solą i wrzucane na ogień. Jedzenie uliczne w Tajlandii można podsumować jako wybitnie smaczne i „zdrowe". 90% składników jest świeża, nie stosuje się zbyt często mrożonek i wątpię, aby stosowali takie ilości chemikaliów przy uprawach jak my w Europie. Jednocześnie trzeba pamiętać, że talerze czy sztućce często są myte w miskach, czasem z deszczówką, a następnie płukane w kolejnej misie – też z deszczówką, tyle że odrobinę czystszą, wokół łażą dzikie psy i koty, po których kicają pchły, ale jest jednak czysto. Cała nasza czwórka, włącznie z 7-letnią Zuzią nie miała żadnego kłopotu ze zdrowiem czy choćby z żołądkiem. Zarówno będąc w Tajlandii, jak i już po powrocie do domu.

Szybki transfer na lotnisko, odprawa i lot do Krabi. Dzień kończymy, docierając do hostelu w Ao Nang. Rozpakowujemy się, miła Pani gospodarz podczas rozmowy skopuje mimochodem małego węża ze ścieżki, pokazuje nam pokój, odpala odstraszacz na komary i zaprasza nas, żebyśmy poszli za nią. Jest już ciemno, pani prowadzi nas na pakę swojego pickupa z ławeczkami. Niestety po angielsku się nie rozumiemy za bardzo, ale pewne jest, że Pani chce nas gdzieś zawieźć, jest ciemno, wokoło pusto, słychać jedynie wszechobecne owady. Uczucie trochę jak w średnim thrillerze. Po kilku minutach wszystko okazało się oczywiście nieporozumieniem, właścicielka hostelu chciała o 21 zawieźć nas do 7eleven, natomiast my byliśmy przekonani, że chciała pieniądze za pobyt. Skończyło się śmiechem i powrotem do pokoju.

1.12

8:00, pobudka, na śniadanie przepyszny tajski omlet z bananem zrobiony przez naszą panią gospodarz. Po śniadaniu właściciel podwozi nas pickupem do nabrzeża. Obieramy cel na plażę Railey. Szybkie pakowanie i już siedzimy w łódce długo rufowej (longboat) z wielkim rozbebeszonym silnikiem za plecami. Deszcz nie pada, ale już po chwili jesteśmy cali mokrzy, w zasadzie przydałyby się nam okulary, gdyż pęd wiatru i właśnie woda pryskająca nam w twarz nie pozwala na otwieranie oczu – to jest wada (zaleta?) siadania na samym przodzie łódki. Kolejna teoretycznie "mała rzecz" a jak wielką frajdę może sprawić. To kolejna taka sytuacja po podróży BTSem w Bangkoku gdzie sam środek transportu staje się niesamowitym przeżyciem. Z racji faktu, iż nie zamierzamy plażować, nasza wizyta sprowadza się do pałętania się wszystkimi możliwymi ścieżkami w okolicy. Zaczynamy maszerować w kierunku Tham Phra Nang (świątyni, jaskini z penisami). Droga wiedzie ubitymi ścieżkami, nazwałbym ją "od betonu do betonu". Railey West, jak i druga strona, czyli Railey East są już typowymi kurortami, hotele, restauracje, sklepiki z pierdołami i ludzie taszczący plażą walizki na kółkach. Zaczyna padać deszcz, krople siąpią z nieba trochę od niechcenia, olbrzymia wilgotność sprawia, że często zapomina się o opadach, gdyż po twarzy tak czy inaczej, spływają krople potu. Po jakimś czasie rozdzielam się z dziewczynami, ja idę w kierunku ścieżki do Tonsai, natomiast Renata, Zuzia i Agnieszka kierują się na plażowy rest.
Ścieżka jest dość trudna do odnalezienia. Nawet będąc bezpośrednio obok tej właściwej, każdy z pewnością trafia najpierw w ślepą uliczkę prowadzącą do opuszczonych domków. Czy to kwestia tego, że jesteśmy w dżungli i zagęszczenie rośli nabiera tutaj nowego znaczenia?
Ostatecznie stwierdzam, że nie odpuszczę i filtruję każdą możliwą ścieżynkę po drodze. W pewnym momencie wchodzę w trawę o wysokości około 1,5 m, ścieżka znika. Idę kilka metrów dalej, patrzę pod nogi, ścieżka dalej jest. Drepczę więc kolejne kilkadziesiąt metrów, mijam rozwalającą się chatkę a w zasadzie jej szkielet. Pierwszy raz jestem w lesie tropikalnym, soczysta zieleń liści błyszczy pokryta wieczną warstwą wilgoci. Nawet w środku dnia panuje tu półmrok, trudno nawet wykonać dobre zdjęcie. Dźwięków praktycznie brak, nie słychać ptaków czy innych zwierząt. Jedynie głuche odgłosy uderzających o siebie (pustych w środku) bambusów rytmicznie przypominają, że jestem w końcu w dżungli. Idę tak z 40 minut, nie spotykając po drodze nikogo. Po jakimś czasie zaczynam mijać pojedyncze bambusowe bungalowy pokryte czymś w rodzaju strzechy. Ciężko ocenić czy to już opuszczona ruina, czy chatka tubylców, czy jednak miejsce, gdzie można się przespać. Idąc dalej oczy mam otwarte coraz szerzej, słychać dźwięki, na których brak narzekałem kilka chwil wcześniej i nie do końca wiadomo czy to małpy grasują w opustoszałej chatce, czy może ktoś jest wewnątrz i nie bardzo chce ze mną się kontaktować. Po kilkudziesięciu kolejnych metrach już wiem, że trafiłem do innego świata* Jestem w hippisowskiej komunie. Niesamowitą atmosferę, jaka tu panuje, można doświadczyć, tylko trafiając tu samemu. Z jednej strony cisza, z drugiej leniwie brzdękające reggae, ludzie w dredach i afro snujący się uliczkami, popijający koktajle i zajadający "banana cake". Panuje totalny chill, na plaży rybak porządkujący klatki na kraby i maksymalnie kilkanaście osób, część bezpośrednio przy ścianie wspinaczkowej. Bajkowe Tonsai ma niestety także swoją ciemną stronę. Kilkaset metrów od plaży, równolegle do niej, osada została oddzielona od dostępu do morza betonowym murem. Totalna abstrakcja, inny świat, lokalny deweloper kupił ziemię z zamiarem postawienia kolejnego hotelu i postawił sobie mur. W jednym jego miejscu lokalesi wybili dziurę i jest to jedyne dojście do plaży – dziura w murze o szerokości 3 czy 4 metrów. Na razie od kilku lat, poza murem nic więcej budować się nie zaczęło, ale można się domyślić, że to tylko kwestia czasu.
To będzie smutny koniec Tonsai. Jednego z tych miejsc, o których się nie zapomina, jak już raz się tam trafi. Wyjątkowe miejsce.. dlatego czasem nie warto czytać wielu przewodników i tysiąca relacji, aby móc odkrywać samemu, po swojemu.


