Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 15 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
#1 PostWysłany: 18 Lis 2025 19:21 
Sezonowy Cebulion
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 Lis 2011
Posty: 25434
Osoby, które mnie znają, wiedzą, że darzę ogromną miłością Amerykę Łacińską. Do tego stopnia, że jeśli ktoś zaoferuje mi bilet do Tajlandii za 200 EUR albo za 500 do Ameryki Łacińskiej, to biorę w ciemno Amerykę Łacińską.

Tym razem było podobnie. Z Gwatemalą miałem „otwarte porachunki” za niezaliczenie Tikala; ciekawił mnie Salwador, o którym mało się mówi; a skoro i tak miałem być we Flores, to czemu nie dorzucić jeszcze Belize? Tak więc plan powoli zaczął się klarować.

Daty – jak zawsze – w okolicach moich urodzin, czyli koniec października, połączony z 1–11 listopada, kiedy kończy się sezon huraganów, a zaczyna sezon suchy w większości krajów tropikalnych.
Loty kupione dość tanio na stronie KLM-u, w kombinacji z Copą i Deltą. Do tego dwie krajówki, które ostatecznie wyszły… trzy.

Załącznik:
loty.jpg


Hektogodziny spędzone na vlogach z YouTube’a, przewodnikach i blogach o lokalnych atrakcjach, więc plan trasy też był mniej więcej ogarnięty: co zobaczyć, jakie aktywności ogarnąć i – najważniejsze – gdzie zjeść lokalnie i tanio. Wszystko to przy zerowej pomocy ChatGPT/AI.

Mając wszystko przygotowane, został jeszcze jeden – i chyba najważniejszy – punkt tego wyjazdu: ponownie wyrobić amerykańską wizę, bo poprzednia tak się rozkochała w Vancouver, że tam została.

Załącznik:
wiza.jpg

Zanim mnie posłuchasz na razie się nie śmiej
Żenujące przesłuchanie przez robota z ambasady


A kiedy wiza była już w ręku, mogłem zacząć odliczanie dni do wymarzonych wakacji.

4 Kraje: El Salwador, Gwatemala, Honduras oraz Belize gdzie 3 różne języki się plątają: Kastylijski, Majański oraz Angielski.
Multum chicken busów, przesiadek, przekraczania granic lądowo, sporo przypałów ale i super widoków.

Zapraszam do mojej kolejny relacji!

Załącznik:
pac_atl.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
27 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
Offline
#2 PostWysłany: 18 Lis 2025 20:51 

Rejestracja: 12 Lut 2019
Posty: 1088
niebieski
Przeczytam z ciekawością, nie zapomnij wrzucić dużo zdjęć z zabytków Majów :D
Góra
 Relacje PM off
Zeus lubi ten post.
 
 
Offline
#3 PostWysłany: 20 Lis 2025 19:10 
Sezonowy Cebulion
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 Lis 2011
Posty: 25434
O Salwadorze dużo nie wiedziałem.

To znaczy, znałem tylko to, co przez lata pokazywała nam telewizja: przemoc, gangi, pierwszy kraj, który wprowadził bitcoina jako walutę obok USD, no i to, że mają jednego z najmłodszych prezydentów świata (który później stanie się dyktatorem/despotem swojego kraju).

Wiedziałem też, że kiedyś cały region po uzyskaniu niepodległości od Hiszpanii nazywał się Zjednoczonymi Prowincjami Ameryki Środkowej.
No i… tyle.

Na forumku informacje o tym, co właściwie robić w Salwadorze, jak z kroplówki (w sumie, nie pierwszy raz). Po wielu godzinach oglądania vlogów i czytania przewodników w Internecie, zaczął powstawać plan zwiedzania.

Pierwsza nocka w okolicy lotniska — przylot dość późno, możliwy jet lag, lepiej iść szybko spać.
Potem nad Pacyfik: odpocząć przy szumie fal i rumu.
Następnie La Ruta de las Flores, zaliczenie wulkanu (atrakcja nr 1 dla wielu w Salwadorze), a później ucieczka do Hondurasu przez przejście salwadorsko-gwatemalskie w Anguiatu.

Mając to wszystko, mogłem już tylko odliczać dni do urlopu.

Niestety lato w pracy było tragiczne. Ilość debilnych przypadków mnie przerosła robiłem jakieś 150% normy. Dlatego pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było oddanie krwi i zaniesienie kartki do HR-u, „żądać” dwóch dni urlopu.

Spakowany,

Załącznik:
PXL_20251028_175850651.jpg


z paszportem w nowym „ochraniaczu”,

Załącznik:
PXL_20251024_173910958.PORTRAIT~2.jpg


idę wcześniej spać — po sprawdzeniu, że nie będzie mgły, bo do Amsterdamu wylosowała mi się pierwsza rotacja.

Poranny Uber na krakowskie lotnisko, szybkie mini-śniadanko w saloniku i boarding do AMS.

Skanują moją kartę świeci się na czerwono. Ja już się cieszę, że pewnie upgrade.
Niestety nie.
Pytają o docelowe lotnisko. San Salvador.
Okej, to prosimy o paszport i bilet wylotowy z Salwadoru.
Na szczęście mam (niech żyje Expedia z 24-godzinną możliwością anulacji).

Załącznik:
PXL_20251029_044525028.jpg


Goeie Morgen, Vliegende Hollander.

