Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 2 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
 Temat postu: Jordania subiektywnie
#1 PostWysłany: 16 Lis 2018 00:51 

Rejestracja: 23 Gru 2014
Posty: 101
niebieski
To już nasza druga wizyta w Jordanii poprzednia trwała 4 dni i była poświęcona zobaczeniu Petry. Pewnego marcowego popołudnia ładujemy się do samolotu i po kilku godzinach lądujemy w Tel Aviv, Od początku nie wszystko szło jak należy. Po pierwsze późny przylot 3.03 a już 4.03 mieliśmy być w Akabie. Czyli szybki przelot na koniec kraju a motocykl w letargu, rozpięty akumulator, wszystko trzeba spakować. Rano pakuję , przypinam, szybkie śniadanie i wychodzi na to że mamy szansę być około 15 na granicy Itzchak Rabin border. Niestety wybrana droga trochę się nam zmieszała i ostatecznie zamiast jechać spokojną drogą 90, ciśniemy po płatnej drodze nr 6, co skutkuje większym ruchem i koniecznością przemieszczania się w pobliżu miast gdzie z reguły wypracowałem sobie metodę jazdy pasem awaryjnym bo korki są niewyobrażalne a temperatura 33 .Koniec końców lądujemy na granicy około 16 , wygląda nieźle, zapas czasowy jest . Izrael idzie sprawnie, pobierają opłatę wyjazdową, zabierają dokument celny na motocykl obiecując że dostaniemy taki ponownie na granicy którą sobie wrócimy. Jedziemy do Jordańczyków, Welcome to Jordan, te słowa to wizytówka tego kraju, w każdym miejscu, każdy nimi nas wita. Ale schodzimy na ziemię, wy motocyklem, tak. Chwilę trwa zanim ustalą procedurę, w końcu przychodzi jakiś chyba ze służby celnej, grzebie po kufrach jedną ręką bo w drugiej nieodłączny papieros. Po tej tzw kontroli dostajemy jakąś kartkę do wypełnienia, ma ona nas zwolnić z opłaty wizowej z racji pobytu dłużej niż 3 noce. Następnie wysyłają nas pod numer 10 bo mamy dostać jordańskie tablice, to była dla mnie nowa informacja. W pokoju 10 każą iść szybko po ubezpieczenie, na szczęście po drugiej stronie. Wchodzę do środka a w środku młody facet i atmosfera od dymu papierosowego taka że siekierę można powiesić, ale welcome to Jordan. Czy masz tłumaczenie dowodu rejestracyjnego, oczywiście że nie mam, nic poradzimy sobie jakoś. Czy można płacić kartą, nie ale obok jest kantor. Idę do kantoru a tam facet z bosymi nogami na leżance, zrywa się i oczywiście welcome to Jordan, za chwilę zaczyna się witać bardziej niż wylewnie, a popatrz ja mam wąsy a ty nie , a tu jest mój mały kantorek gdzie wymieniam walutę. Trzymam nerwy na wodzy aby mu nie jebnąć bo może takie tutaj zwyczaje, szybko uciekam z Jordańskimi Dinarami. Kurs tej waluty to dla mnie wielka zagadka, ale król tak zdecydował i nie ma dyskusji. Teraz zaczyna się łupienie, ubezpieczenie, tablice , których ostatecznie nie dostałem, tylko taki papier opisujący motocykl w języku zrozumiałym dla policjanta. Cały dokument sporządzany przez osobę stukającą jednym palcem po klawiaturze, no i oczywiście opłata, z tym papierem lecimy do ostatniego pokoju gdzie oczywiście oprócz Welcome to Jordan mamy dostać wizę. No ale mimo tego że ktoś w pokoju obok nastukał na komputerze wszystkie nasze dane, ten też musi stukać. W końcu po 2 godzinach ruszamy do miasta do zarezerwowanego wcześniej hotelu. Hotel miał dobre opinie, szczególnie w kategorii czystość. Nie chciałbym być w miejscu które miałoby niższą opinię od naszego, może trafiliśmy na dzień zmiany pościeli, dopiero dzienne światło odkrywa jak bardzo się myliliśmy w tym temacie czystości pościeli, do standardu czystości a raczej brudności łazienek już przywykliśmy. Lokalizacja naszego noclegu nie była nawet taka zła , do 11 w nocy na dole były pootwierane biznesy i ludzie próbowali coś sprzedać. Parkingu hotel nie posiadał, ale miał kamery, tylko na żadnej nie było widać motocykla. No ale w końcu to tylko na jedną noc i na co komu motocykl w tym kraju, jak policja którą widzieliśmy miała jakieś stare kawasaki a król podobno jeździ harleyem. Poszliśmy do miasta aby wypłacić pieniądze, niestety tej sztuki nie udało się zrobić w Jordanii i musieliśmy wymienić dolary. Tylko ten dinar jest warty więcej niż dolar.
Po spokojnej nocy poranek bez niespodzianek, śniadanie na mieście i ruszamy do Petry

