Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 36 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
 Temat postu: Księżyc nad Birmą
#1 PostWysłany: 07 Gru 2018 15:38 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Załącznik:
DSC08277.JPG

To oryginalny Księżyc birmański.
Zdjęcie zrobiłem w Nyaungshwe, choć na oko, równie dobrze mogłoby ono pochodzić np. z Hajnówki.
Ten drugi, poniżej, też jest z Birmy ale powstał z drewna i kupiłem go na straganie.
Rzeczywiście - Księżyc wygląda dokładnie tak samo, jak u nas.
Załącznik:
Ksiezyc.jpg

Zatem - wygląda tak samo ale jego sposób działania - tutaj jest inny.

Birma to kraj bardzo religijny, zdecydowana wiekszość ludzi - to Buddyści.
Nic dziwnego zatem, że życie jest w dużej mierze podporządkowane przyjętym wierzeniom.
Związane z nimi praktyki i celebracje są z kolei powiązane z fazami i rytmem Księżyca.
Dni wolne urzędowo od pracy wypadają, jak u nas, w niedzielę.
Tak na prawdę świętuje się jednak w rytm kalendarza księżycowego.
Załącznik:
DSC00120.JPG

Załącznik:
DSC00121.JPG

Wygląda na to, sądząc po ilości zakładów usługowych ze zdjęcia, że ludzie dość licznie
wierzą tu w astrologię, przepowiednie i wróżki a skąpane w świetle Księżyca pagody wypełniają się
wiernymi, gdy jest pełnia.
Załącznik:
DSC08141.JPG

Ponoć nawet rząd kraju traktuje wróżki na serio, przynajmniej od czasu do czasu.
Chodzi fama, że zmiana ruchu ulicznego z lewo- na prawostronny, przeprowadzona w 1970r.,
z dnia na dzień, bez jakiegokolwiek przygotowania, była skutkiem jakiejś przepowiedni, którą
usłyszał rządzący wówczas generał.

Bilety lotnicze do Birmy sprawiliśmy sobie w Qatar Airways na połowę listopada, mniej więcej,
całkiem nieświadomi, że data podróży zbiega się nam z pełnią Księżyca w ósmym miesiącu
Tazaungmon.
Dzień ten w Birmie jest szczególny - wszyscy mnisi, a jest ich co niemiara, dostają nowe ubranka.
Urzędowo - jest prawie tydzień wolny od pracy a wszyscy tłumnie ruszają do pagód znosząc kwiatki,
płatki złota, ptaszki i co tylko da się wymyślić albo organizują różne odlotowe, dosłownie, imprezy.

My, to znaczy: Ela, Mila i ja w żadne takie gusła nie wierzymy, nie jesteśmy też Buddystami,
więc działanie Księżyca nas się nie ima. :D
Co by jednak nie było - podróż zaczęła się cokolwiek nietypowo.

Z Warszawy do Dohy wszystko odbywało się wg ogólnie przyjętych standardów.
To znaczy: najbardziej dokazujący dzieciak siedział zaraz za mną, z przodu - hałaśliwe małżeństwo,
ciągle z czegoś niezadowolone a półkę na bagaż przyszło mi dzielić z kimś kto próbował tam zmieścić
co najmniej połowę zasobów sklepów wolnocłowych z lotniska.

Natomiast, gdy przyszło do przesiadki - przy naszej bramce ani w okolicy naszej bramki nie było NIKOGO.
- No tak, pewnie zmienili wejście.
Ale nie, na rozkładzie ciągle widniał ten sam numerek, co na bilecie.
Gdy przyszła pora - zjawiły się jeszcze dwie osoby: pan i pani do wpuszczania na pokład.
- Tak, tak, do Rangunu, prosimy na pokład. Pan w uniformie skłonił się nisko, w cokolwiek nietypowy dla
obsługi lotniska sposób i zachęcającym ruchem rąk wskazał kierunek.
Poczekalnia i widoczny za nią korytarz były całkiem puste.
Brak żywego ducha wokół, tylko nasza trójka i tych dwoje.
- Prosimy, prosimy na pokład, pan i pani z przyklejonymi uśmiechami jeszcze raz wskazali nam drogę, widząc, że trochę
się ociągamy.
Wielki Airbus też był zupełnie pusty...


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 07 Gru 2018 21:26 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
- A gdzie są inni? Stewardesa pytania albo nie zrozumiała albo nie miała ochoty odpowiadać.
Uśmiechnęła się tajemniczo i poszła w swoją stronę.

Tak, spotkała mnie kara.
Nie podobał mi się dzieciak kopiący w oparcie fotela?
No to mam teraz całego Airbusa do wyłącznej dyspozycji.
Brakuje jeszcze dziwnego ludzika ze świecącymi na czerwono oczkami siedzącego
na skrzydle - i można kręcić horror.

Na szczęście, tuż przed odlotem, na pokład weszło jeszcze kilkanaście osób.
Poczuliśmy się trochę pewniej i prawie pustym samolotem polecieliśmy.
Bez żadnych przygód.
W Rangunie nie było ani epidemii dengi ani nie wybuchła rewolucja.
Pusty samolot to prawdopodobnie skutek Tazaungmon Full Moon Festival - kto miał do Birmy lecieć,
już poleciał i albo odpoczywał w objęciach rodziny albo, jako turysta, gapił się na niezliczone
związane ze świętem atrakcje.

Okazuje się, że jeżeli nie jest się nadmiernie ambitnym albo specjalnie oszczędnym turystą, to zwiedzanie
Birmy albo, jak częściej teraz się ten kraj nazywa: Myanmaru, jest wyjątkowo łatwe.
Żadne z naszej trójki jakoś specjalnego zamiłowania do szkoły przetrwania nigdy nie miała, więc przez
Booking porezerwowaliśmy w miarę przyzwoite hotele a potem dwa przeloty wewnętrzne Rangun-Heho oraz
Bagan-Rangun w KBZ Airlines.
Pomiędzy Heho a Bagan mieliśmy podróżować samochodem wraz z umówionym kierowcą.

Na mapie wygląda to mniej więcej tak:

Załącznik:
Mapa.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 07 Gru 2018 22:44 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Trochę dziwnie nam było ten samochód z kierowcą wynajmować, ale w Birmie tak trzeba.

Po pierwsze - bo cudzoziemcy nie mogą wynająć auta bez kierowcy.
Po drugie - nawet gdyby mogli, to niechybnie natychmiast wyrządziliby tym szkodę sobie i otoczeniu
powodując jakiś straszny wypadek zaraz po opuszczeniu wypożyczalni.

Rzecz w tym, że tutaj jeździ się jeszcze inaczej niż w Chinach, Indiach czy Nepalu.
Tam wszystko jest jasne - trąbi się non stop, jedzie jak się da, lewą, prawą stroną albo środkiem, więc
wiadomo, że wszystko jest nieprzewidywalne i każdy uważa na siebie i innych.
A w Birmie?
Niby jedziemy grzecznie, aż tu nagle, na ukos przez skrzyżowanie, potem trochę lewą.
Chwilę potem - znowu jak należy.
Manewry kierowców są nie do przewidzenia poza jednym przypadkiem:
gdy jesteśmy pieszym - wszyscy bez wyjątku będą próbowali nas rozjechać.

To wcale nie żart.
Jeżeli będziecie w Rangunie i zajdzie potrzeba znalezienia się po drugiej stronie
ulicy - nie dajcie się zwieść tym, że na jezdni są namalowane pasy!
Wynajmijcie taksówkę!
Niech Was tam zawiezie!
Ocalicie życie!

Fatty okazał się bardzo miłym, kulturalnym i pracowitym człowiekiem.
Kontakt znaleźliśmy na FB i z całego serca możemy go polecić, gdyby ktoś też chciał sobie trochę
po Myanmie autem pojeździć.
Obawiałem się trochę, czy rzeczywiście będzie na nas w Heho czekał - nie chciał bowiem żadnej zaliczki
a na wszystkie pytania zadawane przez Messengera odpowiadał cokolwiek lakonicznie: "Ok", "See U"
i trudno było coś więcej z niego wydusić.
Zjawił się jednak niezawodnie i pracował wytrwale przez 8 dni.
Wszystko kosztowało 500 USD.

