Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 36 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 23 Lut 2018 12:38 

Rejestracja: 21 Lis 2014
Posty: 601
Ostrzeżenia: 2
OK, wreszcie. Pierwsza moja relacja z podróży. Serce bije mocniej na samą myśl, że mój udział na forum zwiększy się nieco z poziomu porad praktycznych i okołobankowych ;)

Z drugiej strony nick zobowiązuje- najdalszy od paranoi na punkcie bezpieczeństwa i prywatności ogólnie, jednak w szczególe na tym forum wolę pozostać Johnem.
Wobec tego, zdjęć będzie stosunkowo niewiele i raczej bez wizerunków własnych- jeśli można. Plus- dajcie oswoić się z myślą udostępnienia zdjęć, niech pierwszy post będzie ucztą wyłącznie dla myśli.

Tak, a tak poważniej i tylko nieco mniej autoironii. Wstęp.

Południowa Afryka- ech jak ja nie lubię polskiego skrótowca "RPA"- chodziła po głowie od dawna. Niesamowita, trudna, ciekawa oraz niszcząca wszelkie stereotypy historia tego kraju. Zasłyszane opowieści, znajomi znajomych znajomych- chyba pół Krakowa zna albo Janusza Walusia albo jego rodzinę, blogi, na czele z "blondynką w krainie tęczy".
Kończąc wreszcie brutalną rzeźnią intelektualną w wykonaniu Kamila Cebulskiego o "historii upadku RPA" na YT.

Wiem wiem, ma być teoretycznie bez "politykowania", zatem postaram się jak mogę, ale akurat w przypadku tego kraju, tematu nie sposób uniknąć. Gdzie leży prawda? Zdeklarowany radykalny wolnościowiec, który (jednak, a tak naprawdę właśnie dlatego) brzydzi się uprzedzeniami i generalizacją. W jaki sposób zaskoczą mnie realia Południowej Afryki?
"To kraj, gdzie biały człowiek nie może przejść stu metrów bez noża w żebrach", "biali mieszkają za potrójnymi ogrodzeniami i boją się wychodzić", "rzezie farmerów de facto uznane za przyczółek ludobójstwa", że zacytuję tychże znajomych znajomych, prasę oraz wypowiedzi publiczne. Do tego 1001 innych odnośników do poziomu bezpieczeństwa.

Z drugiej strony gloryfikacja N. Mandeli i ANC. Wcześniej rzecz jasna kompletny absurd i surrealizm rozwiązań apartheidu.
Do 1993 kraj na pierwszych stronach gazet, później cisza, ewentualnie wspominki o obecnym/byłym prezydencie na literkę Z, a także nieśmiertelny mundial z 2010 roku i Waka Waka Shakiry. Czy tam się w ogóle coś dzieje? Czy Południowa Afryka w ogóle... jest?

Szybki rzut na mapę i brak zaskoczenia- kraj nadal istnieje a promocja Iberii, z której skorzystaliśmy w sierpniu, wydawała się wyważonym optimum i dobrym motywatorem wyboru kierunku.
1700zł za podróż BER TXL - CPT. Tak, chyba wtedy jeszcze wierzono w rychły start BER.

Nawiązując do wspaniałych relacji o Południowej Afryce- nie, nie spodziewaliśmy się afryczości. Wręcz przeciwnie. Czy RPA okaże się śródziemnomorzem na sterydach? Rajem utraconym dla kogoś, komu po prostu już przeszkadzają absurdalne ceny lazurowego wybrzeża? A jeśli przy okazji uda się zobaczyć słonia lub lwa, to genialnie!
Skoro cały świat, to cały świat.

Przygotowania


Kto nie zwiedzał świata na streetview, niech pierwszy zgłosi posta jako nieodpowiedni ;) Południowa Afryka wygląda jak USA. Możnaby robić losowe zdjęcia małych miasteczek i poddawać ślepej próbie pytania "który to kraj, RPA czy USA". Już na etapie realnych przygotowań zaskoczyło mnie jednak również to, jak bardzo "duchem" i "klimatem" RPA zdaje się przypominać USA.
Noclegi na hotels.com bywają tańsze niż na booking.com , Google Maps wyznacza bardzo korzystne czasy podrózy samochodowej a na skrzyżowaniach spotykamy rozwiązanie typu "stop all way". Już wiem, że będzie fajnie.

Szkoda tylko, że oferta wypożyczalni samochodów to już typowa Europa- wysoki wkład własny, który trzeba sobie ubezpieczyć i raczej drogawa oferta dużych samochodów.

Efekt- ambitny (między ambicją i głupotą cienka granica...) plan zrobienia road-round-tripu z Cape Town do Cape Town, poprzez Park Krugera a także kilka(naście) innych parków narodowych w 3 tygodnie. Uda się? Nie miałem pojęcia. Ale warto spróbować.
Czy parki narodowe będą warte odwiedzin? Przecież wszyscy tylko Kruger i Kruger plus Góra Stołowa. Czy warto de facto omijać Johanessburg, przecież można zobaczyć Ponte City?

Do rzeczy:
* Przy odrobinie standardowej kombinacji z duchem F4F, łączna średnia cena noclegów za 19 nocy w naprawdę akceptowalnych a czasem wręcz perełkowych miejscach nie przekroczyła 100zł / dobę, w tym 5 nocy w Cape Town.
Fakt, nie obyło się bez kilku kuponów oraz 2 nocy z punktów Hilton Honors, ale liczy się efekt ;)

* Samochód klasy medium- co z tego wyszło, o tym wkrótce, ale same dobre rzeczy- w Avis + zabezpieczenie wkładu własnego z rentalcars.com kosztował 1700zł, jako 1150zł + 550zł.

* Wildcard, czyli roczny pass dla dwóch osób na przeróżne parki narodowe: ~3800ZAR - ~1080zł po kursie Revoluta- nie mogło zabraknąć z moich ust odniesienia do tej usługi przecież- z początku stycznia.
Pierwsza realna styczność z kulturą afrykańską. Może jednak nie będzie jak w USA? Karta ma być wysłana dość szybko, ale jeśli nie dojdzie, to papierowe potwierdzenie jest wazne tylko 45 dni. Wobec tego magiczna data zakupu 8 stycznia ma zapewnić to, że wydruk potwierdzenia będzie ważny przez cały wyjazd. Karta na pewno nie dojdzie tak szybko. Dziwny system.

Pozostało tylko czekać na wyjazd, czyli dzień zero. Znów ironia.
Cape Town water crisis wylewał się z każdego przeczytanego artykułu, z każdej odwiedzonej strony i każdego potwierdzenia rezerwacji. 'Day Zero' to dzień, w którym w Kapsztadzie odłączona zostanie bieżąca woda dla mieszkańców. Obawy studził fakt, że nastanie tego dnia zapowiadano na kwiecień/maj.

Day Zero

Wyjazd. Odlot z TXL do MAD o 19:45, zatem z Krakowa można spokojnie wyjechać około 9 rano samochodem i mieć olbrzymi zapas czasu.
Wildcard faktycznie nie doszedł, ale jeśli ktoś lubi autoironię tak bardzo jak ja, to los czasem się odwdzięcza. Dokładnie o 8:30 rano przychodzi SMS, że wildcard został właśnie wysłany. Zresztą 3-krotny SMS. Uzbrojeni w komplet wydruków, ruszamy.

Mrożące krew w żyłach opowieści o wybitych szybach przy Saatwinkler Damm nieopodal Tegla skłoniły mnie do poszukania alternatywy. 3 tygodnie, środek zimy, samochód de facto nowy...
Za dokładnie 59EUR za 21 dni parkowania udało znaleźć się kryty/piętrowy, de-facto strzeżony parking z bezpłatnym transferem, rezerwacja i płatność on-line.

Tutaj, żeby wyjątkowo nie przedłużać i załatwić temat do końca, mogę tylko polecić w 100%.
Sprawna obsługa, która pyta o szczegóły lotu powrotnego i nigdzie nie trzeba dzwonić, transfer czeka już na lotnisku przy wejściu do A.
Ogólnie wszystko naprawdę super.

To był wybitnie miły akcent po 3 tygodniowej rozłące z samochodem i dość napiętym czasie po powrocie z podrózy. Strona parkingu, resztę podpowie Wam Google:
https://www.dein-stellplatz.de/
Nie ma róży bez kolców- to była promocja, rezerwowana prawie pół roku wcześniej no i luty. Szykuje się następny wylot z TXL na 8 dni w kwietniu a cena jest znacznie wyższa niż za 21 dni w lutym.

A na samym TXL jak to na TXL.
Że zapożyczę porównanie z klasyki Jeremiego Clarksona odnośnie lewego (prawego...) pasa autostrady.
Z TXL jest jak z kiblem. Wchodzisz, robisz co trzeba i uciekasz. Wybaczcie, ale po wielu doświadczeniach z tym miejscem, trudno mi wyrazić się o nim jakkolwiek ciepło.

Swoją drogą prawy pas autostrady do wyprzedzania... w momencie odprawy i przejechania gładko 600km z Krakowa, dociera do mnie, że najbliższe 3 tygodnie motoryzacyjnie nie będą takie same.
Odprawa zaskakuje pozytywnie i otrzymujemy od razu wszystkie boarding passy na lot do MAD, JNB a potem CPT. Ostatni odcinek operated by British Airways. Znamienne.
A na Teglu jakoś luźniej i milej po bankructwie tworu z czerwonymi akcentami w logo.
Aha, podrózujemy tylko z podręcznym, bo... zwykle i tak w ten sposób robimy, plus historie o nieautoryzowanych przeszukaniach na lotnisku w JNB plus- chyba bardziej- obawy o sprawność sortowni bagażu w TXL. Komu AirBerlin nie zgubił bagażu na TXL, niech nie czyta dalej ;)

Boarding na lot do JNB w terminalu 4S w MAD, na którym zapewne do olimpiady cwiczył chodzenie R. Korzeniowski- świetne miejsce treningowe z racji dysntansów. Hiszpania wiedziała, jak wykorzystać fundusze unijne, ciekawe, czy nasi projektanci CPLu popiszą się podobną finezją.

Rzut oka na okolice gate'a daje pierwsze wrażenia. A330-stka z full flight. Czarnoskórych naliczyliśmy dwóch. Czy od razu po lądowaniu w JNB wszyscy, poza tymi dwoma, znajdą noże pod żebrami?
Afryka czeka!
Góra
 Relacje PM off
18 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 24 Lut 2018 10:31 

Rejestracja: 21 Lis 2014
Posty: 601
Ostrzeżenia: 2
Klasyczna chronologia jest nudna, podział wyjazdu na "dni" to taki wymuszony porządek. Ma tylko jedną zaletę: działa dobrze i zapewnia wartościowe informacje o tym, ile czasu spędziliśmy w danych miejsach.