Image

Image

Image

Image

Można powiedzieć że to zdjęcie było trochę prorocze

Image


Ruszamy w kierunku Petry ale najpierw wymyśliłem aby podjechać na granicę z Irakiem. Droga tzw South beach jest widokowa, przynajmniej w części gdzie są plaże, te w Akabie widzieliśmy wieczorem i z deczka syfiaste. Niestety droga kończy się zakazem ruchu za ostatnim rondem i odbijamy w górę mając nadzieję trafić na drogę omijającą Akabę. Z pewnymi kłopotami nam się to udaje i trafiamy na trasę o nazwie Back road Akaba. Niestety jest to droga która wiedzie z portu w kierunku Ammanu i jest na niej cały transport z zaopatrzeniem dla kraju. Pierwszy jej odcinek to bardzo długi wjazd na przełęcz, długa prosta pewnie ponad 10 km na której jest ciężarówka za ciężarówką, dobrze że tylko nieliczni decydują się na ryzyko wyprzedzania. 30 stopni długi podjazd i przeładowane ciężarówki . Za przełęczą równie długi zjazd.
Image

Image
Cały odcinek Desert highway jest nieciekawy do momentu na kilka kilometrów przed zjazdem na Petrę gdzie wspinamy się na prawie 1200 metrów i pojawia się kilka zakrętów. Sama droga do Petry, King higway, jest wąska kręta i wspina się wyżej, niestety jest też wiatr a temperatura spada do 19 i muszę coś na siebie wrzucić.
Około 12 jesteśmy na miejscu i oczekujemy porady od naszego gospodarza. Zgodnie z zasadą że to co można kupić za pieniądze, jest tanie decydujemy się na wycieczkę do Monastyru od tyłu , gdzie dojedziemy 4x4, wcześniej musimy podjechać do Petry, aby kupić bilety, mieszkamy w wiosce beduińskiej nad Petrą. Kupujemy jeszcze 2 litry wody i ruszamy w drogę
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po zakupie biletów jedziemy samochodem 4x4 prowadzonym przez kuzyna Khaleda. Spokojny, niespieszny trekking w dobrych warunkach pogodowych sprzyja rozmowie z czego skwapliwie korzystamy. Każdy beduin wygląda jak Jack Sparrow, ale to Johny Deep tworząc postać wzorował się na beduinach z tego regionu, czy tak jest wszędzie tego nie wiem, ale w Petrze każdy jest sobą czyli Jackiem Sparrowem. Ponieważ wchodzimy od zaplecza to po drodze mijamy tylko jeden sklepik, zresztą należący do ojca Khaleda, który jest zamknięty w tym dniu. Na szlaku spotykamy też parę z Czech którzy spacerują po tych górkach już 10 dni. W tamtym momencie nie byłem jeszcze przekonany co do konieczności pobytu w tym miejscu dłużej niż dzień, ale sytuacja jest rozwojowa. Dochodzimy do tzw Monastyru i z tego miejsca będziemy szli głównym szlakiem , który prowadzi po kilkuset schodach, normalnie się po nich wychodzi, dla nas będzie to tylko zejście. Na schodach zaczyna się ścieżka zdrowia, tak nazywam szpaler sklepików które są rozłożone co kilka metrów, sprzedają wyroby miejscowego rękodzieła, ale wiele z nich jest tworzonych w dalekich Chinach, autentycznych jest bardzo niewiele. Ciężko też jest zrozumieć wartość ich lokalnej waluty, kilka lat temu król zdecydował że 1 dircham będzie miał wartość 70 centów amerykańskich, myślę że dla normalnych ludzi była to wielka krzywda, bo wcześniej 3 dirchamy to był 1 USD, i jak napiwek wynosił 1 dolar to było dla nich coś teraz to jałmużna. Zresztą ciekawostką jest sposób rozliczania owych dirchamów. Zapłaciłem kartą w restauracji 19.3 JD i sprawdzam konto a tam 193 JD za 93 pln, kurs to 0,48, dla mnie to dowód że ta waluta jest silna tylko w Jordanii, niestety powoduje to też że nie jest tam zbyt tanio, 93 PLN za 2 napoje i dwie potrawy, moim zdaniem sporo.

