Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 35 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
 Temat postu: Chwile w Chile.
#1 PostWysłany: 25 Gru 2017 12:57 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 225
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
- Chile? Chile??
Pomysł na wyjazd naszym znajomym wydał się nietypowy.
A że nie kojarzył się ani z Machu Picchu, jak Peru ani z tangiem w Buenos Aires, jak Argentyna
ani z karnawałem w Rio, jak Brazylia - to nie tylko nietypowy ale i nieciekawy.

Prawdę powiedziawszy, my również przeczytaliśmy "Dom Dusz" Isabel Allende a tekst piosenki
"[...] chwilę było jak w Chile, każdy miał ..." całkiem skutecznie kształtował wizerunek kraju.

Jednak AirFrance za 2000 PLN/os. był gotów przetransportować nas do Ameryki i na dodatek obiecywał, że
po dwóch tygodniach stamtąd zabierze do domu.
Bilety kupowaliśmy w styczniu 2017 a podróż miała odbyć się na przełomie listopada i grudnia.

Żeby zagospodarować w miarę racjonalnie dwa tygodnie w tym kraju, trzeba się trochę przyłożyć.
Po pierwsze Chile nie można, jak większość krajów na świecie, zwiedzać wzdłuż i wszerz.
W rachubę wchodzi tylko jeden kierunek.
Po drugie trzeba zwalczać ciągłe pokusy skoku na bok - a to do Boliwii a to do Argentyny, gdzie czyhają
różne znane atrakcje, bo wtedy na samo Chile czasu zabraknie.

Chilijskie relacje kolegów, bardzo inspirujące, przeczytaliśmy od dechy do dechy a następnie jeszcze raz.
Potem plany wycieczek, niezbyt licznie oferowanych przez biura podróży.
Wyglądało na to, że takiego stałego wypracowanego, sprawdzonego i powtarzanego przez wszystkich
kanonu zwiedzania drugiej ojczyzny Ignacego Domeyki nie znajdziemy.

Dwa tygodnie ułożyliśmy po swojemu, okazało się nie najgorzej - nie było zbyt męcząco ani też nie wiało nudą.
Stąd też i relacja, może komuś się przyda.


Ostatnio edytowany przez TikTak, 29 Kwi 2018 15:01, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
gosiagosia lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#2 PostWysłany: 25 Gru 2017 14:17 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 225
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Jeżeli mowa o kulturze Chile - szału jak w Peru czy Boliwii - nie ma.
Tradycje andyjskie przebijają się trochę przez europejskie z pochodzenia zwyczaje,
ale w sposób bardzo zorganizowany i uporządkowany.
Taka mieszanka radosnego bałaganu Aimara i ordungu zaprowadzonego przez dziewiętnastowiecznych
imigrantów z Niemiec.

Dlatego do Chile jedzie się przede wszystkim aby podziwiać przyrodę.
Główne must-see atrakcje to Atacama i parki narodowe Patagonii.

Jeżeli wygospodarować trochę więcej czasu i znacznie więcej pieniędzy -można polecieć na Rapa Nui.
Na Wyspie Wielkanocnej nie byliśmy.
Wydawało nam się, że koszty i fatyga z tym związane są duże w stosunku do tego, co można zobaczyć.
Jak jest na prawdę - nie wiem.

Bez wątpienia - w Chile jest znacznie więcej atrakcji przyrodniczych.
Ernesto, na przykład, twierdził, że zdecydowanie najładniejszy wulkan jest niedaleko jego domu,
gdzieś w połowie drogi między Santiago a Punta Arenas.
I strasznie ubolewał, że skoro tyle trudu na podróż z Europy podjęliśmy, to wielka szkoda ten widok stracić.
Na szczęście miał w komórce fotki.
Faktycznie, takiego ładnego wulkanu jeszcze nie widziałem, nawet Fuji San mogłoby się schować.