Wobec tego z lekkim bólem: Dzień "zerowy" i pierwszy. Z grubej rury, ale w klasyczny i oklepany sposób

Jak zwykle- pewnie na tym forum nikt poza mną tak nie ma i tak nie robi, bo każdy jednak prezentuje więcej rozsądku i doświadczenia- promocję kupiłem być może zbyt szybko, być może nie zbadałem dokładnie dat. Wyszło na to, że będziemy tutaj od 2 do 20 lutego, RT do CPT.
A może dałoby się wcisnąć 1-2 dni więcej, a może dałoby się zamienić na OJ z powrotem z JNB? A może dokupić krajówkę na koniec i oddać samochód w JNB zamiast w CPT?
W tyle głowy, poza wspomnianymi obawami o sens planu podrózy, cały czas kłębi się ciekawość i wątpliwości: czy to faktycznie cywilizowany kraj czy może stereotypowa Afryka pełną gębą?

[...]

Pierwsze wrażenia praktyczne z Południowej Afryki zasadniczo bardzo pozytywne. Przesiadka w JNB, kontrola paszportowa, zakup wody lotniskowej w cenie ~2x niższej niż na Krakow Airport, bezproblemowa kontrola bezpieczeństwa, sprawny boarding BA i w ogóle to, że tam jest BA jako BA.

Wrażenie nadszarpuje nieco ktoś z "obsługi" w "kamizelce", kto za "zaprowadzenie" nas spod kontroli paszportowej do gate'a stanowczo żąda napiwku.
Pomimo usilnych kilkukrotnych prób upomnienia, że damy sobie radę sami. No, niestety- nawet gdybym chciał, to ZARów jeszcze nie posiadam a grubsze nominały EUR i USD nie wchodzą w grę. Czy tu będzie jak w Egipicie albo Maroko, lub- gruba rura- w Indiach?

Ostatecznie- jest całkiem znośnie, a napiwki dajemy, poza rzecz jasna restauracjami, wyłącznie na stacjach benzynowych i kilka razy samozwańczym parkingowym. Ot, taka kultura. Jednak poza tym jednym panem w JNB, nikt nie okazał ani trochę roszczeniowości czy bezczelności. No, może raz, miązdżąc stereotyp. Ale o tym później.

Lotnisko w CPT bardzo przyjemnie i sprawnie wita nas w nowym miejscu. Szybkie pobranie awaryjnych ZAR z bankomatu, upewnienie się, że Vodacom (operator komórkowy) na lotnisku faktycznie wciska pakiety "podróżne" zamiast typowych pre-paidów i ominięcie ich stoiska, no i Avis.
Jeśli w USA pożyczanie samochodu jest łatwe i przyjemne, to tutaj to tzw. bryza. Wszystko trwało może 5-7 minut, formalności de facto jeszcze mniej niż w kraju referencyjnym.
A bardzo miła rozmowa o konkretnym samochodzie powoduje, że z parkingu odjeżdżamy fabrycznie nową (50km przebiegu) Hondą Ballade z automatem (odpowiednik naszej nieoferowanej już w EU Hondy City, opartej na płycie podłogowej najnowszej Hondy Jazz).
Za te pieniądze- przypomnę, 1150zł + ubezpieczenie wkładu - nie mogło być lepiej.

W zasadzie mogłoby- gdyby zamontowali kierownicę po dobrej stronie i przy okazji zafundowali sobie kolejny dzień zero (względnie dzień H, jak w Szwecji), byłoby idealnie. Pierwsza w życiu jazda po lewej stronie dla tak wspaniałego, zapalonego, doświadczonego doskonałego kierowcy jak ja była... pewnie tak samo trudna jak dla każdego. Ruch drogowy to jedno, ale wyczucie lewej i prawej strony samochodu to inna historia. Dramat. Nagle auto jest po lewej a nie po prawej. Zatem trzeba zostawiać duuużo miejsca po lewej, bo tej strony samochodu "nie czuć". Po prawej też zostaje sporo miejsca, bo przeciez tam normalnie jest samochód.

O instynktownych odruchach kierowcy i "situational awareness" można zapomnieć. Jak tu instynktownie patrzeć w środkowe lusterko, kiedy oczy wędrują w prawo? Boczne lusterka tez nie pokazują tego, co powinny.
Ostateczne przyzwyczajenie się do lewej strony... chyba nigdy nie nastąpiło, ale tak po kilku dniach i 2-3kkm było już całkiem znośnie.

Zważywszy na to, że po dotarciu do DoubleTree Upper East Side Cape Town jest już prawie 16:00 a my jesteśmy dość zmęczeni, decydujemy się wyłącznie na podróz na Waterfront hotelowym shuttle'm.
W serwisach, Hilton oferuje pokoje w nieco nieziemskich cenach- nasz termin to 700zł / noc.
Dziwi pozytywnie to, że udało się go zarezerwować za 20 000pkt / noc, czyli po stawce wręcz warszawskiej. Widok na masyw Tafelberg w cenie.

Załącznik:
20180202_165655.jpeg


Waterfront. Lekka niespodzianka- faktycznie nie jest to atrakcją stricte tursytyczną, ale zapewnia miłą atmosferę i jest na pewno czymś więcej niż tylko "centrum handlowym"- jak niektórzy określają. Obawy o bezpieczeństwo i noże w żebrach jak na razie przygaszone są "bezpieczną" atmosferą tego miejsca.

Jak mówiłem- nie jest źle. Zdjęć z Waterfrontu macie dużo w Google :)

W Vodacom w centrum handlowym udaje się, co za niespodzianka, kupić karę SIM oraz łącznie 1100MB danych za około 159ZAR, w tym cena karty to 3,5ZAR a reszta to pakiet danych.
Świetna sprawa i bardzo polecam, internet działał bardzo dobrze i praktycznie wszędzie, poza już wybitnie nie nadającymi się do tego miejscami.
Proponowana za dokładnie to samo cena na lotnisku wynosiła 270ZAR.

Dzień numer jeden

Pierwszy- i jak na razie ostatni- pełny dzień w Cape Town to próba zapoznania się z okolicą, raczej bez super-wyszukanych i niszowych pomysłów. Może nie jak z szybkim pasem autostrady ani Teglem, ale zasadniczo: należy zrobić co trzeba i rozeznać temat na 3 ostatnie dni.
Aha, no a przede wszystkim: zdobyć Tafelberg (jakoś...) bo z pogodą tutaj nigdy nic nie wiadomo.

Na szczęscie w ten dzień było wiadomo- całkowicie bezchmurnie i stosunkowo bardzo słaby wiatr. Bez zastanowienia śmigamy wcześnie rano najpierw na Signal Hill, aby się rozejrzeć.
I już wiadomo- tak, wizyta w tym kraju to strzał w 10! Cape Town to faktycznie najładniej położone miasto świata, a widoki przebijają wszelkie śródziemnomorskie okolice. Pyszni się i kusi pobliski Lion's Head. Da się tam wejść?
A tych naoglądaliśmy się we Francji, Włoszech i Grecji za wczesnego młodu, przed czasami powszechnego Ryanair za to z tanim LPG, aż nadto. Uprzedzając- Teneryfa też nie ma startu ;)

A nieco poważniej- Signal Hill a nastepnie, punkt 8:00 rano, bo to sobota, wizyta w miejscu określanym przez Daily Telegraph najlepszym coffeeshopem na świecie.
Truth Coffee Roasting. Dla takich przyjemności warto tu przyjechać- kawa niewiele droższa niż ta na Orlenie a sporo tańsza niż we "wiodących kawiarniach" w centrum Krakowa, za to smak nieporównywalny i nieziemski! Do wyboru kilka rodzajów blendów, każdy dość smaczny (Truth Coffee odwiedziliśmy ładnych parę razy). Numerem jeden dla nas okazał się "resurrection" blend, którego kilka paczek wróciło wciśniętych do bagażu.

Kawa w cenie prawie orlenowej:
Załącznik:
20180203_084524.jpeg


Śniadanie już w cenie porównywalnej ze śniadaniem w "modnych" miejscach w Polsce, bo ok 30zł za taką porcję. Przesmaczne i zaskakująco syci:
Załącznik:
20180203_085850.jpeg


Słowo o pierwszych wrażeniach musi być. Ludzie bardzo mili, pozytywnie nastawieni do życia, uśmiechnięci oraz prezentujący tzw. can do attitude. Jakże mylą stereotypy i uprzedzenia. Pierwsze kilka godzin obcowania z ludźmi przekonuje ostatecznie, że tak. RPA jest jak USA.
Tyle, że faktycznie- no, póki co, w pierwszy dzień, afryczo nie było.

Było nieco polskawo, za to. Bakalland poszerza rynki eksportowe :) Batoniki Ba! w nieco wyższej niż nasza cenie:
Załącznik:
20180203_192945.jpeg


Ad rem, wreszcie. Przed 10:00 rano wychodzimy na Górę Stołową. Po bardzo krótkim zastanowieniu decydujemy się- oczywiiiiiiiiiście- na szlak pieszy po Platteklip Gorge. Boże wybacz im, bo nie wiedzą co czynią.

Szlak rozpisany na 2h udało się zdobyć w 1h40min. Ale co to było za 100minut. Czysta mordęga. Przedsmak tego, co czekało nas w kolejnych dniach. O czym mowa... jeśli nie próbowaliście... szlaki hikingowe w RPA są specyficzne.
Nikt specjalnie nie przejmuje się trudnościami technicznymi. Stopnie o wysokości, nie przesadzam, pół metra, albo lepiej, fragmenty, gdzie naprawdę niespecjalnie widać ścieżkę lub jest ona trudna, wąskie przesmyki bez łańcuchów czy wreszcie- to wręcz powszechne- drut kolczasty odgradzający szlak od okolicy. To wszystko to "niby nic", ale naprawdę warto o tym wiedzieć i przygotować się na cięższe doznania niż np. w Tatrach- pomimo oczywiście przyjemniejszej aury.

Plattenklip Gorge nie był tragiczny technicznie; troszkę drutu kolczastego, raczej wysokie stopnie. Przewyższenie i intensywność: dość wysoka. Ktoś bez przygotowania kondycyjnego raczej po prostu nie wyjdzie. Widzieliśmy tego przykłady. Z drugiej strony- beztroskie grupy, najczęściej czarnoskórych, wręcz zbiegające z tego podejścia, po tych półmetrowych skokach.

Załącznik:
20180203_103945.jpeg


Załącznik:
20180203_111940.jpeg


Załącznik:
20180203_103745.jpeg


Po zdobyciu góry, odpoczynku i odpowiednim zeksplorowaniu szczytu, na dół zjeżdżamy już słynną kolejką linową. Słoneczko w pełni, pogoda doskonała, nawet na szczycie góry nie wieje i nie widać ani jednej chmurki.
Kolejka do kolejki wcale nie taka kolejkowa, bo raptem 10-15min. Nikt nigdzie nie sprawdził Wildcard, a chyba powinien.