Nie dajemy się namówić na zakupy pamiątek, licząc na coś bardziej autentycznego następnego dnia. Po zejściu do głównego szlaku nasz przewodnik wyjaśnia nam jak trafić do wioski, wydaje mi się to proste, w ostateczności widać też asfalt prowadzący do wioski a samą wioskę widać na górze. Kręcimy się trochę w pobliżu głównych zabytków i postanawiamy wracać, kolację mamy umówioną na 18, słońce zachodzi około 17. Ruszamy w kierunku widocznej na górze wioski, idziemy na azymut, w pewnym miejscu spotykamy następnego kuzyna Khaleda, który potwierdza słuszność wybranej drogi. Niestety schodzimy w dół a następnie lądujemy w wyschniętym korycie rzeki, decyduję aby iść w prawo aby wyminąć grupę widocznych na wzgórzu ruin. W pewnym momencie koryto idzie w niekorzystnym moim zdaniem kierunku, ale widać też ścieżkę która obiecuje właściwy trop. Gdzieś na półce skalnej ponad nami słychać Beduinów którzy zamykają swoje kozy, spotykamy też młodą kózkę która kuleje i próbuje odnaleźć swoje stado. Ścieżka zaczyna się zacierać ale nagle wychodzimy na grupę 5 Beduinów którzy zrobili sobie grila i popijają whisky, każdy ma półlitrową piersiówkę, widać już w nich dno. Jeden z nich nas rozpoznaje, był to kierowca, kuzyn Khaleda, zresztą wszyscy są kuzynami. Impreza jest na cześć jednego z nich, który przyjechał na wakacje z Francji. Pytamy czy dobrze idziemy, potwierdzają ale jednocześnie próbują nam wcisnąć jazdę na osiołku, podróż ma trwać 15 minut a na piechotę podobno 40. Dziękujemy i chcemy iść dalej, ale proponują że jeden z nich za chwilę będzie wracał i nas poprowadzi. Częstują na kurczakiem z grila a moja żona dostępuje zaszczytu spełnienia wspólnego toastu, ja nie wiedzieć czemu jestem pominięty. Tuż po zachodzie słońca jeden z nich wstaje, mocno się zataczając dosiada osła, ostro idziemy w górę starając się nadążyć za naszym przewodnikiem. W pewnym momencie gość zsiada i proponuje żonie jazdę, na szczęście żona odmawia, facet ledwo stoi, to byłaby długa droga. Po 15 minutach, zdyszani docieramy do wioski, palą się tylko nieliczne żarówki, dzieciaki w wiosce widząc nas wrzeszczą, Hello, Hello, staramy się grzecznie odpowiadać. Nasz przewodnik coś tam bełkocze i wskazuje palcem kierunek, niestety nie mogę się zlokalizować aby wybrać właściwą drogę, jedna z dziewczynek coś tam próbuje zagadać do nas po angielsku, my mówimy Khaled, po drugim czy trzecim powtórzeniu załapała to imię, pewnie fatalnie przez nas wymawiane. Błądzimy dalej w pewnym momencie podchodzi do nas facet z wcześniej spotkaną dziewczynką i mówi że jest kuzynem Khaleda i nas do niego zaprowadzi, oczywiście też jest jego kuzynem. W końcu jesteśmy na miejscu akurat matka z córką kończą przygotowywać kolację. Zmęczeni ale zadowoleni, rozmawiamy z naszą córką, raczej jej odradzając jej ewentualną wizytę w Petrze, że dużo chodzenia i takie sobie atrakcje. Ustalamy plan na następny dzień, postanawiamy że pójdziemy bocznymi dróżkami aby zobaczyć główne atrakcje od góry, czytałem wcześniej że to jest interesujące. Mając mało czasu zdecydowaliśmy że lepiej będzie mieć ze sobą miejscowa pomoc aby nie błądzić jak w dniu dzisiejszym. Otwieramy żelazny zapas wódki aby wspomóc trawienie i zmęczeni kładziemy się spać. W naszym pokoju jest czysto, pościel jest czysta i to jest pozytywna odmiana po pobycie w hotelu w Akabie.