Image

Image

Image

Image

Image

Image
Jaskinia penisów, a w zasadzie sam "ołtarz"

Image
Ślepa ścieżka

Image
Prawidłowa ścieżka do Tonsai

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
Żeby nie było tak różowo - miejscowi też mają swoje za uszami.

Image

Image

Image

Image

Image



2.12

Być w tropikach i nie doświadczyć ulewy to gigantyczna strata. My na szczęście tej straty nie ponieśliśmy. Po całonocnych opadach ranek również wita nas rzęsistym, gęstym deszczem. Wilgotność jest tak duża, że wszystko, co papierowe, niezależnie gdzie było schowane, wylewa się między palcami, sandały gniją, a nasze ciała odczuwają to, co czułyby będąc w saunie, jest jedynie nieco chłodniej. Plan na dzisiaj to wypad do Świątyni Tygrysa tzw. Tiger Cave Temple. W miarę możliwości staramy się unikać miejsc przepełnionych masami ludzi, zanadto skomercjalizowanych itp. w dzisiejszym dniu na naszą korzyść działa właśnie ów "niechciany" deszcz. Śmigamy Tuk Tukiem z centrum Ao Nang, żeby po kilku kilometrach przesiąść się do nowej toyoty. Następuje wymianka, auto podrzuca żona kierowcy, a sama wsiada do Tuk Tuka, jak nic, kierowca zamiast ładnie sprzedawać oficjalne wycieczki, kręci na boku fuchy. Na miejscu znajduje się kompleks klasztorny, kilka sklepików i złowieszcze schody. Rzucają się również w oczy dziesiątki (i to nie przesada) punktów zbierania datków, najczęściej na cele religijne, przy jednocześnie wiszących zakazach żebrania. Jednym słowem mnisi mają tutaj monopol. Podchodzimy do schodów, gdzie u dołu widnieje liczba 1237, właśnie tyle stopni mamy do pokonania i dociera do nas, dlaczego nasz kierowca powiedział, że poczeka na nas "te dwie godziny". Mijamy pierwsze 200-300 schodów, Zuzia podróżniczka ogarnia, dorośli wymiękają. Stromizna niesamowita, brniemy stopień po stopniu, deszcz leje coraz bardziej i po kilku minutach nie ma znaczenia czy człowiek jest mokry od potu czy deszczu – ściągamy nasze foliowe palta. Po kilkudziesięciu minutach docieramy na górę. Jest wietrznie, zdecydowanie chłodniej, panuje cisza. Kilkanaście osób w promieniu kilkunastu metrów, a mimo to jest cicho. Słychać jedynie ciężkie oddechy, pojedyncze słowa, na twarzach wszystkich tych ludzi widać uśmiechy i początki zachwytu. Niby nic szczególnego, ale jakieś, takie ciekawe to uczucie. Oczarowani krajobrazem. Hektary sadów palm kokosowych, góry widoczne jako połączenie skały z gęstym lasem i masy mgieł unoszących się między nimi. Świątynia robi wrażenie, ale zachwyca to, co jest poza nią. Po zejściu zatrzymujemy się, aby poobserwować małpy bawiące się w walkę o jedzenie. Pustka wokoło powoduje, że zwierzęta zajęte są same sobą, a nie atakowaniem turystów czego kilkukrotnie wcześniej byliśmy świadkami. W głowie pozostają obrazy małej małpki odkręcającej nakrętkę butelki z colą, aby się napić, a następnie...zakręcającą ją z powrotem. Chyba też nie przepadają za colą bez gazu.