Następne w kolejności to krótki spacer po plażach po zachodniej stronie masywu oraz przejazd Chapman's Peak Drive. Ech i znowu- gdzie tam Costa Amalfi. Genialna trasa!
Załącznik:
20180203_155640.jpeg


W tzw. międzyczasie orientujemy się, że cudowny pomysł wspinaczki od 10:00 rano ze zjazdem ok 13:30 z Góry Stołowej bez posmarowania się jakimkolwiek kremem z filtrami UV i nie nałożeniem kapelusza nie był jednak tak cudowny.
Słoneczko na południowej półkuli jest mocne. Bardzo mocne. Poparzenia będą stosunkowo lekkie, ale i tak męczące. Przynajmniej jedna warstwa skóry będzie najpierw wywoływać uczucie wkurzającego ściągnięcia, aby później "schodzić" z nas przez najbliższe dni...

Tak, czysty idiotyzm, nie ma wytłumaczenia.
Ale z racji naszej karnacji- czy ludzie dobierają się po karnacji i odcieniu skóry, zawsze? - nie mieliśmy potrzeby używania kremów celem ochrony przed oparzeniami w zasadzie nigdzie do tej pory. Że już pominę letnie śródziemnomorskie doświadczenia, ale miejsca takie jak południowa Kalifornia, Meksyk czy Floryda, Indie, Egipt itd itp. tez nie dawały problemu. Ot, konkretna fajna opalenizna.
Myśleliśmy o zakupie kremów, jeszcze nawet rano tego samego dnia, ale po prostu później wyleciało z głowy.

BTW, co generalnie na ten temat sądzą dematolodzy plus jak wyglądają obiektywne wyniki badań medycznych w kwestii blokowania UV vs. zachorowań na przeróżne choroby skóry- to nie temat na rozmowę tutaj, wujek Google i ciocia Pubmed służą.
Powiem tylko, że w szaleństwie jest metoda i stosowanie blokerów nie jest aż tak zdrowe i aż tak konieczne, jak się wydaje.

Dopóki nie doprowadza się do oparzeń. Więc nie zmienia to faktu, że przynajmniej w RPA (w Australii jest chyba dość podobnie) filtry to absolutny mus, dla każdego, nawet największego chojraka, co się słońcu nie kłania i nie smaruje. Bo jak spaliło mnie i Katarzynę, to spali każdego Polaka.

Późne popołudnie to przejazd przez Simonstown i wizyta na również słynnej Boulders Beach. Pingwiny dopisały bardzo, ciekawych zdjęc jest dużo więcej. Wildcard tym razem sprawdzony. Wydruk potwierdzenia zakupu Wildcard nie jest żadnym problemem, po paru sekundach wchodzimy do środka. Już wiem, że warto było kupić ten pass, patrząc na cenę tej jednej atrakcji!
Załącznik:
20180203_165742.jpeg


Powrót do hotelu przed zachodem słońca i wieczorna kąpiel w basenie hotelowym, krytym. Brrr, woda zimna, ale przyjemna, zwłaszcza na sparzony kark, ręce i twarz. Poza tym WTF, skąd woda w basenie ogarniętym kryzysem wodnym mieście?
Recepcjonista uzmysławia nam dokładniej, że biznesy nie są i nie będą objęte żadnymi ograniczeniami w dostępie do wody, zatem nie musimy się martwić ani prysznicem ani basenem. Oczywiście sami wiemy lepiej, co o tym myśleć. Skoro woda w basenie jest, to czemu nie skorzystac, za to prysznic jest wspólny i raczej konkretny. ;)

Podsumowując- jak na razie, całkiem typowe miejsca w dość typowy sposób, o ile wejście piesze na Tafelberg i nieużywanie filtrów UV jest typowe.
Wrażenia... Hmmm... megapozytywne, miejsce przepiękne i jedno z fajniejszych na ziemi. Jazda samochodem w trybie- surprise surprise- raczej amerykańskim. Także powoli, spokojnie, rozlaźle i bez niespodzianek.
Nie wiem kto kiedy jak i na jakiej podstawie stwierdził, że w RPA kierowcy są dziwni. No, może troszkę są, ale dla Polaka to nic ;) Przygód za kierownicą troszkę jednak będzie, ale o tym później.

Z praktykaliów, kraj bardzo przystępny cenowo. I to na razie na przykładzie Cape Town.
Stać Cię na Bałtyk albo Krynicę? Stać Cię na RPA. Bo w Krakowie czy Stolycy to już dawno dużo drożej ;) Oczywiście- oceniam przez własne, prymitywne i niskich lotów potrzeby, czyli dobre jedzenie, benzyna i ewentualnie wstępy do niektórych atrakcji turystycznych.

A- no i Revolut!!! Karty akceptowane są de facto wszędzie no i nie ma żadnego problemu z tipowaniem kartą, rozwiązanym tak, jak to rozwiązane być powinno w każdym kraju. Kelner przynosi rachunek z miejscem na wpisanie tipa, długopis i czeka minutkę. Następnie pojawia się z terminalem i wklepuje ostateczną kwotę, którą potwierdzacie PINem. Karta cały czas w naszych rękach.
Bez kretyńskiego zabierania karty jak w USA plus obciązania wyższą kwotą niż autoryzacja (czasem to sprawia kłopoty techniczne), bez jeszcze bardziej kretyńskiego niedasięproszępanabosięnieda w Polsce. Awesome!

***

Zaskakuje oczywiście to, co zaskoczyć miało i co zaskoczyło lub zaskoczy każdego.
Już dnia zerowego, przejazd busikiem, plus cały nastepny dzień kręcenia się po okolicy samochodem... OGRODZENIA! MURY! Electric fencing. Safe South Africa! Będzie o tym wręcz osobny post.
Mam ze 100 zdjęć róznego rodzaju absurdalnych z naszego punktu widzenia zabezpieczeń posesji. Szczyt paranoi zaobserwować się dało z autostrad w Johanessburgu, ale Cape Town niewiele mu ustępuje, a zabezpieczenia są praktycznie wszędzie. Do tego stopnia, że jeśli jakieś miasteczko i okolica ich nie miało- bo i takie perełki się zdarzają- taki widok powoduje automatycznie ulgę ale i dyskomfort.

Zatem- do spania, za kratami, dwoma ochroniarzami. Następny dzień będzie obfitował w bardziej dynamiczne atrakcje! :)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez john_doe, 24 Lut 2018 11:14, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#3 PostWysłany: 24 Lut 2018 11:06 

Rejestracja: 14 Maj 2016
Posty: 1299
Ostrzeżenia: 1
srebrny
Extra czytanie z rana :P Powrzucaj więcej foto jak możesz oczywiscie :P
Góra
 Relacje PM off
john_doe lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 24 Lut 2018 13:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4788
HON fly4free
Świetnie napisane! Będziesz na pewno w czołówce relacji lutego :)
Niedawno znalazłem fajną ofertę do JNB. Najpierw ją odstawiłem na boczny tor, ale teraz zaczynam na nią patrzeć zupełnie inaczej... No, ale poczekam na rozwój Twej relacji. Czas do ewentualnego zakupu mam do 28.02, więc postaraj się napisać jak najwięcej :D

Wysłane z mojego P9 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
john_doe lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 25 Lut 2018 00:05 

Rejestracja: 25 Sie 2011
Posty: 5819
Loty: 833
Kilometry: 786 111
platynowy
A ja za już 4 miesiące tam wyruszam, zatem czekam z niecierpliwością na kolejne dni opowieści.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
john_doe lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 26 Lut 2018 13:51 

Rejestracja: 21 Lis 2014
Posty: 601
Ostrzeżenia: 2
Plan na kolejny nowy i następny dzień to eksploracja południowego wybrzeża aż do kawałków Garden Route włącznie.
Wybaczcie, że kolejny raz jeden post to pojedynczy dzień- ale zamiast weekendowej rozgrzewki, gonią obowiązki służbowe. Obiecuję poprawę.

Najwięcej- po części słusznych- wątpliwości, czy po prostu wystarczy czasu, czy drogi w RPA podołają szaleńczemu tempu i czy pojawi się satysfakcja z właściwego środziemnomorza na sterydach pojawiło się właśnie w tej części wyjazdu. Bo patrząc na zdjęcia tego zakątku kraju, człowiek myśli od razu "chciałbym tu spędzić może i nawet miesiąc"...

CapeTown - Cape Agulhas

Zgodnie z Waszymi sugestiami, ale nie tylko, bo i ze zdrowym rozsądkiem- niech zdjęcie będzie warte 1000 słów- pobawiłem się co nieco konwerterem JPGów. Zwłaszcza, jeśli tych nieco brakowało w relacji, a szczęka leży na ziemi. Dokładnie tego oczekiwaliśmy!
Podobnie spektakularne i urozmaicone, ale dużo bardziej "dzikie" widoki niż w samych okolicach Cape Town i ukryte perełki.

Poniżej highlights tego, co można zobaczyć na tej trasie.

Widoki w okolicy początku "Crystal Pool Trail" na R44.
Sam szlak jest pewnie godny uwagi... Ale, że nie zależało nam na nim aż tak bardzo, bez większego zaskoczenia i rozczarowania przyjęliśmy do wiadomości, że faktycznie trzeba mieć permit, oczywiście wydawany wcześniej. Jeśli jednak ktoś chciałby o taki zawnioskować, to chyba polecam.
Zdjęcia wrzucane przez googlowiczów wydawały się bardzo interesujące.

Przypadkowy punkt na R44 przy wejściu na szlak:
Załącznik:
20180204_090120.jpg


Stony Point, czyli dużo bardziej niszowe niż Boulders Beach miejsce do obserwowania pingwinów:
Załącznik:
20180204_092857.jpg

Załącznik:
20180204_093340.jpg

Załącznik:
20180204_093443.jpg

Załącznik:
20180204_094118.jpg


Poza innymi, mniej ciekawymi, miasteczkami, po drodze napotykamy na Hermanus.
Oczywiście "napotykamy" w pełni świadomie.

Wiadomo, co to za miejsce, bo lokalna sława zobowiązuje i każdy planujący trip po RPA o tym miejscu słyszał lub słyszeć powinien.
W odróżnieniu od pierwowzorów, czyli np. ohydnego betonowego Saint Tropez, Hermanus jest jego dokładnym przeciwieństwem, pomimo spełniania tej samej funkcji. Jak na poshy kurort, jest stosunkowo ładne, stosunkowo urokliwe a cenowo stosunkowo przystępne. Przynajmniej na pobyt "przejazdem".