Miałem trochę problem z tym "Fatty".
Nie lubię ksywek typu "Gruby", "Łysy", "Kulawy".
Wydaje mi się, że robię krzywdę ich posiadaczowi, zwracając się do niego w ten sposób.
Zapytałem Fattyego jak ma naprawdę na imię.
- Nie będziesz w stanie wymówić, stwierdził i wypowiedział faktycznie coś dziwnego.
- Nikt tak się do mnie nie zwraca, podsumował.
- No to jak mówi do ciebie np. żona?, spytałem.
- A, żona to mówi "kalayy"
- No to świetnie, to może tak będę się do ciebie zwracał?
- Eee, nie, nie. Ty tak nie możesz, byłoby głupio. Kalayy to znaczy "dzidziusiu".
No i został "Fatty".


Ostatnio edytowany przez TikTak, 12 Lip 2019 12:35, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 08 Gru 2018 10:04 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Zanim jednak w nasze życie wkroczył kierowca z Birmy - była wiza, bilety na samolot i inne
sprawy socjalno - bytowe.
Opowiem wszystko po kolei, bo Myanma okazała się idealnym krajem do samodzielnego zwiedzania
i może ktoś zechce powtórzyć wycieczkę.

Samolot z Warszawy do Rangunu kosztował nas 2100 PLN / os. a bilety kupiliśmy z półrocznym
wyprzedzeniem.
W kwietniu ubiegłego roku Qatar również miał promocję na ten kierunek, więc jest szansa, że powtórzy to
w kolejnych latach.
Z wizą nie trzeba się spieszyć, jest ważna przez 100 dni od daty wydania, więc nie możemy jej kupić
wcześniej, niż trzy miesiące przed wylotem.
Kosztuje 50 USD, wszystko załatwia się przez Internet w ciągu paru godzin, wystarczy w Google wpisać
"Myanmar Visa" i znajdziemy potrzebny serwis rządowy, pośrednicy nie są potrzebni.

Przeloty na liniach wewnętrznych do szczególnie tanich nie należą.
Są obsługiwane przez nieduże samoloty ATR.
Każdy z potrzebnych nam rejsów trwa godzinę, mniej więcej i kosztuje od 90 do 110 USD.
Serwis jest bardzo przyzwoity, nawet przy tak krótkiej podróży dają jeść i pić a lokalne porty lotnicze
są schludne i dobrze zorganizowane.
Jest kilka linii obsługujących połączenia krajowe, my korzystaliśmy KBZ Airlines.

W Birmie płaci się Kyatami.
W hotelach, w miejscach turystycznych możemy też rozliczyć się w USD.
Praktycznie jest jednak mieć przy sobie lokalne pieniądze.
Wymianę robi się w kantorach, tych nie brakuje, ale są nieco specyficzne.
Wszędzie na świecie kurs wymiany najmniej korzystny jest na lotnisku i w okolicy
dużych atrakcji turystycznych.
Tutaj jest dokładnie na odwrót - najkorzystniej było na lotnisku w Rangunie i przy pagodzie Shwedagon.
Dla prostego rachunku można w tym roku przyjąć, że 1 USD = 1500 KYT albo, że 1000 KYT = 2.5 PLN

Poważny problem stanowi stan wymienianych banknotów dolarowych o wyższych nominałach.
Mają na tym punkcie zupełnego hopla.
Jakikolwiek znaczek lub dopisek na pieniążku - dyskwalifikuje go.
To samo w sytuacji gdy widać na nim linię zgięcia.
Nie wspominam nawet o naddarciu czy zagiętym rogu.
Jeżeli zatem wybierzecie się do Birmy zabierzcie dolary prosto z drukarni i wsadźcie je między kartki
przewodnika, żeby się nie pogięły.
W przeciwnym razie przywieziecie je z powrotem.

Z płatnością kartą nie ma żadnych problemów, choć nie zrobimy tego w taksówce czy mniejszym sklepiku.

Hotele są dość tanie, można przespać się nawet za parę dolarów, jednak z tymi najtańszymi nie robiliśmy eksperymentów.
30 - 40 USD za trzyosobowy pokój rodzinny ze śniadaniem daje szansę na całkiem przyzwoity nocleg.
Za 50 - 100 USD jest szansa na wysoki standard.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 08 Gru 2018 13:21 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Poranna taksówka z lotniska kosztowała 10tys. KYT, czyli 25 PLN i po pół godziny jazdy wylądowaliśmy w hotelu Crystal Palace.
Z pałacem to on raczej wiele wspólnego nie ma ale i tak warto w nim mieszkać.
Jest w centrum - do głównych atrakcji chodziliśmy na piechotę, pokoje są duże i czyste, obsługa miła a śniadanie super.
Co więcej trzeba za 40 USD / 3 os. ?
Załącznik:
DSC07915.JPG

Główną atrakcją Rangunu jest Shwedagon Pagoda, z perspektywy całego wyjazdu dla mnie chyba nr 1 w Myanmie.
Żeby tam dotrzeć trzeba wyjść z hotelu, odsalutować warującej na ławeczce przy wejściu kilkuosobowej ochronie, zrywającej
się na baczność na wasz widok, a następnie skręcić w prawo.
Jeżeli przypadkiem nie zginiemy rozjechani na pasach, po dwudziestu minutach dotrzemy do celu.
Można też pójść w lewo.
Wtedy dotrzemy do mniej spektakularnych ale całkiem ciekawych Chaukhtatgyi Paya i zaraz blisko, po drugiej stronie
ulicy - Ngahtatgyi Paya.
No właśnie, po drugiej stronie ulicy ...

Nie ma jednak tego złego, poszliśmy w lewo i nauczyliśmy się przechodzić przez ulicę w Rangunie.
Metoda okazała się bardzo prosta.
Żeby przejść przez jezdnię, trzeba najpierw poszukać buddyjskiego mnicha a następnie się z nim zaprzyjaźnić.
Załącznik:
DSC07988.JPG

Kolejny krok, to przekonać mnicha, żeby miał ochotę pójść w tą samą stronę co i my.
Teraz wystarczy tylko trzymać się dostatecznie blisko niego - i sukces gotowy!
Cali i zdrowi jesteśmy na chodniku po drugiej stronie.

Podstęp polega na tym, że za zrobienie krzywdy mnichowi - tutaj idzie się bezwarunkowo do piekła.
Nikt więc nie chce w niego wjechać a my, gdy jesteśmy dostatecznie blisko możemy być też prawie bezpieczni,
bo trudno w nas wcelować i jednocześnie nie naruszyć świętej osoby.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 08 Gru 2018 20:19 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Ngahtatgyi okazała się ciekawsza od Chaukhtatgyi.
Była położona na wzgórzu na które prowadził szereg zadaszonych schodów.
A całe jego zbocze zostało zagospodarowane przez kilkadziesiąt klasztorów.
Załącznik:
DSC07962.JPG

Załącznik:
DSC07944.JPG

Załącznik:
DSC07947.JPG


Zdezelowane, dziewiętnastowieczne budynki w połączeniu z egzotyczną zielenią całkiem ładnie się prezentują.
Jednak nic nadzwyczajnego tu nie było - dopóki nie przykolegował się do nas rozmowny,
jak się zaprezentował - student jakiejś szkoły przyklasztornej.
W pierwszym odruchu mieliśmy ochotę pozbyć się go czym prędzej, wietrząc naciągacza.
Całkiem jednak ciekawie opowiadał o tutejszej religii, o tym, co wkoło nas, więc dalej podreptaliśmy razem.
Mila zajęła stanowisko dialektyczno - racjonalistyczne, twierdząc: "na pewno będzie się potem domagał pieniędzy",
Ela natomiast, idealistyczno - romantyczne, uważając, że " eeee..., nie, chyba nie powinien".