Obie atrakcje, to znaczy Atacama i Patagonia, są rozlokowane złośliwie:
Atacama całkiem na północy, Patagonia - na południu a pomiędzy nimi jakieś 9 tys. km i lotnisko przesiadkowe po środku,
w Santiago.
W związku z tym o autobusach dalekobieżnych trzeba raczej zapomnieć i skupić się na pozyskaniu niedrogich
biletów lotniczych na liniach krajowych.

Informacje o tym, że linie SKY AIRLINE są zdecydowanie tańsze od LATAM są całkowicie przesadzone.
Natomiast serwis internetowy LATAM działa sprawniej a oferta lotów jest wystawiona z większym wyprzedzeniem.
Jedyna trudność - trzeba KONIECZNIE skorzystać z hiszpańskiej wersji strony.

Jeżeli przestawimy się na angielski, zmieni się nie tylko język ale także ceny i dostępność ofert promocyjnych.
Pisałem do ich biura sprzedaży, czy nie oznacza to ograniczeń dla cudzoziemców.
Odpowiedzieli, że nie, że bez względu na to skąd pochodzę mogę sobie wybrać: tańszy bilet po hiszpańsku albo
droższy po angielsku.

Pewnie chodzi im o propagowanie nauki języków obcych.

Za cztery przeloty: Santiago - Calama -Santiago-Punta Arenas - Santiago z bagażem dodatkowym płaciliśmy
1000 PLN/os. mniej więcej.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#3 PostWysłany: 26 Gru 2017 05:17 

Rejestracja: 13 Mar 2013
Posty: 108
Loty: 131
Kilometry: 430 029
niebieski
z tymi 9 tys. kilometrrow to troche przesadziles
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#4 PostWysłany: 26 Gru 2017 14:35 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 225
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Nawet nie trochę tylko razy dwa, ;) 9 tys. musiałby przejechać nasz autobus.

====================================

Chile jest krajem zamożnym.
Nikt z jakąś specjalną determinacją o klientów nie zabiega.
Czy taksówka, sklep z pamiątkami czy agencja turystyczna, działa to na zasadzie:
chcesz to bierz, nie chcesz albo masz jakieś nietypowe potrzeby - to trudno, specjalnie
nam na tobie nie zależy.

Waluta, pesos, liczona jest w tysiącach.
Na własny użytek można przyjąć, że 1 tys. CLP = 6 PLN albo 1 USD = 6 tys. CLP
Ten drugi przelicznik jest stosowany w praktyce prawie wszędzie tam, gdzie godzą się
przyjąć dolary zamiast lokalnej waluty.
W rzeczywistości bankowy kurs wymiany to: 1 USD = 6.3-6.4 CLP, więc warto wstąpić do banku
albo kantoru i wyposażyć się w pesos hurtowo.

Pod żadnym pozorem nie należy wymieniać pieniędzy przygodnie, na ulicy.
Tak przynajmniej twierdzili poznani ludzie: współpasażerka z samolotu, taksówkarz wspominający
tęsknie "polska kielbasa" ze sklepiku który był i nie wiedzieć czemu zniknął z dnia na dzień czy w końcu
właściciel hostelu.
Podobno jest dużo ordynarnie, na kserokopiarce fałszowanych banknotów i przyjezdnych łatwo nabrać.

Kiedy to wszystko już wiemy - można wysiąść z samolotu i postawić nogi na chilijskiej ziemi.

Wylądowaliśmy w Santiago przed południem.
My tak, nasza walizka - nie, więc trochę to potrwało, zanim dotarliśmy do hotelu.
Na początek wybraliśmy Atacamę.

Przed dalszą podróżą dobrze jest chyba odpocząć i przenocować w Santiago.
W sumie takie rozwiązanie narzuca przede wszystkim rozkład lotów do Calamy.
Do wyboru jest hotel przy lotnisku, z transferem kosztuje ok. 300 PLN za dwie osoby, śniadanie w cenie.
W mieście jest taniej ale trzeba z kolei zapłacić za taksówkę, w jedną stronę 15-20 tys. CLP czyli jakieś
100 PLN albo tłuc się autobusem a potem metrem.
Metro w godzinach szczytu jest bardziej zatłoczone niż w Tokio.
Z kolei korki na ulicach też potrafią wydłużyć jazdę nawet do dwóch godzin.