Wybrzeże i niektóre widoki z uznanego za najlepsze na świecie miejsca do oglądania wielorybów z brzegu. Rzecz jasna- znów oczywiiiiiście- nie w lecie.
Załącznik:
20180204_105145.jpg

Załącznik:
20180204_105323.jpg

Załącznik:
20180204_110119.jpg


Jedna z pierwszych-lepszych, zupełnie przypadkowo napotkanych perełek kulinarnych, w cenie krakowskiego Awiteksu, czyli lokalnej (chyba?
lokalnej- macie Awiteks gdzieś tam w Polsce?) piekarniczej sieciówki:
Załącznik:
20180204_113441.jpg

Załącznik:
20180204_113812.jpg


Póki co, drogi w Południowej Afryce wyłącznie rozpieszczają. Jedzie się bardzo sprawnie, szybko i w pełni przewidywalnie a ruch jest po prostu minimalny. Wszystko zatem idzie zgodnie z planem na ten dzień.

Z lekką dozą obawy, czy na pewno ta wizyta jest warta czasu, wjeżdżamy do nieznanego i nigdzie(?) nie polecanego "Walker Bay Reserve".
Jak znalazłem? Na mapach google, patrząc na zielone podpisane miejsca. Podobnie, jak ~50% miejsc, które odwiedziliśmy w RPA.
Tutaj oczywiście notka- być może po prostu czegoś nie doczytałem i przegapiłem oczywisty fakt a miejsce jest powszechnie znane. Nie wskazywała na to jednak liczba odwiedzających, praktycznie pusty parking i normalne ceny- chociaż działał tam Wildcard, zatem cena realna wyniosła 0 ZAR.

Walker Bay Reserve:
Załącznik:
20180204_130302.jpg

Załącznik:
20180204_125031.jpg

Załącznik:
20180204_125112.jpg

Załącznik:
20180204_132054.jpg


Zaraz obok rezerwatu- bo w takiej kolejności ważności dla turysty powinno się to roważać ;) - leży wyjęte z amerykańskiego mid-Westu, albo może z Teksasu, Gaansbaai. Kto powie, czy to USA czy RPA:
Załącznik:
20180204_141219 (1).jpg


Resztę dnia- że telegraficznie opiszę- zajmuje szerzej znany Cape Agulhas NP, wraz z wejściem na latarnię morską, spacerem do najpołudniowszego miejsca Afryki oraz przepyszny stek w przypadkowo wybranej knajpie właśnie w miejscowości Agulhas.

Przykładowe zdjęcie z Cape Agulhas. Bo w Google tego aż nadto.
Załącznik:
20180204_163519.jpg


***

Ech, co to był za stek. Nie chcę uprawiać zbyt dużo foodporn, zatem odpuszczę zdjęcia, bo i tak będą dużo lepsze później, ale... Kosztowało to jakieś 40zł za całą porcję z dodatkami a restauracja wyróżniała się... absolutnie niczym. Agulhas to miejsce być może znane, ale w tym terminie niespecjalnie odwiedzane. Zresztą połowa z aż 4-5 restauracji była zamknięta. A tu takie zaskoczenie i dokładnie o to nam chodziło! Perełkowe miejsca na lekkich odludziach.
Mięso absolutnie genialne. Czy wszędzie w Afryce Południowej takie będzie?

Nie jadłem uznawanych za najlepsze mięs świata i wołowina z Kobe jest mi obca, póki co, to fakt, a z argentyńską miałem styczność jedynie w Polsce. Jednak dziesiątki kilogramów wołowiny, które zjadłem w USA, łącznie z 72oz. steak challenge w Amarillo, nijak mają się do jakości i smaku steków w RPA.
Po prostu nieporównywalne.
Z litości i przyzwoitości o mięsku w EU, w tym rzekomo świetnych toskańskich stekach, o których twardo donosi niepoprawnie italiofilska rodzina, nie wspomnę.
Oczywiście- kwestia gustu, ale każdemu kulinarnemu zapaleńcowi warto polecić RPA chociażby z tego powodu.

Po prawdziwej uczcie, spokojnie, ale de facto "na styk" z zapadającym zmrokiem dojeżdżamy do Swellendam na nocleg. Również ciekawe miasto i na pewno jedno z tych "lepszych", jednak nie będzie dane nam go obejrzeć super dokładnie.
Następnego dnia najbardziej napięty dzień, najeżony atrakcjami Garden Route i ambitny plan dotarcia aż do Jeffrey's Bay. Spójrzcie tylko na mapę...

Tymczasem- widok z okna guesthouse'u 'Flametree' w Swellendam:
Załącznik:
20180204_194618.jpg


Swoją drogą, bardzo przyjemne i poprawne miejsce noclegowe, a śniadanie- w cenie- rozwaliło system. Jogurt z musli jako starter, rzecz typowa w RPA, a następne jajecznica z 3 jajek, boerworst, czyli tradycyjna południowoafrykańska kiełbaska, dowolna ilość boczku, fasolki, tostów, masła.
Słowem- tradycyjne śniadanie łączy to, co najlepsze z UK, USA i dodaje południowoafrykańskich akcentów.
Zdecydowanie warto było tutaj wydać "aż" 173zł za noc na hotels.com.

Widoczek, bardzo uprzejma właścicielka i otoczenie uzmysławiają nam dobitnie, że nie cała Południowa Afryka musi wyglądać jak centrum Cape Town.
Istnienia ogrodzenia nie stwierdziliśmy, drzwi wejściowe wyposażone były w kratę, to wszystko.
Samochód zaparkowany normalnie na podjeździe, bez bramy wjazdowej. No i... nic się nie stało.

W Swellendam czekało nas również pierwsze tankowanie samochodu, a zatem poznanie lokalnych zwyczajów w tej kwestii. Ach, jak przyjemnie próżne i obrzydliwie wygodne jest tankowanie w RPA!
Do pełni perfekcji brakuje chyba tego, że w odróżnieniu od restauracji, na stacji paliw nie da się tipować przy pomocy kart. Przynajmniej na tych pierwszych trzech, gdzie pytałem ;)

Z samochodu zasadniczo się nie wychodzi wcale i czeka, aż obsługa naleje paliwo. W cenie zwykle jest również mycie szyb.
Drobny napiwek- za radą dotychczas napotkanych ludzi oraz przewodników- rzędu 5-10ZAR powinien wystarczyć z nawiązką, a kwestia wszelkich płatności załatwiana przez uchyloną szybę.
Tym samym w RPA wymyślili to, czego nawet w Ameryce się do tej pory nie udało. Najjaśniej pod latarnią- stacje benzynowe truly drive-through! :) Żyć, nie umierać!


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 26 Lut 2018 14:35 

Rejestracja: 16 Kwi 2015
Posty: 97
Loty: 69
Kilometry: 159 781
Jedzenie w RPA to temat na zupełnie osobną opowieść :) Dla mnie jeden w z tych powodów, dla których trzeba tam wracać :)

Chociaż polecam też knajpę "Savanna" w Monachium i stek z zebry :)
_________________
https://banners-my.flightradar24.com/jprawicki.png
Góra
 Relacje PM off
john_doe lubi ten post.
john_doe uważa post za pomocny.
 
 
#8 PostWysłany: 01 Mar 2018 17:08 

Rejestracja: 03 Mar 2011
Posty: 417
niebieski
Świetne steki, burgery, genialny tuńczyk i owoce morza. RPA raj kulinarno-widokowy, pora tam wracać :)
Góra
 Relacje PM off
john_doe lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 01 Mar 2018 23:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 31 Mar 2014
Posty: 149
Loty: 405
Kilometry: 918 570
niebieski
RPA to sztos! a Cape Town - mój nr 2 zaraz za Sydney jeżeli chodzi o najpiękniejsze miasta.
_________________
Ruszaj ze mną w podróż: http://www.przepodroze.pl
Góra
 Relacje PM off
john_doe lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 02 Mar 2018 11:07 

Rejestracja: 21 Lis 2014
Posty: 601
Ostrzeżenia: 2
Mogłem nawet nie wspominać o klasycznej chronologii relacji, ech. Wrażeń do opisania- póki co- tyle, że jeszcze przez chwilkę trzeba będzie z ową dzienną chronologią żyć.

Kolejny dzień miał być bardzo intensywnym zapoznaniem się z Garden Route, zakończonym aż w Jeffrey's Bay. Spójrzcie na mapę. Daleko, ale od czego jest "tryb poranny". Poniekąd. Pani gospodarz fantastycznego Flametree melduje, że śniadanie zrobi najwcześniej o 6:30. No, niech będzie. W końcu śniadanie było takie, jakie opisałem w poprzednim poście relacji. Warto było!

Dzień zaczynamy od miejsca, co do którego jestem w stanie się założyć, że nikt na tym forum nie odwiedził- nie, żeby to był jakiś wyznacznik czy punkt ambicjonalny... może wręcz przeciwnie. Mieliśmy spore obawy, czy warto poświęcić mu czas.
Ale to coś, co zawsze staram się chociaż w kawałeczku, umieścić w swoich planach podróżnych. Ukryte, mało popularne miejsca z potencjałem, chociaż zawsze obarczone lekkim ryzykiem "zawodu". Bo każdy tylko Cape Town, Johanessburg i Kruger...
Aż mi się przypomina mi się dyskusja o NYC... Dajże już spokój, człowieku.

Bontebok National Park, 5min drogi od centrum Swellendam.
Powiem tak- warto było, ale drugi raz poważnie byśmy się zastanowili. Udało się zobaczyć kilka okazów Bonteboka, którego nie widzieliśmy już nigdzie indziej, natomiast sam park, około 7:00 rano, był w zasadzie wildlife'owo pusty i żadne inne zwierzęta nie raczyły się pojawić. A miało ich tam być całkiem spoko. Cena też stosunkowo "słuszna", zatem sugerowałaby bardziej intensywne atrakcje. Korzystamy rzecz jasna z Wildcard, ale ceny notujemy skrupulatnie, żeby połechtać najniższe instynkty pod tytułem "warto było kupić Wildcard, bo normalnie wydalibyśmy więcej".