Samozwańczy przewodnik pokazał nam klasztor, w którym swoje ostatnie dni spędzała birmańska rodzina królewska,
dotarliśmy też do miejsca, gdzie jej członkowie spoczęli na wieki, chyba dosłownie trafiając na śmietnik historii.
Załącznik:
DSC07948.JPG

Załącznik:
DSC07959.JPG

Odwiedziliśmy podwórka paru klasztorów, albo ładniejszych albo brzydszych, zależnie od operatywności żyjącej w nich
wspólnoty.
Dowiedzieliśmy się trochę na temat zasad życia klasztornego, ośmiodniowego tygodnia w Birmie, funkcjonującego tu sposobu
nadawania ludziom imion, buddyzmu terawadi i innych ciekawych spraw.
Załącznik:
DSC07928.JPG

Załącznik:
DSC07939.JPG

Załącznik:
DSC07963.JPG

W końcu trafiliśmy do samej pagody Ngahtatgyi.
Wielki, kilkunastometrowy Budda pokryty prawdziwym złotem prezentował się bardzo, bardzo okazale i robił wrażenie.
A że był to pierwszy kilkunastometrowy Budda pokryty prawdziwym złotem, jakiego zdarzyło się nam w Birmie widzieć, było
to wrażenie przeogromne.
Załącznik:
DSC07975.JPG

Załącznik:
DSC07981.JPG

Załącznik:
DSC07982.JPG

Zakończenie wędrówki po wzgórzu klasztorno-świątynnym wykazało, że bliższy związek z rzeczywistością
ma wizja dialektyczno - racjonalistyczna niż idealistyczno - romantyczna.
Stanęliśmy wobec możliwości wsparcia edukacji przy którymś z klasztorów.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 09 Gru 2018 10:23 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Shwedagon za dnia a Shwedagon wieczorem to dwie, zupełnie inne pagody.
Koniecznie trzeba zobaczyć i jedną i drugą.

Zaś droga do Shwedagon jest jak podróż przez wszystkie buddyjskie stany ludzkiej egzystencji.

Od piekiełka zakurzonego, tłocznego, przepełnionego hałasem rozgardiaszu ulicy
po wzgórze z nirwaną wybudowaną z sześćdziesięciu ton złota, diamentów i innych drogocenności.

Załącznik:
DSC05047.JPG

Załącznik:
DSC08007.JPG

Ulice biegnące w stronę pagody są brzydkie i wypełnione tak, że trzeba się przeciskać zanim jeszcze na horyzoncie
pojawi się sławny przybytek.
Nie chcielibyśmy tu żyć.
Ale patrzeć?
O, to to tak, jest ciekawie, nawet bardzo ciekawie.
Tłum ludzi może być dwojakiego rodzaju - albo złożony z takich jak my, walczących o wepchnięcie obiektywu
swojego aparatu przed innych, albo z tych, z innego świata, których przyszliśmy zobaczyć i spotkać.

Tutaj był ten drugi rodzaj tłumu.
Załącznik:
DSC05057.JPG

Załącznik:
DSC08010.JPG

Załącznik:
DSC08015.JPG


A że była pełnia księżyca i to jeszcze w miesiącu Tazaungmon tylko mniejsza część ludzi wkoło ciężko pracowała.
Pozostali, wystrojeni, wyposażeni w płatki złota, naręcza kwiatów lub inne ofiary zmierzali gromadnie na szczyt,
żeby też trochę dotknąć tej zapowiadanej na przyszłość nirwany.

Ciasna ulica w pewnym momencie otwiera się na widok górującej na okolicą gigantycznej stupy.
Zawartość kramów też stopniowo ewoluuje od przyziemnych spraw, takich jak owoce, ryby i mięso w
stronę najrozmaitszych dewocjonaliów.
Droga powoli zaczyna wznosić się ku górze.
Najpierw brudnym chodnikiem.
Załącznik:
DSC08011.JPG

Potem setkami schodów, gdzie należy już stąpać boso.
Załącznik:
DSC08024.JPG

Załącznik:
DSC08026.JPG

Powoli robi się coraz czyściej, coraz ładniej.
Złoto wypiera szarość a kunsztowne zdobienia powszechny rozgardiasz.
Załącznik:
DSC08027.JPG

Potem jeszcze trochę schodów, jeszcze trochę ...
I jeszcze ...
I dalej schody ...
I w końcu jest. Jest Shwedagon.
Załącznik:
DSC08040.JPG

Załącznik:
DSC08044.JPG

Załącznik:
DSC08046.JPG


Odległość od brudnego asfaltu na dole do równiutkiej marmurowej posadzki wkoło jest taka
jak od Ziemi do Nieba.

A żeby nie było zbyt górnolotnie, to za wstęp do pagody trzeba zapłacić 10tys. KYT, czyli 25 PLN.
Kasa tuż przed nirwaną, czyli - na górze. ;)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 09 Gru 2018 14:37 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Najwyższa budowla, niestety w tej chwili zasłonięta koronkowymi rusztowaniami z bambusa,
znika z pola widzenia, gdy znajdziemy się na górze, o ile nie chodzimy z ciągle zadartą głową.
Załącznik:
DSC08083.JPG

O atrakcyjności miejsca decyduje jednak nie rozmiar a ilość i różnorodność sakralnych budowli.
Niestety, nie ma szans, żeby w kilka godzin zobaczyć wszystko.
Załącznik:
DSC08045.JPG

Załącznik:
DSC08047.JPG

Załącznik:
DSC08058.JPG

Jeżeli przyjrzeć się wiernym, bo prawie wszyscy są tu ze względów religijnych, na pierwszy rzut oka widać,
że buddyzm terawadi ma raczej pogodną naturę.
Nie ma młynków modlitewnych, smętnie mruczanych mantr, odmierzania kory długością własnego ciała.
Święto Tazaungmon ma charakter rodzinnego aczkolwiek uroczystego pikniku.

Indywidualne praktyki religijne wypełniane są przede wszystkim w "zakątkach tygodniowych".
Nie wiem, czy dobrze takie miejsce nazwałem, może jest jakieś trafniejsze tłumaczenie.
Załącznik:
DSC08086.JPG

Tutaj dni w tygodniu jest osiem - środa popołudniu to "Rahu", tak jak na tabliczce.
Strasznie źle jest urodzić się w Rahu.
Wszyscy, którzy dźwigają przez życie takie brzemię spotykają się z powszechnym współczuciem i troską.

Dzień tygodnia, w którym zdarzyło się nam przyjść na świat nie tylko determinuje całe nasze życie ale
także decyduje, jakie imię otrzymamy i jakie zwierzę opiekuńcze będzie stało u naszego boku.
Nie mam pojęcia o co chodzi z tym zwierzakiem.
Sam posiadam pieska imieniem Juniorek systemu "kundel ze schroniska".
Gdyby zamiast niego miał być tygrys, bo tak mi wychodzi z buddyjskiego kalendarza i ten tygrys tak
często, jak Juniorek sikał na wycieraczkę i pakował się nieproszony na kanapę to wolałbym już chyba raczej to Rahu.
Załącznik:
DSC07997.JPG

Ludzie tutaj jednak sprawę dnia urodzin traktują bardzo serio i modlą się gorliwie w przypisanych
im "kącikach tygodnia".
Załącznik:
DSC08129.JPG

Widoczni na zdjęciu, urodzeni w niedzielę polewają figurę buddy wodą, taki sposób oddawania czci.
Pozostali, poza kadrem trwają na klęczkach w nabożnym skupieniu.

