Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 51 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
#21 PostWysłany: 13 Gru 2015 00:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 290
srebrny
Wieczór spędziliśmy w restauracji hotelowej, siedząc na tarasie nad wodą. Piękne miejsce, a jedzenie i obsługa...brak słów :)
Image

I kolejny raz przyszło nam zetknąć się z uczciwością albańską. Gdy zamawialiśmy dwie sałatki greckie, właściciel, który równocześnie pełnił rolę kelnera, nie pozwolił nam tego zrobić. "Jedna wam wystarczy" - przestrzegł nas. Oczywiście miał rację, ale wyobrażacie sobie coś takiego w Polsce? Czy gdziekolwiek indziej? Rzadko zdarza mi się być potraktowaną aż tak bardzo po prostu po ludzku. Do kolejnego zaskoczenia doszło podczas płacenia rachunku. Zamówiliśmy butelkę wina, sałatkę, chleb, potem ciasta, wody mineralne, herbaty, kawy...Okazało się, że mamy zapłacić tylko za wino i sałatkę - ba, sałatę, ogromny półmisek (500 i 200 lek), napoje i chleb są "od niego" (to, jak się później okazało, stała tradycja w Albanii - zgodna z prawem Kanun, które w Polsce znane jest chyba wyłącznie z prawa do krwawej zemsty. A szkoda, bo Kanun składa się aż z 12 ksiąg), a po ciasta po prostu skoczył do domu i przyniósł na własnym talerzu. Żona upiekła...
Hotel i restauracja, jak większość takich przybytków w Albanii, to rodzinny biznes. Lezę prowadzi 5 braci i siostra. Dużym zaskoczeniem było dla mnie, gdy pan, zapytany o ilość pokojów do wynajęcia, odpowiedział : cztery (jak to? W takim dużym, piętrowym hotelu?). Okazało się, że pozostałe zajmuje rodzeństwo z całymi rodzinami. I tak sobie wszyscy razem żyją. Jest ciężko - mało kto w Lezie się zatrzymuje na dłużej. Na szczęście bardzo często na obiady przyjeżdżają turyści - w lecie w Ochrydzie jest organizowana jednodniowa wycieczka wokół Jeziora Ochrydzkiego i najczęściej właśnie w Lezie ma postój na obiad.

Image
Hotel i restauracja Leza w Lin. Bardzo, bardzo polecam.

Kolejnego poranka ponownie mieliśmy problem z zapłaceniem :) Zamówiliśmy herbatę - nie dało się zapłacić, bo to "od właściciela" :) Wypiliśmy, zamówiliśmy kawę - tym razem była od drugiego z braci :D W końcu zrezygnowaliśmy - mieli przewagę liczebną i pewnie dopiero po szóstym napoju pozwoliliby zapłacić :) Bardzo chcieliśmy zostawić tam jakieś pieniądze w podzięce za wszystko. I w końcu udało się nam postawić na swoim - Marcin kupił piękną replikę mozaiki z Lin za 15 euro :)

A pod hotelem, w ogromnej ilości ("a było ich tysiące" :D) mieszkają żółwie. Trafiliśmy chyba na okres godowy :)

Image

Image
W dodatku jadły z ręki! :)

Image
Nad drzwiami trzeba zawiesić maskotkę i/albo czosnek. To chroni przed "złym okiem" i przynosi szczęście. W Lin prawie każdy dom miał taki talizman.

Niestety, trzeba było ruszać dalej. Po pobycie w tej rybackiej wiosce bardzo polubiliśmy nasz nowy przewodnik. No, może jeszcze nie ufaliśmy mu w 100%, ale było bardzo blisko :) Chcieliśmy jechać w stronę Sarandy, więc przeglądaliśmy możliwości dojazdu. Panowie z przewodnika podawali dwie opcje. Pierwsza miała być łatwą, wygodną drogą, którą bez problemu można dojechać. Druga - dużo trudniejszą, bardziej wymagającą, ale za to obfitującą w przepiękne widoki. Tę drogę panowie szczególnie polecali. Nie było się więc nad czym zastanawiać :D

Image

Image

Coraz mniej zabudowań, coraz mniej ludzi. Widoki przepiękne. No, panowie z przewodnika, szacun...:)

Image
Pierwszy przystanek na małej stacyjce benzynowej. Chcieliśmy się tylko napić kawy i odsapnąć przez parę minut. Nie udało się - zostaliśmy tam prawie dwie godziny :) Powód - niebywale sympatyczna pani z baru (trudno to nazwać barem - raczej półpokojem i składzikiem rzeczy wszelakich:) i pan ze stacji.

Image
I naprawdę nie miało znaczenia, że nie znamy żadnego wspólnego dla wszystkich języka. To, co tam się przydarzyło, było wręcz magiczne. Rozmawialiśmy przy pomocy rozmówek albańskich i gestów, pani uczyła nas wymowy poszczególnych słów i rozłupywaliśmy orzechy kamieniem. Tak ciepłych i serdecznych ludzi rzadko się spotyka. Jednak tu nastąpił pierwszy zgrzyt między nami, a przewodnikiem (jednak dobrze, że nie zaufaliśmy mu jeszcze do końca :) W środku znajdował się mini-słowniczek polsko-albański. Pani z baru pokazywała palcem poszczególne słowa i tłumaczyła przy pomocy gestów, co znaczą. Świetnie się bawiliśmy. Nagle nas zmroziło - piątym z kolei słowem było : złodziej...Robiłam, co mogłam, żeby akurat ten wyraz zasłonić palcem. Mam nadzieję, że mi się udało, bo sama czułabym się fatalnie, gdyby przyjęty przeze mnie z całym sercem obcokrajowiec, udowodnił, co jego krajanie myślą o moim narodzie...:( Wiem, wiem, nie taki był cel autorów, gdy umieszczali ten wyraz w słowniczku, ale, mimo wszystko, wyszło bardzo nieładnie. Najważniejsze słowa w Albanii - tak, nie, dzień dobry, dziękuję i złodziej :/ Tym bardziej, że dla mnie najważniejszymi słowami w Albanii są : cudowne, gościnność, uczciwość, serdeczność i ciepło :)
Zapłaciliśmy 200 lek za colę, kawę i wodę, pan podarował nam jeszcze wielki worek orzechów i niestety trzeba było jechać dalej.

Image
Aktualnie w Albanii buduje się wielka autostrada, którą łatwo i wygodnie będzie można dojechać w różne części kraju. To dobrze - najprawdopodobniej to spowoduje zwiększony ruch turystów, zwłaszcza tych, którzy obawiali się złych dróg, i ich pieniędzy. To bardzo dobrze, bo ten kraj tego potrzebuje. Jednak...wtedy nie będzie już takich małych stacyjek z cudownymi ludźmi, nie będzie takich spotkań, nikt nie będzie wjeżdżał do małych miejscowości i one po prostu wymrą...

Image

Image
Pewien odcinek naszej drogi przebiegał wzdłuż budowanej autostrady. Jeśli mogę Wam radzić - jedźcie do Albanii teraz, jak najszybciej, póki autostrada nie zostanie ukończona. obawiam się, że wtedy wszystko już będzie inaczej...

Image
"Stara" droga. Nie jest przecież taka zła :)

Image

Image
Na obiad zatrzymaliśmy się w jednym z takich już wpół wymarłych miasteczek, przy drodze. Niektóre domy stały zupełnie puste, niektóre były zamieszkane. Nauczeni doświadczeniem w restauracji zamówiliśmy po jednej porcji sałatki, frytek i mięsa (tak nam się przynajmniej wydawało :D W Albanii często jest problem z porozumiewaniem się w języku angielskim). Przemiły pan przyniósł nam sałatkę, frytki i olbrzymi półmisek zapiekanego sera :D Porcja wielgachna i przepyszna, nie byliśmy w stanie dojeść. I wtedy pan przyniósł kolejny olbrzymi półmisek mięsa :/ Okazało się, że wcześniejszy ser nie był pomyłką językową podczas zamówienia, tylko...przystawką. W dodatku "od pana" :D Nasza restauracja również była rodzinnym biznesem, prowadzonym przez dwóch braci. Drugi z nich mówił po angielsku, więc mogliśmy dłuższą chwilę porozmawiać. Chyba Was nie zaskoczę, jeśli napiszę, że był bardzo ciepły i sympatyczny :D Niestety, po dłuższej rozmowie okazało się, że i on jest zatroskany o przyszłość takich wiosek, jak jego, po zbudowaniu autostrady. "Tu nikt wtedy nie przyjedzie, bo nie będzie miał po co" - martwił się. "Teraz mamy klientów, zatrzymują się jadąc do Sarandy. Ale później?..."

Image
Rachunek, jak zwykle był niespodzianką :D My : sałatka 200 lek, mięso i frytki - 600 lek, woda mineralna - 50 lek. Pan : zapiekany ser, wielka karafka z wodą, talerz pokrojonego arbuza, kawa i wrzątek do przywiezionej przeze mnie herbaty. I duża torba na zapakowanie tego, czego nie byliśmy w stanie zjeść na miejscu - sam to zaproponował :D No i jak nie kochać Albańczyków? :)

Image

Image
Zaczęliśmy wjeżdżać coraz wyżej. Droga była może i coraz gorsza, ale za to widoki - coraz lepsze :)

Image
Serpentyny, w niektórych miejscach zabezpieczone barierkami.

Image
Jeśli chodzi o podłoże...hmmm, właściwie po co komuś podłoże? :D

Image
Tak, właśnie takich widoków szukaliśmy.

Image
Czyżby kropki na znakach, to ślady po "zabawach z bronią"? :) Całkiem możliwe - podobno w wielu domach cały czas jest pochowany mały arsenał.

Image

Image
W niektórych miejscach musiałam profilaktycznie wyciągać moją książkę, która miała ratować mnie od paniki :D Niestety, nim zdążyłam się w nią tak zagłębić, żeby całkowicie zignorować świat zewnętrzny, zawsze wyrywały mnie z tego stanu okrzyki "Rób zdjęcia! Rób zdjęcia!" :D Do tej pory ciarki mnie przechodzą, jak słyszę to zdanie :D

Image

Image
Bunkry. Wszędzie bunkry. Podczas panowania dyktatora Hodży każda rodzina miała obowiązek wybudować jeden bunkier. Do tej pory na terenie Albanii znajduje się ich kilkaset tysięcy.

Image
Och, jak dobrze, że są ochronne murki :D

Image

I kolejny przystanek - prawie na szczycie znajduje się farma Sotira. Można tam przenocować, można coś zjeść. Bardzo sympatyczne miejsce.
Image

Image
Są konie, zieleń, kamienne mostki, altanki. Jest nawet basen (!).

Image
A jak ktoś chce rybę, może sobie ją sam wyjąć podbierakiem. My tylko na chwilę - tak, żeby rozprostować nogi i (ja) zesztywniały ze strachu kark (jednak nie wszędzie były ochronne murki :D

Image

Image

Image
Panowie z przewodnika, kocham was!!! :D

Image

Image
Tu po prostu MUSIELIŚMY się zatrzymać. Nie wiem, czy te konie były dzikie, czy hodowlane, ale magia tego miejsca nas dosłownie powaliła na kolana.

Image
Przez większą część drogi głównym tematem naszych rozmów były peany na cześć przewodnika. "Wiedzieli, co piszą", "Naprawdę, niesamowici są" - to tylko nieliczne z nich. Wreszcie znaleźliśmy przewodnik jakby pisany specjalnie dla nas - autorzy zachwycali się podobnymi rzeczami, co my. Teraz już wiedzieliśmy w 100%, że nie zawiodą nas atrakcje opisywane przez panów :)

Image

Image
I powoli zjeżdżamy z gór.

Image

Image

W przewodniku było napisane, że cyt. "koniecznie trzeba zjechać do gorących źródeł za małą wioską Benja". A ponieważ przewodnik zdążył już zostać naszą główną i jedyną wyrocznią, postanowiliśmy tak zrobić.

Image

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#22 PostWysłany: 14 Gru 2015 23:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 290
srebrny
Zjazd do Benja nie jest zbyt dobrze oznaczony. No i droga, hmmm, taka sobie to mało powiedziane - kamienie, pył. Na szczęście to tylko krótki odcinek od "głównej" drogi (to też eufemizm :D i można się cieszyć takimi widokami :

Image

Przy kamiennym tureckim moście usytuowane są dwa niewielki kąpieliska - jedno okrągłe, o głębokości ok 1,5 m, drugie takie bardziej rekreacyjne (w stylu : a teraz będę leżeć i nic nie robić oprócz napawania się :D (tzn., żeby była jasność - w pierwszym też za bardzo pływać się nie da, czyli coś wybitnie dla mnie :D Miejsce naprawdę rewelacyjne. Do kąpielisk dochodzi się dróżką, przy której znajdują się dwa, może trzy małe bary.

Image
Popatrzcie sami - no przecież rewelacja!
Woda bardzo ciepła, a samo miejsce chyba na szczęście jeszcze niezbyt odkryte przez turystów. Natomiast widać było, że to ulubione miejsce wypoczynku miejscowych - było ich tam trochę, jednak nie przesadna ilość.

Image

Image

Tak, tu postanowiliśmy zostać na noc (w myślach już układając list pochwalno-dziękczynny do autorów przewodnika :D Niestety, na miejscu były może trzy pokoje do wynajęcia (nad barami) i wszystkie zajęte. Nic dziwnego - zaczynał się weekend. Na szczęście, w szale pakowania (wreszcie możemy zabrać co chcemy i ile chcemy! Wszystko się zmieści! :D, do auta wepchnęliśmy też namiot. I ogromny dmuchany materac. I, wstyd się przyznać, nawet pompkę :D Od pana z baru dowiedzieliśmy się, że możemy rozbić namiot, gdziekolwiek zechcemy. I nie trzeba w ogóle za to płacić :) Cudowna informacja! Ale najpierw postanowiliśmy trochę się pokąpać i zwiedzić okolicę.