Jeden z dużych plusów statusu Silver w SkyTeam to darmowy wybór dobrych miejsc. Więc biorę pierwsze możliwe z przodu.
Nowy Embraer E2 — trzeba przyznać, miejsca aż nadto. Plus za gniazdka do ładowania w trakcie lotu.

Załącznik:
PXL_20251029_0446152492.jpg


Załącznik:
PXL_20251029_0446205472.jpg


Lot spokojny. Szybki Heineken (w samolocie nie ma czegoś takiego jak „przed 12:00”), i lądujemy punktualnie w Amsterdamie.
Ponieważ czasu mało, omijam punkt widokowy i idę prosto do non-Schengen.
Strzał w dziesiątkę — Schiphol wciąż sobie nie radzi z systemem EES i kolejki są ogromne.

Kontrola ogarnięta, zapisuję się na e-kolejkę do saloniku i spaceruję po terminalu, zagryzając degustacjami goudy, stroopwafli i robiąc ostatnie Duolingo z hiszpańskiego.

Załącznik:
PXL_20251029_073707057.MP.jpg


Szybki pobyt w saloniku z pięknym widokiem na tarmac, a w tym czasie telefon brzęczy, że otwiera się mój gate.

Załącznik:
PXL_20251029_073727553.MP.jpg


Załącznik:
PXL_20251029_0855083732.MP.jpg


Do Panamy polecimy jednym z najnowszych Dreamlinerów KLM, dostarczonym w czerwcu 2025, o nazwie Anemoon (Zawilec).

Załącznik:
PXL_20251029_094753464.jpg


Boarding szybki… dla mnie.
Dla obsługi wesoło.
Pięciu pasażerów, Rosjan z podrobionymi paszportami Wenezueli. Sprawa trafia do policji holenderskiej.
Ja ponownie korzystam z przywileju Silvera i na 11-godzinny lot dostaję miejsce przy wyjściu ewakuacyjnym.

Załącznik:
IMG-20251029-WA0035.jpg

Tak czerwony kurz w czapce, to kurz z Kamerunu jeszcze w-dawniej-kolonii-polski-i-obecnej-wagnerowcow-kamerun-rsa,213,180242

O czasie żegnamy Amsterdam i Europę.

Załącznik:
PXL_20251029_100109195.MP.jpg


Ponieważ lot jest dzienny, staram się w ogóle nie spać, żeby nie złapać jet laga.
Czas spędzam na zaległych filmach, rozmowach z kumplami i rodziną na komunikatorach przy darmowym Wi-Fi (śmieszne — zdjęcia przez WhatsAppa nie szły, ale przez Signal już tak), i sprawdzaniu trasy.

Niestety przez huragan Melissę lot znacznie się wydłużył, więc lecieliśmy nad Wenezuelą.

Załącznik:
PXL_20251029_193335400.jpg


Pytam chłopaków z Canaimy (a-los-pies-de-canaima-czyli-skok-aniola-w-domu-diabla,212,184022), czy potrzebują lotu ewakuacyjnego — mogę „załatwić” awaryjne lądowanie — ale grzecznie dziękują.

Przylot do Panamy (Tocumen) o czasie.

Załącznik:
PXL_20251029_214320218.MP.jpg


Załącznik:
PXL_20251029_214954794.jpg


Żegnam się z przemiłą załogą KLM, szybki salonik na rumik, boarding do Copy — i tu już zgon.
Ulewa w Salwadorze zatrzymuje nas na długo. Czekamy na okienko pogodowe.
W trakcie lotu budzi mnie pilot. Mówi coś, co brzmi niefajnie: przez pogodę nie wiadomo, czy wylądujemy w Salwadorze; możliwe przekierowanie do Managui albo Ciudad de Guatemala.
Jestem tak zmęczony, że nawet gdybyśmy spadli, byłoby mi obojętne.

Na szczęście pilotowi udaje się wylądować na lotnisku im. San Óscar Arnulfo Romero y Galdámez słynnego męczennika, o którym opowiem później w stolicy Salwadoru.

Witam się z prezydentem Bukele.

Załącznik:
IMG-20251029-WA0056.jpg


Szybka kontrola paszportowa i… witamy w El Salvador!

Załącznik:
IMG_20251030_090739_378.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
22 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
Offline
#4 PostWysłany: 22 Lis 2025 18:34 
Sezonowy Cebulion
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 Lis 2011
Posty: 25434
Transfer już czekał na mnie na zewnątrz. A do tego to piękne, tropikalne combo wilgoci i ciepła — po kilku metrach byłem cały mokry.

W aucie wita mnie klasyczna, lodowata klima, więc jednym szybkim ruchem jedziemy do hotelu przy lotnisku. Szybki check-in, dostaję kurnik numer 26 z wkurzającym ptakiem, który co 10 minut przypominał, że jest obok. Plan, żeby zrobić „dzień brudasa”, przepadł — biorę prysznic i śpię bite 10 godzin.

Załącznik:
PXL_20251030_152031079.MPn.jpg


Rano desayuno típico, czyli klasyczne środkowoamerykańskie śniadanie: fasola, chleb/tortilla, biały ser i jajka.

Załącznik:
PXL_20251030_144639139n.jpg


Krótkie zwiedzanie hotelu i jego ciekawej kolekcji aut,

Załącznik:
PXL_20251030_161304306.MPn.jpg


Załącznik:
PXL_20251030_161619822.MP.jpg


po czym uciekam na przystanek, gdzie mam złapać autobus do San Luis Talpa i przesiąść się dalej nad morze. Jasne, że mógłbym wziąć Ubera, ale cała frajda polega na spotkaniach z lokalnymi ludźmi. No i staniu się atrakcją autobusu dla dzieciaków. Kilka naklejek Lewandowskiego rozdane, a z kabiny kierowca krzyczy: „Gringo, autobus do La Libertad jest tam!”, pokazując mi busa z piękną grafiką Dragon Ball.