Praktyki wspólne to uroczysta kora przy dźwiękach muzyki w rodzaju "psychodelic killer".
Ludzie są bardzo ładnie ubrani i zorganizowani w grupy.
Wielu z nich niesie pod posąg Buddy specjalnie uszykowane bukiety kwiatów.
Wszystko wygląda bardzo elegancko i sympatycznie.
A muzyka musi być taka...
Chodzi o to, żeby wypowiadane modlitwy nie rozchodziły się na boki.
Dzięki muzyce wypłoszą się jak ptaki i pofruną prosto do nieba.
Załącznik:
DSC08077.JPG

Załącznik:
DSC08061.JPG

Załącznik:
DSC08073.JPG

Załącznik:
DSC08081.JPG

Kulminacja uroczystości następuje po zakończeniu kory.
Wszyscy gromadzą na największym placu, kakofoniczna muzyka wzmaga się
a w niebo szybują uwolnione baloniki.
Załącznik:
DSC05106.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 09 Gru 2018 19:50 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Po zakończeniu uroczystości ludzie pozostali, porozkładali kocyki, usadzili się na schodach
stup i pagód - rozpoczął się piknik.
Załącznik:
DSC08117.JPG

Wieczorem, kiedy zbieraliśmy się już z powrotem - zabawa trwała w najlepsze a wokół
Shwedagon zrobiło się jeszcze ciaśniej.
Załącznik:
DSC08136.JPG

Załącznik:
DSC08140.JPG

Załącznik:
DSC08142.JPG

Załącznik:
DSC08154.JPG

Załącznik:
DSC08155.JPG

Załącznik:
DSC08158.JPG

Na drugi dzień, rano, polecieliśmy do Heho.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 09 Gru 2018 23:29 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Port lotniczy w Heho specjalnie duży nie jest, obsługuje ruch turystyczny w okolicy jeziora Inle.
A Inle to żelazny punkt wszystkich wycieczek do Birmy.
Sposobów na spędzenie czasu w okolicy może być kilka.
Załącznik:
DSC08163.JPG

Pierwotnie przymierzaliśmy się do trekingu przez wioski w okolicy jeziora.
Doszliśmy jednak do wniosku, że skoro nie planujemy pracy doktorskiej z etnografii
tych okolic ani nie jesteśmy zatwardziałymi wędrowcami, to chyba sobie odpuścimy.

W okolicy Inle zamierzaliśmy spędzić trzy dni.
Pierwszego dnia z rana, po przylocie zaplanowaliśmy wycieczkę do Pindaya Caves.
Drugiego - mieliśmy pływać po jeziorze.
Trzeciego zaś - wybrać się do pobliskiego Kakku.

Dodatkowym punktem w programie były obchody Tzaungmon Full Moon Festival w Taunggyi, gdzie
ponad sto lat temu święto przerodziło się w Fire Balloon Festival.

Najlepszym miejscem na nocleg w tej okolicy jest Nyaungshwe - tam mieliśmy spędzić trzy noce.
Trafiliśmy do Manor Hotel.
Do zamieszkania jak najbardziej się on nadaje.
Polecamy też, niemal obok, bar / restaurację "Red Star".
Załącznik:
DSC08278.JPG

Odległości pomiędzy wymienionymi miejscami nie są szczególnie duże, 1-2 godziny jazdy samochodem
w jedną stronę.
Nie ma tu jednak czegoś takiego jak przystanek autobusowy i rozkład jazdy.
Komunikacja lokalna opiera się o nieregularny transport prywatny.
Umówiona na parę dni taksówka jest zatem chyba jedynym skutecznym rozwiązaniem, jeżeli jesteśmy związani
jakimś harmonogramem i to czy dane miejsce odwiedzimy w środę czy w piątek sprawia nam różnicę.

Na szczęście Fatty, o którym wspomniałem wcześniej zjawił się niezawodnie na lotnisku.
Podobnie, jak jego ojciec, przez lata pracował w korporacji taksówkowej.
Po zmianach politycznych w 2013r. nastąpiła prywatyzacja jego przedsiębiorstwa.
Na korzystnych warunkach mógł wykupić swój warsztat pracy, czyli Toyotę Crown, u nas to jakaś
starsza wersja Lexusa.
Teraz jest na własnym rozrachunku, jak twierdził, wiedzie mu się lepiej a my jesteśmy jego drugim
w karierze klientem z Europy.
Załącznik:
DSC08164.JPG


Pindaya Caves to całkiem ciekawe miejsce, nie jest to jednak jakieś "must see".
W rozległych, podziemnych, naturalnego pochodzenia grotach postawiono setki, jeśli nie tysiące
wizerunków Buddy.
Jaskinie są używane jako miejsce kultu od kilkuset lat ale nie widać tu za bardzo śladów historii.
Otoczenie wejścia bardziej przypomina wesołe miasteczko niż obiekt religijny lub kulturalny.
Załącznik:
DSC08176.JPG

Załącznik:
DSC08178.JPG

Załącznik:
DSC08191.JPG

Wnętrze jest znacznie ciekawsze, jaskinie są ogromne, figury Buddy duże, złote i bardzo liczne.
Te ustawione bardziej współcześnie mają podpisy z danymi ich fundatorów - ludzie z całego świata.
Załącznik:
DSC08213.JPG

Załącznik:
DSC08222.JPG

Załącznik:
DSC08224.JPG

Załącznik:
DSC08226.JPG

Podobnie jak wczoraj, budziliśmy zainteresowanie i co chwilę ktoś chciał sobie robić
z nami zdjęcie.
Było to całkiem miłe, ale na zdrowy rozum - na prawdę nie mam pojęcia:
dlaczego sprawiało mi to przyjemność?!
Załącznik:
DSC08217.JPG

Wizyta w jaskiniach byłaby całkiem udana, gdybyśmy na koniec nie trafili na tablicę
z wykładem na temat buddyjskich zasad reinkarnacji:
Załącznik:
DSC08227.JPG

Pod spodem punkt po punkcie jasno wyłożono, za co się idzie do piekła:
Załącznik:
DSC08228.JPG

Niektóre punkty są całkiem przydatne, np. ten o robieniu krzywdy mnichowi - dzięki niemu właśnie
udało się nam przejść ulicę w Rangunie.
Ale ten przedostani?!
Jeżeli dobrze zrozumiałem to tłumaczenie tłumaczenia - to nie wolno robić czegoś bez sensu!
Mam przechlapane.
Jedyna nadzieja w tym, że ten regulamin piekła dotyczy tylko buddystów.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 10 Gru 2018 10:07 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Dociekaliśmy wytrwale o co chodzi z tym świętem Tazaungmon, co ma ono upamiętniać albo do czego namawiać.
No i Eli udało się w końcu wyszukać, że inaczej jest to "Święto Światła" a wspomina ono krótkotrwałe
zstąpienie Buddy na Ziemię, już po osiągnięciu nirwany.

Zdarzeniu temu, podobno, towarzyszyły liczne efekty świetlne - stąd taka nazwa.
Tłumaczy to, dlaczego w różnych miejscach kraju świętowanie wiąże się z wodowaniem zapalonych świeczek,
wypuszczaniem w niebo baloników i z tym podobnymi poczynaniami.

- Tam niedaleko jest miasteczko, Taunggyi czy jakoś inaczej i oni tam te baloniki puszczają.

Z perspektywy domu, zanim wyjechaliśmy, tak to właśnie wyglądało i zawczasu umówiliśmy się z Fattym, że nas
w dogodnym czasie na oglądanie tych baloników zabierze.
Tym dogodnym czasem była siódma wieczorem, zaraz po zaliczeniu jaskiń.

Okazało się, że Taunggyi jest blisko Nyaungshwe (tam nocowaliśmy) ale tylko w poziomie.
W pionie oddzielała nas godzinna jazda w górę, po niezliczonych serpentynach, w towarzystwie setek skuterów,
motocykli i orurowanych pickupów, które tutaj służą za lokalny transport osobowy.

W końcu na szczycie znalazło się "miasteczko".
Z bankami, hotelami, dwupasmowymi arteriami, pewnie ze 200tys. mieszkańców.
Horda motocykli i pickupów pędziła w jedną stronę a policja przeorganizowała ruch w całym mieście,
wysyłając w końcu cały ten strumień na wertepy, gdzieś na obrzeżach.

Tłukliśmy się jeszcze z kwadrans po ciemnych wykrotach, w towarzystwie jednośladów z wyraźnymi
inklinacjami samobójczymi.

I nagle ...

Stanęła przed nami otworem szeroka, szeroka dolina szczelnie wypełniona po horyzont ludźmi.
W tłumie rozbłyskały kolorowe światełka, nad tłumem unosiły się rozświetlone jakąś łuną opary i dymy.
W lewo i w prawo, w górę i w dół po niebie sunęły świetlne szperacze, jakby szukały nadlatującego bombowca.
Do tego głośna muzyka, z każdego zakątka inna i non stop wystrzały petard i sztucznych ogni.