Image

Image

Image

Image

Image


Dogadani z naszym kierowcą jedziemy w kierunku centrum Krabi. Jest piątek po południu, przemierzamy miasto, a wieczorem szama i zakupy na lokalnym rynku. Nasz kolejny Pad Thai, Renata i Zuza wersja „no spicy”, natomiast ja i Agnieszka po tym posiłku powiększamy o kolejny lvl akceptację kapsaicyny. Dziękujemy za wodę z lodem, a w zasadzie należałoby powiedzieć lód z wodą i śmigamy po deser. Renata testuje niepozorny, malutki kramik gdzie pani smaży coś w rodzaju małych pączków. Trudno opisywać smaki czy zapachy, ale ten niepozorny pączek/donat w konsystencji jest lekki jak biszkopt, napowietrzony jak drożdżówka, lekko ciągnący i miękki. No i oczywiście słodki, optymalnie słodki. Krążąc po targu, wracamy w to samo miejsce kilkukrotnie i bierzemy następne i następne porcje pączków. Przychodzi czas na kawę. Siadamy w „europejskiej” kawiarni, która jest świetnym miejscem do obserwacji. Mam wrażenie, że często człowiek w podróżniczym wirze emocji, zapomina, aby zatrzymać się czasem i po prostu niespiesznie patrzeć na to, co dzieje się wokoło.


Image

Image

Image

Image



3.12

Opuszczamy Ao Nang, kierując się na lotnisko w Krabi. Port lotniczy jest mały, trochę taki dziki. Kontrola bagażu rejestrowanego wygląda nietypowo. Najpierw bagaż jest skanowany (raczej dla picu, bo nasz nóż przechodzi bez kłopotu), następnie sami go odbieramy i kierujemy się w stronę odpraw biletowych, gdzie go zdajemy. Gwarantem bezpieczeństwa jest mała naklejka "security checked", którą z łatwością można przekleić na inną walizkę czy plecak, a do samego bagażu włożyć cokolwiek co zmieścimy w podręcznym, który skanowany jeszcze nie był. Podczas pobytu na lotnisku obserwujemy jeszcze jedną dość nietypową sytuację, otóż do naszego gate-u kierowane są dwa różne odloty. Fakt faktem, później przy rozwidleniach korytarzy stoi obsługa lotniska, która wskazuje właściwą drogę. Start, dwie godziny lotu i lądowanie w Chiang Mai.

Wsiadamy do songthaew, czyli pickupa z ławeczkami i zadaszeniem, razem z nami kilku niemiejscowych Azjatów. Starszy pan kierowca, oczywiście nie mówi nawet słowa po angielsku i prosi nas o wpisanie adresu w swoim tablecie. Szybko okazuje się, że właśnie rozpoczęliśmy kolejną „przygodę w nieznane", gdyż uśmiechnięty Taj kompletnie nie ma pojęcia gdzie jechać. Podobnie wygląda sytuacja naszych współpasażerów. Miotamy się więc po uliczkach miasta, kierowca czasem zatrzymuje się, aby kogoś zapytać o drogę, czasem wysiada i pyta nas, aż w którymś momencie prosi, aby jedna z Azjatek wsiadła do kabiny i nawigowała. Ostatecznie po wielu okrążeniach i jakiś 40 minutach trafiamy do celu, odległość od lotniska do hostelu to jakieś 4-5 kilometrów. Chiang Mai wprowadza na nasze twarze już od samego początku sporo śmiechu, pierwsze wrażenie mega pozytywne.