Image

Za mostem ciągnął się wąwóz z mnóstwem jaskiń. Do niektórych dało się zajrzeć, niektóre miały wejścia zamknięte kratami (dziwne...).

Image
Krata tej zamknięta była na kłódkę. Wygląda, jakby ktoś w niej mieszkał. Chyba, że to swoisty "domek letniskowy".

Image
Kolejna. Podstawka pod bombę?

Image

Image

Miejsce piękne, kąpiel świetna, ale nagle zauważyliśmy, że nasze kąpielisko jakoś szybko pustoszeje. Ludzie wychodzili z niego dość energicznie, nie był to wprawdzie pośpiech w stylu "gubię klapki", ale jednak. Po chwili do nas dotarło - no tak, piątek :/ Przyjechała świętować koniec tygodnia złota, albańska młodzież. Nie, żeby byli agresywni. Po prostu dosyć głośni i ...hm...rozbawieni... (dziwne. Przecież to, co pociągali z plastikowej butelki, wyglądało jak woda :D

Image
Tak więc, dosyć szybko zyskali prywatny basen :D

Cóż było robić - zawsze w podróży rób to, co miejscowi, więc ufając im, i my pognaliśmy do baru :D Miejsce, które wybraliśmy na rozłożenie namiotu znajdowało się na niby-parkingu (tzn. tam po prostu parkowali ci, co przyjechali do gorących źródeł. A pech chciał, że młodzi wielbiciele wody pod różną postacią, również przyjechali dużą, zdezelowaną furgonetką). Za bardzo nie było innego miejsca do rozbicia się, natomiast ostatnią rzeczą, jaką chcieliśmy, byłoby, żeby chłopcy wracając do domu, potknęli się o nasz namiot. Więc sprytnie sobie wymyśliliśmy, że ich po prostu przeczekamy :D W barze :D Pojadą, rozkładamy się i wszystko będzie OK.
Czekanie w barze powinno być dla nas równie niedostępne, jak apartamenty :/ :D Tyle w temacie :D Rachunek - 1250 lek, a napomknę tylko, że za wiele to nie zjedliśmy :D
Jedynym plusem było to, że w barze poznaliśmy rodzinę Francuzów, którzy przyjechali tu camperem. I również postanowili sytuację przeczekać w barze :D Po trzech godzinach takiego czekania, zdecydowaliśmy, że wspólnie zrobimy jednak obozowisko - camper jakoś osłoni namiot, a w razie czego będziemy blisko siebie.
I to była bardzo dobra decyzja. Furgonetka odjechała po 24.00 (słyszałam ją zawinięta już w śpiwór), bez żadnych ekscesów po drodze. Odetchnęliśmy z ulgą, że wreszcie różne okrzyki nie będą utrudniać zaśnięcia, jednak okazało się, że to dopiero początek...:/ Otóż, wychodzi na to, że w Albanii młodzież bawi się do 24.00. Potem przyjeżdżają stare wygi, a oni balują do rana...:/ (i jednak choćby człowiek w barze czekał nawet i pięć godzin, to przy strzałach z broni raczej nie zaśnie :/ ).

Image
Mieszkańcy campera chyba mieli podobne zdanie, bo gdy rankiem wyszliśmy z namiotu, to już ich nie było :D

Image
Taką poranną toaletę to ja rozumiem :) Rankiem - nikogo, puściutko, cudnie...

Image
Zaraz za tym barem stał nasz namiot.

I znowu trzeba było się zapakować do auta i dalej w drogę.

Image

Image

Image
Widoki przepiękne. Jednak humor lekko nam zepsuło pewne spostrzeżenie :D Przeglądałam nasz przewodnik i nagle zauważyłam coś, co sprawiło, że zamarłam :D Wahałam się wprawdzie, czy podzielić się tą wiedzą z Marcinem, no ale "szczerość przede wszystkim" :D Odbyliśmy więc taki oto dialog, który spowodował, że auto zatrzymało się na parę minut na środku drogi :D :
Ja (przymilnie) - Marciiin...A ta droga, którą jechaliśmy z Lin, przez góry, pamiętasz?
Marcin (zachwycony) - Tak, świetna była! Ci goście od przewodnika, to jednak naprawdę są super (itp. itd. peany na cześć panów).
Ja - No....A jaki ona miała numer?
Marcin - B-20 (nie pamiętam, wstawiam jakikolwiek). A co? Świetną drogę polecili (peany cd.).
Ja - .........................Jakby ci to powiedzieć.....Trochę się pomyliłam jakby......(musicie wiedzieć, że w naszych podróżach Marcin odpowiedzialny jest za kierownicę, ja za pilotowanie. Ale obawiam się, że po tym osiągnięciu moje pilotowanie stoi pod wielkim znakiem zapytania :D ) ....Widzisz...Oni tę drogę ODRADZALI.......Jakoś pomyliły mi się kartki, numery, nie wiem, co.....
Marcin - ......(znacząca cisza).....dawaj ten przewodnik!.....(szum przerzucanych kartek i jeszcze bardziej znacząca cisza :D
Odezwał się dopiero wtedy, gdy przeczytał "W żadnym wypadku nie jechać drogą B-20. Trudna, wymagająca i bardzo niebezpieczna trasa" :/ :/ :/ :D No tak....drodzy panowie od przewodnika, odbieramy Wam w takim razie wszystkie zachwyty nad wami, bo dostaliście je zupełnie niesłusznie :D (ale z drugiej strony, wiara w nich, ugruntowana podczas pobytu w Lin, po prostu nas przez tę drogę przeprowadziła. Bo przecież skoro oni uznali, że jest świetna...:D gdyby nie to, to nie wiem, jak byśmy przejechali.

Image

Image
Chyba nie muszę dodawać, że od tej pory kierowca za każdym razem sprawdzał pilota :D

Image
Przy drodze coraz więcej gospodarstw, coraz więcej ludzi.

Image
Te zajączki powieszone pod powałą wyglądały jak z horroru.

Image
Kolejny przystanek. Tym razem myjnia (nie było wyjścia - auto było tak brudne, że całkowicie zmieniło kolor :D - 200 lek.

Image
I Gjirokastra. Miasto-muzeum. Miejsce narodzin dyktatora Hodży, nazwane "miastem tysiąca schodów" (tak, mnóstwo stromych uliczek i wszędzie trzeba się wspinać po schodach).

Image
Na szczycie znajduje się zamek. Zwiedzanie - 200 lek od osoby.

Image
A na jego dziedzińcu wrak amerykańskiego samolotu, który podobno został zmuszony przez albańskie siły powietrzne do lądowania. Losy pilota są nieznane, a sam wrak został przekazany do muzeum jako "trofeum wojenne".

Image
Panorama z zamku.

Image
Scena, na której odbywa się największy festiwal folklorystyczny w Albanii (to znaczy, nie w tym momencie :D

Image

Image

Jeszcze szybkie jedzenie (burek, pizza, 2 wody mineralne) -350 lek i jedziemy dalej.

Image

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#23 PostWysłany: 16 Gru 2015 21:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 290
srebrny
Kolejny przystanek na trasie to Syri i Kalter (tzw. niebieskie oko). Chyba jedna z większych atrakcji turystycznych w tym rejonie.

Image
Źródło przypomina wielkie, okrągłe oko, którego źrenicę tworzy podziemna grota, o głębokości podobno ponad 50 metrów. Bezpośrednio nad okiem znajduje się podest, z którego odważni skaczą do źrenicy, a ciśnienie wody wypycha ich w górę, jak korek.

Image

Image
Woda ma niesamowity, błękitny odcień. I jest straszliwie zimna - wprawdzie nie próbowaliśmy skoczyć, moczyliśmy tylko nogi (za dużo powiedziane - trzymaliśmy je w wodzie przez jakieś 3 minuty i trzeba było wyjąć, bo ścierpły z zimna :)

A oto oko w całej krasie :
Image
Wjazd na teren Syri i Kalter, to koszt 200 lek (wejście + opłata za parking). Turystów trochę, ale strasznego tłoku nie ma. Stały tam też jakieś domki letniskowe, więc pewnie można było zostać i na noc. Generalnie - bardzo ładne miejsce, warto było zobaczyć, ale gdybym specjalnie miała tam jechać, to chyba bym się nie zdecydowała.

Planowaliśmy noc spędzić w Sarandzie, więc ruszyliśmy dalej. Zamierzaliśmy trochę się rozejrzeć i wynająć jakiś tani pokój, niedaleko plaży. Niestety, w Sarandzie nie jest to możliwe :D Przynajmniej dla nas. Zaraz przy wjeździe zatrzymaliśmy się na światłach i podbiegł do nas pan, który zaoferował nam nocleg. 30 euro za dobę. I tyle było z rozglądania się i świadomego wybierania miejsca noclegu :D
Chociaż miało to parę plusów - nie traciliśmy czasu na szukanie, nocleg był bardzo w porządku (coś w rodzaju kawalerki), w dodatku trochę jakby na obrzeżu, a to oszczędziło nam przeciskania się przez zatłoczone uliczki tego cyt. "największego albańskiego kurortu" (tym razem przewodnik w 100% miał rację :). A gdy wieczorem przeglądaliśmy (dla pewności) oferty na booking.com, okazało się, że niczego tańszego byśmy i tak nie znaleźli.

Image
Saranda. Znajdowaliśmy się chyba w "gorszej" części miasta, nie było tu najmodniejszych dyskotek, barów, najmodniej ubranej młodzieży...Za to mieszkaliśmy jakieś 7 minut piechotą od morza, było dużo ciszej, luźniej i spokojniej. Czyli coś dla nas :) Istnieje jednak zagrożenie, że już niedługo tak będzie - wszędzie budowały się nowe hotele i kompleksy wypoczynkowe.
Pan, który wynajmował nam pokój, był Grekiem. Razem z rodziną przyjeżdżał do Sarandy na sezon i posiadał coś w rodzaju dużego apartamentowca - wynajmował w nim malutkie mieszkanka. Wchodząc do naszego, uświadomiliśmy sobie, że jeszcze w żadnym miejscu nie spędziliśmy więcej, niż jednej nocy. Byliśmy zmęczeni. Poważnie. To może wydawać się dziwne, ale to ciągłe wpakowywanie i wypakowywanie bagaży (w dodatku jak się tyle ich ma :D ) potrafi nieźle wymęczyć (głównie psychicznie - miałam serdecznie dosyć codziennego sprawdzania po 4 razy, czy aby niczego nie zostawiłam pod łóżkiem np. :D Zdecydowaliśmy się więc, że tu zostaniemy dwie noce i sobie odpoczniemy od wakacji :D

Image
To nasza, "gorsza" część.

Image
A to już widok na miejsce, gdzie "należy być" :D Ja tam nie żałuję :)

Kolejnego dnia planowaliśmy szybko zwiedzić Butrint (wstyd powiedzieć, ale trochę z obowiązku - byliśmy już poważnie zmęczeni tymi wszystkimi atrakcjami, co to "trzeba zobaczyć, bo nie wiadomo, czy tu jeszcze będziemy" :D ), a potem nie robić zupełnie nic. Na plaży :D

Image
Butrint to doskonale zachowane starożytne miasto. Niestety, również doskonale znane wszystkim turystom, a właściwie ich przewodnikom :/ Chociaż przyjechaliśmy tam dosyć wcześnie, prawie cały parking był zastawiony autokarami. Na szczęście teren jest bardzo duży, więc tego tłoku nie było zbytnio widać.

Image
Cena biletu - 700 lek od osoby.

Image
Upał był ogromny. Co chwilę musieliśmy odpoczywać w cieniu (jak z resztą inni - nie dało się :/). Trochę chłodu zapewniało muzeum, niestety ulokowano je na samym szczycie :/ :D

Image
Spotkaliśmy też mnóstwo polskich wycieczek i dzięki ich wszechwiedzącym przewodnikom trochę się doedukowaliśmy ("Proszę pani, proszę pani! A co wydaje ciągle takie dźwięki z krzaków?" "To? To są cyklady, takie owady" :D).

Image

Image
Mozaika w Butrint. Przepraszam, ale dla mnie do pięt nie dorasta mozaice z Lin.

Image
I wreszcie nadszedł czas na nicnierobienie :) Zdecydowaliśmy się uskuteczniać tę aktywność (albo raczej nie-aktywność) w Ksamil, "niewielkim kąpielisku, odwiedzanym głównie przez rybaków", licząc, że wybór tego miejsca zapewni nam odpoczynek w spokojnym, trochę dzikim miejscu.

Image
No cóż, u nas rybacy chyba trochę inaczej wyglądają :D Z głównej plaży można było popłynąć na małe, przepiękne wysepki, które "na oko" wydały się nam mniej zaludnione. Zdecydowaliśmy się więc na to. Niestety, z wiadomych przyczyn (patrz : Tajlandia :D po prostu nie chcę już tego tematu poruszać :D ) nie mogliśmy tego zrobić wpław (kurczę, jednak człowiek, który nie umie pływać, naprawdę ma ciągle pod górkę :/ :D ). Na szczęście, bardzo uczynny pan (300 lek) przewiózł nas tam motorówką.