Utknęliśmy w korku, bo tłum zaczął się trochę mieszać z pojazdami.
O, o, oooo!!!!, ze sto metrów od nas w górę zaczął wędrować gigantyczny balon...
Cały obwieszony parafinowymi światełkami gubił je trochę, obrzucając roztopioną parafiną i ogniem ludzi poniżej.
A gdy znalazł się ciut wyżej wystrzelił setkami kolorowych ogni.

Takiego malowniczego rozgardiaszu w życiu nie widziałem.
Chociaż, nie.
Widziałem w kinie, to było w dolinie Morannor, gdy armia Gondoru i Rohanu zmierzyła się z armią Saurona :lol:
Załącznik:
DSC08313.JPG

Załącznik:
DSC08315.JPG

Załącznik:
DSC08324.JPG

Wypuszczanie balonów miało charakter współzawodnictwa.
Co chwilę w tłum wjeżdżały samochody nowych drużyn balonowych, otoczone bardzo aktywnie dopingującymi kibicami.
Załącznik:
DSC08300.JPG

Mniej więcej co drugi pojazd powietrzny ruszał szczęśliwie w górę.
Jedne stawały w płomieniach zaraz na starcie, inne płonąc waliły się w tłum z wysokości kilkudziesięciu metrów, często eksplodując
nagromadzonymi na pokładzie fajerwerkami.

- Eeee, w tym roku całkiem spokojnie, tylko pięciu poparzonych i to niegroźnie, stwierdził uśmiechnięty Fatty,
gdy na drugi dzień pytałem go, czy nie wie, jak się ta zabawa zakończyła.
Załącznik:
DSC05265.JPG

Załącznik:
DSC05267.JPG

Załącznik:
DSC05270.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 12 Gru 2018 00:46 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
W kolejnym dniu mieliśmy pływać łodzią po Inle.

Przejrzeliśmy zawczasu programy proponowanych tu wodnych wycieczek i szczerze mówiąc,
miałem wątpliwości, czy to pływanie mi się spodoba.

Z opisów i filmików na Youtube wynikało, że do wyboru są trzy typowe programy: Zwykły, De Lux i Sagar.
"Zwykły" polega na tym, że odwiedza się fabrykę cygar, fabrykę srebra, fabrykę szalików i jeżeli starczy czasu
to jeszcze jakąś inną.
"De Lux" to odwiedziny w fabryce cygar, w fabryce srebra, fabryce szalików i żeby było coś więcej,
płynie się do Indein.
"Sagar" jest dla wytrwałych i spragnionych bardziej ekstremalnych wyczynów - przez kilka godzin non stop trzeba
wsłuchiwać się w warkot silnika, aż zobaczymy drugie jezioro, które jest połączone z Inle kanałem.

Uznaliśmy, że nic nam nie odpowiada i w związku z tym - wynajmiemy łódkę i sami powiemy sternikowi, gdzie ma
płynąć, żeby się nam podobało.
Niestety, po chwili namysłu, wyszło na jaw, że nie wiemy, gdzie mogłoby być takie miejsce.
Ostatecznie więc zdecydowaliśmy się na "De Lux".

Łódź w Nyangshwe wynajmuje się bez specjalnych zabiegów organizacyjnych.
Trzeba w odpowiednim czasie, między siódmą a dziewiątą wyjść przed hotel i rozglądać się
na lewo i prawo, tak jakbyśmy czegoś szukali.
Na pewno zaraz podjedzie motocykl i dostaniemy propozycję wycieczki po jeziorze.

Port wyglądał dość egzotycznie a łódki miały fajny kształt i nawet zaczęło nam się na tej wycieczce podobać.
Załącznik:
DSC08339.JPG

Zrozumiałem w końcu o co chodzi z tym Inle:
Nic szczególnego tu nie ma.
Ale zwykłe rzeczy połączyły się ze sobą w niezwykły sposób i dlatego całość jest niezwykła.
Załącznik:
DSC08349.JPG

Załącznik:
DSC08388.JPG

Załącznik:
DSC08392.JPG

Załącznik:
DSC08398.JPG

Załącznik:
DSC08401.JPG

Załącznik:
DSC08402.JPG

Fabryki były nawet całkiem przyjemnym urozmaiceniem i w zasadzie nie psuły wycieczki.
Nawet jeżeli ktoś nie znosi takich rzeczy - w przypadku Inle da się to przeżyć.

Aby dotrzeć do Indein łódź musi opuścić jezioro i pokonać kilkukilometrowy kanał.
Po drodze trzeba też w końcu - zatankować: :)
Załącznik:
DSC08467.JPG


Wcześniej jednak łódka zawija do przystani przy świątyni Phaung Daw Oo.
Załącznik:
DSC08425.JPG

Załącznik:
DSC08427.JPG

Załącznik:
DSC08433.JPG

Załącznik:
DSC08428.JPG

Załącznik:
DSC08435.JPG

Phaungdaw jest miejscem kultu religijnego.
Trudno powiedzieć, jak określić ludzi tu przybywających ale raczej powiedziałbym, że to pielgrzymi a nie turyści.
Przyciąga ich pięć małych figur Buddy, którym przypisywana jest szczególna historia i co za tym idzie - moc.
W tej chwili są one pokryte tak grubą warstwą złota, że wyglądają jak pięć małych bałwanków.
Jednak przybywający niezłomnie i gromadnie pracują aby zbliżyć je kształtem do kuli.
Załącznik:
DSC08451.JPG

Załącznik:
DSC08444.JPG

Paniom nie wolno naklejać złotych płatków ale mogą za to przynosić kwiatki.
Załącznik:
DSC08446.JPG

Indein to las stup na zboczu wzniesienia z pagodą pośrodku.
Do otoczonej przez nie świątyni wiedzie chyba kilometrowa, jeśli nie dłuższa zadaszona kolumnada.
Zmieniła się w najdłuższy pasaż handlowy, jaki widziałem.
Tym razem wszystko jest raczej dla turystów.
Niektóre rzeczy bardzo kusiły, wyglądały ciekawie, były stare.
Trudno jednak poznać ich pochodzenie i lepiej nie ryzykować wywozu.
Załącznik:
DSC08485.JPG

Załącznik:
DSC08489.JPG

Załącznik:
DSC08491.JPG

Załącznik:
DSC08497.JPG

Załącznik:
DSC08500.JPG

Załącznik:
DSC08501.JPG

Może to dlatego, że szczyt sezonu był przed nami - w Indein było bardzo spokojnie,
Na ścieżkach tylko głosy dzwonków zamocowanych na wierzchołkach stup,

Za sprawą Fattyego poczęstowaliśmy się jedzeniem wystawionym do publicznego użytku w świątyni.
Załącznik:
DSC08502.JPG

Załącznik:
DSC08503.JPG

Wzbraniałem się, mówiąc, że nie będę biednym wyjadał.
Fatty stwierdził jednak, że to nie jest dla biednych, tylko dla każdego, kto chce i nawet w dobrym tonie
jest coś przetrącić.
Ale jeśli mam ochotę, to zawsze mogę coś rzucić do skarbonki, żeby dla następnych kiedyś nie brakło.
Przymusu jednak nie ma.
Zawartość wspólnej miski to usmażone orzeszki a po bokach kiszona zielona herbata i kiszony imbir.
Tutaj są to podstawowe składniki sałatek i trudno zjeść obiad bez nich.
Mnie to smakowało i nawet sobie słoik kiszonej herbaty z chili przywiozłem do domu.

Pływanie po jeziorze, zwłaszcza, gdy się chce obejrzeć wszystkie stragany w Indein zajmuje cały dzień.
Gdy już słońce zaczynało się powoli chylić zaliczyliśmy jeszcze jeden żelazny punkt na Inle - sklepy
z pamiątkami do których turystów ma przyciągać kilka zatrudnionych tu pań z plemienia Padaung.

Byłem zdecydowanie na NIE wobec takich atrakcji ale potrzebny nam był akurat kibelek, było po drodze- no i zacumowaliśmy.