Mówiąc krótko: przy krótkiej przesiadce lotniczej w Santiago polecam nocleg przy lotnisku.

Na Atacamę potrzeba co najmniej 6 dni: jeden na transfer z Santiago i ogarnięcie się na miejscu,
cztery na oglądnięcie tego co jest do oglądnięcia i jeden na powrót do Santiago.
Dni zarezerwowane na podróż takie do końca stracone nie są, lot trwa niecałe dwie godziny, więc albo
przed albo po też można czymś ciekawszym się zająć.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#5 PostWysłany: 26 Gru 2017 17:05 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 225
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Calama to niemałe miasto, ponad 100 tys. mieszkańców a dla turystów jest ważne, bo ma lotnisko
i największą na świecie odkrywkową kopalnię miedzi.

Lotnisko w Calamie jest oddalone od miasta o 20 min. albo wg innej jednostki miary: 6000 CLP za taksówkę.
Jego rozmiary - w sam raz, nie da się zgubić a wszystko co niezbędne - jest pod ręką.
A najbardziej niezbędny, bo opuszczeniu samolotu jest transport do San Pedro De Atacama, gdzie trzeba
zamieszkać, jeżeli planuje się codzienne wycieczki po pustyni.

Załącznik:
DSC06386.JPG


Załącznik:
DSC06387.JPG


Podaż rozmaitych pojazdów większych albo mniejszych jest duża.
Bilety kupuje się w hallu lotniska bez najmniejszego problemu, nie ma sensu zawracać sobie głowy
jakimiś wcześniejszymi rezerwacjami przez Internet.
Przy trzech okienkach były długie kolejki chętnych na podróż do San Pedro a przy czwartym- nie stał nikt.
Bardzo nam tego okienka było szkoda i dlatego w nim zrobiliśmy zakupy.
Podejrzane było tylko, że tutaj bilet kosztował 7tys. a tam gdzie kolejka: 12tys. CLP.

W sumie to nie dowiedziałem skąd ta różnica i ceny i zainteresowania.
Przypuszczam, że wersja droższa oferowała podrzucenie pod próg hotelu a nasza - tylko na dworzec autobusowy.

Jazda trwa niecałe dwie godziny, pod koniec drogi zwłaszcza, widoki przez okno są intrygujące, bo droga wije się nad
Valle De La Luna, więc czas się nie dłuży.

Popołudnie po przyjeździe trzeba poświęcić na zakup wycieczek po pustyni na następne dni.

San Pedro de Atacama prezentuje się całkiem przyjemne.
Zabudowa wygląda raczej rozdrypowo ale jest schludnie i czysto.
W zasadzie jest to wielkie biuro podróży, w każdych drzwiach oferowane są wycieczki po pustyni, repertuar
niemal identyczny, dostępność - od zaraz, od jutra, w najgorszym razie - od pojutrze.
Ten ostatni przypadek dotyczy imprez trekingowych i wyjazdów poza granicę boliwijską.

Centrum to jeden kościół i bez przesady - setki biur a raczej biurek podróży, tyle samo restauracji, barów i sklepów
z pamiątkami.
Nad gromadnie wędrującym wzdłuż ulic tłumkiem turystów unosi się leciutki ale tu i ówdzie gęstniejący zapaszek
marihuany.
Hippisi próbują sprzedawać wisiorki z koralików, żeby znaleźć środki na jeszcze parę dni w tym pięknym miejscu.

Zatem, mówiąc krótko - jest wesoło.