Image
Wysepka była faktycznie dużo bardziej dzika i pusta. Woda - cudowna! I nawet dało się snoorkować (ja jak zwykle zachwycona, kolega znający się na rzeczy - trochę mniej :) Ale nic na to nie poradzę - za każdym razem jak zobaczę choćby jedną rybkę, zamieram z zachwytu. A tym razem widziałam tych rybek mnóstwo i jakieś takie ogórki :D

Image
A to widok na plażę rybaków :D Trzeba przyznać, że atrakcji zapewnili tam mnóstwo - rowerki wodne ze zjeżdżalniami, kajaki, skutery wodne i nawet przejażdżki na bananach :D
Potem zrobiło się trochę gorzej, bo uczynny pan postanowił być jeszcze bardziej uczynny i zajął się pomocą innym:D Musieliśmy czekać na plaży ponad godzinę, nim porozwoził każdego człowieka w potrzebie i mógł wreszcie przypłynąć po nas.
Jeszcze szybki obiad w Ksamil (pizza + 2 napoje - 1100 lek. Najtaniej to tam nie było) i wracamy.
Trochę jednak czuliśmy niedosyt - Ksamil jest bardzo ładne, ale, no po prostu jest już wypoczynkowym i chyba modnym kąpieliskiem. Nie tego oczekiwaliśmy i nie na to się nastawialiśmy. Jednak poprzedniego wieczoru Marcin przeglądał mapy w Google i cały czas mówił, że gdzieś przy drodze Saranda-Ksamil jest chyba jeszcze jedna plaża, dużo dziksza. I faktycznie - znaleźliśmy jakiś napis-drogowskaz na desce, który trochę leżał w trawie :D Wprawdzie droga nie zachęcała, ale "kto nie ryzykuje..." :D I gdy już-już straciliśmy nadzieję, że droga skończy się czymś innym, niż pustym polem lub urwiskiem, nagle, zupełnie niespodziewanie, wyłonił się taki widok :

Image
To było niesamowite. Pusto, głucho, cicho, a za zakrętem wjeżdżasz wprost na taka plażę. Żeby do niej dojść, trzeba było przejść przez kłębowisko knajpek usytuowanych na zboczu - jedna przechodziła w drugą, mnóstwo schodów...

Image

Ale za to, gdy poszło się kawałek za ostatnich plażowiczów, można było wylądować w takim miejscu:

Image
Cudowne miejsce...

Image
Stały tam jakieś leżaczki i parasole, więc żal byłoby nie skorzystać. Wprawdzie potem podszedł miły pan i pobrał opłatę (500 lek), ale naprawdę było warto :)
O takie miejsce nam chodziło. Wiadomo, jesteśmy realistami i nie liczyliśmy, że znajdziemy jakąś przepiękną i zupełnie pustą plażę (w takim rejonie to raczej niemożliwe). Ta więc była najzupełniej odpowiednia (piękna, ale ideałem byłaby, gdyby wszyscy inni poszli do domów :D. Miała jeszcze jedną dodatkową zaletę - świetne, idealnie okrągłe, białe kamyki, różnych wielkości (uwielbiam kamyki!) (poza tym : "Weźmy je, przecież mamy miejsce" :D

Image
Posiedzieliśmy tam parę godzin i trzeba było wracać. Czy pomyślelibyście, że taka dróżka może prowadzić do dużej plaży?

Image
I ponownie Saranda. Jeszcze szybkie zakupy na kolację (ser, ogórki, pomidory, chleb, arbuz i woda - 6 euro. W Sarandzie bez problemu przyjmowali opłaty w euro). I niestety, po dniu nicnierobienia musieliśmy kupić jeszcze jeden artykuł pierwszej potrzeby - żel chłodzący po opalaniu - 1000 lek (wszystko, co związane z plażowaniem, było tu dużo droższe :/ ). Nie wystawialiśmy się jakoś szczególnie na słońce, a leżeć się nie dało, siedzieć się nie dało...A resztki opalenizny zostały mi do dziś. Niesamowite to albańskie słońce :)

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#24 PostWysłany: 17 Gru 2015 20:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 290
srebrny
Kolejnego poranka znowu trzeba było się pakować :/ ale te dwie noce w Sarandzie pozwoliły nam trochę odpocząć :)

Image
Trasa na ten dzień zapowiadała się przepiękna, bo planowaliśmy przejechać przełęczą Llogara. Przełęcz leży na wysokości 1072 m n.p.m., a sama trasa, na odcinku kilku kilometrów zyskuje ponad 1000 m wysokości.

Image
Początkowo trasa przebiega wzdłuż linii wybrzeża. Widoki - przepiękne.

Image
Wzniesienie przecięte drogą. Trzeba przyznać - ten widok robił wrażenie. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że za chwilę i my będziemy tamtędy jechać.

Image
A jednak :) Droga bardzo dobra. Na szczęście ciśnienie podnosiła wysokość i widoki, nie jakość podłoża :)

Image

Image
Ruch na drodze niewielki, coraz mniej zieleni.

Image
I jesteśmy prawie na szczycie. To ruiny starego posterunku wojskowego i, podobno, ulubione miejsce paralotniarzy.

Image
Szczerze mówiąc, to się im zupełnie nie dziwię :)

Image
Stałam tam i stałam i prawie nie mogłam z wrażenia oddychać :) Niesamowite :)

Image

Image
W takim otoczeniu sam budynek robi niesamowite wrażenie.

Image
Przepraszam, dziś dużo więcej zdjęć, ale bardzo chciałabym Wam to pokazać i zachęcić do przejazdu przez przełęcz. Naprawdę - genialne doświadczenie.

Image
I widok z usytuowanej na szczycie przełęczy bardzo eleganckiej kawiarni (2 kawy - 250 lek). I w tle, ozdobiony antenami, szczyt Athanaz (1496 m n.p.m.).

Image
Po drugiej stronie centralnego punktu przełęczy, widoki zupełnie inne.

Image
Na trasie ciągle uderzały mnie olbrzymie kontrasty. W jednym momencie taka ulica, a za kilkanaście minut zupełnie odmienny widok :

Image

Image
Na dziś mieliśmy dosyć ambitny plan. Po dogłębnej wieczornej analizie sytuacji (niestety, nasze analizy wieczorne mają to do siebie, że cechuje je nadmierny optymizm. Zazwyczaj :) ) i skonsultowaniu sprawy z panami od przewodnika, zaplanowaliśmy cały dzień w ten sposób, że kolację mieliśmy już zjeść w Thet. Tak, Góry Przeklęte i osławione Thet, to było nasze marzenie. Trochę się obawialiśmy stanu drogi, ale w przewodniku napisano "najwygodniej będzie pojechać autem 4x4" - skoncentrowaliśmy się więc głównie na słowie "najwygodniej" i zgodnie uznaliśmy, że my przecież wygód nie potrzebujemy :D Poza tym, logicznie rzecz biorąc, skoro przejechaliśmy drogę, którą panowie w zdecydowanych słowach odradzali, to przecież "brak wygody" wg. panów, powinien być dla nas "bułką z masłem". Jednak jakby trochę się pomyliliśmy...:/ :D

Image
Podobno najdogodniejszy dojazd do Teth prowadzi ze Szkodry. Kierowaliśmy się więc na nią, żeby zatankować, zjeść coś i skręcić w "wąską drogę asfaltową", którą, według autorów, dojedziemy do Teth.

Image
I właściwie wszystko szło zgodnie z planem. Wszystko, z wyjątkiem faktu, że zaczęło się ściemniać. A niebo zaczęły zasnuwać chmury :/

Image

Image
Może tego nie widać na zdjęciach, ale zrobiło się naprawdę, może jeszcze nie strasznie, ale, hmmm, dziwnie?

Image
A tu już zaczęło się robić strasznie :D Poważnie. Droga coraz gorsza, coraz gorzej widać, pada, wszystko mokre. Żadnych aut i w dodatku coraz ciemniej :/

Image
Teraz, gdy siedzę sobie wygodnie w domu, wspominam tę drogę, jako niesamowitą przygodę. Wtedy - no cóż, uznałam, że te góry zdecydowanie zasługują na swoją nazwę. I poważnie zaczęłam się obawiać, że będą chciały ugruntować swoje określenie - przeklęte...
W dodatku wiedzieliśmy, że niedługo skończy się asfalt (jaki był, taki był. Ale przynajmniej istniał:/ ) i zacznie się droga szutrowa. I trzeba będzie wjeżdżać w górę cyt. "serpentynami, na których trzeba mieć stalowe nerwy i być niewrażliwym na przepaście". No cóż, owszem, przyznaję - jesteśmy ryzykantami (to łagodne określenie na nasz dosyć przesadny zazwyczaj optymizm i brak refleksyjności :D ), ale chyba jeszcze nie ostatnimi głupcami. Postanowiliśmy zatrzymać się gdzieś, gdzie zobaczymy jakieś domy i poprosić o nocleg. Tylko, że żadnych domów nie było widać (na szczęście zostawał nam jeszcze nocleg w namiocie, gdyby udało się nam go rozłożyć podczas tej ulewy. Albo w samochodzie. Hmm, gdybyśmy wszystkie rzeczy z niego przenieśli do namiotu :D

Na szczęście nagle zza zakrętu wyłoniło się parę domów. To chyba nawet nie była wioska - po prostu kilka gospodarstw razem. Ale był tam bar! Uznaliśmy, że to przeznaczenie i pewnym krokiem przekroczyliśmy jego progi. Kojarzycie scenę, która przewija się przez większość westernów? Obcy wchodzi do saloonu, czas jakby zwalnia, robi się cisza, a miejscowi twardziele powoli odwracają głowy w jego kierunku ze spojrzeniami niekoniecznie życzliwymi. No właśnie :D Więc tak to wyglądało :D Sytuacji nie poprawił fakt, że po angielsku nie mówił nikt, a barman jakoś bez dużej wyrozumiałości podszedł do naszej próby wydukania czegoś na podstawie mini-słowniczka :D Na pytanie (przynajmniej wg. nas :D) o nocleg, odpowiedział, że tu nie ma. W końcu, chyba chcąc się nas wreszcie pozbyć, machnął ręką w kierunku, w którym jechaliśmy i powiedział : Boge. Tam spanie. No cóż, trzeba było zatem jechać dalej.

Image

A za kolejnym zakrętem nastąpił cud. Przestało padać i nieśmiało zaczęło pojawiać się słońce.

Image

Image

I początki jakiejś osady i wyczekana przez nas z utęsknieniem tabliczka : Boge.

Image
A za chwilę duży budynek z napisem : noclegi. Zatrzymaliśmy się z piskiem opon i zdecydowanym krokiem ruszyliśmy w kierunku wejścia, ustalając, że tym razem będziemy tak asertywni, jak to tylko możliwe i nie damy się stąd wyrzucić. Nawet, jak nie będzie wolnych miejsc. Koniec z grzecznością. Będziemy tu spać i basta! :D

Image
A Góry Przeklęte czekały...

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
Maxima0909 uważa post za pomocny.
 
 
#25 PostWysłany: 17 Gru 2015 23:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Kwi 2014
Posty: 1518
Loty: 300
Kilometry: 446 165
złoty
Świetna relacja :)
_________________
https://kamo375.fly4free.pl/
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#26 PostWysłany: 18 Gru 2015 14:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 370
Loty: 60
Kilometry: 147 772
niebieski
pestycyda napisał(a):
Kojarzycie scenę, która przewija się przez większość westernów? Obcy wchodzi do saloonu, czas jakby zwalnia, robi się cisza, a miejscowi twardziele powoli odwracają głowy w jego kierunku ze spojrzeniami niekoniecznie życzliwymi. No właśnie :D Więc tak to wyglądało :D

umarłam :lol: relacja jest boska, uwielbiam styl w jakim piszesz :) we wrześniu planujemy zrobić Serbię, Albanię i Czarnogórę - mamy już wstępnie nakreślona pętle i punkty must see, choć pewne z nich a pokrywające się z waszą wyprawą miejsca uległy już wstępnej weryfikacji, także dzięki wielkie za pomoc :)
Czy mogłabyś stworzyć mapkę jak wyglądała dokładnie Wasza trasa?
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#27 PostWysłany: 18 Gru 2015 15:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 23 Lip 2013
Posty: 475
Loty: 31
Kilometry: 61 615
Szczerze zazdroszczę ...
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#28 PostWysłany: 18 Gru 2015 21:45 

Rejestracja: 18 Gru 2015
Posty: 94
Loty: 50
Kilometry: 108 659
Pisz dziewczyno bo się doczekać nie mogę co dalej :D ;) . Dla Ciebie zarejestrowałąm się na f4f żeby móc Cię ponaglać 8-)
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#29 PostWysłany: 19 Gru 2015 20:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 290
srebrny
Maxima0909 napisał(a):
choć pewne z nich a pokrywające się z waszą wyprawą miejsca uległy już wstępnej weryfikacji

Pozytywnej czy negatywnej? I które? - bo bardzo jestem ciekawa :)

Przed hostelem przywitał nas bardzo miły pan. Trudno było się porozumieć, bo pan znał tylko parę słów po angielsku, ale poinformował nas, że "spokojnie, za moment przyjdzie tłumacz" :) I zaraz przyszedł, a właściwie przyszła - 15-letnia córka pana, Elona. Widać było, że to najlepsza uczennica w klasie - bardzo ładnie mówiła po angielsku. Dzięki jej pomocy dowiedzieliśmy się, że oczywiście dostaniemy pokój i mamy dwie opcje do wyboru - albo nocleg bez jedzenia (3000 lek), albo z kolacją i śniadaniem (5000 lek). Zdecydowaliśmy się na wersję z jedzeniem z dwóch powodów - zauważyliśmy, że w budynku jest też bar, w którym siedzą miejscowi (liczyliśmy, że kolacja zostanie podana właśnie tam i że zyskamy pretekst, żeby przestać być "obcymi" :). Po drugie - jakoś tak chcieliśmy po prostu zostawić tej rodzinie więcej pieniędzy. Zrobili na nas bardzo dobre wrażenie - razem prowadzili bar i hostel, Elona się tak dobrze uczyła, żeby pomóc tacie...No po prostu polubiliśmy ich "od pierwszego wejrzenia" :)