Załącznik:
PXL_20251101_174844961.jpg


No wszystko idzie w idealnym kierunku!

Kolejny chicken bus. Kolejna porcja pięknych historii z lokalsami — jak rolnicy wsiadający w trakcie jazdy, z maczetami, prosto z pola, przy akompaniamencie Baby Shark.

Załącznik:
PXL_20251030_162931376.MP.jpg


A w tle co chwilę majestat Pacyfiku.

Szybki check-in w hostelu, pierwsze lokalne piwko (tragedia) na balkoniku

Załącznik:
PXL_20251030_173412470.PORTRAIT.jpg


Załącznik:
PXL_20251030_174900668.MPn.jpg


i idę zwiedzać okolicę.

Załącznik:
PXL_20251030_183316492.MP.jpg


Pierwszy szok: ilość opuszczonych hoteli i kurortów z lat 80–90 (prawdopodobnie po wojnie domowej między rządem Salwadoru a FMLN w latach 1979–1992). Z jednej strony świetne miejsca na urbex, z drugiej dziwna mieszanka dawnego luksusu i obecnej lokalnej biedy.

Załącznik:
PXL_20251030_232318737.jpg


Samo miasto też nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Sporo surferów z USA i cała baza turystyczna skupiona głównie na nich. Ale da się złapać zimnego krafta z widokiem na ocean.

Załącznik:
PXL_20251030_184310031.jpg

Pierwszy raz widzę Karocę Toyoty Hillux

Załącznik:
PXL_20251030_185933776.MP.jpg


Załącznik:
IMG-20251030-WA0030.jpg

Myślałem ze to lokalny kraft, a okazał się piwem z Hiszpańskiej Girony

Załącznik:
PXL_20251030_190042859.jpg


Załącznik:
PXL_20251030_192818184n.jpg

Ubogie tortas, ale dobre tortas

Załącznik:
PXL_20251030_200109118.jpg


Załącznik:
PXL_20251030_201011181.MP.jpg

Kolejny Urbex

I znowu na fale Pacyfiku.

Załącznik:
PXL_20251030_200905877.PORTRAIT.jpg

Salute

Do dziś nie wiem, czemu wszędzie wiszą izraelskie flagi (Izrael wspierał prawicowy rząd podczas wojny), mimo że w kraju jest spora diaspora Palestyńczyków, jak np. sam prezydent Nayib Bukele.

Załącznik:
PXL_20251030_203206240.jpg


Załącznik:
PXL_20251030_203224522.jpg


Nevermind — zakupy zrobione, wracam do hostelu odpocząć przed kolacją.

Wieczorem znów piękny Pacyfik o zachodzie słońca

Załącznik:
PXL_20251030_231231718.MP.jpg


Załącznik:
PXL_20251030_231242208.MP.jpg


i bogata w krewetki kolacja na urodziny: lokalny cóctel de camarones. Typowy salwadorski przysmak — krewetki, cebula, pomidory, kolendra, sok z limonki, sos Worcestershire, ostry sos, sól i krewetki w czosnku.

Załącznik:
PXL_20251030_234501292.PORTRAITn.jpg


Załącznik:
PXL_20251030_235034079.PORTRAITn.jpg


Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zjadłem aż tyle krewetek. Nie żałuję — były przepyszne. Powrót na nocleg i odliczanie do kąpieli następnego dnia.

Na śniadanie znów klasyk, typowe salwadorskie.

Załącznik:
PXL_20251031_151935471.jpg


Niestety bez kąpieli — czerwone flagi, silne wiatry i fale dochodzące do 5 metrów. Kąpiel i nauka surfingu przepadły.

Załącznik:
PXL_20251031_150244356.jpg

Powiem tak, nie pamiętam kiedy prądy morskie byłby takie moćne ze mnie ciągnęły do morza z brzegu

Nie mając nic do roboty, wracam do centrum La Libertad zabić czas. Spacer od mola do mola.

Załącznik:
PXL_20251031_191939446.MP.jpg


Załącznik:
PXL_20251031_192027437.jpg


Załącznik:
PXL_20251031_194239566.MP.jpg


W hali rybnej prawie od razu wychodzę — liczba naganiaczy doprowadzała mnie do szału. Ostatecznie ląduję w spelunie na tacosach.

Załącznik:
PXL_20251031_202111767n.jpg


Jak zawsze w tym regionie — pytanie o ostrość. Odpowiadam „między dobrym a ostrym”, a obsługa ukradkiem patrzy, czy zacznę płakać. Ku ich rozczarowaniu dokładam jeszcze sosu.

Wieczór kończę degustacją lokalnego rumu (muszę przyznać: był obłędny),

Załącznik:
PXL_20251031_232728541.PORTRAIT~2.jpg


lokalnym przysmakiem — pupusas (placki z serem i dodatkami)

Załącznik:
PXL_20251101_002455850.MPn.jpg


i znowu spać, bo następnego dnia czeka mnie pierwsza większa podróż do Juayúy.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
19 ludzi lubi ten post.
Gadekk uważa post za pomocny.
 