Załącznik:
DSC06772.JPG


Hostel w San Pedro z zewnątrz wygląda z reguły mniej więcej tak, jak całe miasteczko:

Załącznik:
DSC06594.JPG


Nasz był niedaleko dworca autobusowego, kilka minut od centrum.
Nazywał się North Atacama i był dostępny za pośrednictwem Booking.com.
Polecam.
Mają i dormitoria i pokoje z własną łazienką.
Sklepy spożywcze obok.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#6 PostWysłany: 27 Gru 2017 00:36 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 225
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Zakup wycieczek w San Pedro to szczególnie ważne i odpowiedzialne przedsięwzięcie, więc
naczytaliśmy się na ten temat rozmaitych porad i rekomendacji na Tripadvisorze i innych forach
oraz poradnikach.
Trzeba przyznać, że materiału na ten temat nie brakuje.

Wszyscy radzą, żeby nie kupować w pierwszym lepszym miejscu, tylko najpierw zrobić rozeznanie.
Potem nie dać się namówić na cały, kilkudniowy komplet wycieczek lecz sprawić sobie jedną.
Jeżeli będziemy zadowoleni, zawsze zdążymy z zakupem a jak nie - poszukamy innego biura.

Uzbrojeni w podbudowę teoretyczną ruszyliśmy w miasteczko.
Zaraz, przy pierwszych mijanych drzwiach zaczepiła nas energiczna blondynka.
Wyglądała trochę dobrze a trochę źle.
Dobrze - bo sprawiała wrażenie wyjątkowo zadowolonej z siebie i świata.
Źle - bo chyba za długo była na słońcu albo pogniewała się z filtrem do opalania.
- Excursion?
- Thank You, not now.
- Why not now? SO WHEN?
Weszliśmy do środka.
Po chwili rozmowy zorientowaliśmy się, że dziewczyna, Litwinka, która w San Pedro stanęła kilka miesięcy temu
na popas, o atrakcjach Atacamy wie tyle co i my a wycieczek takich, żeby było trochę trekingu a nie tylko jazda
samochodem - nie może zaproponować.

Nie dała za wygraną, wciągnęła nas w rozmowę i stwierdziła, że wprawdzie ona nie, ale koledzy w innym biurze
mają super wycieczki z trekingiem, dokładnie takie, jak chcemy.
Trudno było się oderwać od przeciwnika i podreptaliśmy grzecznie kilka zaułków dalej, gdzie mieli urzędować koledzy:

Załącznik:
DSC06776.JPG


Treking rzeczywiście był, ale polegał na całodziennym gramoleniu się na wulkan.
Lascar stanowił nr 1 ale do wyboru były też inne góry, trochę bardziej wymagające.
Natomiast inne wycieczki - standard, jak wszędzie, na dodatek ceny wcale nie zachęcały.

Już, już mieliśmy czmychnąć namolnej sprzedawczyni, gdy do środka wkroczył piesek.
Piesek wyglądał jak półtora nieszczęścia - jakaś część w gipsie, jakaś w bandażu, malowniczy
kołnierz wokół szyi.
Spojrzenie miał jednak w miarę, jak na swoja sytuację, wesołe i nawet próbował merdać.
Litwinka stwierdziła, że piesek jest od trzech dni jej, to znaczy znalazła go, pewnie potrącił go samochód
i ona teraz się nim opiekuje.

Piesek miał bardzo sympatyczny pysk, kupiliśmy komplet wszystkich wycieczek, pewnie coś mu
na rehabilitację z tego wpadnie.

Całe nasze przygotowanie i postanowienia zakupowe, chyba dosłownie, poszły psu na budę.

Nabyte wycieczki okazały się jednak nad wyraz trafione.
To znaczy - odbiór z hostelu punktualny, busik nowy i wygodny, przewodnik elokwentny i anglojęzyczny,
zwiedzanie bez pośpiechu a jedzenie dobre.
Byliśmy zadowoleni w 100%

Teraz wiemy już dokładnie jak funkcjonuje przemysł turystyczny w San Pedro i możemy napisać porządny poradnik
"Jak kupować wycieczki po Atacamie":