Image
Z tyłu budynku znajdowało się wejście do domu. Pokój - cudowny. Taki "prawdziwy", nie hotelowy :) Łóżko przykryte koronkową kapą, a na ścianie haftowany obrazek przedstawiający Ostatnią Wieczerzę. Łazienkę dzieliliśmy z gospodarzami. Było tak bardzo "domowo" :)
I (zgodnie z naszym chytrym planem) na kolację zaproszono nas do baru :) Gospodyni przyniosła domowe specjały (ser, kiełbaski, smażone ziemniaki...no mnóstwo tego było :)
W barze przebywało też dwóch chłopców ok 12 lat (jeden, to syn właścicieli, drugi - syn pana z sąsiedniej osady, który przyjechał z nim do baru). Zgodnie z jednym z praw Kanun od razu otoczyli nas opieką - mieli też dużo radości z faktu,że mogą poćwiczyć angielski "na żywo". Po kolacji obowiązki opiekunów przejęli starsi - dosiadł się do nas gospodarz z Eloną, która cały czas pełniła rolę tłumaczki.
Nie potrafię przekazać Wam klimatu tego wieczoru, ale był to jeden z najlepiej, "najpełniej" przeżytych momentów tej podróży. Pierwsze pytanie, jakie zadał nam gospodarz, dotyczyło naszego wyznania. Gdy usłyszał, że jesteśmy katolikami, dosyć ironicznie odparł, że on jest muzułmaninem ("I am Osama bin Laden"). Nie było w tym stwierdzeniu prowokacji, raczej duży smutek dotyczący łatwości przyczepiania "etykietek" innym...Obawiał się, ze i nam będzie to przeszkadzać i wyrobimy sobie schematyczną opinię na jego temat (długa i żarliwa dyskusja przekonała go, że się mylił :). Kolejnym, ważnym dla pana pytaniem, było, czy słyszeliśmy o tym, co wydarzyło się w Szkodrze (ok. tygodnia przed naszym przyjazdem, miała tu miejsce tragiczna sytuacja. Para Czechów w Szkodrze wzięła autostopowicza. Zabił ich, okradł, a samochód zrzucił w przepaść, licząc, że wybuchnie i śladu nie będzie po jego przestępstwie. Tak się jednak nie stało i sprawca został złapany). Owszem, słyszeliśmy, każdy chyba słyszał o tej tragedii. Pan ze smutkiem zapytał, co o tym sądzimy. Widać było, że bardzo się obawia, że przez to wydarzenie turyści wyrobią sobie złe zdanie na temat wszystkich Albańczyków...Cóż można było odpowiedzieć - źli ludzie są wszędzie, po prostu. Generalnie - widać było, że pan jest bardzo uczciwy i honorowy. Ujął nas całkowicie. Natomiast gdy dowiedział się, że chcieliśmy jechać naszym autem do Theth, to trochę się pośmiał (żeby nie powiedzieć "wyśmiał nas" :D I stwierdził, że nasz Bóg jednak jest dla nas łaskawy, skoro zesłał ulewę, żebyśmy musieli się zatrzymać tu na noc. Potem spojrzał bardzo poważnie i dodał : gdybyście pojechali dalej, już teraz byście nie żyli. Trochę to nami wstrząsnęło, zwłaszcza, że cały czas uważaliśmy, że jutro, skoro świt pojedziemy dalej i pokażemy Górom Przeklętym na co nas stać :/ :D
Skracając - jedyną możliwością dojazdu było wg pana posiadanie auta 4x4 (czyli jednak nie byłaby to kwestia "wygody" - jak twierdzili panowie od przewodnika). A pan takie auto ma. I organizuje wycieczki. Może tak, może nie, ale powiem Wam, że poczuliśmy do niego takie zaufanie i tak bardzo nam się spodobała jego osobowość, że nie zastanawialiśmy się, czy to trochę naciągane, czy szczera prawda. Miło byłoby nam po prostu z nim jeszcze trochę poprzebywać. Problemem początkowo okazała się cena. Uczciwie powiedzieliśmy, że 50 euro to dla nas za drogo. Stanęło na 40 - jutro jedziemy do Theth, oczywiście z Eloną i zostajemy tam, ile chcemy (żadne tam - godzina i wracamy).
Siedzieliśmy i rozmawialiśmy tak jeszcze długo w noc. Dowiedzieliśmy się wielu rzeczy o prawie Kanun, o zwyczajach w Albanii, o warunkach życia. To były nieocenione informacje, bo z pierwszej ręki. Rzeczą, która nas chyba najbardziej w panu ujęła, była niezwykła dbałość o zabezpieczenie środków finansowych rodzinie. Żeby zdobyć lepszą pracę, pan 14 razy próbował dostać się do Grecji - 14 razy go łapano i zawracano...Widać też było ogromną wzajemną miłość. Kurcze no, nie potrafię tego lepiej opowiedzieć :/ Ale uwierzcie - niesamowity wieczór.
Nie obyło się też bez trochę krępujących nas dowodów gościnności ("to jest od gospodarza" - przy próbie zapłacenia rachunku za napoje). A gdy później siedzieliśmy na ostatnim papierosie przed wejściem do domu, odwiedziła nas gospodyni i przyniosła raki - tym razem "od siebie" :)

Image

Image
Podczas śniadaniu mieliśmy gościa :)
Rano pan rozmawiał długo przez telefon, później zapytał, czy mielibyśmy coś przeciwko, gdyby pojechała z nami dwójka Niemców - bo właśnie dzwoniono do niego, że również byliby chętni na tę wycieczkę. Oczywiście, że zupełnie nam to nie przeszkadzało. Ucieszyliśmy się nawet, że pan sobie więcej zarobi:)

Image
I ruszamy. Najpierw trzeba było podjechać po Niemców na camping. Pod camperem czekała na nas bardzo sympatyczna rodzinka - para z 5-letnim synkiem i maleństwem w nosidełku. Byliśmy przekonani, że do Theth pojedzie chłopak ze starszym dzieckiem. A tu zaskoczenie - mama poprawiła nosidełko, wsiadła do auta i zapytała, czy nie będziemy mieli nic przeciwko, jeśli pojedzie z nami jeszcze...ich pies :D Bardzo pozytywni ludzie - okazało się, że maluszek ma 3 miesiące, a oni, korzystając z "tacierzyńskiego" wyjechali całą rodziną camperem w 6-miesięczną podróż przez Bałkany. Zaimponowali nam niesamowicie.

Image
Całkiem niezła droga, prawda?

Image
A to mnie mocno zaskoczyło. Droga, którą podobno nie da się przejechać bez napędu 4x4, wyglądająca super (sami widzicie) i w dodatku taki oto przezroczysty tarasik do podziwiania widoków.

Image

Image
Popatrzcie, jak się wije - jedyne co mogłoby sprawiać kłopoty, to ewentualnie te zakręty (choć to bardzo naciągane). Asfalt piękny, świeży...O co chodzi? :/

Image

Niemcy obserwowali nasze zdziwienie i poinformowali nas, że wczoraj oni również chcieli się dostać do Theth swoim camperem. I się im to nie udało. Widząc nasze pełne niedowierzania i ogłupiałe twarze, w końcu wyjaśnili - owszem, droga jest rewelacyjna, ale do czasu. Na szczycie asfalt się urywa (właśnie do tego miejsca wczoraj dojechali) i dopiero wtedy - kamienie, przepaści i niebezpieczeństwo.

Image
Mimo, że droga "na górę" była świetna, to zdarzały się i takie momenty (bez barierek, a trzeba było podjeżdżać bardzo blisko krawędzi).

Image
Widoki niesamowite.

Image
Ale też i takie - przypominające, że ta droga wymaga skupienia i rozwagi.

Image
I koniec asfaltu...Popatrzcie na podłoże... :/

Image
Cudowne miejsce.

Image
Widzicie drogę? :/

Image
Pan był naprawdę znakomitym kierowcą - czujnym i opanowanym. Wprawdzie trochę nas zaniepokoiło, gdy zaczął popijać jakiś bursztynowy napój z plastikowej butelki, ale szybko nas uspokoił, mówiąc, że lekarz mu to przepisał.

Image
No cóż...Złudzenia straciliśmy, gdy zaczął nas wszystkich częstować swoim "medicine" i butelka krążyła po aucie. Nie wiem, jaki to lekarz, ale chciałabym, żeby został moim :D Jedno jest pewne - lekarstwo skutecznie hamowało różnego rodzaju lęki :D

Image
Ten fragment wymagał podwójnej dawki :/ :D

Image
Obelisk poświęcony "królowej górali" - angielce Edith Durham.

Image
.........................(nie mogę ciągle pisać "zabrakło mi tchu" albo "szczęka mi opadła" :D

Image

Image
Po prostu można było tam stać godzinami i patrzeć......

Image

Image

Image
I już spokojniej (tzn. bardziej płasko :D ), ale dalej pięknie.

Image
Na zdjęciu dokładnie nie widać wszystkich szczegółów, niestety. Ale dobrych parę razy się zdarzyło - z prawej przepaść, a z naprzeciwka nieszczęśliwie nadjeżdża samochód. Mijanki na składanych lusterkach, dosłownie na milimetry - inaczej się nie dało (obawiam się zresztą, że bez tego kierowcy by się nie dało).

Image
I Theth!

Image

Image
Pierwszy bar na trasie - chwila odpoczynku, kawa i wyciszenie drżących nóg :/ :D

Image
Wodospad, trochę ukryty na poboczu.

Image
I droga do niego - jak dobrze, że mieliśmy znającego się na rzeczy przewodnika. Sami, wiele miejsc byśmy po prostu przegapili.

Image
Gdy przychodzi zima, w Theth zostaje ok. 10 rodzin. Jeśli komuś coś się stanie, jedynym sposobem, aby dotrzeć do szpitala, jest wzięcie chorego na nosze i przebycie drogi na piechotę. Trwa to dwa dni. Nie wszyscy dożywają :/

Image
Katolicki kościółek w środku wioski.

Image
Przepiękne miejsce, w którym jednak żyje się bardzo ciężko. Dojazd do wioski jest uzależniony od warunków pogodowych.

Image

Image

Image
Wiem, strasznie dużo zdjęć. Ale musicie mi wybaczyć, po prostu Theth jest przepiękne (poza tym, wybierałam z chyba 2000, więc doceńcie minimalizm :D

Image
Bardzo pomysłowy sposób na przejście strumienia :)

Image
Dla mnie jak w bajce...

Image
I Kulla, chyba główny powód sławy Theth.

Image
Przewodniki i Albańczycy, pytani o krwawą zemstę rodową, zgodnie opowiadają, że tak, to było dawno temu, co najmniej ponad sto. Jednak niektórzy badacze wspominają, że w górach krwawa zemsta funkcjonuje do dziś. Podobno istnieją nawet specjalni negocjatorzy, którzy starają się godzić zwaśnione rodziny. Czasem udaje się wynegocjować bezpieczne wychodzenie do szkoły dla dziecka (ale po szkole nadal musi się ukrywać), czasem "wyrównanie" finansowe. Podobno przez ostatnie kilka lat, w wyniku zemsty rodowej zginęło ok. 1000 osób. Próbowałam podpytać naszego pana, ale to dla Albańczyków bardzo delikatny temat. Zwłaszcza, że aby go dobrze zrozumieć, należałoby się zapoznać ze wszystkimi księgami Kanun. Tymczasem, ponieważ sam temat krwawej zemsty jest bardzo medialny, mówi się tylko o nim, zamiennie używając określenia "Kanun", w zupełnym oderwaniu od całości. Nie mówię, że popieram ten zwyczaj, bo nie, natomiast uważam, że można się o tym wypowiadać dopiero po pełnym zapoznaniu z całością, po przeanalizowaniu powodów i zrozumieniu warunków życia górali albańskich. Natomiast drażni mnie przedstawianie tematu bardzo płytko, tylko jako "sensację" i "barbarzyństwo".

Image
Wnętrze Kulli. Bardzo ciemno, jedyne światło dają malutkie okienka (zwężające się w stronę wnętrza, by jeszcze lepiej zapewnić bezpieczeństwo ukrywającemu się). W środku przedmioty codziennego użytku i zdjęcia osób, które tu spędziły czas.

Image
Ostatni ukrywający się, mieszkał tu ponad sto lat temu (źródło : nasz pan). Jednak ojciec mężczyzny, który zamordował turystów z Czech powiedział oficjalnie "Teraz poddaje się rodzicom tych, którzy zginęli. Oni postanowią, co ze mną zrobić" (źródło : również nasz pan). Daje do myślenia, prawda?

Image
Pod Kullą jest mała kawiarenka - kawa, herbata po 50 lek. Pani pracowała z dzieckiem. Zwróćcie uwagę na sposób "przechowywania dziecka"? (no nie wiem, jak to nazwać :D ). Ale podobno takie usztywnienie pasami ma bardzo dobry wpływ na kręgosłup i jest naprawdę rozsądne (to już źródło koleżanka-rehabilitantka, której pokazywałam zdjęcie z dużym zdziwieniem).

Image
I kolejny, przepiękny wodospad, do którego na 100% byśmy nie trafili, gdyby nie nasz pan.

Image

Image
A to nasze pamiątkowe zdjęcie :D "Albumowe". Niestety, kolega nie zgrał się z samowyzwalaczem :D

Image

Image

Image
Szkoła i punkt medyczny. W zimie nie działają.