Image

Ścieżka zdrowia

Image

W sklepiku ojca

Image

Zejście po schodach

Image

Jednak zrobiliśmy zakupy, wtedy nawet myśleliśmy że to my zrobiliśmy dobry biznes

Image

Idąc w kierunku wioski

Image

W poszukiwaniu reszty stada

Image

W oczekiwaniu na przewodnika

Image

Czekając na osła

Image

Drugi dzień w Petrze. Tym razem zwiedzamy w towarzystwie ojca Khaleda, aka Welcome to Alaska. Ma nas poprowadzić poza głównym szlakiem z czego skwapliwie korzystamy.
Image
Nasz przewodnik opędzlował cały ten trekking w klapkach
Image

Naoglądaliśmy się przeróżnych formacji skalnych, ale był też czas na rozmowy o życiu.Image

Między innymi w tej chacie prowadziliśmy dyskusje o produkcji postarzanych pamiątek, fałszywych monet i stosunkach z królem. Było to ciekawe ale potwierdziło tylko moje wcześniejsze spostrzeżenia co do pamiątek

Image

Zasadniczo dużo chodzenia, dobrze mieć dobre buty choć nasz przewodnik przeczy stereotypom. Tylko w jednym miejscu trochę przesadził gdy chciał nam pokazać widok na którąś z atrakcji. Beata nie podjęła ryzyka zostając w bezpiecznym miejscu.Image
I to ryzyko tylko po to aby zobaczyć kawałek amfiteatru
Image

Później już było lepiej i bezpieczniej

Image

Image

Idziemy na drugą część doliny, oczywiście welcome to alasca

Image

Wspinamy się w górę wcześniej podpowiedzieliśmy grupce z Czech aby trzymali się nas, bo nasz przewodnik raczej zna drogę. Przejście po tej desce też wzbudzało emocje

Image

Image
Co jakiś czas siadamy na kawę prowadząc dyskusję z właścicielami owych przybytków, o dziewczynach o żonach itp.
Image
Gdy dochodzimy do głównego szlaku nasz przewodnik chce się ulotnić do swoich zajęć. Jeszcze tylko, poczułem woń świeżego pieczywa, zaprowadza nas do jamy gdzie kobieta jak to mówi z egiptu wypieka fajne placki. Wracamy głównym szlakiem do wyjścia, ostatni odcinek pokonujemy wierzchem, bo podobno miało to być w cenie biletu, sprawa była bardziej skomplikowana ale byliśmy twardzi w negocjacjach.