* Nie zawracać sobie głowy robieniem wcześniejszych rezerwacji przez Internet
* Nie zwracać uwagi na nazwę biura, gdzie dokonujemy zakupu. Choćby mówili nie wiadomo co, to i tak z kim
pojedziemy - zobaczymy w chwili wyjazdu.
Oni mają tu taką spółdzielnię i turystów oddają jak chłopa z ziemią, gdy sami nie zbiorą pełnej grupy.
* Kupić od razu komplet wycieczek, szkoda czasu na codzienne poszukiwania a w komplecie jednak może być
taniej.
* Biura, które oferują wycieczki po 40tys. CLP wymieniają się turystami z biurami za 40tys. CLP a biura z wycieczkami
po 100tys. CLP z biurami za 100tys. CLP
Nas przez trzy dni wozili po pustyni i karmili za 100tys CLP/ os. czyli jakieś 600 PLN i było świetnie.
Codziennie na busiku widniała inna nazwa biura a przewodnicy to freelanserzy pracujący dla kilku operatorów jednocześnie.
Nie wiem jak wygląda wersja tańsza, przypuszczam, że zamiast kilkunastoosobowego busika jest mały autobus,
być może, że nie ma też jedzenia.
* Nie iść pod prąd. Tutaj wszystko działa wg wypróbowanych schematów.
Chcesz oglądać solniska, gejzery, laguny - to będziesz jeździł samochodem. Dostaniesz po drodze drugie śniadanie i obiad.
Chcesz zmęczyć nogi - to zabierzemy cię na jakiś wulkan.
Rozwiązania pośrednie są drogie, trudno dostępne i na dobrą sprawę chyba nawet sam organizator do końca nie wie,
co mu z tego wyjdzie.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#7 PostWysłany: 27 Gru 2017 21:59 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 225
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Aha.
Zapomniałem o jeszcze jednej sprawie.
O ile nie ma sensu martwić się o wybór biura, to sam program wycieczki należy przed zakupem sprawdzić.
Odniosłem wrażenie, że niektóre agencje trochę wpuszczają klientów w maliny.
Jedna z nich na przykład oferuje "Perfect plan for 3 days" albo "Perfect plan for 5 days" skrzętnie omijając najciekawsze miejsca,
byle tylko nie jechać zbyt daleko.

Pierwszego wycieczkowego dnia trzeba było wstać rano, niestety.
Do Piedras Rojas jest ze 200 km a to, że przy okazji zobaczymy Red Rocks, Salar de Talar i Salar de Aquas Calientes
to żadne pocieszenie.
Wszystkie te nazwy dotyczą tego samego miejsca a zostały wymyślone specjalnie, żeby w głowach turystów
wywołać jeszcze większy zamęt i żeby już kompletnie nie wiedzieli za co zapłacili.

Pierwszy dłuższy postój jest zaraz za San Pedro, nad Laguną Chaxa.
W którą stronę popatrzeć - jest biało, od soli, bo to Salar de Atacama.

Krajobraz wygląda tak:
biało / biało / biało / flaming / biało / biało / dużo flamingów / biało / biało / kolorowo - Laguna Chaxa / biało / biało / biało / wulkan / znowu flamingi / biało / biało / biało ......

Na wszelki wypadek jednak, dołączam zdjęcia.

Załącznik:
DSC06409.JPG

Biało, biało

Załącznik:
DSC06430.JPG

Flaming

Załącznik:
DSC06411.JPG

Dużo flamingów

Załącznik:
DSC06412.JPG

Kolorowo

Załącznik:
DSC06439.JPG

Wulkan

Załącznik:
DSC06420.JPG

Znowu flamingi

I tu jeszcze jeden flaming:

Załącznik:
DSC06460.JPG


Flamingo to agencja, której zostaliśmy przehandlowani na ten dzień przez Volcano Aventuras.
Flamingo okazała się porządną firmą, więc nie protestowaliśmy.
Możecie sobie u nich też wycieczkę sprawić, ale wtedy przyjadą po Was ci z Volcano Aventuras.

A tak wyglądały śniadania i obiadki.
Jak pustynia, to pustynia i po drodze restauracji nie ma.