Okazało się, że starsza pani z Padaung całkiem dobrze radzi sobie z angielskim.
Jest bardzo miła w obyciu i rozmowie.
Zamieniliśmy więc parę słów i w końcu - zrobili fotkę wbrew pierwotnym zamiarom.
Załącznik:
DSC08510.JPG


Ledwie przed zachodem wpadliśmy jeszcze do Nga Hpe Kyaung.
We wszystkich przewodnikach pisze, że to "Świątynia Skaczących Kotów".
Pewnie kiedyś tak było - mnisi wytresowali zwierzaki albo z nudów albo żeby się czymś wyróżnić.
Teraz ilość kotów na m2 nie odstaje tu od przeciętnej krajowej, a te co się kręcą w pobliżu,
na szczęście też nie mają akrobatycznych skłonności.
Tylko ci, co piszą przewodniki będą musieli w końcu coś samodzielnie napisać, zmiast <Ctrl-C> <Ctrl-V> :geek:
Oj, będzie problem, tyle pracy :cry:
Miejsce chcieliśmy ominąć ale Fatty zapewniał, że byłby to błąd - klasztor jest autentyczny, stary i w historii
Birmy ma swoje miejsce.
Rzeczywiście, ma swój urok, chwilę tu przesiedzieliśmy.
Ja przestudiowałem zawieszoną pod sufitem obrazkową historię Buddy, żeby trochę w końcu ogarnąć
to, w co te tłumy spotykanych na co dzień ludzi - wierzą.
Później, w Amarapurze, znalazłem książkę z takimi samymi rysunkami.
Załącznik:
DSC08507.JPG

Załącznik:
DSC08518.JPG

Załącznik:
DSC08521.JPG

Pływając po jeziorze wszyscy turyści zaliczają jeszcze "pływający targ".
Codziennie targowisko zawija w inne miejsce i na tym polega jego szczególny rodzaj.

Powiedzieliśmy, że nie chcemy na targowisko.
I to był właśnie nasz wkład w zaplanowanie trasy po Inle.

Opłata za łódź dla czterech osób w wersji "De Lux", za cały dzień, wyniosła 45tys. KYT, czyli 115 PLN na nasze pieniądze.
Wcześniej myśleliśmy, że to pomyłka w cenniku i chodzi o jedną osobę.
Dałem trochę więcej, bo nawet wobec tutejszych cen wydawało mi się to mało wobec nakładu pracy
i poświęconego czasu.
Pewnie naruszyłem ugruntowane relacje ekonomiczne i teraz się tym martwię... :cry:


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez TikTak, 13 Gru 2018 21:00, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 12 Gru 2018 13:41 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Zorganizowane grupy turystyczne najczęściej przylatują do Heho z rana.
Potem zaliczają jezioro w wersji "Normal", rzadziej "De Lux" a wieczorem już są znowu w samolocie czy autobusie.

Tymczasem niedaleko są nie tylko Pindaya Caves ale jest też i Kakku.
Dojazd do Kakku jest cokolwiek uciążliwy - droga kręta i wąska.

Jedzie się jednak przez wioski, które turystów raczej nie oglądają.
Można więc popatrzeć na birmańską prowincję taką, jak wygląda na prawdę.
Są zatem pola ryżowe, plantacje trzciny cukrowej, uprawiane palmy kokosowe i daktylowe, pola bananowców.
Malowniczo też prezentują się nasadzenia z drzew tekowych.
Dla tych widoków, myślę, że nawet, gdyby Kakku nie było - warto przejechać się po wiejskich okolicach.
Załącznik:
DSC08555.JPG

Załącznik:
DSC08567.JPG

Kakku to zespół budowli sakralnych, pozostających w zarządzie wspólnoty lokalnej z plemienia Pao.
Panie z tej grupy etnicznej łatwo poznać - mają czarne ubranko i coś na kształt kolorowego ręcznika na głowie.
Do niedawna zwiedzanie było możliwe tylko w towarzystwie przewodnika, z Pao właśnie, za którego
należało ekstra zapłacić.
Teraz coś się zmieniło i wystarczy wręczyć kasjerowi przy wejściu 3 USD za osobę, tylko gdy się jest
cudzoziemcem, oczywiście.

Kakku wyglądało ładnie i gdybym miał komuś radzić jechać / nie jechać, to powiedziałbym: JEDŹ KONIECZNIE!
Załącznik:
DSC08588.JPG

Załącznik:
DSC08589.JPG

Załącznik:
DSC08594.JPG

Załącznik:
DSC08638.JPG

Załącznik:
DSC08645.JPG

Załącznik:
DSC08658.JPG


Poza wizytą na pobliskim targowisku nic specjalnego nam się tu nie przydarzyło.

Targowisko było takie prawdziwe, to znaczy z jedzeniem i innymi potrzebnymi rzeczami, które ludzie muszą sobie kupić do domu.
My też musieliśmy zrobić zakupy: od dwóch dni mieliśmy nowe hobby.
Tutaj w restauracjach, po posiłku, dają spodek z podejrzanie wyglądającą zbryloną substancją.
Ponoć to dobre na trawienie.
Fatty powiedział, że to cukier palmowy.

No i od tej pory Ela i Mila postanowiły, że taki cukier chcą do domu kupić.
Gdzie byśmy nie poszli - chciały ten cukier i niezmiennie - sprzedawcy nie mieli pojęcia o co nam może chodzić.
Na targu było wszystko: soja, orzeszki, ryż, imbir, wszystkie możliwe wersje herbaty, poza taką jaką lubimy oczywiście,
kukurydza, korzenie palmy, kokosy, banany, pomarańcze, mandarynki, różne takie inne rzeczy, co nie wiem do czego
służą i jak się je je.

Ale cukru palmowego - NIE.

Strasznie długo nam zeszło, żeby to sprawdzić.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 13 Gru 2018 23:20 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Droga z Nyangshwe do Mandalay najpierw jest kręta i górzysta a później, gdy dojedziemy do autostrady,
staje się przyjemniejsza, ale bez przesady.
Cała podróż, zatem, choć to bardzo daleko nie jest, zajmuje praktycznie cały dzień.

W jej trakcie zdarzył się moment, gdy szkoda mi się zrobiło Birmańczyków.
Bo jak do tej pory - wydawało się, że widzimy wyłącznie szczęśliwych ludzi.
Średnie miesięczne zarobki wynoszą w granicach stu dolarów ale widoku biedy, bezdomnych - nie spotkałem.

Tutaj trafiliśmy na budowę drogi.
Kobiety i dzieci w koszykach nosiły tłuczeń aby później ręcznie zalewać go roztopioną smołą.
W kurzu, w upale, obok sznurem przejeżdżających aut ...

Bieda zatem musi być, tylko nie kłuje w oczy, nie krzyczy na ulicy.
Może dlatego, że chowa się za pogodną naturą tutejszych ludzi.
Załącznik:
DSC08724.JPG

Załącznik:
DSC08717.JPG


Autostrada, im bliżej Mandalay tym robiła się szersza i równiejsza, jednak jej widok dalej odbiegał od europejskiego pojęcia autostrady.
Wcale nie mówię, że to źle.
Załącznik:
DSC08747.JPG

Załącznik:
DSC08750.JPG

W Birmie nie ma, jak na razie, ani Lidla ani Biedronki.
Handel odbywa się głównie na targowiskach albo wzdłuż dróg.
Ten drugi wariant wygląda wręcz niewiarygodnie - kramy, stragany potrafią ciągnąć się kilometrami.
I to na dodatek w terenie, wydawałoby się - odludnym.
Załącznik:
DSC08732.JPG

Przetestowaliśmy birmańskie krówki, u nas występują w wersji "mordoklejki" i "te drugie" - tutaj tylko ten drugi wariant.
Ale całkiem dobry.
Załącznik:
DSC08740.JPG

Nie spróbowaliśmy trzciny cukrowej:
Załącznik:
DSC08741.JPG

Załącznik:
DSC08739.JPG

Za to pożarliśmy kilka paczek takich kluskochrupek.
Były dobre ale nie udało się ustalić z czego są zrobione.
Wprawdzie gdy Ela spytała Fattyego, czy to jest z ryżu - powiedział, że tak.
Ale gdy Mila chciała upewnić się, że to z soi, bo ryż jej szkodzi, też dostała potwierdzenie.
Kluskochrupki są tu bardzo popularne i prawie wszędzie można je kupić.