Jeszcze szybki obiad (10 euro na dwie osoby - mięsa, frytki, sałatki i 2 piwa) i wracamy.

Image
Wracając, zastanawialiśmy się z kolegą, czy dojechalibyśmy naszym autem. Zdanie Marcina - tak, ale, być może, pokiereszowalibyśmy sobie podwozie kamieniami. Moje - tak, pod warunkiem, że nagle nie wyjechałoby z naprzeciwka inne auto. Nie wyobrażam sobie wyminięcia się nad przepaścią. No i oczywiście gdyby nie padało i była pełna widoczność. Tak, czy siak - nie żałujemy. Dzięki przewodnikowi dowiedzieliśmy się i zobaczyliśmy o wiele więcej. Poznaliśmy też bardzo inspirujących Niemców :)

Gdy zjechaliśmy do Boge, pan powiedział, że mamy zapłacić 30, nie 40 euro, gdyż, jak mówił - obiecał, że na wycieczkę pojedziemy tylko my, a zgodziliśmy się na dodatkowe osoby. Jak jeszcze kiedyś usłyszę (a zdarzało się:/), że Albańczycy to cię okradną itp, to będę kopać. Poważnie.
Zakupiliśmy też dwie butelki "medicine" (raki + miód = uczta dla podniebienia) - po 7 euro. Bardzo chcieliśmy zostać dłużej, ale było ok. 18.00 i trzeba było jechać dalej - kolejny nocleg planowaliśmy w Czarnogórze. Wyjęliśmy jeszcze tylko drobiazgi z bagażnika (herbatki dla gospodyni, gadżety dla dzieci, a i dla pana znalazła się koszulka z naszego miasta). Pan był zawstydzony podarunkiem. Widać było, że zawsze wszystko robi dla żony i dzieci i dziwnie się czuje, jak jest coś wyłącznie dla niego. W końcu, po przełamaniu wstydu, przyjął i się ucieszył.

Image
Cudowna, mądra i dobra rodzina. A spojrzenie pana - uważne i "spracowane" - wybitnie trafiło w moje serce.

Image
Szczerze i z pełną odpowiedzialnością za słowa - polecam. Naprawdę, jeśli jedzie się do Theth własnym autem, lepiej dojechać do Boge i wynająć pana na dalszą drogę. Doskonały kierowca, a zarazem skarbnica wiedzy i świetny człowiek.

Image
A to wnętrze baru, w którym można prowadzić naprawdę pasjonujące rozmowy.
Żeby być całkowicie szczerą wobec Was, muszę dodać, że w Boge znajdują się też campingi. Cena - 2-3 euro. Ale zapewniam - za przyjemność przebywania w tym domu i z tymi ludźmi, warto zapłacić więcej i zostać właśnie u nich.

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
Kara uważa post za pomocny.
 
 
#30 PostWysłany: 19 Gru 2015 20:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1053
Loty: 203
Kilometry: 390 087
platynowy
Super relacja. Dwa lata temu "doświadczyłem" podobnej trasy przez Bałkany,ale po Twojej relacji uświadomiłem sobie,że trzeba będzie tam wrócić :) Szczególnie do Albanii. Potwierdzam,spanie u miejscowych jest najlepsze. Do dziś wspominam wspaniałego grilla w Ksamil,gdzie przy świeżo złowionych rybach i raki dyskutowaliśmy z naszymi gospodarzami. Tam również tłumaczem była kilkunastoletnia dziewczynka,która z Polską kojarzyłą wyłacznie 4fun tv :)
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#31 PostWysłany: 19 Gru 2015 22:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Wrz 2011
Posty: 1435
Loty: 134
Kilometry: 137 048
srebrny
Piękne miejsce te "Góry Przeklęte". No i fajny opis tej wieczornej biesiady, szkoda że zabrakło z niej zdjęć. Klimat takich miejsc trochę przypomina mi Gruzję, chyba można postawić tezę że im społeczeństwo danego kraju uboższe tym bardziej gościnne i otwarte na obcych :-)
Jedynie nie mogę zgodzić się z tym zdaniem:
pestycyda napisał(a):
Tymczasem, ponieważ sam temat krwawej zemsty jest bardzo medialny, mówi się tylko o nim, zamiennie używając określenia "Kanun", w zupełnym oderwaniu od całości. Nie mówię, że popieram ten zwyczaj, bo nie, natomiast uważam, że można się o tym wypowiadać dopiero po pełnym zapoznaniu z całością, po przeanalizowaniu powodów i zrozumieniu warunków życia górali albańskich. Natomiast drażni mnie przedstawianie tematu bardzo płytko, tylko jako "sensację" i "barbarzyństwo".

A sama przecież wcześniej zauważasz:
pestycyda napisał(a):
Czasem udaje się wynegocjować bezpieczne wychodzenie do szkoły dla dziecka.

Dla mnie osobiście jest sensacją że w XXI wieku w bądź co bądź cywilizowanym europejskim kraju (od 2009 członek NATO) istnieją jeszcze takie zwyczaje wśród ludzi. I właśnie barbarzyństwem jest zabieranie dzieciom prawa do nauki i przerzucanie na nie odpowiedzialności za czyny krewnych, niezależnie od tego z jakich powodów członek rodziny popełnił daną zbrodnię. Taki sposób postrzegania i egzekwowania prawa kojarzy mi się z najgorszymi i najokrutniejszymi systemami prawnymi- takimi jak ZSRR z okresu stalinizmu.

Czekam na dalsze części relacji :-P
_________________
Moja relacja po Gruzji

Image
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#32 PostWysłany: 20 Gru 2015 03:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 290
srebrny
@klapio, masz rację, dla mnie to też zupełnie nie jest ok. Drażni mnie jedynie fakt, że o prawie Kanun ludzie wypowiadają się wyłącznie w kontekście krwawej zemsty i tylko z nią utożsamiają te prawa. A tymczasem cały kodeks obejmuje wiele innych rzeczy, które są dużo bardziej "ludzkie" - m. in. prawo gościnności (a właściwie obowiązek). Dużo też tam jest powiedziane o honorze i o obowiązku wobec rodziny (a raczej powinności). Owszem, sam temat "zemsty" jest totalnie nie do zaakceptowania, tylko chciałabym, żeby osoby dyskutujące o tym, miały świadomość szerszego kontekstu - skąd to się wzięło i dlaczego. Media bardzo często wypaczają sens, szukając "taniej sensacji". A tymczasem, jest to dramat. Piętno czasów, kultury, warunków życia...
Co do zdjęć z biesiady...Sam wiesz na pewno najlepiej, że w niektórych warunkach zupełnie nie ma głowy i warunków do fotografowania. Zepsułyby klimat i "prawdziwość" momentu...
Dziękuję za miłe słowa i pozdrawiam :)
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off  
 
#33 PostWysłany: 21 Gru 2015 00:25 

Rejestracja: 08 Sie 2011
Posty: 23
Co wieczór czekam na dalszą relację a dziś nic.... Herbata przy kompie, miała być miła godzinka na czytanie i planowanie własnego wyjazdu... Pestycydo, litości, nie każ mi dłużej czekać! Mam nadzieję, że zobaczę te wszystkie miejsca w realu. Dziękuję za umilenie mi grudniowych wieczorów 8-)
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#34 PostWysłany: 21 Gru 2015 22:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 290
srebrny
@beata65, robię, co mogę, ale ta przedświąteczna gorączka...Sama rozumiesz :) Życzę, żeby udało Ci się pojechać. Zobaczysz, będziesz zachwycona :)

Z Boge wyjechaliśmy ok. 18.30. Trzeba było się spieszyć, bo nocleg chcieliśmy znaleźć już w Czarnogórze, w Budvie. Strasznie żal nam było opuszczać Albanię. I ten kraj, i ludzi pokochaliśmy bardzo mocno. Ale cóż było zrobić - do końca wyjazdu zostało nam już tylko 5 pełnych dni...

Image

Granica trochę nas zaskoczyła. Stał na niej dosyć długi sznur tirów, choć "sznur" to może źle powiedziane :D Tiry były poustawiane raczej zupełnie dowolnie - niektóre nawet w poprzek - blokując jakąkolwiek możliwość przejazdu :D Trochę nas to zmartwiło. Obawialiśmy się, że co najmniej pół nocy spędzimy na granicy.

Image

Nagle z jednej z szoferek wyskoczył pan, pomachał do nas i, ochoczo pokrzykując, zaczął sterować ruchem :D I, co najlepsze, wszyscy go słuchali :D Jednego przestawił, innego usunął, a na sam koniec zaczął pokrzykiwać na nas. Niestety, nie wiemy co. Na szczęście pokrzykiwaniu towarzyszył znaczący ruch dłoni i w końcu szybko przejechaliśmy stworzoną dla nas aleją. Potem to była już czysta formalność i nie trwała nawet 5 minut.

Image

Z Czarnogórą mieliśmy jeden problem, ale za to bardzo poważny. Otóż, nie mieliśmy żadnego przewodnika dotyczącego tego kraju :/ :D Panie "od Bałkanów" wolały zostać w swoim mieszkaniu w Prisztinie, niż tu przyjechać. A panowie od Albanii...Któż ich tam wie, w każdym razie Czarnogórę też zignorowali :D Wprawdzie współpraca z autorami układała się nam różnie - raz dobrze, a raz tak sobie, ale jednak bez ich opieki poczuliśmy się lekko zagubieni :D
W pełni doceniłam jednak ich wcześniejszą pomoc, gdy zaraz po przejeździe przez granicę usilnie chciałam wymienić euro na...no właśnie, euro:/ :D (tak, olśnienie, okazuje się, że waluta w Czarnogórze to euro :D
Na szczęście do Budvy od granicy nie jest daleko i na szczęście mniej więcej wiedzieliśmy, jak jechać (owszem, nawigacja :D Jednak zaczęło się robić ciemno i nagle zobaczyliśmy duży pożar na szczycie góry wznoszącej się przy drodze. Dym i adrenalina trochę nas zmyliła - zatrzymaliśmy auto na pustkowiu, zastanawiając się, co robić (żadnych domów wokół, nie znaliśmy żadnego numeru alarmowego, a byliśmy przekonani, że w ogniu stanął jakiś ośrodek turystyczny. Wydawało nam się, że wyraźnie widzimy wśród płonących drzew budynek :/ ). Po chwili i po bardziej wnikliwym przyjrzeniu się, dotarło do nas, że pali się po prostu las, a żadnego budynku tam nie ma. Parę kilometrów dalej natknęliśmy się na bar - tam miejscowi upewnili nas, że to pożar lasu i że mają teraz z tym trochę kłopotu, bo przez wysoką temperaturę jest bardzo dużo pożarów.
Trochę stresu nas to jednak kosztowało i chcieliśmy jak najszybciej dostać się do Budvy. I już już prawie widzieliśmy jej światła w dolinie, gdy, niestety, coś nas znowu zatrzymało :/ Tym razem policja :/ :D (do tej pory dostaję ataku śmiechu, na widok miny znajomych, gdy im to opowiadam :D "A za co was zatrzymali?" "No wiesz, za przekroczoną prędkość" "....Co? WY przekroczyliście prędkość?! W takim miejscu??? Przecież tam podobno jeżdżą jak wariaci..." :D a jednak - Polak potrafi :) (poza tym, to wcale nie była jakaś straszna nadwyżka, raptem o 17 km/h. No i spieszyło się nam i nie mieliśmy przewodnika, który mógłby nam powiedzieć, jaka jest dozwolona prędkość. A poza tym byliśmy zdenerwowani pożarem. No.) Pan policjant początkowo nie był zbyt przyjacielski. Przedstawił nam efekt - zabiorą nam dokumenty i wypiszą mandat, 50 euro. Mandat trzeba zapłacić na poczcie i z potwierdzeniem przyjść na komisariat, dopiero wtedy oddadzą. Trochę nas to przeraziło. Nie mieliśmy tyle czasu, żeby spędzić tu 2 dni na załatwianiu sprawy, poza tym, szkoda tych 50 euro...I jakoś tak, od słowa do słowa, ze strony pana policjanta skończyło się na pouczeniu, a z naszej strony na gorących przysięgach, że już nigdy-przenigdy nie przekroczymy prędkości w jego pięknym kraju :) To jednak był bardzo miły pan:)
Jadąc uczciwie poniżej 50 km/h (na wszelki wypadek :D ) dojechaliśmy wreszcie do Budvy ok. 22.00. Jednak, jak się okazało, w Budvie to nie jest wcale późna pora :/ Ruch był taki, jak w godzinach szczytu w stolicy :/ Każdy kawałeczek chodnika zajmowały zaparkowane auta, wszędzie chodzili turyści, gwar, muzyka, światła...Wcześniej zamierzaliśmy gdzieś zaparkować i spokojnie poszukać noclegu. Teraz okazało się to niemożliwe :/ Na szczęście byliśmy już wytrenowani na takie sytuacje. Po prostu wysiadłam w biegu, żeby poszukać hostelu (no to trochę przesada, za względu na ilość pojazdów na ulicy, wlekliśmy się raczej, jak żółwie), a Marcin miał się dalej tak wlec i szukać ewentualnego miejsca do zaparkowania. Niestety, po usłyszeniu po raz dziesiąty : "nie ma miejsc", trochę się podłamałam.
W mniejszej uliczce, wciśnięty między pomiędzy prężące się dumnie hotele i hoteliki, stał trochę zarośnięty, trochę zaniedbany domek, z napisem "Apartamenty". I jakoś intuicyjnie poczułam, że to jest to :D Drzwi otworzył bardzo sympatyczny pan i (uffff...:D) powiedział, że ma wolne pokoje. 25 euro. A jeśli potrzebujemy parkingu, to zaraz coś zorganizuje. I poszedł łamać gałęzie wystające zza płotu, żeby można było jak najbliżej podjechać i nikogo nie zastawić w tej wąziutkiej uliczce.