Tego wieczoru uderzamy jeszcze na Saturday Market. Można by powiedzieć, że rynek to rynek, przecież wiedzieliśmy ich już kilka w samej Tajlandii, a mimo wszystko każdy był inny od poprzedniego. Ten w Chiang Mai przytłacza wielkością i tłumami ludzi. Przemykamy przez kolejne stanowiska, urządzając sobie degustację. Próbujemy między innymi szaszłyków, lokalnej kiełbasy curry, koktajlu mieszanki owoców, naleśników z bananami i nutellą i jeszcze kilku przekąsek. W żołądku brakuje miejsca. W Tajlandii nie da się być głodnym. Od wielu dni czaję się, żeby spróbować wszędzie zakazanego owocu duriana i tego wieczoru nadarza się okazja. Spacerując, zaczepia nas Holenderka z pytaniem, czy nie mamy ochoty na tenże przysmak. Smród i smak sprawia, że dziewczyna nie jest w stanie tego przełknąć. Daje mi to do myślenia i chyba dobrze się stało, że nie kupiłem całego kawałka. Próbuję fragment owocu. Konsystencja miękkiego masła, zapach i smak niemożliwy do opisania, ale już wiem, dlaczego jest on uznawany za najbardziej śmierdzący owoc na świecie. Kilka tygodni później, przekonuję się na własnej skórze skąd te wszystkie zakazy dotyczące durianów. Otóż np. po przeżuciu owocu i wypluciu do śmietnika zapach roznosi się po całym pomieszczeniu i jest bardzo trudny do usunięcia, a mówię tylko o małym fragmenciku liofilizowanego duriana.