Załącznik:
DSC06461.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#8 PostWysłany: 27 Gru 2017 23:25 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 225
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Potem droga zaczyna się piąć w górę, aż do 4tys. m.

Żeby jazda nie była zbyt monotonna, wszystkie wycieczki zatrzymują się w Socaire.
Najwidoczniej tutejsi Indianie byli dawniej zajęci innymi sprawami niż budowanie
lub wytwarzanie czegokolwiek, bo za wiele artefaktów związanych z minionymi wiekami nie ma.

Zatem - na bezrybiu i rak ryba, więc jest Socaire.
Prezentuje się całkiem malowniczo ale przypuszczam, że Peruwiańczyk który wybrałby się tu
na wycieczkę za nic w świecie nie domyśliłby się, dlaczego Socaire ma być atrakcją.

Załącznik:
DSC06462.JPG


Na przełomie listopada i grudnia wszystko co może kwitnąć w Chile - kwitnie.
Nawet pustynia.

Załącznik:
DSC06473.JPG


W oddali dolina i Salar de Atacama.

Przewodniczka stwierdziła, że miejsca takie maja raczej charakter wyjątkowy.
W sumie to dobrze, bo co to byłaby za pustynia ...

Załącznik:
DSC06476.JPG


Załącznik:
DSC06491.JPG


Załącznik:
DSC06495.JPG


Od kwiatków do Piedras Rojas trzeba się tłuc po gruntowej drodze blisko dwie godziny.
Niedługo będzie lepiej, szosa w kierunku granicy z Argentyną jest w budowie.
Nie tylko kwiatki ale jakiekolwiek inne roślinki - znikają.
Jesteśmy na wysokości 4 tys. m, wszystko jest dokładnie potrzepane solą, choć w San Pedro
upał, tutaj trzeba założyć puchową kurtkę i wieje, wieje, wieje ...
Nic dziwnego, że nic tu nie chce rosnąć.

Piedras są rzeczywiście rojas.
Załącznik:
DSC06507.JPG


W sklepach z pamiątkami są czasem ramki z kolorowym piaskiem za szybką, który
układa się w różne ciekawe wzorki.
Spacerując po Piedras Rojas można mieć wrażenie, że jest się wewnątrz takiej ramki właśnie.

Załącznik:
DSC06536.JPG

Załącznik:
DSC06521.JPG

Załącznik:
DSC06512.JPG


Otoczenie Piedras Rojas to solnisko Salar De Talar.
Trudno mu zwrócić na siebie uwagę, bo oczy są skierowane z reguły na sąsiada.

Załącznik:
DSC06499.JPG

Załącznik:
DSC06534.JPG

Załącznik:
DSC06535.JPG

Załącznik:
DSC06503.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
17 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#9 PostWysłany: 28 Gru 2017 15:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
@TikTak, strasznie lubię Twoje relacje :) zwłaszcza styl narracji i spostrzeżenia. Jeśli mogłabym prosić - pisz trochę dłuższe teksty, żeby przyjemności było więcej :)
Pozdrawiam.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
marcinsss lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#10 PostWysłany: 28 Gru 2017 15:15 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 29 Maj 2011
Posty: 7322
A mi się dobrze czyta, akurat do pracy ;)
_________________
Odpoczynek od forum
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#11 PostWysłany: 29 Gru 2017 01:06 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 225
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Dziękuję! Ale mi miło.

Ale dłuższych tekstów nie da się pisać:(
Niestety.

Jak ktoś jest ładny ale na zdjęciach wychodzi tak sobie, to mówi się, że jest niefotogeniczny.
A co, gdy oglądanie czegoś jest intrygujące, co chwilę jakiś widok zachwyca i ciekawość pali co będzie dalej
a potem wychodzi opis w rodzaju "biało / biało / flaming"?
To jak się na to mówi?
Nietekstogeniczny?

Jeżeli tak, to Chile, a przynajmniej omawiana jego część, jest nietekstogeniczna właśnie.