Nie miałem też dotąd okazji próbować korzenia palmy.
Tutaj, sądząc po jego ilości na straganach, musi być popularny.
Załącznik:
DSC08742.JPG

Wsadza się go w żar, opieka a potem wyjmuje ze środka rdzeń.
Całkiem to dobre, skrzyżowanie kukurydzy z orzechami włoskimi, tylko strasznie trzeba
się napracować, żeby choć trochę się tym najeść.

Niestety, nadal nigdzie nie udało się kupić cukru palmowego ... :cry:

Do Mandalay dotarliśmy tuż przed zmrokiem.
Nie było już zatem czasu na zwiedzanie zabytków.
Jedynym naszym osiągnięciem tego wieczoru było zgubienie się.

Zgubienie nastąpiło w wyniku poszukiwania obiadu.

Hotel przytrafił nam się obok dzielnicy chińskiej.
- No, to idziemy do chińskiej restauracji, bardzo lubię chińskie żarcie, stwierdziłem.
Zapewniłem Elę i Milę, że na sto procent coś wegetariańskiego też będzie.
W pierwszym, całkiem ładnie wyglądającym lokalu, jako danie dnia proponowali żołądek owcy wypchany wodorostami.
Był też ogon cielęcy, oczy kurczaka a nawet kacze łapy.
Z dań bezmięsnych można sobie było zamówić chrząstki.
Wyglądało, że wbrew zapewnieniom napisów na drzwiach, to nie jest chińska restauracja tylko jakaś superchińska.

Niestety, ta po drugiej stronie ulicy też była superchińska.
I następna, i kolejna pół kilometra dalej również ...

Żadne z nas w Indochinach wcześniej nie było, więc gdy Mila stwierdziła, że kiedyś
w Warszawie w tajskiej restauracji było smacznie, natychmiast zgodnie uznaliśmy,
że to będzie najlepszy sposób na zaspokojenie głodu tutaj.

Znaleźliśmy tuk-tuka z kierowcą, który stwierdził a dokładnie: która stwierdziła, że wie, gdzie jest tajska restauracja.
Swoją drogą - jak to powiedzieć, gdy tuk-tukiem kieruje dziewczyna?
"Kierowca, która stwierdziła, że wie ...", nie bardzo.
"Kierownica, która stwierdziła, że wie ...", całkiem nie tak.
Język polski nie jest dostosowany do tuk-tuków, najwidoczniej.

Dotarliśmy na drugi koniec miasta.
Tajska restauracja faktycznie tam była.
Nawet całkiem przyjemna i z dobrym, jak obiecywała Mila jedzeniem.

- Jaki to jest ten nasz hotel? Usadowiliśmy się już w nowym tuk-tuku i trzeba było powiedzieć, gdzie chcemy wracać.
- Kurcze, Sunny Palace, nie, nie Sunny Mandalay. No nie wiem, ale Sunny to na pewno chyba...
Kierowcy nazwa w jakimkolwiek wariancie kompletnie nic nie mówiła.
Hotel mały, miasto duże - i potrzebny był adres, którego nie zapisaliśmy ale na pewno każde z nas zapamiętało.

Ulice w Mandalay nie mają jakichś sympatycznych nazw tylko numery a adres składa się z trzech liczb:
numeru ulicy i numerów dwóch najbliższych przecznic.
Żadna z propozycji adresu, jaki sobie zdołaliśmy przypomnieć nie przypadła naszemu kierowcy do gustu.
Za każdym razem twierdził, że to nie jest możliwe, że takiego adresu nie ma w przyrodzie, przynajmniej nie w Mandalay.

Nie daliśmy się jednak zwieść, ten ostatni numer był na pewno w porządku i skołowany kierowca ruszył w końcu z miejsca.
Wyjątkowo kręta była ta droga.
W końcu skończyło się nam miasto, zrobiło się ciemno, głucho i od razu było widać, że to nasz hotel nie jest.

Zawróciliśmy z powrotem, do restauracji.
Z pomocą sympatycznego kelnera i Google udało się w końcu ustalić drogę.
Ale nie do hotelu.
Do kościoła, w którym byliśmy na mszy, zanim ruszyliśmy w miasto.
A stamtąd już wiedzieliśmy, jak trafić.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez TikTak, 14 Gru 2018 09:14, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 14 Gru 2018 00:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Mar 2015
Posty: 104
niebieski
TikTak napisał(a):
W kolejnym dniu mieliśmy pływać łodzią po Inle.

Przejrzeliśmy zawczasu programy proponowanych tu wodnych wycieczek i szczerze mówiąc,
miałem wątpliwości, czy to pływanie mi się spodoba.

Uznaliśmy, że nic nam nie odpowiada i w związku z tym - wynajmiemy łódkę i sami powiemy sternikowi, gdzie ma
płynąć, żeby się nam podobało.
Niestety, po chwili namysłu, wyszło na jaw, że nie wiemy, gdzie mogłoby być takie miejsce.
Ostatecznie więc zdecydowaliśmy się na "De Lux".



Jak to nie wiadomo gdzie płynąć na pocztę :)
Fajna relacja wspomnienia wróciły, a z jeziora naprawdę fajnie było wysłać pocztówki do znajomych - poczta na palach ot dla tych co szukają takich "atrakcji"
_________________
Pozdrawiam
Nico

Kiedyś jako Nico_world

http://globtr.blogspot.com
Góra
 Relacje PM off
TikTak lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 14 Gru 2018 12:13 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Dzięki:)

A ta poczta to daleko od brzegu? :lol:
Góra
 Relacje PM off  
 
#17 PostWysłany: 15 Gru 2018 10:17 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Mandalay swoimi urbanistycznymi rozwiązaniami to raczej na kolana nie powala.
Ale widać też, że jeżeli mandalajczycy postanowili sobie, że w jakimś miejscu ma być ładnie, to postawili na swoim.
W zabytkowych miejscach jest bardzo ładnie.

Są one rozrzucone po całej aglomeracji, więc trochę się trzeba najeździć.
W tym celu można mieć taksówkę na cały dzień, będzie to kosztowało 50 USD albo za każdym razem kogoś wołać.
Nie powinno to stanowić problemu, jak w Pekinie na przykład, bo zaczajonych na klienta tuk-tuków i taksówek nie brakuje.

Bilet wstępu do zabytków jest jeden na całe miasto, kosztuje 10tys. KYT, czyli 25 PLN.
Nie idźcie w ślady osób które taki bilet potrafią wieczorem bezmyślnie wyrzucić np. do wiaderka na skorupki w Phoo Wu Restaurant.
Wtedy, na drugi dzień, w Inwie, nie będziecie musieli kupować go po raz drugi.

Zwiedzanie Mandalay wymaga okrutnego wyrzeczenia - trzeba wstać o trzeciej rano.
Chociaż, jeżeli nie musicie akurat wtedy myć i układać włosów i dbać o makijaż - to wystarczy za pięć czwarta.
Zawsze to coś.

Pobudka jest potrzebna ze względu na śniadanie w świątyni Mahamuni.
Ale to nie wam będą dawali jeść, tylko Buddzie.

O czwartej, pod bramą pagody czekają już rozmodleni ludzie z prowiantem, kwiatami i złotem.
Chwilę później podwoje otwierają się, wszyscy usadzają się na posadzce przed wiekowym posągiem
i rozpoczyna się toaleta poranna Buddy.
Załącznik:
DSC08766.JPG

Załącznik:
DSC08775.JPG

Załącznik:
DSC08777.JPG

Załącznik:
DSC08778.JPG

Ceremoniał sprawuje mnich, oddelegowany do tej roboty na całe swoje życie.
Myje posągowi twarz, szoruje zęby.
Załącznik:
DSC08787.JPG

Załącznik:
DSC08790.JPG

Wszystko odbywa się przy akompaniamencie głośniej muzyki na żywo.
Orkiestra sprawia wrażenie bardzo zdeterminowanej.
Załącznik:
DSC08779.JPG

Załącznik:
DSC08780.JPG

Najbardziej zazdrościłem asystentom mnicha, tym w tych białych, zawadiackich czapeczkach.
Są to "świeccy mężczyźni o kryształowej i nieposzlakowanej opinii".
Fajnie chyba mieć taką opinię.
Ciekawe jak można na nią zapracować i kto ją wystawia?... :lol:
Załącznik:
DSC08795.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez TikTak, 16 Gru 2018 20:30, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 16 Gru 2018 10:40 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Poprzestaliśmy na obserwacji porannych zabiegów toaletowych.
Opuściliśmy Mahamuni, zanim posąg zabrał się za śniadanie.