Image
Nasz nocleg. Auto nie nasze - to miejsce było zajęte przez innego wynajmującego :D

Gdy udało się nam zaparkować, przyszedł czas na formalności. Pan zaprosił nas do swojego biura (cudowny, cudowny pokój. Obwieszony pamiątkami, zdjęciami itp. Później okazało się, że pan jest byłym kapitanem statku, który dorabia sobie na emeryturze prowadząc hotelik). Zasiedliśmy za wielkim, drewnianym biurkiem, pan zmierzył nas od stóp do głów i nalał raki z wielkiej beczułki stojącej za nim :D A na beczułce widniał napis : No smoking. Drink. :D I zaczęły się rozmowy...Wspaniały, ciepły człowiek. Z chęcią zostalibyśmy z nim dłużej, ale trzeba jeszcze było iść zjeść coś w miejscu, gdzie będzie wi-fi (pizza + 2 wody mineralne - 8,5 euro. Szału nie było - ani smakowo, ani z zasięgiem).

Image
Bardzo gorąco polecam to miejsce. Ciepły, mądry pan, opowiadający wspaniałe historie. Sprawił na mnie wrażenie jedynego "prawdziwego" człowieka w tym mieście. Popatrzcie na zdjęcie nad jego głową - to pan w czasach, gdy pracował na statkach turystycznych. Naprawdę, miał tyle historii do opowiedzenia - i śmiesznych, i mądrych, że można by go słuchać godzinami. I owszem, hotelik może był trochę zaniedbany, i łazienka też nie była rewelacyjna, ale warto tu być właśnie dla niego.

Kolejny dzień, to zwiedzanie Budvy.
Image

Znaleźliśmy jakiś parking przy Starym Mieście (euro - godzina) i ruszyliśmy na nogach.

Zawsze podczas podróży notuję sobie różne rzeczy (kto tego nie robi? :). I teraz siedzę przed komputerem, trzymam w ręku ten niby-pamiętnik i zastanawiam się, co napisać. No cóż, po prostu prawdę. W moim notatniku widnieje jak byk "Budva. Straszny, straszny kurort" :D

Image

Image
Kurort do tego stopnia, że gdy parkowaliśmy, koło nas zatrzymały się chyba ze trzy wycieczki "zakupowe" - tzn. ludzie wysiedli z autokarów, a pani przewodniczka wskazała im aleję handlową i wymieniała największe sklepy. Trzeba przyznać, przy głównych deptakach są umieszczone sklepy chyba wszystkich marek.

Image
Stare Miasto bardzo ładne, małe uliczki itp. Natomiast jest to tego rodzaju uroda, za którą nie przepadam. Nie wiem, jak ją nazwać, ale wiecie, o co mi chodzi - wszystko "odpicowane", malutkie kawiarenki, na uliczkach stoliki, przy których siedzą elegancko ubrani turyści i sączą kawę, trzymając z gracją palce na malutkiej filiżance. Namieszałam :D Ale rozumiecie?

Image
Po lewej stronie zdjęcia widać resztki wczorajszego pożaru...

Image
Deptaki, plaże, parasole...Ale woda ładna :)
No cóż, dobrze wyszło, że za parking zapłaciliśmy tylko za godzinę. Tyle nam w zupełności wystarczyło. Czytałam czyjąś relację (niestety, nie mogę sobie przypomnieć kogo) i autor tam napisał "A z Budvy będzie jedno zdjęcie, bo nam się nie podobało" :D No. To mniej więcej taki klimat, u nas też jakoś szału ze zdjęciami nie ma :D

Szybka kawa i jeszcze szybsza decyzja - jedziemy do Bośni i Herzegowiny. Jakoś nam ta Czarnogóra niezbyt przypadła do serca. Poza tym (najważniejsze! :D) - nie mamy przewodnika :D

Image
Kotor.

Image

I Zatoka Kotorska:

Image

Image

Image

Nie chcę być niesprawiedliwa wobec tego kraju. W Czarnogórze nie spędziliśmy nawet całej doby i to bardzo nie w porządku, żeby wyrabiać sobie zdanie po pobycie tylko w jednym miejscu. Z resztą - podczas drogi do granicy, co rusz były piękne miejsca. Niestety, mieliśmy naprawdę mało czasu i Czarnogóra musi trochę poczekać na tanie bilety lotnicze, żebyśmy mogli ją w pełni docenić (razem z bałkańskimi stolicami. Nie wiem, skąd na to wezmę czas :D. Po prostu, umówmy się tak, że w ogóle nie będziecie zwracać uwagi na moją, może niezbyt przychylną w swojej wymowie, wypowiedź. Dobrze? :)

Image
I już Bośnia i Herzegowina.

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#35 PostWysłany: 25 Gru 2015 18:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 290
srebrny
Bośnia i Herzegowina. Tu poczuliśmy się ponownie trochę pewniej. Przecież o tym kraju wiedzieliśmy "wszystko" - znowu wróciliśmy pod opiekuńcze skrzydła przewodnika :)

Image

Przez granicę przejechaliśmy bez najmniejszych problemów. Szybki postój na kawie - 3 marki (euro to 2 marki) i ruszamy dalej. W sieci bardzo często można znaleźć ostrzeżenia, żeby w Bośni i Herzegowinie nie zjeżdżać z głównych dróg, nie schodzić z oznaczonych szlaków. Podobno całkiem często można się jeszcze natknąć na pozostałości po ostatnich działaniach wojennych - miny i niewypały (szczerze mówiąc trochę zmroził mnie fakt, że, wg. danych szacunkowych, nie odkryto jeszcze ich kilkaset tysięcy :/ Podobno też, bardzo częstym widokiem są tabliczki ostrzegawcze. My nie widzieliśmy ani jednej - nie wiem, czy to dobrze, czy źle.

Image
Ostrzeżenia ostrzeżeniami, ale ten skrót bardzo kusił :) Poza tym, właściwie można go nazwać "wytyczonym szlakiem" :) Ale bardzo się pilnowaliśmy ("co robisz? Co robisz?!!!!!Jedź prosto!!!" - ja. Głucha cisza, przerywana czasem znaczącym westchnieniem - Marcin), żeby przypadkiem nie zjechać ani milimetr poza wydeptany trakt :D (swoją drogą, ma cierpliwość chłopak :D

Image
Niestety, Bośni nie ominęły też pożary lasów, wywołane temperaturą. Przez całkiem spory kawałek drogi jechaliśmy w dymie i powiem Wam, że nie jest to przyjemne uczucie - jedziesz, widząc i właściwie czując ogień. W pewnym momencie byłam przekonana, że będziemy musieli zawrócić, jednak, ponieważ inne auta wjeżdżały prosto pomiędzy, no "ściany ognia" to nie były, ale mocno tlące i dymiące się połacie drzew, zrobiliśmy tak i my. Nieprzyjemne, niemiłe doznanie.

Pierwszym przystankiem miało być Medjugorie. Trochę zepsuł nam humor odczytany w przewodniku opis : "wioska z sanktuarium powoli przekształca się w ośrodek turystyczny". Tym razem przewodnik tez się mylił :D Zupełnie nietrafione okazało się określenie "powoli" :D :D

Image
Do Medjugorie bardzo łatwo trafić. Wystarczy od pewnego momentu jechać za autokarami turystycznymi:/ Tylko trochę długo się tam trafia, niestety :/ :D

Image
Kościół św. Jakuba - centrum Medjugorie. Pielgrzymi i turyści z całego świata. Można tam było usłyszeć chyba wszystkie języki.

Image
Nie zabrakło i naszego akcentu :)

Image
Upał straszliwy. Każdy szukał chociaż skrawka cienia. Największą popularnością cieszyła się droga krzyżowa :/

Trochę czasu zajęło nam odnalezienie wzgórza objawień. Wg. przewodnika idzie się do niego wąską ścieżką wzdłuż której poustawiane są małe krzyże i polowe ołtarzyki. I to nas trochę zmyliło :/ Niestety, teraz wzdłuż ścieżki ustawione są stragany z pamiątkami, jedzeniem i właściwie wszystkim, co podpowie wyobraźnia.

Image
Wzgórze objawień. Dużo spokojniej i o wieeeele mniej ludzi, niż w centrum.

Cóż mogę powiedzieć? Chyba faktycznie to teraz olbrzymi ośrodek turystyczny, no i ogromny biznes. Trochę mnie zaskoczyło, gdy na tablicy informacyjnej pod kościołem wielkimi literami było zaznaczone miejsce sklepu z dewocjonaliami :/ Tzn. było ich tam mnóstwo, ale ten widocznie był wyjątkowy :) I faktycznie był wyjątkowy :D Począwszy od rozpylonego w nim zapachu róż (przypominam - podobno objawieniom często towarzyszy różany zapach), poprzez asortyment. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie lub dla swoich bliskich :D Masz standardowych rodziców - proszę bardzo : różańce, książeczki, obrazki, figurki (uwzględniono też zasobność portfela, Jeśli nie stać cię na drogą, to przejrzyj wybór malutkich, dużo tańszych) - bardzo ładne z resztą. Córka trochę zbuntowana? To może pierścionek albo bransoletka z Matką Boską? A może spodoba się jej tatuaż samoprzylepny z Matką Boską? Naklejka na rower? Mamy wszystko. Mąż wieczorem lubi się napić? - proszę bardzo, oto gustowna piersióweczka. Z Matką Boską oczywiście. A jak zostało ci bardzo mało pieniędzy i nie masz pomysłu na prezenty dla sąsiadów, to takie śliczny drobiazg na pewno będzie na miejscu :
Image
Bo przecież z Medjugorie nikt nie może wyjechać z pustymi rękami:/ Smutne i straszne.

Image
To nie jest to, o czym myślicie. I o czym myślałam ja, gdy przebierając nogami dobiegłam z naiwną radością, że wreszcie znalazłam łazienkę :/ :D To konfesjonały. W każdym można wyspowiadać się w innym języku, a na wielkim wyświetlaczu migoczą "numerki" kolejki.

Image
Jedziemy dalej. Nocleg zaplanowaliśmy w Mostarze. Na booking.com udało nam się znaleźć pokój w akademiku dosyć blisko centrum (15 euro za pokój).

Image
Piąte co do wielkości miasto w kraju, most w Mostarze jest chyba wizytówką Bośni i Herzegowiny, ale ulice cały czas przypominają o tragicznej przeszłości.

Image
Zostawiliśmy tylko rzeczy w pokoju i pędem ruszyliśmy w stronę Starego Miasta, bo podobno najpiękniej wygląda właśnie wieczorem.

Image
To prawda. Mostar nocą ma niesamowity klimat. Pomimo tłumu turystów, ma w sobie jakąś pierwotną magię. Malutkie uliczki, kamienny bruk oświetlony światłem sodowym, sklepiki - to wszystko razem wygląda, jakby człowiek przeniósł się na plan filmowy.

Image

Image

Można chodzić uliczkami i po prostu napawać się atmosferą. Z zaułków dobiegają fragmenty koncertów na żywo, ślizgasz się trochę na kamieniach i wdychasz specyficzny zapach powietrza...Czysta magia.

Image

W sklepikach można kupić bardzo specyficzne pamiątki - długopisy zrobione z łusek po nabojach (małe - 4 marki, większe - 5). No i chyba nie byłabym sobą, gdybym nie mogła Was poinformować o cenach mojego ulubionego napoju :D Duże - 3,5 marek :D

Image
I najbardziej znany most...

W dzień Mostar trochę traci swoją magię. Dalej jest pięknym miastem z tragiczną historią, ale jednak podziwianie go w nocy nie ma sobie równych. W dzień robi się dużo bardziej "turystycznie". Widać to zwłaszcza podczas szukania parkingu w centrum :/ po około pół godziny jeżdżenia tam i z powrotem, jakiś litościwy pan stojący na ulicy zaczął nas kierować na parking. Prywatny, jak się później okazało. Ale trochę przesadził (nawet według mnie, co jest dobitnym dowodem na przegięcie :D, gdy po zaparkowaniu przedstawił cenę. 10 euro :/ :D (myślę, że gdyby zszedł o połowę, to więcej osób by mu zostało, bo tak, to co drugi samochód wyjeżdżał zaraz z tego miejsca :D W końcu zaparkowaliśmy na osiedlu mieszkalnym. Nielegalnie i za darmo :)

Image
To, niestety, bardzo częsty widok.


Image
Nie no, w dzień dalej jest BARDZO pięknym miastem :)

Image

Image
Latem miejscowi zarabiają pieniądze skacząc z mostu bez zabezpieczenia. Nie jest to ani łatwy, ani bezpieczny sport. Na skok decydują się dopiero po zebraniu odpowiedniej kwoty od turystów. Niestety, zjawiliśmy się za późno i zdążyliśmy uwiecznić tylko radość po skoku.

Image
Będąc w Mostarze warto trochę zboczyć z utartego szlaku głównych ulic Starego Miasta. Mostar kryje mnóstwo niespodzianek i pięknych miejsc w zaułkach i na poboczach.

Image
Niesamowity kontrast. Piękna stara część Mostaru i bloki poznaczone śladami po kulach...