Image

Image

Image



4.12

Na najbliższe dwa dni zaplanowany mamy trekking w górach. O 9 rano, pod hostelem czeka na nas już pickup, pakujemy się do środka i ruszamy po kolejnych uczestników. W aucie oprócz kierowcy ląduje z nami Ping - lokalny przewodnik, dwie dziewczyny i jeden facet z Irlandii, dwie Dunki i Szwajcar. Jedziemy jakieś półtorej godziny, po drodze zatrzymując się jeszcze po drobne zakupy. Szybki łyk kokosa, woda, papier toaletowy i podczas czekania na resztę ekipy podchodzi do nas żul . Pierwszy raz przydarza się nam w Tajlandii spotkać prawdziwego żebraka żula. Nie mija nawet minuta, jak podchodzi do nas lokales i bez zbędnego gadania, narzędziem przypominającym szczypce do odwracania mięsa na grillu łapie żula za skórę szyi i ciągnie za sobą. Teraz już wiemy, dlaczego w Tajlandii żebractwa jest tak niewiele.
Pierwsza część naszej wyprawy to odwiedzenie tzw. Elephant Rescue Center w Tung La Korn. Takich miejsc na północy kraju jest wiele. Mamy okazję całkiem sporo dowiedzieć się o tych potężnych zwierzętach. Pokarmić je, a nawet wejść z nimi do wody, aby wyszorować im plecy. Czasu jest na tyle dużo, że mamy szansę spokojnie poobserwować zwierzęta i ich zachowanie. Słonie nie są uwiązane, stoją pod przeznaczonym dla nich zadaszeniem, bez płotu. Gdy w ich zasięgu wzroku pojawią się banany, bez skrupułów podchodzą i częstują się. Zresztą nie ma się czemu dziwić, skoro głównym celem słonia jest jedzenie. Zwierze je przez cały dzień, jedynie z przerwą na sen. Dla Zuzi doświadczenie jest bezcenne, ale mówiąc szczerze nawet my początkowo sceptycy, bardzo pozytywnie odbieramy tę część wyprawy. Mamy ogromną nadzieję, że słowo w nazwie ośrodka „rescue" oraz potwierdzenie tego w słowach przewodnika są prawdą i zostawiając tam kasę, wspomagamy zwierzęta i lokalną społeczność.
Ping spogląda na zegarek, czas ruszać w las. Musimy zdążyć do obozu przed zmrokiem. Pola ryżowe już po żniwach, z ziemi wystają tylko suche łodygi. Idziemy, od czasu do czasu obserwując grupy rolników pracujących przy sianie. Towarzyszy nam pies. Zwykły, kundel średniej wielkości, jakich pałęta się tu masa. Na pytanie, jakie kierujemy do Pinga czyj to pies i jak się wabi, odpowiada krótko: nie wiem. Pies jest bezpański i towarzyszyć nam będzie aż do końca wyprawy. Podobno wędruje z grupami ludzi raz w górę raz w dół doliny, losowo wybierając przewodników i ekipy, które prowadzą. Temperatura daje się wszystkim we znaki, zaczynają się pierwsze podejścia. Ping z pozytywnym, pociesznym politowaniem patrzy na nas i opowiada, że miał wielu „mocnych” biegaczy i piechurów (od razu zaznaczę, nikt z naszej grupy do powyższych się nie zaliczał). Każdy z nich na początku pytał, ile to kilometrów jest do przejścia, a po usłyszeniu, że 5, może 6 uśmiechał się. Uśmiechy jednak znikały z każdą godziną marszu, gdyż wymagania, jakie stawia ten teren i wysoka wilgotność zwala z nóg każdego. Z nami jest podobnie, śmigamy z plecakami pełnymi wody w butelkach i podstawowym majdanem. Zuzia z czapką na głowie i energią idzie równo z nami (po kilku godzinach, zagadują w tej sprawie do nas Irole, później Dunki lekko nie dowierzając, jak nasza młoda daje radę). My też nie wiemy, ale energii wystarcza jej do końca marszu, w dodatku okazuje się, że dzieci nie są częstymi uczestnikami takich wypraw. Szczerze mówiąc, nie mamy pewności, jak dawno temu ostatni raz szło tutaj białe dziecko. Przemierzamy dżunglę na przemian z polami, czasem mijając jakąś wioskę. Wysiłek wynagradzają widoki zielonych gór, dzikich drzew bananowca, bambusów i dróg pokrytych pomarańczowym piachem, potarganych przez rwące strumienie, które dopiero co przestały płynąć, wraz z końcem pory deszczowej. W powietrzu czuć wilgoć i gorąc, a brak wiatru jeszcze potęguje te odczucia. Podczas tego trekkingu nauczyliśmy się, aby nie pytać Taja „jak daleko jeszcze”, gdyż nasz przewodnik zawsze odpowie coś w stylu: już prawie jesteśmy, może jeszcze z kilometr...co jak się można domyśleć, nie zawsze jest prawdą. W końcu późnym popołudniem docieramy do naszego celu, czyli wioski Pha Dang. Sześć domów, kilkunastu mieszkańców, brak prądu, sen na ziemi – już wiemy, że podczas tego momentu podróży wypoczniemy jak nigdy. Ping po kilkugodzinnym marszu, od razu zabiera się do gotowania kolacji, co trwa jakieś dwie godziny, bez odpoczynku... i z pomocą jedynie jednego miejscowego, wielki szacun. Wg naszego przewodnika jedzenie miało być „nothink special”, my natomiast odlecieliśmy po pierwszej łyżce świeżo przygotowanej, soczyście żółtej zupy curry i ryżu z warzywami. Po posiłku siadamy razem przy ognisku i gadamy o tym, jak wygląda tutaj codzienność. Widać błysk w oku Pinga, czuć, że facet wybrał życie na wsi jako farmer i że jest szczęśliwy. Zbliża się sen, idziemy go dopaść. Kilka wersów wcześniej pisałem o tym, że wypoczniemy tutaj z pewnością jak nigdzie indziej, trochę się pomyliłem. Opatuleni czym się tylko da, kładziemy się w kimę koło 22, ciemno jest już od dobrych kilku godzin, ludzie przestali się krzątać, psy poszły w kimę, jest cisza. Próbuję zasnąć, pojawia się kłopot z bólem głowy (którego swoją drogą bardzo, bardzo rzadko doświadczam). Mijają kolejne minuty, wszyscy posnęli. Pamiętałem, że Aga zabrała ze sobą jakieś tabletki na ból głowy, więc nurkuję w plecaku i szukam ich z nadzieją, że pomogą. Łykam, mija 20 minut, jest! Działają! Zasypiam. Mija kolejne kilkadziesiąt minut i słyszę odgłosy wymiotów. Dźwięk dochodzi gdzieś od strony sąsiadki Renaty. No nic, bywa i tak, pewnie zaraz wstanie i wyniesie swoją siatkę z wymiocinami...niestety dźwięki ustają, szelest siatki się nie pojawił. Ktoś inny z ekipy zaczyna donośnie chrapać. Mija kolejne kilkadziesiąt minut, jedna z Francuzek zaczyna krzyczeć. Drze się, jak w scenie z horroru, jakby jej rękę ucinali. Po chwili koleżanka ją budzi i wyprowadza na zewnątrz (rękę miała, z tego co widziałem). Noc trwa nadal. W końcu zapada cisza, zasypiam. Sen trwa pewnie kolejne kilkanaście minut, gdy zaczyna się wycie. Psy z naszej wioski (kilkadziesiąt sztuk) zaczynają wyć jak wilki i walczyć między sobą. Mam wrażenie, że dzieje się to w naszej chacie, gdyż zwierzęta zalegają pod naszym domkiem, którego to ściany z bambusa są przewiewne, ale nie dźwiękoszczelne. Wycie jest mega donośne i intensywne, mam wrażenie, że nasze stado komunikuje się z drugim z wsi oddalonej o kilka kilometrów, ale widocznej na horyzoncie.