 
Offline
#5 PostWysłany: 24 Lis 2025 19:12 
Sezonowy Cebulion
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 Lis 2011
Posty: 25434
Żeby dostać się do Juayúy, miałem trzy opcje:
albo wstać przed 6 i złapać pierwszy bus (odpada),
albo czekać do 14 na drugi (odpada jeszcze bardziej),
więc została jazda „do tyłu”, żeby potem wjechać do góry — notabene o wiele szybsza niż połączenie bezpośrednie.

Czyli plan był prosty: najpierw San Salvador, tam przesiadka na busa do Sonsonate, a dopiero stamtąd Juayúa.
Zawsze mogłem wpakować się w transfer, ale wtedy nie byłoby przygody!
A przynajmniej tak mi się wydawało...


Szybkie śniadanie w moim ulubionym „ranchu” obok hostelu, krótka pogawędka ze starym właścicielem, który pamięta wizytę papieża Polaka w Salwadorze (choć nie pamięta którą), oraz wychwały pod adresem prezydenta Bukele — że wreszcie zrobił porządek w kraju. O tempora, o mores...

Droga do San Salvadoru była aż za dobra — jechało się przyjemnie, bez żadnych niespodzianek.

Załącznik:
PXL_20251101_182532423.MP.jpg


Przesiadka na przystanku Guadalupe też szybka i sprawna. I wtedy zaczęły się problemy. Zbliżał się weekend przed Día de los Fieles Difuntos (Dniem Zadusznym), więc wszyscy uciekali ze stolicy. Do tego dochodziły liczne remonty na drogach.

Suma summarum — do Sonsonate dojeżdżam z lekkim opóźnieniem. Ale tragedii nie ma, autobus z La Libertad jeszcze nie wyjechał. Czasu sporo, ceny na dworcu miłe dla portfela, więc szybka torta i łapię bus, który dowiezie mnie do Juayúy.

Pierwszy szok: istnieje kolejka, którą wszyscy respektują. Normalnie First In – First Served. Gdy autobus się napełni, odjeżdża, a komitet kolejkowy zostaje i czeka na następny. Robię to samo, żeby mieć miejsce siedzące — i był to świetny pomysł.

Załącznik:
PXL_20251101_214806275.jpg


Bo zaczęła się potężna ulewa, ludzie wracający z pracy/uczelni, więc autobus robi się koszmarnie zatłoczony. Zamknięte okna (bo pada), temperatura 35 stopni, pot i duchota tworzą atmosferę nie do opisania. Do tego liczba pasażerów grubo ponad 150% normy... W głowie czarne myśli, że jeśli autobus się przewróci, to koniec. Walczę z klaustrofobią i natarczywie patrzę na mapę w maps.me: „ile jeszcze?!”.

Ale udało się.
Juayúa wita mnie świetną pogodą — chłodniejszą i dużo przyjemniejszą niż ta w La Libertad.

Załącznik:
PXL_20251102_151542716.jpg


Załącznik:
PXL_20251101_235551908.jpg


Kieruję się do hostelu. Recepcja, jak wszędzie, pyta: „czemu to imię i nazwisko, a paszport polski?”. Tłumaczę po raz tysięczny, że jestem Grekiem, ale polski paszport po prostu bardziej się opłaca.

Załącznik:
PXL_20251102_144629180n.jpg


Idziemy do pokoju, a recepcjonistka pokazuje turecką flagę i mówi ze śmiechem, że dostałem pokój obok „flagi mojego kraju”. Tłumaczę jej, że inny Grek by się za taki żart mocno obraził — to raczej niewiedza niż humor.

Załącznik:
Zrzut ekranu 2025-11-24 183918.jpg


Zostawiam graty w marnym pokoju i idę na krótki spacer po mieście.
Supermarket po kraftowe piwa, do kawiarni obok po pupusas, i wracam na chill, bo jutro czeka mnie cały dzień na Szlaku Kwiatków.

Załącznik:
PXL_20251102_010526503n.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
21 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
Offline
#6 PostWysłany: 01 Gru 2025 20:18 
Sezonowy Cebulion
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 Lis 2011
Posty: 25434
Noc była tragiczna.

Jak wspominałem w opisie noclegu, ten hostel ma tak cienkie ściany, że słychać absolutnie wszystko, co dzieje się na ulicy.

Od nocnej imprezy w lokalu obok, przez głośne auta lokalnych sebixów, po porannego koguta, którego chętnie wrzuciłbym do rosołu, i miejscowe kobiety, które od świtu plotkowały o mężach.

Ale nie ma co marudzić. Szybkie śniadanie i kieruję się na główny plac, skąd zaczynam wycieczkę po miasteczkach Ruta de Las Flores.

Wstęp: czym jest Ruta de Las Flores?

Ruta de Las Flores to jedna z najpiękniejszych tras turystycznych w Salwadorze, znana z kolorowych miasteczek, ulicznych murali, kawowych plantacji i górskich krajobrazów. Trasa prowadzi przez kilka urokliwych miejscowości, takich jak Juayúa, Apaneca, Concepción de Ataco czy Nahuizalco — każda z własnym klimatem, tradycjami i lokalnymi festiwalami. Region słynie z weekendowych food festivalów, trekkingów, wodospadów i świetnej kawy. Idealne miejsce, jeśli chce się zobaczyć spokojniejszą, bardziej autentyczną stronę Salwadoru.

Na początek parę murali z Juayúy.