Niestety, trzeba było jechać dalej. Coraz mniej czasu, a tyle jeszcze do zobaczenia. Ruszyliśmy więc w stronę Blagaj, miasteczka, w którym znajduje się klasztor derwiszów.
Image

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#36 PostWysłany: 26 Gru 2015 19:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 290
srebrny
Od momentu w którym zobaczyliśmy jego zdjęcie w przewodniku, koniecznie chcieliśmy zobaczyć klasztor derwiszów. Blagaj znajduje się tylko 7 km od Mostaru, więc żal było nie skorzystać.
I tu po raz kolejny moje oczekiwania rozminęły się z rzeczywistością (ale to raczej wina wygórowanych, nierealnych oczekiwań i bujnej wyobraźni. Rzeczywistość spisała się, no, tak, jak na nią przystało :D
Oczekiwałam miejsca mistycznego, pustego i cichego, w którym co jakiś czas będzie przemykał tajemniczy derwisz :/ (no wiem, afektowane trochę. Muszę zmienić literaturę :D (choć z drugiej strony, zdjęcie w przewodniku trochę to sugerowało. Autorzy złośliwie usunęli z kadru wszystkich turystów :D A otrzymałam doskonale zorganizowany ośrodek turystyczny. Parking (2 marki od osoby), krótki spacer przez alejkę handlową (pamiątki wszelkiego rodzaju...) i już jesteśmy.

Image

Trzeba jednak przyznać, że miejsce przepiękne. Nic więc dziwnego, że cieszy się olbrzymim powodzeniem turystów. Klasztor stoi bezpośrednio pod górą, z której wypływa rzeka Buna. Woda jest tak czysta, że nie wolno w niej nawet moczyć rąk (tak przynajmniej nam powiedziano w informacji).

Image

Wstęp do klasztoru - 2 marki od osoby. Obowiązuje stosowny strój - długa spódnica i zasłonięte włosy u kobiet. Przed wejściem czekają miłe panie, które wypożyczają zwiedzającym stroje i pomagają je odpowiednio zawiązać. Jeszcze tylko szybkie przejście przez sklepik (oczywiście z pamiątkami) i można zwiedzać.

Image
Trochę surowe wnętrze robi wrażenie. Budynek służył zarówno celom mieszkalnym, jak i modlitewnym, a na piętrze znajdują się dwa muzułmańskie grobowce.

Image
Po drugiej stronie rzeki można skorzystać z innej atrakcji. Wzdłuż widocznej liny, na pontonie wpływa się do wnętrza góry. Niestety, nie wiem, jaki jest koszt takiej zabawy, bo zrezygnowaliśmy z tego bardzo prędko (podejrzeliśmy, że lina i wycieczka kończy się zaraz za skrajem jaskini :D

Image
Ale trochę zachęcająco wygląda. Jednak, skoro to wycieczka "Do źródła Buny", to to źródło chyba wypływa zaraz, bo cała atrakcja trwa 5 min :D

Image
Po zastanowieniu się stwierdzam możliwość, że autorzy zdjęcia, które nas tak zainspirowało, niekoniecznie musieli usuwać turystów w jakimś programie do obróbki. Tu też za bardzo nie widać, że "były ich tysiące" :D

Image
A to grota, która znajduje się bezpośrednio nad klasztorem (można sprawdzić na wcześniejszym zdjęciu). Bardzo nas zaciekawiła. Zwłaszcza schodki wykute w miejscu, gdzie kończy się drabina. Do tej pory się zastanawiam, jakie może być jej przeznaczenie.

Czas niestety goni jak szalony, więc jedziemy dalej. Teraz będzie odcinek pt. "Drogi w Bośni i Herzegowinie" - czuję się zobowiązana, żeby ta relacja miała choć trochę praktycznego przełożenia dla kolejnych podróżujących. Niestety, jestem totalnym laikiem samochodowym, a Marcin jakoś się nie kwapi, żeby napisać parę spostrzeżeń (choć cały czas go męczę, przysięgam :D, więc mogę to zrobić na razie tylko w taki sposób :D

Uwaga. Porady praktyczne. Drogi w Bośni i Herzegowinie są takie :
Image

Image
Takie też są :D

Image

Image

Podsumowując - dużo zakrętów, dużo skał, często zabezpieczonych ochronnymi siatkami, tunele i przepiękne widoki :D A tak na poważnie - na głównych drogach podłoże jest bardzo dobre, sami widzicie.

Image
Dużo nowych dróg biegnie wzdłuż starych. Niesamowite wrażenie robią nieużywane już tunele "poziom wyżej".

Image
Widoki naprawdę są niesamowite. Praktycznie całą drogę spędziłam z nosem przy szybie. I opłaciło się! Ku mojej olbrzymiej radości, na zboczu góry wypatrzyłam kozicę! Szybka akcja - zwalniamy auto, rzucam się po aparat i oto jest! Pamiątka na całe życie! :D

Image
Nie muszę chyba nadmieniać, że humor mi się zdecydowanie pogorszył? :/ :D

Jechaliśmy w stronę Sarajewa. Jednak było jeszcze dosyć wcześnie, a my cały czas cierpieliśmy na niedosyt "przygód" i "małoturystycznych" atrakcji. Przewodnik poinformował nas o wiosce Lukomir ("1500 m n.p.m., najbardziej odosobniona wioska w kraju, opasana nietkniętą przyrodą, która dzięki trudnemu dostępowi zachowała swój oryginalny wygląd"). Tak, poczuliśmy, że to jest to. Dodatkowo cyt. "kobiety wciąż noszą tu ręcznie dziane kostiumy", a w zupełną euforię wprawił nas fakt cyt. "wycieczka na własną rękę może być wyzwaniem" i "drogi nie są w najlepszym stanie" :D (obawiam się, że my poważnie mamy nie po kolei w głowach :D.

Ustaliliśmy, że przynajmniej spróbujemy dojechać. Jak coś, to się wrócimy - czasu mieliśmy pod dostatkiem, a znając nas, gdybyśmy chociaż nie spróbowali, wieczorem mielibyśmy ogromne wyrzuty sumienia.
Trzeba było więc odbić z głównej drogi na Konjic. Według drogowskazu do Lukomiru było 28 km. Początkowo trasa nie była najgorsza.
Image

Pocieszał nas tez fakt, że widzieliśmy tam parę samochodów, a nawet dłuższą chwilę jechaliśmy za autobusem.

Image
Autobus dojeżdżał mniej więcej do tego miejsca. Tu miał "pętlę" (cudzysłów z wiadomych przyczyn :D ) i zawracał ponownie do głównej drogi.

Nie dziwię się mu, bo potem było jakby trochę gorzej :D
Image

Image

Ale jedziemy. Wprawdzie "asfalt" się skończył (kończy się po ok. 10 km.), natomiast do Lukomiru zostało nam tylko 18 km.
Image
Tu się załamaliśmy. Marcin zatrzymał auto i stwierdził "zastanówmy się chwilę, czy warto dalej jechać". Hmm, doskonale nas znam i wiedziałam co będzie dalej :D Nie chciałam mu jednak przerywać chwili zadumy tekstem "Oj, no po co tracić czas, przecież i tak wiadomo, co zrobimy" :D Po paru minutach okazało się więc, że ta górka jednak nie była taka trudna do pokonania :D

Image

Image
"Nigdy nie mów nigdy". Nas to też jednak dopadło - pierwsza mijanka na "złożonych lusterkach".

Image
No cóż, droga jak droga:/ Tempo mieliśmy zabójcze. Gdybym się tak nie bała schodzić z "wytyczonego szlaku" (miny), to chyba szybciej doszłabym na piechotę :D

I nagle wyjechaliśmy z drzew i wjechaliśmy na szczyt....Raj....
Image

Image
Widzieliśmy tylko olbrzymie przestrzenie i drogę przed sobą. Wioski nie było widać. Ale właściwie to nie było ważne. Dla samego bycia w tym miejscu, warto było....

Image
Gdzieniegdzie stały chaty pasterzy, pastwiska otoczone kamiennymi murkami...

Image
Jechaliśmy w milczeniu, wydając tylko co parę chwil odgłosy w stylu "och...", "wow...". Dobrze, że nie trzeba było zwalniać do zdjęć, bo bardziej by się już nie dało :D

Image
Niestety, na widnokręgu widać było zbliżające się chmury. Trochę zaczęliśmy się obawiać, czy uda się nam dojechać do Lukomiru. O powrót w ogóle się nie martwiliśmy. Tu było tak pięknie, tak...pierwotnie, że nie myśleliśmy o tym, że za parę dni musimy być w domu, że jeszcze długa droga przed nami...jedyne, czego chcieliśmy, to tu zostać...

Image
Najpiękniejszym krajem, który odwiedziliśmy, była oczywiście Albania. Jednak najpiękniejszym miejscem były okolice Lukomiru.

Image
Wzgórza pocięte takimi dróżkami, prowadzącymi do kolejnych wiosek. Tu można byłoby się zaszyć i na miesiąc i tak wędrować od jednej osady, do drugiej...

Image
I wjazd do Hobbitonu...Pogoda nie sprzyja, ale nieważne...

Image
W oddali pierwsze domy Lukomiru.

Image

Image
Jest nawet malutka knajpka, w której pan przygotował najlepszą na świecie herbatę z dodatkiem miejscowych ziół (herbata + kawa = 3 marki).

Image
A tak w środku. Można kupić ręczne wyroby - pantofle, skarpety. W wielkich, papierowych torbach pan sprzedawał też zioła, które mieszkańcy wioski zbierają w przepaści niedaleko. Gdy okazało się, że właśnie te zioła nadały herbacie specyficzny smak, nie mogliśmy się nie skusić. Kupiliśmy "iva, co umarłego ożywio" i "nana" - tak to jakoś brzmiało, ale do tej pory nie wiem, co to jest, bo rozmawialiśmy w łamanym rosyjsko/migowym/niewiadomoco :) Wielka torba - 5 marek.

Image
Niesamowita jest świadomość, że dopiero w 2002 roku doprowadzono do wioski prąd i wodę. Jest to najbardziej odseparowana wioska w Bośni i Herzegowinie. Mieszkańcy mogli nie mieć pojęcia o wojnie...I odwrotnie - gdyby cała nawet wioska została zbombardowana, nikt by się o tym nie dowiedział.......

Image

Image
Efekt rozglądania się za paniami w tradycyjnych strojach :/ To była jedyna pani, którą w ogóle widzieliśmy :/ ale nie ma się co dziwić - padało, więc pewnie siedziały w domach.

Image
Cmentarz muzułmański.

Image
No po prostu...brak słów...

Image
Niesamowite kamienne domy kryte gontem. Wprawdzie wiele z nich ma już dachy z blachy, ale zdarzają się i takie.

Image

Image
I zbocze za wioską. Tutaj miejscowi zbierają zioła. Jakoś sobie tego nie wyobrażam :/

Image
Jedźcie do Lukomiru. Jedźcie już, teraz, zaraz. Bo to, co na zdjęciu, to mi wygląda na nowobudowany dom dla turystów :/

Image
Nie wiem, co jeszcze oprócz "wow", mogłabym napisać...

Image

Image
W tym rejonie znajdują się też inne osady. Dużo z nich jest podobno całkowicie zniszczonych. Przy niektórych pozostały tylko ruiny domostw i nagrobki.....

Image
Jedyne czego żałuję, to fakt, że deszcz uniemożliwił pokazanie Wam tego miejsca w pełnej krasie.

Image

Image
Do przepaści za wioską szło się dróżką o takim kącie nachylenia.

Piękne, pierwotne miejsce...Niestety, realia goniły (za trzy pełne dni musimy być w domach) i trzeba było się zbierać.
Image
Przecież widać, że zaraz zza pagórka wyjdzie hobbit :)

Image
Do asfaltu jechaliśmy półtorej godziny (18 km !), a na głównej drodze pojawiliśmy się o 20.30. Trochę to trwało, ale warto, warto, warto! Jedźcie, zachęcam. Nawet, gdybyście mieli dojechać autobusem do końca asfaltu, a potem iść na piechotę, to przemierzenie 18 km jest żadną ceną za pobyt w raju :)

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#37 PostWysłany: 28 Gru 2015 18:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 290
srebrny
Sarajewo było jedyną bałkańską stolicą, w której zamierzaliśmy zostać na noc. Dzień wcześniej zarezerwowaliśmy na booking.com nocleg w "At Mejdan Rooms" (37 marek), znajdujący się w starej części miasta.
Wjazd do Sarajewa trochę nas zaskoczył...Było ciemno...Nie - ciemnawo, nocna pora itp. Po prostu było czarno. Żadnych świateł, lamp ulicznych, oświetlonych budynków. Nic...Jakbyśmy jechali przez środek lasu, nie po ulicach stolicy. Ciemno i pusto... no, pusto z wyjątkiem aut. Jeśli chodzi o nie, mieliśmy powtórkę z Kosowa :D Czyli - "ziuuuuuut", "wiiiiiuuuuut" (a dokładniej - mocno przekroczona prędkość, mijanka z prawej, lewej, szybkość, ogólne zamieszanie, za kierownicami bardzo dobrych i drogich aut wyłącznie młodzi ludzie), a my niezbyt wiedzieliśmy, gdzie jechać. Stworzyło to nieciekawy klimat (zwłaszcza, że nie mogłam czytać książki - mojego ratunku przed strachem :D. Na szczęście zauważyliśmy oświetloną (lekko) stację benzynową. Zjechaliśmy na chwilę, żeby sprawdzić dalszą drogę. Uff, nie było daleko :) Kolejny wjazd na ulicę i zaskoczenie...Ani jednego auta. Teraz było już tylko ciemno. Dopiero po chwili do nas dotarło - trafiliśmy w środek wyścigów samochodowych (jak można się domyślać - nielegalnych :D (i, jak można było się domyślać, to był powód pustek na ulicach. Wszyscy, z wyjątkiem nas, wiedzieli, że po zmroku się nie wychodzi/wyjeżdża na określone ulice. Cóż, zawsze marzymy o dotknięciu "prawdziwości" podczas naszych wyjazdów...:D

Image

Teraz już bez przeszkód dotarliśmy na naszą ulicę. Zaparkowaliśmy na wąskiej uliczce, starając się zbytnio nie najeżdżać na szkła z rozbitych szyb samochodowych :/ :D (przemiły pan z hostelu pocieszył nas, że to nie to, co myślimy :D podobno dziś była tam po prostu jakaś stłuczka, a nie włamanie). "At Mejdan Rooms" - bardzo polecamy. Duże mieszkanie w kamienicy, podzielone na pokoje do wynajęcia. Wspólna kuchnia, łazienka, pokój jadalny. Przemiły i pomocny właściciel, a lokalizacja - rewelacja. Dwa kroki od Starego Miasta.