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
Zwróćcie uwagę czym bawią się dzieciaki na wsi

Image


5.12

Noc się kończy, pierwsze promienie wschodzącego słońca wdzierają się przez szpary w ścianach do wnętrza naszej chaty. Ranek jest chłodny, mamy okazję pokręcić się po wiosce wczesnym rankiem. Słońce jest jeszcze na tyle nisko, że w głowie pozostały mi z tego okresu trzy intensywnie nasycone kolory: pomarańcz, żółć i zieleń. Wcinamy jajecznicę, popijając lokalną zieloną herbatą. Czas ruszać dalej.
Dziś trasa wiedzie więcej po płaskim terenie, jest lżej, aczkolwiek nadal co jakiś czas padają od Pinga znamienne słowa: „trekking, noł czoping”. W dzisiejszym dniu, tak jak i w wielu wcześniejszych sam cel podróży jest mało istotny. Zdecydowanie bardziej liczą się emocje i to, czego doświadczamy podczas samej wędrówki. Rozmawiamy z Pingiem o stylu życia tutejszych ludzi gór, braku prądu, a co za tym idzie internetu, maila, telewizji. O pracy w polu, czym zajmują się tutaj wszyscy. O ryżu, który jest zawarty w każdym daniu spożywanym przez lokalesów (w miastach ryż jest w 95% posiłków). Mamy okazję sporo posłuchać, ale także sporo opowiedzieć. Zauważyłem, że nasz przewodnik nie za bardzo zdaje sobie sprawę co dzieje się poza jego krajem, jak wygląda świat. Polskę odbiera tak samo, jak Niemcy, Francję czy Hiszpanię – dla niego istnieje po prostu Europa. Taka część świata, gdzieś daleko. Poruszamy temat komunizmu w Polsce, religii Chrześcijańskiej, generalnie historii naszego kraju, ale też sytuacji ekonomicznej. Tego, jak się żyje teraz, a jak się żyło kiedyś. Widać, że różnice kulturowe sprawiają, że Ping jest nie do końca w stanie wszystko ogarnąć w głowie. Mam jednak nadzieję, że coś pozostanie mu w pamięci i przy kolejnym, kontakcie z Polakami, jego zakres wiedzy o naszym kraju będzie się powiększał.
Czas w takiej atmosferze mija nam bardzo szybko, przemierzamy kolejne wioski, mamy też okazję przejść przez sad drzew kauczukowych. Docieramy do wodospadu, tutaj żegnamy się z Pingiem. Facet stworzył dla nas tę część Tajlandii – znowu okazuje się, że najważniejsi są ludzie, których się spotyka.


Image

Image

Image

Image

Image

Image
Małpka "uratowana" z żungli

Image

Image

Image

Image

Image


Dzień wyczerpujemy w 100%. Wieczorem zalegamy w lokalnej knajpie tuż obok naszego hostelu. Lokalni muzycy, przygrywają na gitarze światowe szlagiery muzyki rockowej. Mieszanka narodowości wewnątrz i kilka kelnerek kobiet i kelnerek shemale-i. Popijamy Changa i mamy okazję zobaczyć jak te ostatnie wyłapują białych gości i dotrzymują im towarzystwa. Fakty są takie, że goście przychodzą w pojedynkę, siadają i stawiają Tajkom/Tajom alk i dają kasę. Taki shemale jest wyłączony jako kelner dla innych gości. Śmiesznie to wygląda, z drugiej strony sprawia wrażenie całkowitej codzienności. Połowa świata przyjeżdża tutaj właśnie dla zabawy, jak się okazuje nie tylko do Bangkoku, ale również do położonego na północy Chiang Mai.