Po ósmej znowu wyjechaliśmy w miasto i do wieczora, bez przerwy, było co robić i co oglądać.
Zabytki w Mandalay nie są aż takie stare, jak te na jego przedmieściach albo np. w Bagan -
ale to wcale nie znaczy, że są gorsze albo mniej ciekawe.

Co do kolejności zwiedzania, zdaliśmy się na Fattyego, w końcu to jego miasto.
Zaraz z rana trafiliśmy do klasztoru Shwe In Bin.
Przewodniki traktują to miejsce po macoszemu, więc turystów, poza nami, było jak na lekarstwo.
Klasztor pod koniec dziewiętnastego wieku postawili Chińczycy.
Jest zrobiony z drewna tekowego i stoi na palach.
Załącznik:
DSC08810.JPG

Załącznik:
DSC08799.JPG

Załącznik:
DSC08809.JPG

Załącznik:
DSC08815.JPG

Załącznik:
DSC08826.JPG

Tak w miastach jak i w najbardziej zapadłych wioskach Birmy trwa nadal nieprzerwana budowa nowych stup i pagód.
Powstają ich setki, błyszczą złotą farbą a w wersji bogatszej - prawdziwym złotem.
Dzwoneczki na ich szczycie przeganiają ciszę i posyłają modlitwy we właściwym kierunku.
A w każdym takim przybytku czeka na odwiedziny posążek Buddy.

Aby zaspokoić społeczną potrzebę nieprzerwanego tworzenia i pielęgnowania tych przybytków
w Mandalay pracują dziesiątki zakładów rzemieślniczych.
Chcieliśmy je zobaczyć.
Ulica z produkcją kamieniarską jest długa a kolejka posągów, które niedługo będą musiały
gdzieś znaleźć sobie złoty domek - jeszcze dłuższa.
Załącznik:
DSC08831.JPG

Załącznik:
DSC08835.JPG

Załącznik:
DSC08843.JPG

W zakładach przy ulicy praca nad rzeźbą jest tylko kończona.
Ciosanie z grubsza musi odbywać się gdzieś bliżej kamieniołomu.
Są tutaj i sklepy z drobniejszymi figurkami - dla turystów.
My poszliśmy w jadeitowe słonie, kupiliśmy całe stado, niestety, miały trochę kruche trąby.
Daleko nam do japońskich turystów, którym, podobno, zdarza się sprawić sobie kilkusetkilogramowego
Buddę.
Załącznik:
DSC08846.JPG

Załącznik:
DSC08848.JPG

Załącznik:
DSC08850.JPG

W zakładach kamieniarskich biegnie prawdziwa praca, nie mają one wiele wspólnego z tzw. "fabrykami" dla turystów
i warto je zobaczyć.

Miejsce, gdzie mają powstawać sprzedawane przed każdą świątynią płatki złota trochę nas rozczarowało..
Owszem, można było zobaczyć, jak stopniowo powstawał cieńszy niż najcieńszy papier listek kruszcu, ale trudno było
oprzeć się wrażeniu, że to tylko wspomnienie tego, co było kiedyś.
Załącznik:
DSC08866.JPG

Załącznik:
DSC08875.JPG

Wszystko po to, żeby za ścianą sprzedawać złocone pamiątki.
A złote płatki do świątyń pewnie gdzieś za drugą ścianą tłucze jakaś numerycznie sterowana maszyneria.
Ale złoto to złoto i trudno byłoby ciekawskim to pokazywać.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 18 Gru 2018 09:36 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Pałac królewski w Mandalay zniszczyła II Wojna Światowa.
Bombardowania przetrwała otaczająca go fosa i mury i jeden z pawilonów, w którym rządziły duchy.
Załącznik:
DSC08893.JPG

Załącznik:
DSC08890.JPG

Wszystkie inne rzeczy, które można oglądać - to rekonstrukcja.
Zajęli się nią w latach dziewięćdziesiątych generałowie.
Sami oczywiście pracować nie mieli ochoty - do roboty zostali przymuszeni mieszkańcy Mandalay.
Pałac jednak powstał i nowa, demokratyczna władza ma teraz problem, co z tym fantem zrobić.
Przez jakiś czas, podobno, nawet namawiała turystów do ignorowania tego miejsca.

Armia nadal jednak kocha pałac.
- O, kurcze, ale numer! Zamiast zbombardować albo wysadzać w powietrze, to postawiliśmy tu takie coś!
Pewnie tak sobie myślą żołnierze i sprawdzają wszystkich wchodzących i wychodzących.
Może też dlatego, że część budowli wykorzystują do swoich, wojskowych celów.
Załącznik:
DSC08894.JPG

Główny pałac i pawilony zostały wykonane dość ciężką ręką, daleko im do finezji oryginału
(jedna z budowli, ta z duchami, zachowała się, stoi w innym miejscu i można porównać).
Gdyby jednak wybierać: tak albo wcale, to jak dla mnie - może być.
Załącznik:
DSC08916.JPG

Załącznik:
DSC08924.JPG

Załącznik:
DSC08927.JPG

Załącznik:
DSC08928.JPG

Załącznik:
DSC08935.JPG


Cukru palmowego nadal nie udało się znaleźć. :cry:
Na dodatek do kompletu doszło poszukiwanie na straganach "dragon fruit".
Tutaj jednak - pełny sukces!
Będzie co jeść wieczorem.
Załącznik:
DSC08940.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#20 PostWysłany: 19 Gru 2018 10:11 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 226
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Shwenandaw to właśnie ta budowla, którą przed bombami uratowały duchy.
Duchy straszyły jeszcze w XIXw, nie można było się ich pozbyć, więc przeniesiono cały budynek,
z obrębu fosy wokół pałacu pod Wzgórze Mandalay.
Czy duchy przy tej okazji się wyniosły - nie wiem.

Budowla imponuje koronkowymi zdobieniami w drewnie.
Trochę je nadgryzł czas - ale obok trwają prace renowacyjne.
Delikatniejsze rzeczy wykonują studenci wolontariusze - pędzelek i papierek ścierny.
Grubsze prace odtworzeniowe - wygląda, że lokalni rzemieślnicy.
No oko ludzie wyglądają jak oderwani prosto od pługa ale ręce mają ze złota, gdy przypatrzeć się, jak pracują.
Załącznik:
DSC08951.JPG

Załącznik:
DSC08950.JPG

Naród musi mieć jakieś uzdolnienia w tym kierunku.
Na drugi dzień, w Inwie sprawiłem sobie do domu nie mniej precyzyjną rzeźbę.
Załącznik:
DSC08952.JPG

Załącznik:
DSC08953.JPG

Załącznik:
DSC08954.JPG

Załącznik:
DSC08955.JPG

Załącznik:
DSC08958.JPG

Załącznik:
DSC08963.JPG

Załącznik:
DSC08964.JPG

Załącznik:
DSC08965.JPG

Złocenia trochę wyblakły ale i tak jest na co popatrzeć.
W sumie to cieszy, że zabytek nie został skazany na pastwę losu tylko coś z nim robią.
Wygląda na to, że UNESCO tu swojej ręki nie przyłożyło, podobnie jak w innych zabytkowych miejscach Birmy.
WMF -World Monuments Found, organizacja, której logo jest na tablicy obok miejsca, gdzie biegną prace konserwatorskie,
pochodzi z NY.
Ci sami zawodnicy wspierali remont drewnianego kościółka w Dębnie Podhalańskim.
Fajnie, że dzieją się takie rzeczy ponad granicami.
Załącznik:
DSC08957.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 36 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group