Image
Było późno i ciemno, ale chcieliśmy jeszcze szybko wyjść i zakosztować specjałów sarajewskich :D Zaraz za naszym hostelem znaleźliśmy skwerek, na którym przy stolikach spotykała się młodzież na "długie nocne Polaków, tfu...po prostu rozmowy" :D Napój (no naprawdę, zaczynam się już krępować, że ciągle piszę o piwie :D - 3,5 marki. Obsługa bardzo przyjacielska. Do tego stopnia, że przy drugim, pan barman zapytał nas, czy chcemy jeszcze coś zamówić, bo jeśli tak, to teraz :D Bo on by chciał nam nalać i pójść do domu :D I poszedł :D Bajka - skwer, stoliki, wszystko tylko dla nas.

Image
Nie mieliśmy jednak nieograniczonego czasu. W hostelowej łazience wisiała ostrzegawcza kartka, że woda jest wyłączana pomiędzy 24.00 a 6.00 (przez państwo, nie przez właściciela). Zdążyliśmy. Przypuszczam, że w niektórych częściach miasta podobna sytuacja może mieć miejsce z prądem, przynajmniej "ulicznym". To by tłumaczyło ciemność podczas wjazdu do Sarajewa.

Image
Kolejny poranek przeznaczyliśmy na zwiedzanie Starego Miasta.

Image
Zawsze staramy się znaleźć miejscowy targ. Uwielbiam targi! Dla mnie to takie prawdziwe serce miejsca. Tym razem też się nie zawiodłam - kolory, owoce, panie targujące się o cenę...

Image

Image

Image
Niestety, takie widoki zdarzają się na każdym kroku, przypominając o przeszłości. Skłaniają do zadumy i powodują, że zwiedzanie Sarajewa nie jest wesołą wycieczką. Raczej skłania do zadumy i przemyśleń "wgłąb siebie". Kolorowe ulice, ludzie spieszący się pracy, a w tle widoczna dramatyczna historia....

Image

Image
A to już turecka dzielnica Sarajewa.

Image

Image
Ta handlowa część miasta powstała na wzór arabskich placów targowych. Szeregi połączonych budynków i magazynów, kawiarenek i restauracyjek. Ślicznie.

Image
Jeśli chodzi o zwiedzanie, Sarajewo jest bardzo dobrze zorganizowane. Większość ważniejszych miejsc i budowli, znajduje się niedaleko siebie, poza tym, co jakiś czas można spotkać tablice informujące, na których zaznaczono miejsca do odwiedzenia i mapki.

Image
Piękne miasto, z tragiczną przeszłością. Warto tu być, a raczej - warto to "poczuć".

Około 11.00 wyjechaliśmy z Sarajewa. Kolejny nocleg zarezerwowaliśmy dzień wcześniej w Chorwacji, więc trzeba było się spieszyć. Po drodze zaplanowaliśmy jeszcze przystanek w Jajce. To miasteczko bardzo nas zaintrygowało ze względu na wodospady, które miały się mieścić w samym jego centrum.

Image
Wprawdzie (a może właśnie dlatego :D ) przewodnik mówił wiele o twierdzy, basztach itp., my jednak chcieliśmy zobaczyć tylko wodospady. Byliśmy już naprawdę zmęczeni zwiedzaniem. To może wydawać się dziwne, ale uwierzcie - po tylu dniach w aucie, tylu miejscach, które "trzeba", bo może "już nigdy", człowiek myśli tylko o leniwym polegiwaniu na łonie przyrody. Poza tym, jest jeszcze coś - przynajmniej ja tak mam - przy intensywnym zwiedzaniu, wiele rzeczy zaczyna się mylić, zacierać, nakładać...

Image
Samo miasteczko faktycznie, bardzo ładne. Czas tam płynie bardzo leniwie. Turystów nie tak wielu.

Szybka kawa i cola (3 marki) i są...
Image
Faktycznie, prawie w centrum. Widok z poziomu górnego.

Image
Piękne. Pocięte różnej wysokości stopniami, miejsce spotkań miejscowych. Co odważniejsi kąpali się w nich na górnych poziomach (woda lodowata, dlatego piszę o odwadze :D

Image
Wokół mnóstwo mniejszych i większych tarasów widokowych.

Image
Można też podejść od dołu, żeby poczuć chłodzącą bryzę. Jednak zejście prowadzi przez coś w rodzaju "parku" (?) i budki z biletami (2 marki od osoby).

Image
Miło się stało pod wodospadem w tym upale. Drobne kropelki wody świetnie chłodziły, wreszcie można było oddychać. Jednak tu na poważną próbę została wystawiona moja "tolerancyjność". Nie zrozumcie mnie źle, wiem, że jest mnóstwo odłamów religii muzułmańskich, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Upał, ba, żar straszliwy, mężczyzna ubrany w krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach, chłodzi się z rozkoszą pod wodospadem. Obok niego kobieta, całkowicie (z wyjątkiem twarzy) zakryta. Ale nawet to nie było najgorsze. Na ustach miała coś w rodzaju płaskiego kagańca, zakrywającego część twarzy od brody, aż pod nos. Ta płytka była metalowa! Owszem, z cienkiego metalu, ale przecież przy tym upale musiała mieć poparzone całe usta......Bałam się, że nie wytrzymam i skopnę zadowolonego z siebie mężczyznę z tarasu...

Image
Czasami nie ogarniam...A najgorsza jest chyba bezsilność....

Jedziemy dalej. Opłata za autostradę w Chorwacji - 4 euro. Powoli zaczynało się późne popołudnie, już już "byliśmy w ogródku..." i wtedy spotkało mnie ogromne szczęście :D W nawigacji mieliśmy wpisane dane naszego kolejnego noclegu, podjechaliśmy pod wskazany adres i nagle Marcin stwierdził, że "hm...tak to nie wyglądało na zdjęciu w booking.com". I...Tak! Tak! Marcin się pomylił!!! :D Cudownie, jako pilot zostałam zrehabilitowana!!!:D Jest 1:1! :D Okazało się, że wszystkie dane były poprawne. Wszystkie, z wyjątkiem...miasta :D :D No. Myślę, że teraz stało się jasne, że "i najlepsi mogą się pomylić" i że zostanie przywrócone należne mi stanowisko pilota :D

Image
W końcu dotarliśmy do odpowiedniego miasta. Osijek. Nocleg w Anna Rooms (13 euro osoba). Bardzo ładne, spokojne miasteczko. Nocleg też cudny, w kamieniczce na małej ulicy prowadzącej do rynku.

Image

Image

Śniadanie zjedliśmy w piekarni naprzeciw naszego hoteliku. Burek, pizza, 2 cole - 24 kun (euro to trochę ponad 7 kun). O wieczornych ekscesach trochę głupio mi pisać, ale żebyście mieli mniej więcej pojęcie o cenach, to się jakoś zmuszę :D 65 kun - pięć dużych szklanek na bardzo klimatycznym ryneczku :)

Image
I jedziemy dalej. Tym razem Węgry. Tu spotkała mnie duża niespodzianka. Niezbyt miła. Bardzo potrzebowaliśmy zrobić zakupy "pierwszej potrzeby" :D Przynajmniej dla nas. W pierwszym sklepie zaskoczenie. Przy kasach zawsze jest odpowiednia półeczka, na której są wyeksponowane, no trudno, nałóg, to nałóg, papierosy. Tym razem na półeczkach przepięknie wyeksponowane zostały różnego rodzaju...witaminy (?) :/ :D Trochę nas to zaskoczyło. Po próbie dopytania się ekspedientki (niestety, angielski chyba nie jest ulubionym językiem Węgrów), dowiedzieliśmy się tylko, że "nie ma". Trudno, stwierdziliśmy, że spróbujemy gdzie indziej. Kolejny sklep - to samo. W końcu jakiś litościwy pan, uświadomił nas, że węgierski rząd postanowił walczyć z tym zgubnym nałogiem i papierosy można kupić tylko w specjalnych sklepach "tabak" (swoją drogą, uważam za czystą złośliwość, że w miejsce po papierosach wkładają witaminy :D ). Nie będę Was zanudzać wszystkimi szczegółami, powiem tylko, że rząd walczy z nałogiem naprawdę skutecznie (w "tabak" nie można płacić inną walutą, niż węgierską. Nie można też płacić kartą. Sklepów jest mało i mają krótkie godziny otwarcia). Gdy w końcu znalazłam w jakiejś wiosce odpowiednio oznaczony sklepik i otworzyłam zdecydowanie drzwi, naprawdę się załamałam. W środku, zamiast pięknie wypełnionych półeczek, stały łóżka wypełnione panami. W samych majtkach :/ :D (?) :D
W końcu jakiś litościwy brat w nałogu wsiadł do auta i popilotował nas do odpowiedniego miejsca.

Image
Porada praktyczna - palacze, szukajcie tak oznaczonych sklepików! Są małe, witryny mają całe zasłonięte. Szczerze mówiąc, najpierw myślałam, że to jakaś odmiana sex-shopów :D

I nasz ostatni nocleg. Węgry, miejscowość, uwaga :D Abaujszanto (spróbujcie to powiedzieć głośno :D. Koszt - 7 500 forintów (euro = 310 forintów).

Image
Podjeżdżając do miejsca naszego ostatniego noclegu, bardzo powoli i ostrożnie, Marcin uderzył w krawężnik :D I odpadł błotnik. To się nazywa ironia :D Tyle kilometrów w różnych warunkach, po kamieniach i dziurach, a tu pusty, duży placyk i bach :D Choć z drugiej strony, lepiej, że tak i lepiej, że teraz. Poza tym, myślę, że mogę to zaliczyć jako 2:1. Dla mnie :D

I taki był koniec naszej bałkańskiej przygody. Kolejnego dnia byliśmy już w domach. Bałkany są przepiękne, warte odwiedzenia i każdemu będę je polecać. Jedynym minusem naszej podróży był fakt, że mieliśmy mało czasu i wszędzie trzeba było gnać. A wydaje mi się, że piękno tych miejsc można w pełni docenić po prostu tam będąc, przebywając z ludźmi bez pośpiechu i ciśnienia. Co do przewodników - hmmm, to była dobra szkoła, jak należy z nich korzystać. Na pewno teraz pierwszą rzeczą, jaką zrobię, będzie dokładne zbadanie autorów. Bo to jak z szukaniem przyjaciół - jedni nam pasują, z innymi nam trochę "nie po drodze" :)

Image
Marcin Bałkany będzie zawsze kojarzył z kawą - wyjątkowo aromatyczną, smaczną, parzoną w tygielku.

Ja natomiast nie zapomnę tego :
Image
Żenada :D Nigdy więcej "co tam, weźmy, przecież mamy miejsce..." :D Wyobrażacie sobie, ile trwało codzienne pakowanie? :D

Dziękuję wszystkim, którzy dotarli do końca. Pozdrawiam gorąco.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
 
#38 PostWysłany: 28 Gru 2015 19:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Lis 2015
Posty: 1626
Co to dużo gadać/ pisać - znowu zaserwowałaś nam świetną relację. Brawo! 7*

PS Ta maska na twarz (batulla/ batoola) może nam się nie najlepiej kojarzyć, ale w państwach Zatoki jest to symbol wzbudzający szacunek i kojarzący się z osiągnięciem przez kobietę poważanej pozycji (najczęściej żony, ale nie tylko) w (bardzo) tradycyjnych rodzinach. Jak kiedyś czepiec w Polsce. A przy bliskowschodnim słońcu i piasku niesionym z wiatrem każdy centymetr kwadratowy osłoniętej skóry to plus. Wieść gminna niesie, że współczesne modele są leciutkie i mają czasem wyściółkę. I nosi je w dzisiejszych czasach już coraz mniej kobiet. ;-)
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#39 PostWysłany: 28 Gru 2015 20:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 290
srebrny
Dziękuję, @Kara, nie wiedziałam. Trochę mnie pocieszyłaś, zwłaszcza tą wyściółką. Jednak, mimo wszystko, to wyglądało dla mnie przerażająco:(
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
Kara lubi ten post.
 
 
#40 PostWysłany: 28 Gru 2015 20:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Paź 2014
Posty: 808
Loty: 143
Kilometry: 253 891
srebrny
@pestycyda dzięki za pokazanie całkiem sporego kawałka Europy :D i to naprawdę ładnego, wiedziałam, że Bałkany są ładne, ale nie, że aż tak (wstyd przyznać pewnie :P )

ps. gdzie kolejna wyprawa? ależ jestem ciekawa :D
_________________
Moje relacje:
Włochy - Liguria / Indonezja / Malmo+Kopenhaga / Dublin / Sri Lanka+Malediwy / Maroko / Amsterdam / Kaukaz
i: https://www.instagram.com/ola.javv/
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
 [ 51 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group