Image

Oczywiście nie obyłoby by się bez Indiany

Image

W negocjacjach w sprawie taksówki, nasz przewodnik przekazał nam że taksówka to 6 dirchamów, byliśmy tak twardzi że na początkowe 10 obraziliśmy się, nie daliśmy się skusić na 8 twardo stawiając na 6. W rezultacie 6 kilometrów pokonaliśmy na piechotę mając okazję do podziwiania widoków i ponownej drogi na skróty

Image

Image

Image

O poranku po śniadanku

Image

Szykujemy się do opuszczenia gościnnych progów naszego beduińskiego gospodarza obiecując sobie że jeszcze tu wrócimy na dłużej. Droga skonsultowana, jedziemy przez góry do doliny Arava
Image

Image
Droga wygląda zachęcająco. Wstępujemy jeszcze do Małej Petry ale tylko na chwilę, nie mając specjalnie ochoty na spacerowanie w ciuchach motocyklowych, tym bardziej że droga oczekuje nas
Image

Image
Droga z początku wąska i podniszczona, miejscami zmienia się w świetną prawie alpejską górską trasę.
Image

Image

Image
W miarę utraty wysokości na horyzoncie pojawia się też inny krajobraz, to płaska dolina wzdłuż rzeki Jordan, od strony Jordańskiej pokryta w dużej części piachem pustyni, tworząc miejscami całkiem spore wydmy.
Image

Image

Image
Gdzie są większe zasoby wody tam też pojawiają się uprawy roślin. To jedno z nielicznych miejsc w Jordanii gdzie jest rolnictwo w skali makro
Image

Początek morza martwego w tej strefie to głównie przemysł, jedna i druga strona bez umiaru ciągną minerały z morza doprowadzając okoliczny teren do degradacji

Image

Na swoją skromną miarę próbuję przywrócić równowagę w naturze

Image
Na drodze ruch znikomy wszyscy odbili w górę, tylko my kierujemy się w kierunku kompleksów hotelowych w pobliżu, jak nam się wtedy wydawało, bezproblemowej granicy z Izraelem. Zanim tam dojechaliśmy, skusiła mnie informacja o bocznej drodze z napisem panoramiczna. Rzeczywiście była fajnie pozawijana, pięła się ładnie w górę, jednak na którymś z zakrętów poczułem że jest problem z oponą. Po zatrzymaniu na najbliższym parkingu okazało się że nie ma powietrza w przedniej oponie

Image

Image

Image


Ostatnia noc w Jordanii, pełen wypas, Kempinski „to nie są tanie rzeczy”. Trochę odstawaliśmy od towarzystwa, szampan na śniadanie ale nie tylko rosyjski język było słychać, nasi też tam byli.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Rano powrót do Izraela. Obiecujemy sobie wrócić aby zobaczyć Wadi Rum i obecnie możemy uzupełnić swoje subiektywne postrzeganie Jordanii, ale o tym za chwilę
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 16 Lis 2018 10:19 