Załącznik:
PXL_20251102_151655771.jpg


Załącznik:
PXL_20251101_235705902.MP.jpg


Potem kierunek „dworzec” i „kurczakowy bus” w stronę Concepción de Ataco. To jedno z głównych miast produkujących kawę, a jedna z finc (dawnych hacjend wyspecjalizowanych w kawie), do której łatwo dojechać komunikacją, to El Carmen.

Tym razem w busie było dość pusto, choć dziwnym trafem po kilku minutach trzymałem… opony do auta. Współpasażer miał ręce zajęte dwiema sztukami, więc mi „oddał”. Przypomniała mi się historia @igore, który chyba w Panamie trzymał w autobusie kurczaki.

Kieruję się do fincy. Nawet nie zdążyłem kupić kawy, a już informują, że za chwilę zaczyna się wycieczka.

Oczywiście na początek — historia kawy w Salwadorze.
Od 1871 do 1927 roku czternaście rodzin (Catorce Familias) kontrolowało całą produkcję kawy. Salwador nazywano wtedy „Republiką Kawową”, podczas gdy sąsiedzi byli „Republikami Bananowymi”. Przez wiele lat kawa była filarem gospodarki, czasem odpowiadając za 40–50% PKB. Skutkiem było to, że cała dobra kawa szła na eksport, a lokalnej społeczności zostawały resztki głównie kawa rozpuszczalna. W Salwadorze występuje 45 różnych odmian kawy, z czego trzy są najważniejsze:

Bourbon – kawa o mocnym smaku

Pacamara – bardzo mocna

Geisha – najdelikatniejsza / najlżejsza

Załącznik:
PXL_20251102_161005769.jpg


Dopiero w ostatnich 10 latach 15–20% dobrej kawy trafia na rynek lokalny, więc mieszkańcy wreszcie mogą jej spróbować. Na razie głównie przez french press albo dripper.

Listopad to dopiero początek zbiorów, więc jest tego niewiele. Dopiero w grudniu–styczniu zaczyna się prawdziwy młyn — pracują na trzy zmiany. Teraz można tylko zobaczyć fincę.

Większość pracowników (jeśli nie wszyscy) to mieszkańcy Concepción de Ataco, pracujący tu od pokoleń. Widać to też po maszynach — większość pochodzi z początku XX wieku, a firm, które je produkowały, już nie ma.

Załącznik:
PXL_20251102_161712550.MP.jpg


Załącznik:
PXL_20251102_162009272.jpg


Załącznik:
PXL_20251102_162643459.jpg


Załącznik:
PXL_20251102_163255889.jpg


Wycieczka bardzo fajna. Szczególnie moment, w którym pokazują, jak wygląda dobra kawa, a jaką pakują do Starbucksów. Jakość podobna do oregano z polskiego supermarketu.

Załącznik:
PXL_20251102_164341634.jpg


Załącznik:
PXL_20251102_164612729.jpg


Załącznik:
PXL_20251102_170201123.MPn.jpg


Załącznik:
PXL_20251102_171254671.jpg


Załącznik:
PXL_20251102_171454280.PORTRAIT.jpg


A jak wycieczka po fince, to obowiązkowo degustacja kawy z drippera.

Załącznik:
PXL_20251102_172208051.jpg


Wycieczka zaliczona, więc czas na spacer po miasteczku.

Załącznik:
PXL_20251102_174253412.jpg


Załącznik:
PXL_20251102_174237969.MP.jpg


Przyjemne, choć bardziej chaotyczne niż Juayúa. Każdy znajdzie coś dla siebie:

ładne murale,

Załącznik:
PXL_20251102_175011058.MP.jpg


Załącznik:
PXL_20251102_175015153.jpg


Załącznik:
PXL_20251102_175519639.MP.jpg


lokalny Hop On–Hop Off,

Załącznik:
PXL_20251102_174636045.jpg


kawa na zimno,

Załącznik:
PXL_20251102_184207773n.jpg


targ z pamiątkami (szczególnie z prezydentem Bukele),

katedra z 1580 roku — Santuario Inmaculada Concepción de María,

Załącznik:
PXL_20251102_190221243.MP.jpg


sklep dla kibiców z Krakowa,

Załącznik:
PXL_20251102_182441347.jpg


oraz punkt widokowy z krzyżem jak na Giewoncie, z panoramą miasta.

Załącznik:
PXL_20251102_181143720.MP.jpg


Załącznik:
PXL_20251102_181310479.MP.jpg


Po wszystkim wracam na „dworzec” i jadę do Apaneki, gdzie na mapie wypatrzyłem punkt z cerveza artesanal — czyli po naszemu kraftem.

Punkt okazał się obok instagramowego miejsca „Albania”. Lokalu od piwa nie znalazłem, ale kawiarnię tak. Pytam, czy mają krafty.

- Sí, sí.
Jak na wszystko przytakują.

Wchodzę, zamawiam, po chwili informują, że może to potrwać, bo mają problem z nalewakiem, i proponują lokalnego sikacza.

Załącznik:
Salvador (14).jpg


Dziękuję - poczekam, bo widok piękny.

Załącznik:
PXL_20251102_195426882.jpg


Załącznik:
PXL_20251102_195431901.jpg


Załącznik:
PXL_20251102_195520153.jpg


W końcu przychodzi Albanian IPA (chwała Bogu za ten typ piwa),

Załącznik:
Albanian IPA.jpg


więc piję, obserwuję ludzi i dziwię się, że nie ma tu żadnych jankesów ani innych gringos.