6.12

Dzień relaksacyjny w Chiang Mai.
Taki jest plan, że planu brak. Szwendamy się po starym mieście, popijając po drodze kokosa, zajadając banany w cieście i szukając parku Nong Buak Haad. W Tajlandii kilka razy już przekonaliśmy się, że to, co na mapie wydaje się „tuż, tuż za rogiem”, okazuje się niekrótką wędrówką. Coś więc jest z tymi wszechobecnymi i tanimi tuk-tukami na rzeczy. Przed wejściem do parku szybki szaszłyk z „chicken". Takich szaszłyków jadłem już wiele w Tajlandii, ale pierwszy raz zacząłem się zastanawiać, jaka to cześć kury konkretnie: fragment nóżki?, wycinek udka? Po małej operacji rozebrania mięska okazało się, że to nie żaden fragment, ale cały pisklak, oczywiście niepatroszony. I wszystko jasne skąd to chrupanie w ustach, skąd ta delikatność i chrupiąca skórka po całości. (dopiero później dowiedziałem się, że jest to lokalny przysmak). Po wejściu do parku ukazuje się nam idylliczny obrazek, którego część udało się nawet złapać obiektywem. Wszechobecna zieleń poprzecinana jest tęczą, jaka tworzy się dzięki fontannom, których jest tu całkiem sporo. Ludzie usadzeni jakby pozowali jakiemuś malarzowi, odpoczywają leżąc, czytając książki, karmiąc gołębie czy wręcz przeciwnie, ćwicząc akrobacje gimnastyczne. Fajnie spędzony czas, bez pośpiechu.


Image

Image

Image

Image
Kwiatek od pana napotkanego gdzieś na ulicy.

Image
Wyjazd był w trakcie roku szkolnego więc materiał trzeba było uzupełniać na bieżąco

Image

Image

Image

Image


Nadchodzi wieczór, nadchodzi czas na tajski masaż. Nie jestem do końca przekonany czy mam na to ochotę, ale ostatecznie Renata mnie przekonuje. Włazimy do jednego z setek salonów i po krótkich negocjacjach decydujemy się na klasyczny tajski masaż całego ciała. Jest „ciężko”, masażystki łażą po nas na kolanach, wyciskją łokciami każdy mięsień z osobna oddzielając go od kości, często odbywa się to na granicy złamania. Kilka razy jestem podduszany, ale oczywiście na każde pytanie „ok sir?” odpowiadam – „tak, tak, jest w porządku”. Jedno trzeba jednak im przyznać, masażystki faktycznie wyczuwały i jednocześnie bardziej skupiały się na miejscach, które każde z nas miało sztywne czy napięte. Miejsca, które faktycznie wymagały rozluźnienia np. zakwasy po trekkingu. Mija godzina, wychodzimy oboje na maksa połamani, ale zadowoleni.
Dochodzi godzina 21:00, wracając do hostelu, słyszymy rytm muzyki. Dochodzimy do miejsca, gdzie zebrała się spora grupka ludzi, pośrodku której gra lokalna kapela uliczna. Kapela z pewnością jeździ po kraju, ale odnoszę wrażenie, że idealnie wpasowuje się w sielankowy klimat Chiang Mai. Kilku kolesi, z czego dwóch grających na didgeridoo (długie drewniane tuby), jeden na gitarze a jeszcze jeden na bębnie. Typowo-nietypowa, transowa, głęboka muzyka, wprawiająca w rezonans delikatne przedmioty przez swoje niskie tony wprowadza słuchaczy w wyjątkowy stan. Dzwonimy po Agę i Zuzię, siadamy na chodniku i totalnie relaksujemy się naszego ostatniego wieczoru w Chiang Mai. Jutro powrót do Bangkoku.

Image

Image



7-8.12

Dzień zakupowy. Temat nie do końca ciekawy dla kogoś takiego jak ja, czyli łagodnie mówiąc nieprzepadającego za szlajaniem się i poszukiwaniem fatałaszków, ale...w Bangkoku kupowanie nabiera nowego znaczenia. Wpadamy na teren gigantycznego targowiska z ubraniami tzw. Pratunam. Z racji faktu, iż cały czas panuje żałoba po śmierci króla, targ jest dosłownie czarny. Większość stoisk oferuje codzienne, zwykłe ubrania typu koszulka, spodnie, spódnica tyle, że wyłącznie w kolorze czarnym. Po jakimś czasie spotykam się z dziewczynami i uśmiechnięty zauważam, że chyba coś im nie poszło. Tajskie, czarne t-shirty chyba nie były ich dzisiejszym celem.
Powoli zbliża się czas powrotu do domu. Ostatnie dni spędzamy na odwiedzaniu miejsc, które już poznaliśmy i chcemy poznać lepiej i tych, w których po prostu czuliśmy się najlepiej. Bez ciśnienia, bez planu. To chyba nasz odpowiednik plażowania, relaksu i odpoczynku. Wieczory to również włóczęga, po okolicznych opustoszałych uliczkach. I jedna wielka obserwacja otoczenia. Sklep z ziołami czy lekami będący jednocześnie domem jakiegoś dziadka aptekarza, człowiek smażący ostatniego naleśnika tego dnia i zamykający garkuchnię niezależnie od faktu, iż chętni na jedzonko dalej kręcą się wokoło. Czas postrzegany tu jest inaczej niż u nas, pieniądze również. Kolejny raz odnoszę wrażenie i widzę na twarzach teoretycznie biednych ludzi, szczęście. 10 m2, mały biznes, kilkoro dzieci, rodzice, czasem starsze pokolenie, a nieraz nawet na małą trampolinę znajdzie się miejsce – pozytywnie, taki obraz prawdziwej Tajlandii pozostanie mi w pamięci po tym wyjeździe.