Bontebok National Park:
Załącznik:
20180205_083451.jpeg


Tutaj wspomniane Bonteboki:
Załącznik:
20180205_084425.jpeg

Załącznik:
20180205_085318.jpeg


A to miejsce na mapce Pani na recepcji parku opisała jako 'This is where the most of our animals are'. No tak.
Załącznik:
20180205_090053.jpeg


Następny konkretny przystanek, nieco na chybił-trafił, to 'Kingfisher Trail' niedaleko Wilderness. Po drodze ze Swellendam kolejny dzień- dopiero trzeci czy tam czwarty- znowu powoduje miniopadszczeny odnośnie jakości i stanu infrastruktury drogowej w RPA. Jeździ się po prostu doskonale, czy to główne czy boczne drogi. Przemieszczanie jest wyjątkowo sprawne.
Załącznik:
20180205_100334.jpeg


Cały czas presja czasu wywołana kretynizmem własnym. "Trzeba było tutaj zaplanować jeszcze co najmniej jeden nocleg"... Ech. Ale i tak decydujemy się na wejście na szlak. I warto było. Widoki kompletnie nietypowe i nieafrycze!
Z pontonu oczywiście skorzystaliśmy, zresztą de facto nie było innego wyjścia. Poza tym, ach jak przyjemnie, że praktycznie całość szlaku to błogi leśny cień, dający wytchnienie spalonym słońcem twarzom.
Załącznik:
20180205_124746.jpeg

Załącznik:
20180205_131355.jpeg


Po zejściu ze szlaku i spojrzeniu na zegarek, kiełkuje już nieśmiało pomysł, żeby nocleg w Jeffrey's Bay odwołać i znaleźć coś zdecydowanie bliżej. Wybór pada wstępnie na Plattenberg Bay tak, aby na następny dzień zajrzeć do Tsitsikama NP.
Szkoda, że guesthouse w Jeffrey's Bay to rezerwacja bezzwrotna z hotels.com i już zapłacona...

No, ale cóż- na razie trzeba dumnie walczyć z czasem, zatrzymując się jednak na kawę i widząc zlot samochodów klasycznych. Jeden z miliarda przypadkowych zlotów samochodów klasycznych, które odbywają się w Południowej Afryce i na które można natknąć się zupełnie przypadkiem właśnie:
Załącznik:
20180205_140204.jpeg


Następny- chybił trafił- przystanek to viewpoint 'East Head' w Knyśnie. Oj, warto było!
Załącznik:
20180205_150704.jpeg


Sama Knysna- dokladnie tak, jak przeczytałem wcześniej i tutaj i w wielu innych miejscach- to taki głośniejszy kurort, zatem w naszej sytuacji "czasowej", niestety nie warty dłuższego zatrzymania się.

Śmigamy do miejsca, które znów znalazłem po prostu na Google Maps, patrząc na zielone, podpisane rejony i oglądając ich zdjęcia ;) Tak poważnie- to już pełnoprawna i znacznie popularniejsza atrakcja, bodajże wpisana na którąś z list UNESCO. O ile dobrze pamiętam.
Koronnym dowodem wspaniałości tego miejsca miały być też drogowskazy, prowadzące tam z głównej ekspresówki. Robberg Nature Reserve.

Wysiadamy z samochodu około 16:00, wchodzimy na szlaki, zobaczywszy uprzednio ich rozkład na mapce i już wiemy: nie ruszamy się stąd do wieczora. Pozostaje znaleźć tylko nocleg w Plattenberg Bay. LTE z Vodacom spisuje się doskonale i w serwisach pojawia się ciekawy obiekt, "Formosa Bay", w cenie około 200zł / noc.
Świetne opinie, kuszące zdjęcia. Bierzemy. Trudno, nie dojedziemy dziś ani do Tsitsikamy ani tym bardziej do noclegu w Jeffrey's Bay. Gdzie człowiek ma mózg, planując tak bezsensownie? A może to wszystko przez Bontebok park? Albo jeszcze lepiej: nobody's perfect. A jutro będzie nowy dzień i na pewno zdążymy zobaczyć wszystko, co trzeba.

Szlaki w Robberg Nature Reserve przewidziane są nawet na łączne 6-8h wędrówek, aż do samego cypelka półwyspu. Siłą rzeczy, tyle czasu nam nie zostało, zatem dotarliśmy jedynie do "połowy". Powiem krótko: to było jedno z najbardziej urzekających miejsc tego wyjazdu. W swojej kategorii, czyli "nadmorskie krajobrazy i natura". Szczerze, to kolejny raz poświeciłbym na samo kręcenie się po tym miejscu cały bity dzień.

Robberg Nature Reserve:
Załącznik:
20180205_163025.jpeg

Załącznik:
20180205_163542.jpeg

Załącznik:
20180205_173905.jpeg

Załącznik:
20180205_175751.jpeg

Załącznik:
20180205_181136.jpeg


Czas zgrywa się idealnie z nowym planem. Przy początku zachodu słońca docieramy z powrotem do parkingu, a czas jazdy do hotelu to raptem 10min. Nieopodal, na ławkach i stolikach przy stromej skarpie, rozkładają się lokalsi, przyjechawszy swoimi Toyotami Fortuner, przgotowując wieczorne Braai. Orurowana Toyota Fortuner to jedynie słuszny duży SUV / terenówka w RPA i co drugi samochód widziany na drodze. Ech, to jest życie!

Ale nasze też nie takie złe; Hondą Ballade docieramy do Formosa Bay i tutaj szczęka szuka piwnic i kanalizacji, bo poziom gruntu to za mało. Taki nocleg za 200zł to po prostu niebywałe.
Obiekt typu "resort", ale naprawdę przyjemnie i "nie-masowo" urządzony. Mnóstwo zieleni.
3 baseny czynne, w/g obsługi, 24/7h. Ogromniasty pokój, łącznie z 35m razem z łazienką, balkon bezpośrednio do ogrodu, w którym widać wylegujące się ptaki. Wysoki standard, przestronna łazienka wręcz lśni, WiFi śmiga, łóżko prawdziwie "king", RPA to USA w końcu, woda w basenie czysta i idealna, a śniada...

Wróóóóć! To jest Fly4Free a nie forum, z całym szacunkiem, wczasowiczów z biur podróży, z całym szacunkiem, znajdujących żywe plemniki w basenie, oczekujących all inclusive na Tunezję z opaską na ręce a "standard hotelu" to podstawowe kryterium wyboru destynacji. Z całym szacunkiem.
Ale naprawdę... 200zł? Rezerwacja ten sam dzień? Takie miejsce? No jaja, po prostu. Trudno się nie zachwycić nawet, jeśli normalnie oczekiwania wobec noclegów są... podstawowe. RPA bardzo rozpieszcza pod tym względem. Najtańsze miejsca noclegowe rozpieszczają "perełkowatością" i poziomem znacznie wyższym niż spodziewany.

Usiłując spalić ciągły, programowy nadmiar kalorii, pływamy w basenie i obserwujemy na czyściutkim niebie - za sugestią kuzyna- krzyż południa. Widoczny bardzo ładnie- jeśli już dostrzeże się go z pomocą aplikacji Sky Map.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 08 Mar 2018 10:40 

Rejestracja: 21 Lis 2014
Posty: 601
Ostrzeżenia: 2
Śniadanie w Plattenberg Bay należało do bardzo udanych, jakby zachwytów nad przypadkowo wybranym hotelem nie było końca. No, może poza faktem, że podano stosunkowo słabiutką kawę- zalewajkę.

Z tego powodu, zanim udamy się dalej w kierunku Tsitsikamy a następnie Addo Elephant National Park, zaglądamy do centrum miasteczka w poszukiwaniu opcji na napój z espresso. Wiem wiem, mało istotne z punktu widzenia planu podróży, ale po raz kolejny- to dopiero 4 czy tam 5 dzień- odkrywamy, że RPA jest bardzo przystępnym cenowo krajem.

I tak zwyczajny SPAR- z tych większych, ale nic rozmiarów naszych Auchan'ów- a konkretnie kawiarnia prowadzona pod jego marką oferują naprawdę dobre napoje kawowe, 2zł espresso, 4zł cafe latte. Albo jeszcze taniej. W samym Spar przyglądamy się nieco dokładniej cenom artykułów spożywczych. Mięsa, zwłaszcza wołowe- czy smakowałyby tak zarąbiście jak w restauracjach?- znacznie taniej niż zjadliwa wołowina w Polsce. Kosmetyki też nieco taniej, chyba. Ponieważ to wciąż południe kraju, negatywnie zaskakuje zarówno oferta jak i cena wody w butelkach- po to tu tak naprawdę naprawdę przyszliśmy, kawa to tylko chwilowy impuls- oraz cena... lodów. Czemu w Południowej Afryce lody są takie drogie? To znaczy- po prostu zauważalnie droższe niż w Polsce? I to nie tylko Haagen-Dazs.

Z Plattenberg Bay szybciutko docieramy do Tsitsikama NP. Chyba bardzo oklepane miejsce- ale bardzo urokliwe. Jeśli ktoś dysponuje sporym nadmiarem czasu oraz lubi takie klimaty, to ujście rzeki Storms wygląda też na mini-raj kajakowania. Jak wygląda Tsitsikama NP- jak z koniem- każdy wie.
Załącznik:
20180206_101714.jpeg

Załącznik:
20180206_103125.jpeg


Po dokładnym obejrzeniu krótkiego szlaku, który zresztą pokonujemy w raczej relaksacyjnym tempie- poprzedni dzień dał nieco w kość, chodzenie po Robberg i Wilderness Trail było konkretniejsze- jedziemy praktycznie prosto do Addo. Po drodze jedynie rzut drogi na jeden z mostów na rzece Storms, niestety nie na Bloukrans tylko na ten drugi, oraz szybki, nazwany z racji pory dnia, ekhm ekhm, lunch. Przy stacji benzynowej wzdłuż głównej drogi.

Znowu dygresja, której niestety nie da się pominąć. Niestety, bo w Polsce tak nie jest. Wybaczcie. Pomiędzy obscenicznym i masowym uwielbieniem fast-foodów w kraju, gdzie spożywa się "poza domem" najwięcej i najczęściej, czyli w USA, a polską stosunkową nudą i niedojrzałością tego rynku, jest sweet spot . Leży na południu kontynentu afrykańskiego ;)
Tak poważniej- może piątego dnia wycieczki już jesteśmy zakochani w RPA na maksa i zbyt idealizujemy, ale to, jaką ofertę mają większe stacje benzynowe i ich przybudówki przy głównych drogach to po prostu perfekcja. Niby fast-food, ale jednak o bardzo dobrej, zacnej jakości.
Mega smaczny a na mięsku, jego ilości i jakości, nie oszczędzają. Plus zwykle urozmaicona oferta i co najmniej dwa różne lokale. No i ceny. Jak zwykle tutaj- świetne.

Jak to się ma do naszych słynnych MOPów, przy których potencjał jest ze 100x większy, z racji natężenia ruchu? Czemu mentalnie- bo przecież nie o kasę chodzi- stać nas jedynie na McD albo KFC? Już najlepsze jest orlenowskie Stop Cafe Extra ;) Ewentualnie bary Taurus w niektórych miejscach. Tak tak, wiem dlaczego, bo jak nie wiadomo o co chodzi, to... zapewne o opłaty związane z dzierżawą lokalu przy autostradzie, które zwrócą się jedynie przy bardzo konkretnych, sprawdzonych rozwiązaniach. Przy tych kosztach to nie miejsce na biznesowe eksperymenty z branży Horeca.