Po piwie wracam do Apaneki. Tu już spokój — mniej aut niż w Ataco, fajnie się spaceruje:

kolejne murale,

Załącznik:
PXL_20251102_210056913.MP.jpg


Załącznik:
PXL_20251102_205818113.MP.jpg


mini ogród z kwiatami typowymi dla Ruta de Las Flores,

Załącznik:
PXL_20251102_205052232.jpg


oraz „duma Madrytu”

.
Załącznik:
PXL_20251102_210242725.jpg


Pogoda zaczyna się psuć, więc jadę do ostatniego punktu — Salcoatitan, bo Google Maps pokazało dwa punkty widokowe na wulkany.

Idę do pierwszego. Droga prowadzi pod górę, więc logiczne — punkt widokowy.

Błąd.
Wlazłem na prywatną plantację kawy. Robię zdjęcia pięknych ziaren,

Załącznik:
PXL_20251102_220203669.PORTRAIT.jpg


aż podchodzi starszy farmer i pyta, czy nie szukam punktu widokowego.

Przytakuję.

Mówi, że tu nie ma żadnego punktu ale zaprasza na piwo.

Stawia mi dwa, gadamy o historii kraju z ostatnich 30–40 lat (wojna domowa, maras, zmiany ostatnich lat), a gdy kłócimy się, kto płaci, parę naklejek z Lewandowskim załatwia sprawę.

Niestety gdy docieram na faktyczny punkt widokowy, jest pochmurno i nic nie widać.

Załącznik:
PXL_20251102_221052637.jpg


Robi się późno, więc wracam. Na przystanku widzę dwóch gringos czekających na busa.

- Hola!
Zero reakcji. Dobra, ich sprawa.

Obok lokalne babunie robią atol de elote — gorący napój z masy kukurydzianej. Gadamy sobie, obserwuję autobusy, które nawet się nie zatrzymują przy przystanku, a gringos dalej stoją jak słupy.

W końcu jeden z klientów mówi, że jedzie ciężarówką do Juayúy i może mnie podwieźć.

- Genial, cabrón! Vamos!

Macham gringosom i docieram na końcówkę festiwalu kulinarnego, gdzie delektuję się longanizas — wieprzowymi kiełbaskami z limonką, oregano i achiote, z warzywami i grubszą niż w Meksyku tortillą salvadoreña.

Załącznik:
PXL_20251102_224708086.MPn.jpg


Załącznik:
PXL_20251102_225134940n.jpg


Idealne zakończenie wieczoru.

No, prawie bo nie udaje mi się wejść do lokalnego kościoła Iglesia de Santa Lucía (dość nowego, z połowy XX wieku), a ulewa psuje mi plan na jutrzejszy trekking do Las Siete Cascadas po powalonych drzewach.

Załącznik:
PXL_20251102_224130368.MP.jpg


Załącznik:
PXL_20251103_011214606.MP.jpg



C’est la vie.

Rano znów fasolka, ostatnia kawa w Juayúa

Załącznik:
PXL_20251103_162828520n.jpg


Załącznik:
PXL_20251103_161849969n.jpg


i pakuję się w autobus do kolejnego miasta — Santa Ana.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
17 ludzi lubi ten post.
5 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
Offline
#7 PostWysłany: 02 Gru 2025 08:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 2795
Loty: 975
Kilometry: 2 129 968
HON fly4free
Super klimaciki.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
Zeus uważa post za pomocny.
 
 
Offline
#8 PostWysłany: 02 Gru 2025 11:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Wrz 2012
Posty: 2204
Loty: 363
Kilometry: 641 585
niebieski
Wracają wspomnienia z Salwadoru w 2023 ;) robiłem praktycznie taką samą trasę z tym, że kończyłem nad oceanem :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
Zeus lubi ten post.
Zeus uważa post za pomocny.
 
 
Offline
#9 PostWysłany: 02 Gru 2025 20:13 
Sezonowy Cebulion
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 Lis 2011
Posty: 25434
Dobrze, że poprzedniego dnia poszukałem w mieście „dworca” autobusowego, z którego odjeżdżają autobusy do Santa Any.

W internecie, co strona, to inna bajka, ale legenda głosiła, że „dworzec” jest obok marketu Super Selectos, czyli jakaś większa dziura z dużym parkingiem.

Autobus odjeżdża dokładnie o 12:00 i kieruję się nim do trzeciego co do wielkości miasta w Salwadorze — Santa Any. Miasta, które po zakończeniu wojny domowej w 1992 roku zmagało się z ogromnym problemem lokalnych gangów — maras. Jednak dzięki przelewom od imigrantów z USA oraz polityce „twardej ręki” (mano dura), miasto powoli odbudowuje się i otwiera na nowo.

Dworzec w Santa Anie to taka trochę większa dziura koło stacji benzynowej, a okolica nie wygląda najlepiej. Ale mimo to nie czuję się zagrożony — mało kto zwraca uwagę na gringo z plecakiem, który idzie w stronę noclegu.

Załącznik:
PXL_20251103_211348374.jpg


Tak jak wspominałem wcześniej — nocuję w Casa Blanca Tu Casa, i był to strzał w dziesiątkę. Przesympatyczna doña pomaga mi się oswoić z miastem, poleca co zobaczyć, gdzie iść i zapewnia, że sytuacja bezpieczeństwa poprawia się praktycznie z dnia na dzień.

Zostawiam rzeczy, ubrania do prania i idę do centrum. Tam, gdzie Google Maps oznacza na pomarańczowo „stare miasto”.