Rejestracja: 23 Gru 2014
Posty: 101
niebieski
Podczas rozmowy na skype z Benkiem, spontanicznie rzucam że może do nich wpadniemy do Izraela. Przeglądam ceny biletów i wychodzi że Kraków Amman wygląda nieźle to przy okazji uzupełnimy nasze braki z ostatniej wizyty w Jordanii gdy na Wadi Rum nie było czasu. Planowanie, kombinowanie w rezultacie dzień przed wylotem bierzemy auto przez Ryanair car, uzupełniając ubezpieczeniem na rok z iCarhire, to po lekturach forum i bookuję nocleg w Wadi Rum Quiet Village, reszta wyjdzie w planie. Lądujemy z pięciogodzinnym opóźnieniem, z powodu mgły w Krakowie, a planowany nocleg mamy w Wadi Rum. Odbieramy samochód, Renault logan w automacie, z trzema kreskami paliwa na wskaźniku i ruszamy już po ciemku w drogę. Niestety po około 25 km wpadamy w zasadzkę z której udaje nam się wyrwać po około godzinie, ratując w trakcie z wody 3 kobiety wrzeszczące dziecko i faceta. Kilka dni poźniej znajduję na podłodze zerwany, chyba złoty, łańcuszek. Zakupiony sim 16 z kawałkiem jodów,się przydaje dzwonię do Saleha z Wadi Rum i mówię że raczej nie ma opcji na nasz dzisiejszy przyjazd. Rozumie naszą sytuację i wręcz odradza nam dalszą jazdę bo takich incydentów pogodowych jest więcej. Wracamy na lotnisko bo tam miało być coś do jedzenia. Niestety Google wprowadziło nas tym razem w błąd, wracam do wioski mijanej po drodze na lotnisko gdzie było coś co wyglądało na knajpę chyba tu Restaurant and cafeteria Abu structure
Amman, Jordania
+962 7 8819 8832
https://goo.gl/maps/3hgFUN68rDu, było całkiem nieźle 2 dania mięsne, widząc zupę domawiam, wspaniale ogrzewa ręce i jest smaczna, do tego jogurt , woda i płacimy 6,5 jodów.Pytam o hotel gościa z obsługi wskazuje punkt jakieś 2 uliczki dalej. Podjeżdżamy, zapala się kontrolka rezerwy a ujechane około 50 km, o miejscu na nocleg może świadczyć tylko numer telefonu na oszklonej werandzie. Dzwonię dzwonkiem przy drzwiach, po chwili zjawia się młody człowiek i z gestykulacji chyba domyśla się że potrzebujemy miejsca na odpoczynek, wprowadza nas na werandę dając nam do zrozumienia, siada i czeka. Po chwili wraca w towarzystwie kolegi ten będzie tłumaczem. Wyjaśniamy sytuację i czego oczekujemy, on przekazuje to swojemu koledze, tamten coś mówi i nasz tłumacz, widać na jego twarzy pewne zażenowanie, zadaje pytanie, czy to jest moja żona. Reszta poszła już gładko za 35 jodów mamy nocleg ze śniadaniem, do dyspozycji mamy cały apartament z dwoma sypialniami salonem kuchnią i łazienką. Czystość według jordańskich standardów ok, śpimy we własnych śpiworach. Rano ruszamy do Wadi Rum na pierwszej stacji tankując, obiecując sobie tak obliczyć nasze zużycie aby zatankować przy oddawaniu absolutne minimum wymagane do ukazania się trzech kresek.
Drogi
Najważniejsza według mnie, jest desert higway, to główna arteria spinająca kraj od Aqaby do Ammanu. To najszybsza opcja aby dostać się na południe, obecnie dużo odcinków w restrukturyzacji. Niektóre miejsca wyglądają trochę karykaturalnie, bo jak inaczej nazwać odcinek kilkukilometrowy, na którym w regularnych odstępach co kilkadziesiąt metrów ustawione są te same znaki, zakaz wyprzedzania, ograniczenie do 40 km/h, roboty drogowe. Ktoś miał ustawić znaki i pracę wykonał, to że bezsensownie to już inna kwestia. Nikt nie przestrzega tych znaków , poziomych również, przeważnie utrzymujemy rozsądną prędkość pomiędzy 100 a 120. Cały odcinek do Wadi Rum to przeważnie płaskie proste odcinki od czasu do czasu z rozjazdami na miejscowości położone w głębi kraju. Dopiero na wysokości zjazdu do Petry mamy długi zjazd z wysokości około 1200 metrów, gdzie wolno w dół toczą się ciężarówki, nie bądźmy zaskoczeni że będziemy zmuszeni wyprzedzać je prawą stroną. Do zjazdu na Wadi Rum jedziemy w płaskim pustynnym krajobrazie. W jednej wiosce zabieramy ojca z córką ale prowadzenie rozmowy na migi się nie klei, rozumiemy tylko imiona i ilość dzieci 5. Odcinek do Aqaby prowadzi trochę przez góry ale dalej mamy standard dwóch osobnych pasów, coś na kształt autostrady.