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

9.12

Taksówka na lotnisko – taki tytuł powinna mieć ta, ostatnia część naszej podróży. Ze względu na korki, nasz dojazd do lotniska Don Mueng trwa pomiędzy 2 a 3 godziny i na szczęście kierowca okazał się gadatliwy. Gadamy o kosztach życia tutaj i za miastem, ilości pracy, samochodach, rodzinie... Czas w takiej atmosferze mija momentalnie, wysiadamy. Pozostał już tylko kilkunastu godzinny lot do Berlina i powrót autem do Polski. Stęsknieni, zadowoleni, za rok gdzieś tu niedaleko wrócimy.



Informacje dodatkowe:

- Zgodnie z oczekiwaniami darmowy parking przy wiadukcie jest pełen, wiec bunkrujemy auto wzdłuż ulicy Santwinkler Damm – samochód przez 2 tygodnie stał tam bezpiecznie.
- Jeżeli Taj na ulicy mówi całkiem dobrze po angielsku, zaczepia nas i wszystko wyrysowuje na naszej mapie, układając cały plan wycieczki, z pewnością jest to lewy przewodnik, który chce nas zaciągnąć do szwalni garniturów.
- Bangkok jest o tyle dziwnym miastem, że to, co na mapie wydaje się, być do przejścia spacerkiem w 15 minut, rzeczywiście zajmuje ponad godzinę – warto korzystać z tanich Tuk Tuków i taksówek
- Na lotnisku w Krabi są 3 rodzaje transportu: autobusy, busy i taksówki, ale pomimo tego, że ceny są z góry określone, jeżeli macie siłę i ochotę to zachęcam do prostej negocjacji – zignorować naganiaczy, pokręcić się po parkingu i pogadać z kilkoma osobami a po chwili wrócić do busa i zjechać z ceny. Cały samolot jechał po tej samej stawce chyba z wyjątkiem jedynie nas.
- W Świątyni Tygrysa, podczas deszczu jest niesamowicie ślisko: deszcz + kafle + gołe stopy = katastrofa.

I co najważniejsze...mam prywatny numer do Pinga!, osoby zainteresowane proszę o kontakt na PW
Góra
 Relacje PM off
16 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 09 Mar 2017 13:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 372
Loty: 88
Kilometry: 206 676
niebieski
Relację przeczytałam :) szkoda, że od połowy nie wyświetlają się zdjęcia :( byłyby świetnym uzupełnieniem :)
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 09 Mar 2017 19:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Mar 2013
Posty: 67
Maxima0909 napisał(a):
Relację przeczytałam :) szkoda, że od połowy nie wyświetlają się zdjęcia :( byłyby świetnym uzupełnieniem :)


Dropbox czasem zawodzi, ale sprawdzałem na innym komputerze i zdjęcia się ładują, natomiast fakt jest taki że chyba przesadzam z wielkością plików i trwa to trochę czasu. Ciesze się że przebrnęłaś przez relację:)
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 05 Lut 2018 22:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Lut 2014
Posty: 228
@prodrewno podobała mi się Twoja relacja, taka osobista :) Bardzo szkoda, że nie mogłam zobaczyć żadnego zdjęcia :/
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 06 Lut 2018 14:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Mar 2013
Posty: 67
Koala22 napisał(a):
@prodrewno podobała mi się Twoja relacja, taka osobista :) Bardzo szkoda, że nie mogłam zobaczyć żadnego zdjęcia :/


Cześć, cieszy mnie że przebrnęłaś:)
Jakiś czas temu dropbox pozmieniał coś w udostępnianiu i wszystkie foty poszły...

Wrzuciłem je ponownie ale luzem w folderze:

https://www.dropbox.com/sh/78jnrna68szp ... EZOWa?dl=0
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 17 Lut 2018 03:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Lip 2017
Posty: 100
Zbanowany
Super relacja :)

Poczytałem, ważne rzeczy w kajeciku zanotowałem :P
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 6 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Bing [Bot] oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group