Skończ już...- ale wiadomość jest prosta. W RPA raczej nie będziecie głodni podczas dłuższych przejazdów samochodem, a przydrożnych fast-foodów absolutnie nie należy unikać.

Sprawnie, jak zawsze, docieramy i przejeżdżamy obwodnicami przez Port Elisabeth- miasta, którego burmistrzem jest człowiek o białym kolorze skóry.
Z tego i tylko tego powodu inny polityk, lider skrajnej komunistycznej EFF, Julius Malema, oficjalnie wezwał do odwołania lub obalenia burmistrza. Czytając, słysząc i widząc niektóre newsy , bo tego uniknąć się nie da, gdzieś tam w tyle głowy znów migoczą testy o nożach i żebrach. A jeszcze teraz- już post factum- najnowsze pomysły dotyczące wywłaszczenia ziemi bez rekompensaty, popierane przez nowego prezydenta, Cyryla Rhapaposę. Tak, jakby rekompensata za przymusowe wywłaszczenie miała jakieś pierwszorzędne znaczenie, swoją drogą... Ech.

Wjeżdżamy do Addo NP.
Niestety, nadzieja na to, że Bontebok, Tsitsikama i inne fragmenty Garden Route NP to był tylko biurokratyczny wypadek przy pracy, upada. Przed wjazdem do parku należy skrupulatnie wypełnić formularze oraz poczekać, aż obsługa przetworzy nasz wildcard i umożliwi wjazd. 15min w plecy za każdym razem, kiedy chcemy wjechać do parków.
Przed nami w kolejce wyglądające na mamę i córkę obywatelki Włoch, którym nie podoba się to, że jest 13:30, one muszą zapłacić daily conservation fee a chciałyby również wrócić do parku jutro. Wildcard rządzi.

Pod tym względem RPA nie do końca przypomina USA. 'America The Beautiful' zapewnia przecież dostęp praktycznie do każdego parku za $80 rocznie, dla dwóch osób + samochodów.
A kupowany zwykły bilet zazwyczaj uprawnia do wjazdu przez 7 kolejnych dni i również dla wszystkich pasażerów osobówek.
No, ale tutaj są zwierzątka, o które trzeba dbać, zgodnie z oficjalnym przesłaniem serwowanym na stronach SaNParks.

Przejazd przez Addo NP należał do udanych, chociaż po wjeździe przez południową bramę, dłuższy czas nie było widać praktycznie nikogo. Poza guźcami (warthog, chyba dobrze tłumaczę?).
Bliżej północnej części, zwierzęta dopisały chyba nieźle.

Addo highlights:
Załącznik:
20180206_153032.jpeg

Załącznik:
20180206_155642.jpeg

Załącznik:
20180206_162118.jpeg

Załącznik:
20180206_174253.jpeg

Załącznik:
20180206_174308.jpeg

Załącznik:
20180206_175556.jpeg


Po parku śmigamy do samego zamknięcia bram o 18:30- i był to po prostu całkowicie idealnie wymierzony czas. Udaje się objechać większość loops i wszystkie asfaltowe drogi.
Nagle okazuje się, że zamieszanie poprzedniego dnia i przesunięcie noclegu było strzałem w dziesiątkę, stosunkowym. Bo w okolicach Garden Route to można- jak wszędzie- siedzieć / chodzić i tydzień.

Po wyjeździe z parku kierujemy się do guest house'u. 'Homestead BnB' w Addo. Po wjechaniu do miasteczka, Google prowadzi przez dość szemrane, niemiło wyglądające okolice. "Centrum" sprawia bardzo nieprzyjemne wrażenie, poza tym się ściemnia. Raczej kiepskiej jakości domy przy kiepskiej jakości drodze i- nie bójmy się tego określenia- kiepskiej jakości towarzystwo, które robi... nic i chętnie przygląda się przejeżdżającej białej Hondzie z turystami w środku. Nie, żeby jakoś stricte "wrogo", ale kiedy pisałem o tym, że łatwo jest "wyczuć" w RPA okolicę, która nie jest dobra- miałem na myśli właśnie takie miejsca.

Dziurawą drogą "osiedlową" docieramy pod bramę guesthouse'u, nie do końca bez obaw. Rozwiewają się one nieco, kiedy widzimy samą bramę, a po wjechaniu do środka i rozejrzeniu się, emocjami wręcz targa.

Brama oczywiście, a jakże, z ogrodzeniem elektrycznym:
Załącznik:
20180206_184008.jpeg


W środku właściciel zbudował przepiękny ogród!
Załącznik:
20180206_185148.jpeg

Załącznik:
20180206_190317.jpeg

Załącznik:
20180206_190802.jpeg


Szybkie zameldowanie, ale dość długa rozmowa z właścicielem znów chwyta za serce, poniekąd. Tak wygląda księga gości:
Załącznik:
20180206_191351.jpeg


I dalsza część ogrodu:
Załącznik:
20180207_063901.jpeg

Załącznik:
20180207_064737.jpeg


Addo Homestead BnB w naszym terminie za 130zł za duży pokój, bez śniadania.

A propos- jest wieczór, zatem jesteśmy nieprzeciętnie głodni. Dajemy się namówić gospodarzowi, który rezerwuje dla nas stolik w pobliskiej polecanej restauracji. Już całkowicie po zmroku, jedziemy 2km w kierunku 'Africanos'- restauracja oraz lodge:
http://www.africanos.co.za/

Matko Boska! Klimat, wystrój, poziom nie przymierzając prawie jak Atelier Amaro. Niedużo brakuje. Z lekkim strachem otwieramy kartę i myślimy- no, może wreszcie zobaczymy jakieś wysokie ceny w tym kraju. Nic z tego- być może nie jest tanio, ale po prostu zwyczajnie. Na Rynku w Krakowie, w typowo "turystycznych" przybytkach, zapłacilibyśmy znacznie więcej.

Pożeramy sznycla z Khudu oraz talerz grillowano/smażonych owoców morza ze słodkimi ziemniakami, żona raczy się dodatkowo winem.
Genialne jedzenie i bardzo miła atmosfera! Jeśli będziecie w tych okolicach, to jest to jedno z miejsc, które warto odwiedzić na pewno!

***

Właściciel 'Homestead' kupił farmę w 1993 roku. Założona chyba jeszcze pierwotnie w 18 wieku, albo coś koło tego. W 1996 założył guesthouse i zaczął pielęgnować ogród, kiedy farming przestał opłacać się tak, jak do tamtej pory.
Podzieliłem się z Nim całkiem szczerze emocjami, które wywołało we mnie to miejsce. Chyba każdy w RPA jakoś i do pewnego stopnia przechodzi przez ten moment. W relacji o afryczości miało to bodajże bardziej burzliwy przebieg. U nas spokojnie, ale dobitnie. Chociaż geograficznie chyba dokładnie w tym samym punkcie- gdzieś przy końcu Garden Route.

Addo to raczej dziura, wygląda stosunkowo bardzo kiepsko. A za bramą i murem otoczonym electric fence znajduje się po prostu inny świat, bo "kontrast" to za mało powiedziane. Piękny, wypielęgnowany ogród. Świetnie utrzymane pokoje gościnne oraz camping. Kontrasty w RPA widoczne w bardzo nietypowy sposób.

Właściciel robi dobrą minę do złej gry i "oficjalnie" po prostu przytakuje, nie chcąc wyrażać wprost opinii na temat sytuacji społecznej ani politycznej, ale widać i czuć, że nie tylko się zgadza, ale docenia to, że dostrzegamy pewne rzeczy. Ja natomiast doceniam przede wszystkim Jego wkład pracy.

Przechadzając się po ogrodzie, widzę jeszcze jedną tabliczkę z sentencją. Może gdzieś mam zdjęcie, ale nie chce mi się już szukać.
To plant a garden is to believe in tomorrow

Ciekawe, jakie będzie tomorrow in beloved country, z księgi gości. Ciekawe, kiedy i jak Rhamaposa i jego komunistyczna banda dobierze się do tej własności, upaństwowi i zrobi PGR. Kiedy wyjeżdżamy następnego dnia wcześnie rano, do pracy przy guesthousie przychodzą czarnoskórzy z okolicy. Ciekawe, gdzie i jak zarobią, jak już nie będzie miejsc typu homestead.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez john_doe 08 Mar 2018 12:10, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#12 PostWysłany: 08 Mar 2018 11:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 29 Sie 2016
Posty: 556
Loty: 128
Kilometry: 302 227
niebieski
Mega relacja :)
A RPA jeden z piękniejszych krajów :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
john_doe lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 10 Mar 2018 15:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1097
Loty: 217
Kilometry: 407 773
platynowy
Czytając tylko się upewniam, że do RPA trzeba wrócić. Nie tylko dla wyśmienitego jedzenia. :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#14 PostWysłany: 17 Mar 2018 11:30 

Rejestracja: 21 Lis 2014
Posty: 601
Ostrzeżenia: 2
No, wreszcie mam troszkę więcej czasu, żeby gnać do przodu. Nie w RPA, tam czasu było w sam raz, a tutaj, w szarej, znów śnieżnej, rzeczywistości.

Jak to dobrze, że można jeszcze w miarę świeżymi wspomnieniami tam wrócić... wrócić do... siedzenia za kółkiem. Przed nami pierwszy dłuższy odcinek, jeszcze nie tragiczny, ale jednak. Dystans Addo -> Harrismith we Free State, obok Royal Natal i Golden Gate Highlands National Parks. Nie pamiętam już ile kilometrów i nie chce mi się sprawdzać, ale około 800.

Co tu dużo mówić- jeśli ktoś lubi/akceptuje dłuższe trasy samochodem po Europie, to tutaj problemu z jazdą nie będzie żadnego, ba, jest nawet sprawniej.
O drogach napisałem już sporo. W kontekście naprawdę długich tras kilka konkretów: Na jednojezdniówkach, niekoniecznie tylko tych głównych, obowiązuje zazwyczaj limit 120km/h. Boczne jednojezdniówki (o numerach 2 i 3-cyfrowych) są zazwyczaj podobnej, doskonałej, jakości. Konieczne przejazdy przez centra miast spowalniają nieco tempo.
Google Maps prowadził w zasadzie bocznymi drogami, zatem mieliśmy okazję poznać zwyczajne, nieturystyczne RPA. Zanika powoli obawa przed zatrzymywaniem się w mniejszych miejscowościach, przed zwyczajnymi stacjami benzynowymi. Napotkany remont drogi i asfaltowanie- Cała brygada czarnoskórych dowodzona przez samotnego białego.
Ruch wahadłowy czyli tzw. stop/go- rozwiązany ciekawie i jak na RPA, brutalnie. Obsługują to żywi ludzie, zapewne nie dałoby się tu zaufać światłom.