Załącznik:
PXL_20251103_211429621.MP.jpg


Załącznik:
PXL_20251103_212016467.jpg


Miasto zostało podbite przez Hiszpanów w latach 1530–1540, ale większość budynków, które widzimy dziś, pochodzi z XVIII wieku — choć i tak tego dawnego kolonialnego stylu zostało niewiele.

W końcu docieram do Parque Libertad , serca miasta. To tutaj znajdują się wszystkie główne „atrakcje”.

Przed zwiedzaniem — szybka torta na lunch — i zaczynam spacer wokół placu w poszukiwaniu ciekawostek.

Załącznik:
Santa Ana (5).jpg


Jedną z nich jest neoklasycystyczny, zielony budynek Teatru Narodowego Santa Any z 1910 roku.

Obok stoi neogotycka Katedra Matki Bożej Świętej Anny (Catedral de la Señora Santa Ana), odbudowana w połowie XX wieku w miejscu pierwszej, XVI-wiecznej świątyni.

Załącznik:
PXL_20251103_223133013.MP.jpg


Oczywiście, jak w każdym kościele w Salwadorze, znajduje się tu obraz świętego arcybiskupa Óscara Arnulfo Romero y Galdámeza. W czasie wojny domowej był obrońcą praw człowieka, otwarcie krytykował prawicowych dyktatorów i wspierane przez nich szwadrony śmierci, które mordowały i torturowały lokalną ludność. 24 marca 1980 roku został zastrzelony podczas odprawiania mszy w kaplicy szpitalnej w stolicy. Po latach, w 2018 roku, został kanonizowany w Rzymie podczas Synodu Biskupów.

Załącznik:
PXL_20251103_222622790.MP.jpg


Bardzo pozytywne zaskoczenie — w katedrze sporo bezpańskich psów odpoczywa na chłodnej posadzce i nikt nie robi z tego problemu. Ogromny plus!

Załącznik:
PXL_20251103_222016077.jpg


Szybkie spojrzenie na ratusz, Palacio Municipal de Santa Ana Centro

Załącznik:
PXL_20251103_221249490.MP.jpg


oraz na Casino Santaneco.

Załącznik:
PXL_20251103_221439219.jpg


Mając wszystkie główne miejsca „odhaczone”, a że była dopiero 15:30–16:00, zapytałem w Informacji Turystycznej, co jeszcze można zobaczyć. Po chwili zastanowienia pracowniczka poleciła… jedną z najnowszych atrakcji: hipermarket Walmart.

Załącznik:
PXL_20251103_223950172.MP.jpg


Nie mając nic lepszego do roboty, pojechałem tam, licząc na tanie pamiątki (jak w meksykańskim Playa del Carmen) albo dobry, tani rum. Niestety — ani to, ani tamto.

Załącznik:
PXL_20251103_234204369.MP.jpg


Załącznik:
PXL_20251103_234209274.jpg


Zaczęło się ściemniać, więc wracam do noclegu, przechodząc jeszcze przez cmentarz, żeby zobaczyć dekoracje po Dniu Zmarłych. Po drodze kupuję krafciki na kolację i idę spać, bo rano czeka mnie wycieczka na jedną z najważniejszych atrakcji Santa Any — wulkan o tej samej nazwie.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
Offline
#10 PostWysłany: 02 Gru 2025 23:19 

Rejestracja: 12 Lut 2019
Posty: 1088
niebieski
Super klimaty :D
Góra
 Relacje PM off
Zeus lubi ten post.
 
 
Offline
#11 PostWysłany: 03 Gru 2025 07:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Wrz 2012
Posty: 2204
Loty: 363
Kilometry: 641 585
niebieski
Ciekaw jestem jak obecnie wygląda wejście na wulkan ;) w 2023 wchodziło się w grupie z ochroną z uwagi na potencjalne napady. Na górze niestety mocno poganiali ;)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
Zeus lubi ten post.
 
 
Offline
#12 PostWysłany: 03 Gru 2025 09:20 
Sezonowy Cebulion
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 Lis 2011
Posty: 25434
Można było wejść bez przewodnika, ale cena była tak niska ze wolałem z nim.
Na początku mówili nam ze nie wejdziemy na szczyt z powodu silnych wiatrów (i parę dni temu jakiś debil się przewrócił tam) ale udało nam się na 20-30 minut.

Także wzdłuż szlaku była policja/jakaś straż gdzie pod koniec musieliśmy się legitymować
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
Offline
#13 PostWysłany: 05 Gru 2025 11:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Kwi 2017
Posty: 135
Loty: 204
Kilometry: 483 710
Super się czyta, byłam rok temu na urodziny-niespodziankę męża :D W finca El Carmen oprowadzał nas ten sam pan :)
Góra
 Relacje PM off
Zeus lubi ten post.
Zeus uważa post za pomocny.
 
 
Offline
#14 PostWysłany: 05 Gru 2025 19:01 
Sezonowy Cebulion
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 Lis 2011
Posty: 25434
Doña idealnie zaplanowała zwiedzanie wulkanu Santa Ana – Ilamatepec.
Pobudka o 7:00, śniadanie o 7:15, a o 7:30 wyjście z domu, żeby złapać autobus 248 o 7:45 spod CPN. Prościej się nie dało – i faktycznie, co do minuty autobus 248 podjechał na miejsce. Jedziemy do Parku Narodowego Cerro Verde.

Załącznik:
PXL_20251104_130018504n.jpg


Pierwszy rzut oka na pasażerów i pierwszy raz widzę tylu gringos w jednym miejscu. Czyli trafiłem w dobrym autobusie.
Nadrabiam zaległości w podcastach i zerkam na widoki wulkanicznego regionu.