King higway droga o numerze 35, droga głównie dwukierunkowa, biegnie interiorem, bywa wąska często oferuje ładne widoki, spina co większe miasta w Ammanie i przeważnie prowadzi przez ich środek. Mamy okazję zobaczyć lokalne życie a w szczególności ogromną ilość warsztatów samochodowych, w stylu dziupla gdzie głównym narzędziem jest młotek przecinak i spawarka. Nam po pewnym czasie zaczął doskwierać wszechobecny brud i syf, może to kwestia zmęczenia. Spektakularny odcinek tej drogi to zapora Wadi Mudi dam, stając na kawę w przydrożnym sklepiku, od właściciela słyszymy że przed wojną to była turystyka, zatrudniał 7 osób a teraz siedzi sam. Faktem jest że poza miastami ruch jest stosunkowo mizerny. Mamy też wrażenie że kilometry na tej drodze są dużo dłuższe i ich przejechanie zajmuje więcej czasu. Noc spędzamy Dana i hotel Dana Tower to nie był dobry wybór, nasz pokój śmierdział stęchlizną. Na plus kolacja, śniadanie nie warte swojej ceny, lepiej zjeść po drodze. Bookuję nocleg w Madabie w Black Iris hotel, zanim tam dojedziemy postanawiamy zobaczyć górę Nebo. W tym celu odbijamy przed Madabą w kierunku morza martwego, to był fajny odcinek, widokowo i motocyklowo, brak tylko motocykla.
Docieramy na górę veni, vidi, vici, to w zasadzie wszystko co mogę powiedzieć w tym temacie. Black Iris hotel to do tej pory najlepszy standard w Jordanii( Kempinski się nie wlicza) a w szczególności temperatura i ciśnienie wody w łazience. Okazuje się że wybór wypożyczalni może nieć znaczenie, nasza Arena wygląda całkiem nieźle pod względem jakości obsługi oraz stanu technicznego samochodu. Spotkani wycieczkowicze z Polski mieli mniej szczęścia z wyborem, wypożyczalnia Omash dostarczyła im pojazd w którym w pierwszym dniu zatarł się silnik. Pojawiają się też komplikacje z naszym planem, okazuje się że na północnym przejściu nie ma opcji aby pozostawić samochód. Miotając się w opcjach dzwonię do hotelu położonego w Wadi Araba 16 km od przejścia, taki miałem pomysł już wcześniej ale wysłany mail jeszcze z Krakowa pozostał bez odpowiedzi. Tym razem dzwonię i uzgadniam że zostawimy tam samochód i wracając z Izraela 20.11 zostaniemy tam na noc.
Droga 65 która ciągnie się z południa na północ wzdłuż Jordanu. Znamy jej przebieg od zjazdu z Petry wzdłuż morza martwego a teraz poznaliśmy jej północną część. Aby się do niej dostać przejeżdżamy ponownie obok góry Nebo, z nieba leje deszcz co powoduje że jedziemy uważnie po tej krętej górskiej ścieżce. Po drodze tankujemy, wyliczyłem że samochód średnio pali 7,4 litra i postanawiam zatankować 15 litrów, piszę na dystrybutorze 15 i pan tyle wlewa . Widząc 18 z kawałkiem daję 20 jodów i wyciągam garść monet które mu wciskam. On bierze i wydaje mi 5 jodów, ruszam i widzę 4 kreski czyli 15 litrów trochę dużo, ale zaraz on mnie chyba oszukał bo 15 litrów nie mogło dać wyniku ponad 18 jodów. Po chwili zrozumialem, on wlał za 15 jodów i bardzo się pewnie ucieszył z hojnego napiwku. Następnym razem leję 10 litrów i też pewnie będzie za dużo, ale niech stracę. Droga 65 jest mało ciekawa zwłaszcza w deszczu, od czasu do czasu widać góry na zachodnim brzegu podświetlone przebijającym się słońcem. Trafiamy do hotelu i po zwyczajowej herbacie właściciel odwozi nas na przejście.
Atrakcje Jordanii
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 2 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group