Harrismith wita nas stosunkowo najgorszym miejscem noclegowym- aż an 3 noce- podczas całego wyjazdu. Nie jest złe, bo czyściutko, sam obiekt przestronny a manager wyjątkowo uprzejmy i przyjazny, bardzo chętny do rozmowy.
Niestety zarezerwowany 'Economy Room' niespecjalnie nadaje się do jakiegokolwiek dłuższego pobytu; po prostu 2 dość wąskie łóżka, wąskie przejście między nimi i malutka łazienka. Ciężko jest gdziekolwiek wcisnąć walizki, nie mówiąc o wygodnym "zorganizowaniu się". No cóż. Wiadomo- "economy" w RPA nabiera dosłownego znaczenia. Ale- przeżyjemy. I tak już poprzednie guesthouse'y i hotele zadziałały w rozleniwiający i rozpieszczający sposób.

Na szczęście w pokoju nie spędzimy ani minuty więcej, niż to konieczne; w planie dwie całodzienne wycieczki do parków narodowych.

Czy ktoś z Was w ogóle tutaj był na dłużej, albo chociaż przejeżdżał? To okolice "północnego Drakensbergu", dla bardziej mainstreamowego turysty- to po drodze z Durbanu do Johannessburga.

Golden Gate Highlands

Spróbuję rozpisać się mniej, niż zwykle. Bardzo interesujące miejsce. O tyle dziwne, że kilku niezależnych napotkanych lokalsów uparcie twierdziło, że park zwiedza się wyłącznie samochodem i może są fajne widoki, ale nic specjalnego. Cóż- nie zgadzamy się. Po przebyciu malowniczej trasy samochodem i krótkiej wizycie w bezsensownej cultural village , docieramy do Visitors Center i tam zdobywamy- na podstawie Wildcard, rzecz jasna- daily pass na wejście na szlak.
Swoją drogą, bez Wildcarda dość drogo, bo prawie 200ZARów na osobę.

Mapka pokazuje, że najciekawszy szlak zajmie około 4,5h. I faktycznie- zajął nieco ponad 5, łącznie ze zdobyciem szczytu o wysokości ok 2470m npm :) Świetne, ale wymagające miejsce. Doceniamy powagę gór w tym kraju. Trasa jest trudna technicznie i znów "brutalna" i "bezkompromisowa".

Kilka widoczków z Golden Gate Highlands:
Załącznik:
20180208_103200.jpeg

Załącznik:
20180208_112825.jpeg

Załącznik:
20180208_124403.jpeg

Załącznik:
20180208_135756.jpeg

Załącznik:
20180208_145715.jpeg


Szlak był naprawdę konkretnie męczący i poniekąd zdradliwy; i tak cud, że poszliśmy "pod prąd", tzn wbrew sugerowanemu kierunkowi. Bardzo strome podejście i tak lepsze niż bardzo strome zejście.

Zmęczeni, jedziemy w kierunku Clarens. To jedno z tych ultra-klimatycznych miasteczek, jeśli nie najbardziej klimatyczne, w jakim udało się być. Wiadomo, stylem i zadbaniem nie dorówna Simonstown, przepychem nie dorówna Hermanus, ale jest zdecydowanie warte odwiedzenia.
Za radą Tripadvisora, kręcimy się po okolicy w oczekiwaniu na godzinę 18:00, kiedy kuchnie otworzy restauracja Clementine's.

To właśnie tutaj, w miejscu makro-geograficznie niepozornym, w samym środku RPA- chociaż faktycznie, po wystroju restauracji można się było spodziewać samych dobrych rzeczy- było nam dane spożyć najlepsze mięso tego wyjazdu.
Rumpsteak- czyli nic super specjalnego, niby że, kotlet z psa pomielony razem z budą- z wątróbką.
Rozpływający się w ustach w sensie dosłownym. Kelnerka, widząc mój zachwyt, woła szefa kuchni.
Rozmawiamy z nim dobre 10-15 minut; knajpa, zaraz po 18:00, nie jest jeszcze super obłożona, chociaż większość stolików prezentuje kartki o rezerwacji.
Szef kuchni wspomina, że mięso jest uwielbiane przez Niemców z fabryki Mercedesa w Stuttgarcie, którzy regularnie bywają tu na wyjazdach integracyjnych. Zamawia wtedy 5x tyle co zwykle, bo mięsko znika w tempie błyskawicznym.
Wygląd- wyglądem, no cóż, zacząłem już wcinać, ale smak!!!! A cena- całkiem zwyczajna. Jak zwykle, zauważalnie taniej niż w Polsce.
Załącznik:
20180208_182134.jpeg


Royal Natal National Park

To miejsce budziło dość mieszane uczucia w momencie internetowych przygotowań. Oczywiście, przede wszystkim ekscytacja: drugi najwyższy wodospad świata, Tugela Falls jako główny powód wybrania właśnie tych okolic na przystanek między południem a Krugerem.
A może najwyższy wodospad. Podobno badacze wcale nie są pewni wyników porównania z Angel Falls.
Z drugiej strony, z materiałów które udało się w pocie palców na myszce odnaleźć, bo łatwo nie było, wynika, że park jest zaniedbany, szlaki oznaczone słabo lub wcale plus, same w sobie, dość trudne.

Poza wieloma innymi, mniej spektakularnymi i bardziej rekreacyjnymi szlakami w tym parku, do wyboru są jedynie dwa jednodniowe, umożliwiające zobaczenie wodospadu. Szlak na "dół" amfiteatru oraz szlak umożliwiający wyjście na szczyt amfiteatru po drabinach i przy pomocy łańcuchów, zapewniający widok wodospadu z góry.
Oczywisty wybór- szlak górny.
A nie, czekaj... szutrowa droga na parking- według niezliczonych opinii- to męka nawet dla wysoko zawieszonych 4x4, a zwykłe osobówki mają wielkie szanse po prostu urwać zderzak. Mocno niepolecana dla rental cars.
Zatem niestety, wybór oczywisty: szlak dolny. Jeszcze w domowym zaciszu w Polsce.

I faktycznie- dotarcie na parking tego szlaku nie było żadnym problemem. Może troszkę typowych, polskich dziur w drodze- cały czas asfaltowej- już na terenie parku.
Park faktycznie nie jest utrzymywany przez SanParks i to niestety widać.

Pieszy round trip na 25km, już samo to brzmi ambitnie, jeśli za oknem mamy prawie 30oC i stosunkowo wilgotno. Przy wejściu uprzejmy pan z obsługi kategorycznie każe wpisać całą dwuosobową grupę na do dziennika. Łącznie ze szczegółami tego, jak jesteśmy ubrani, jaki sprzęt posiadamy i kiedy zamierzamy wrócić. Grubo.

Na szczęście większość szlaku jest stosunkowo płaska, z łagodnymi i stabilnymi podejściami.
Pod koniec pojawiają się następujące atrakcje:
- 3-krotne przekroczenie strumienia bez możliwości zrobienia tego suchą stopą. No, może w jednym miejscu z trzech.
- Podejście po drabinie a następnie trzymawszy się czegoś, co powinno być łańcuchem, ale jest po prostu skręconym drutem.
- Mordercze podejście.

Dopiero po pokonaniu tych wyzwań da się zobaczyć wodospad.

Zgodnie z opisem, zdecydowana większość turystów poddaje się już przy strumieniu. Ale my nie... long story-short , szczerze mówiąc, poddajemy się dopiero na etapie skręconego drutu z ultra-błotnistym podłożem pod spodem.
Kilka dni temu rzuciły mi się w oczy relacje z Hawajów i błotnistych szlaków. Wyglądało to dość podobnie, chociaż oczywiście widząc, jak forumowi koledzy przebijali się przez hawajskie podłoże, to troszkę mi głupio i wstyd.

No, ale cóż. Wycieczka bardzo satysfakcjonująca.
Nie widzieliśmy wodospadu, niestety, ale widoczki same w sobie i tak są super-ciekawe.
Szczęściem w nieszczęściu i dobrą opcją do racjonalizacji tchórzostwa była burza, która już podczas zejścia błyskawicznie nadeszła nad amfiteatr, aby przemieścić się następnie w kierunku parkingu. De facto biegiem udaje się, dosłownie w ostatniej minucie, zdążyć przed nawałnicą i wsiąść do samochodu. Ludzie- bo było kilku takich- którzy tam na górze poszli dalej, na pewno wrócili bardzo mokrzy i dużo później.

Czynnikiem w decyzji o poddaniu się przy drucie było jednak przede wszystkim to, że "kiedyś tu wrócimy" i zobaczymy wodospad od góry.
Wykupując transport 4x4 do parkingu górnego szlaku albo mając nadzieję, że droga doczeka się przynajmniej niewielkiego remontu.

Niektóre widoki w Royal Natal:
Załącznik:
20180209_095044.jpeg

Załącznik:
20180209_110642.jpeg

Załącznik:
20180209_123351.jpeg

Załącznik:
20180209_134328.jpeg

Załącznik:
20180209_134920.jpeg

Załącznik:
20180209_150756.jpeg


Po dwóch dość wymagających "fizycznie" dniach, nastawiamy się na kolejny dzień pełen wrażeń. Przejazd pod sam Park Krugera a po drodze Panoramic Route.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 25 Mar 2018 20:33 

Rejestracja: 21 Lis 2014
Posty: 601
Ostrzeżenia: 2
... chylę czoła przed każdym, kto podjął się oraz... dokończył obszerniejszą relację. Przestaję się również dziwić bardzo pracom bardzo zwięzłym i mało szczegółowym. Ech, czas, czas, czas.

Zresztą- może zwięzłe relacje są dobre, przynajmniej czasami? Na pewno przyda mi się kuracja odchudzająca posty.
Wyświechtany, opisywany na 20-stą stronę w każdym przewodniku, każdej ofercie biura podróży i wreszcie w innych relacjach na F4F Park Krugera i jego okolice są do tego doskonałą okazją.

***

Trasa lokalnymi drogami z Harrismith aż na umowny początek Panoramic Route znów przebiegła bez żadnych zakłóceń. Podróż przez bardziej uprzemysłowione rejony również edukuje a wizerunek kraju nabiera "normalności". Kopalnie, duża elektrownia, typowo przemysłowe miasta i miasteczka.

Przed serią zdjęć typu "highlights", nie odmówię sobie jednak poczynienia spostrzeżeń własnych.
Ku potomnym, którzy podróż w te okolice dopiero planują.