Załącznik:
PXL_20251104_150424973.jpg


Do bramy parku docieramy o 9:30 i od razu krzyczą, że zaczyna się wycieczka. Sprzedawczyni – o dziwo – mówi po angielsku. Informuje, że koszt to 4 USD za przewodnika, 0,50 USD za przekroczenie prywatnej posesji lokalnego „górala” (Zakopane style), plus 3 USD za wejście do parku. Do tego klasyczne info o zakazie posiadania broni, papierosów, szklanych butelek i alkoholu.
A na koniec gwóźdź programu psujący zabawę: silne wiatry i brak możliwości wejścia na krater, bo jakiś „turysta” wlazł mimo zakazu i się przewrócił.

No ale skoro wstałem tak wcześnie, to mój ostatni dzień w Salwadorze… YOLO, idziemy.

Załącznik:
PXL_20251104_161116269.jpg


Grupa się zebrała, przekraczamy teren „górala” i poznajemy naszego przewodnika. Przewodnik habla tylko po kastylijsku, a w grupie tylko ja mówię i po kastylijsku, i po angielsku. Zapowiada się wesoło — ale nie pierwszy raz na tym wyjeździe.

Dostajemy podstawowe informacje o wulkanie:

Wulkan Santa Ana, położony 2381 m n.p.m., jest najwyższym wulkanem w Salwadorze. Ostatnie erupcje miały miejsce w latach 1904, 1920 i 2005.

Przewodnik mówi, że trek może być ciężki. Dobrze, że wytrenowałem się na siłce, w maszynie „chodzenie po schodach”.

Częściowo przewodnik rozmawia przez krótkofalówkę o pogodzie, częściowo ze mną, był zachwycony, że „Grek” idzie z nim. Jarał się jak wulkan na Santorini w starożytnej Grecji.

Sam trek wcale nie był ciężki. Nawet ja, gdzie worek kartofli obok mnie miewa więcej energii, dawałem radę bez problemu.

Widoki dodawały mocy. Po drodze widać wulkan Izalco (Salwador ma ok. 100 wulkanów, z czego 20 aktywnych). Izalco, najmłodszy, znany z częstych erupcji w przeszłości, nosi przydomek „Latarni Morskiej Pacyfiku”.

Załącznik:
PXL_20251104_163514573.MP.jpg


Załącznik:
PXL_20251104_163837591.MP.jpg


Załącznik:
PXL_20251104_170522555.MP.jpg


I wtedy pada najpiękniejsze zdanie dnia, od naszego przewodnika:
Panie i panowie, mamy zgodę na wejście na krater. Jest pogodne okienko. Zero przerwy, idziemy na 150% możliwości!

No to idziemy. Szybkim krokiem docieramy na krater. Policja i strażnicy lasu sprawdzają dokumenty i pozwalają wejść.

Jezioro kraterowe ma ponad 1,5 km długości, a kolor wody świadczy o wysokiej zawartości siarki. Do 2005 roku (ostatnia erupcja wyrzuciła skały wielkości samochodów na ponad 1,5 km, zabijając dwie osoby) można tu było… pływać. Odważni ludzie.

Załącznik:
PXL_20251104_172442419.jpg


Załącznik:
PXL_20251104_173231080.MP.jpg


Z powodu silnego wiatru i oparów nie możemy zostać na górze długo, ale i tak jestem bardziej niż zadowolony, że się udało.

W drodze w dół marzyłem o zimnym piwie, do momentu gdy słyszę od przewodnika:
¡Cuidado! ¡Serpiente de cascabel!
Słowa cascabel nie znałem, ale serpiente już bardzo dobrze. Oglądam się na boki — i widzę, jak obok mnie przechodzi grzechotnik. Pierwszy raz od dawna miałem taką gęsią skórkę… Taka jest natura.

Schodzimy dalej, autobus podjeżdża, wracamy do Santa Anny, podziwiając jezioro Coatepeque.

Załącznik:
PXL_20251104_195745293.jpg


Szybki prysznic w hotelu, guilty pleasure w postaci burgerka w lokalnej wersji KFC, Pollo Campestre,

Załącznik:
Santa Ana (3).jpg


i ponowne podziwianie pięknej katedry.

Załącznik:
PXL_20251104_233634535.jpg


Wracając do noclegu,

Załącznik:
PXL_20251104_234257990.jpg


widzę obok Hotel Santorini. Mój drugi grecki akcent w Salwadorze (pierwszy był dzień wcześniej, gdy w markecie jakiś Grek mnie obrażał, bo myślał, że jestem Latino). Po zrobieniu fotki zostałem jednak pogoniony — to lokalny sex hotel.

Załącznik:
PXL_20251104_235319403.jpg


Pakuję się, szybki kraft, ostatnia kolacja — pupusy przy akompaniamencie ulubionego albumu Genesis – Live in Rome — i spać.
Bo kolejnego dnia czekają mnie cztery kontrole paszportowe, ponowne zahaczenie o Gwatemalę i kilka przypałów.

Załącznik:
Santa Ana (2).jpg


Załącznik:
Santa Ana (1).jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
Offline
#15 PostWysłany: 06 Gru 2025 00:00 

Rejestracja: 12 Lut 2019
Posty: 1088
niebieski
Niesamowite widoki :D
Góra
 Relacje PM off
Zeus lubi ten post.
 
 
 [ 15 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group