Przede wszystkim, nie zrozumcie mnie źle- o ile znajdzie się w ogóle duszyczka, która przez te wszystkie wypociny przebrnie.
Ogólnie nie mam nic przeciwko miejscom popularnym, naszpikowanym turystyką masową. Takie miejsca czasem na to po prostu zasługują. Np. Wenecja zasługuje. Nowy Jork- nie. Skądś to znamy.
Park Krugera i okolice stoi zdecydowanie bardzo blisko Wenecji.
Poważniej- materiałów na Jego temat- napisanych lepiej, ciekawiej, sensowniej i bardziej merytorycznie niż... to... jest bez liku.
No, ale:

* TAK- warto przylecieć nawet tylko do JNB, nawet na te kilka dni i wybrać się do Mpulalangi i Limpopo. Śmiało!
Park Krugera uznawany jest za najlepsze na świecie miejsce do oglądania afrykańskich zwierzaków.
I coś w tym jest! Ja się zgadzam! Oczywiście nie będąc nigdzie w czarnej Afryce poza RPA, mogę się zgodzić w ciemno! Czemu najlepsze? Bo najdogodniejsze i najbardziej przystępne.
<wszechwiedzący troll mode on>
Nie, nie potrzeba tutaj przelewu SWIFT w dolarach na 4- cyfrowe kwoty, z których potem bank odbiorcy pobiera prowizje, jak w Tanzanii. </off>
Po prostu wsiadam w normalny samochód i jadąc asfaltową drogą oglądam lwy, nosorożce, bawoły, słonie i 1001 innych.
Morzna? Morzna!

* Banały, komunały i oczywistości- park jest duży.
Jeden dzień to za mało, zarówno pod kątem wrażeń krajoznawczych stricte jak i matematyczno-statystycznych. Chcesz zobaczyć zwierzaki? Daj sobie szanse! I nie spodziewaj się cudów- daj się pozytywnie zaskoczyć. Tak, czasem kilometry, dziesiątki kilometrów, nie widać niczego i nikogo, poza krzewami.

* Self-drive Safari to rzecz, do której trzeba się odpowiednio nastawić. Jeśli my, najbardziej odporni na długą jazdę samochodem ludzie na świecie, odczuwaliśmy znużenie i bolały nas tyłki, to jakoś odczuje to niestety każdy.
Ale to jest tego warte, a ewentualna alternatywa w postaci ultra-niekomfortowych zbiorowych terenówek- moim skromnym zdaniem- słaba.

* Znów tym bardziej skromnym zdaniem- nie warto raczej nastawiać się na X nocy w obozach na terenie parku. Dobry guesthouse niedaleko bram zapewni podobne możliwości zwiedzania, a jednocześnie będzie bardziej praktyczny- więcej restauracji, sklepów itd. itp. To oczywiście kwestia dyskusyjna i zależy od tego, ile godzin dziennie wytrzymują za kółkiem Wasze 4 litery, ile w ogóle macie czasu w Krugerze i jak bardzo kochacie zwierzęta. Bo fakt- w parku można spędzić i miesiąc i wtedy na pewno warto się zastanowić nad obozem.

Na nasze 5 noclegów wybraliśmy jednak Phalaborwę czyli środkową- północ, nie bez obaw oczywiście, w kontekście ograniczonych informacji i podzielonych zdań na forach. Nazwać to miejsce strzałem w dziesiątkę to mocno niedoszacować nasze odczucia ;)

Spod Phalaborwa Gate udało się w jeden dzień i to wcale nie "na styk" dojechać zarówno na praktycznie samo południe parku i stamtąd wrócić- również terenem parku- jak i mocno na północ.
A tryb i tempo jazdy po prostu odpowiednie. Zatrzymywaliśmy się wszędzie tam, gdzie chcieliśmy i gdzie miało to sens. Wstąpiliśmy chyba do 7 różnych obozów, w tym do Orpen, które ma swój ciekawy klimat.

* Wokół parku mamy do dyspozycji perełkowate miejsca... o tym za moment, w zdjęciach.
Tak, tak, nawet tutaj uaktywnia się jeden z dwóch zwojów mózgowych- ten odpowiedzialny za "znajdźmy miejsce, do którego nie docierają biura podróży" ;) Dociera za to Martyna Wojciechowska jak i ponad 100 innych ekip TV z całego świata :)

Przykładowy widoczek w okolicach God's Window. Banał. Każdy tu był, no nie?
Załącznik:
20180210_150537.jpeg


Phalaborwa: Lalamo Guesthouse. 110zł / noc. Porównać z cenami noclegów na terenie parku.
Zaspokaja raczej "podstawowe" potrzeby, ale za to gospodyni jest genialna a śniadania to mistrzostwo świata. Tak wyglądał ogród:
Załącznik:
20180211_084414.jpeg


Widoczek z kawiarni w jednym z obozów w północnej części parku. Płacone wiadomo jak :)
Załącznik:
20180211_144817.jpeg


Przykładowe- wcale nie najlepsze, jest tego mnóstwo- ujęcia zwierzaczków. Przez 4 (niepełne, bo na inne atrakcje też był czas :) ) dni udało się zobaczyć wszystko poza lampartem.
Lwy na odległość ręki i to ładnych kilka razy! Gepardy tylko przez lornetkę. Buffalos na kilka metrów i nosorożce mniej więcej na 20-30metrów.
Z ciekawostek: drogę przebiegł struś oraz wild dog.

Oprócz tego hurtowe, naprawdę ogromne, ilości słoni, zebr, dużo żyraf i wszelkiego rodzaju rogatych, na czele z impalą zwyczajną.

Wiele lepiej być nie mogło. Aż mi się teraz przypomniał tekst z kilku miejsc: "lato nie jest dobre do oglądania zwierząt w Parku Krugera"... Aha.

Załącznik:
20180213_144851.jpeg


Załącznik:
20180213_172129.jpeg


Załącznik:
20180214_131944.jpeg


A te kociaki rozbiły sobie obóz... 2km od Phalaborwa Gate, czyli ok 3,5km od naszego guesthouse'u. Szczęście zdecydowało o tym, że akurat upolowały coś co wyglądało na małego słonia akurat dokładnie przy drodze. :)

Załącznik:
20180214_181012.jpeg


Załącznik:
20180214_181556.jpeg


OK- no to teraz miejsca, w których chyba jednak nie byliście a które bardzo polecam. :>

Niedaleko Tzaneen.
Po prostu Tzaneen Lion Park. Może na granicy turystycznego kiczu, ale na pewno bez męczenia zwierząt. Do dyspozycji jest interakcja z małymi kotami (rezerwacja niewymagana) oraz wieczorne walki w asyście, już z dorosłymi osobnikami (i tutaj trzeba się odezwać kilka dni wcześniej i zabookować).
Z braku czasu zdecydowaliśmy się tylko na opcję numer jeden. Jako zdeklarowany kociarz, po prostu nie mogłem odmówić sobie wysuwania palcami pazurów u lwa, głaskania po grzbiecie i sprawdzania, jak ostre ma zęby. :)
Świetne i ciekawe miejsce, ok 1h drogi od Phalaborwy w kierunku zachodnim.

Kotek. Smartfonem! :)
Załącznik:
20180214_101253.jpeg


No i wreszcie icing on the cake
To tutaj była Martyna Wojciechowska.

Jessica to jedyny na świecie w pełni udomowiony hipopotam- no, może nie jedyny, bo w tym samym domu mieszka również Ritchie. Historia tego miejsca i tego zwierzaczka jest może lekko dziwna, ale na pewno zupełnie niezwykła.
Około 2002 roku, Jessica- wówczas noworodek- została porwana przez powódź i wyrzucona na ląd. Ląd należący do posesji obecnych opiekunów hipcia. Unikalne warunki spowodowały, że hipopotam dał się całkowicie oswoić i udomowić. Koronnym dowodem tego jest fakt, że mieszka on w odnodze rzeki (chyba Blyde, zresztą- tej od Kanionu :) ) i w każdej chwili może wypłynąć w pełny nurt i już nie wrócić. Jednak przez te 16 lat hipopotam nie tylko wraca, ale i broni domowników np. przed krokodylami czy innymi hipopotamami!

Miejsce jest magiczne; akurat poza nami nie było wtedy żadnych turystów. Facet z obsługi poświęcił nam z 2h jak nie lepiej, opowiadając bardzo dokładnie te historię oraz, RZECZ JASNA, jak to z hipopotamem w Afryce, pozwolił nam nakarmić i napoić Jessicę. A także Ją pocałować :)

Absolutnie godne polecenia! Ktoś był?

Jedynym mankamentem i minusem jest 8km naprawdę wrednej szutrówki za Hoedspruit, po której jedziemy albo 5km/h albo 90km/h. W drugim przypadku poświęcamy na ołtarzu spokoju przyczepność, możliwość hamowania, sterowania i w razie pecha- zderzak. Także wybrałem opcję nr 1. W przeciwieństwie do lokalsów.

Ale spotkawszy najgroźniejsze i najbardziej mordercze zwierzę Afryki, które rocznie zabija więcej ludzi niż wszystkie gatunki kotów razem wzięte (or so they say...), pocałowawszy go, napoiwszy Rooibosem i nakarmiwszy kukurydzą, po tej szutrówce doszedłbym jeszcze raz nawet na czworaka.

Załącznik:
20180213_095751.jpeg

Załącznik:
20180213_105413.jpeg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez john_doe, 25 Mar 2018 20:58, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 25 Mar 2018 20:46 

Rejestracja: 20 Lis 2014
Posty: 2364
platynowy
Morzna? Morzna!
Popraw bo nie da sie przejsc obok.....

Wysłane z taptaka.
Góra
 Relacje PM off
wtak lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 25 Mar 2018 21:22 

Rejestracja: 21 Lis 2014
Posty: 601
Ostrzeżenia: 2
Luzu więcej ;) Ale- szacun, że przeczytałeś! :)

http://bfy.tw/HIx1
Góra
 Relacje PM off
OSK lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 25 Mar 2018 21:24 

Rejestracja: 20 Lis 2014
Posty: 2364
platynowy
Przeczytałem z zazdroscia :)
Czekam na kolejny odcinek!

Wysłane z taptaka.
Góra
 Relacje PM off
john_doe lubi ten post.
john_doe uważa post za pomocny.
 
 
#19 PostWysłany: 26 Mar 2018 09:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Sty 2012
Posty: 2934
platynowy
Przeciekawe :)
A jak radziliście sobie "z malarią" ?
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
john_doe lubi ten post.
 
 
#20 PostWysłany: 27 Mar 2018 23:07 

Rejestracja: 17 Wrz 2015
Posty: 173
niebieski
Świetna relacja, mnóstwo przydatnych informacji. Dzięki :)
Góra
 Relacje PM off
john_doe lubi ten post.
john_doe uważa post za pomocny.
 
 
 [ 36 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group