Weźmy na przykład taką Duna Grande w Valle De La Luna.
Góra piachu ciągnie się ze dwa kilometry wzdłuż i sięga prawie do nieba.
Jest przy tym nieskazitelnie gładka, jak pupa niemowlęcia i posrebrzona solą.
Wszystko świeci się i mieni raz biało, raz pomarańczowo, gdy słońce schodzi niżej ...
A najładniej podobno podczas pełni księżyca.

Tymczasem, co tu można napisać?
"Azaliż piękna wydma właśnie! Nieprawdaż?"

Na szczęście całkiem tragicznie nie jest, bowiem na pustyniach zdarzają się
czasem rzeczy niezwykłe, żeby nie powiedzieć - nadprzyrodzone.
Na własnej skórze doświadczyłem cudu lingwistycznego.

Po kolei.
W Chile występuje zjawisko Turystów Brazylijskich.
Jak można się po tym wstępie spodziewać - występują oni licznie, są żywiołowo gwarni,
pasjami fotografują się jak i gdzie tylko się da.
W odróżnieniu jednak od Turystów Innokrajowych Turyści Brazylijscy są wyjątkowo dobrze
usposobieni wobec całego wszechświata i koniecznie chcą się zaprzyjaźniać z każdym,
kogo tylko spotkają.

Aha, jednej rzeczy nie wolno im mówić, sam się przekonałem: że gdy nasze tj. polska
i brazylijska drużyny spotkają się w finale mundialu, to nasza wygra.
Sprawę należy przedstawić łagodniej, np. "nasze drużyny rozegrają wspaniały mecz".

Szczególnie jeden Brazylijczyk w naszej grupce objazdowej był nad wyraz rozmowny.
Gdy już wyczerpał wszystkie możliwe tematy, nie ustawał i np. występował z problemem:
- A jak myślisz, ile jest do tamtego jeziora?
- Eee, nie, nie masz racji, stawiam że 500m.
- Bo wiesz, ja lubię polować, a żeby polować, to trzeba umieć ocenić odległość.
- A tak w ogóle, to byłem w piechocie.
- A ty byłeś w wojsku. A w jakim?
- itd. itp.

I tak sobie radośnie gwarzyliśmy na każdym postoju, aż do chwili, kiedy zorientowałem
się, że Brazylijczyk mówi po portugalsku i trochę po hiszpańsku, ja natomiast po polsku
i trochę po angielsku.
Jak do licha ciężkiego możemy się rozumieć??!!

Owszem, było wino do obiadu, ale tylko trochę.

Na dodatek opowiedziałem mu dowcip o papudze i lodówce i wyglądało na to, że zrozumiał
o co chodzi.

CUD PUSTYNI!

==================================

W drodze powrotnej z Piedras Rojas zboczyliśmy jeszcze raz z asfaltu i znów samochód
musiał męczyć się kilkanaście kilometrów pod górę.
Laguny Miscanti i Miniques to właśnie te oddalone o 500m.

Załącznik:
DSC06573.JPG

Załącznik:
DSC06551.JPG


Jak widać Chilijczycy bardzo dbają o swoją przyrodę.
Tutaj, podobnie jak przy wszystkich pozostałych atrakcjach chodzi się tylko po wyznaczonych ścieżkach.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#12 PostWysłany: 31 Gru 2017 16:36 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 225
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Na drugi dzień trzeba było wstać jeszcze wcześniej, zaraz po 4.00.
Gejzery El Tatio są żelaznym punktem wszystkich programów wycieczkowych
wokół San Pedro więc nie mieliśmy dość odwagi, żeby choć trochę kontestować sensowność
tego, jak by nie patrzeć, poświęcenia.

Tym razem pod hostelem zjawił się busik firmowany przez Volcano Aventura, czyli tych, którzy
wycieczki nam sprzedali.
Sądząc po nazwie firmy, to pewnie bardziej się im podobają wulkany, niż płaskie części Atacamy,
więc być może dlatego tym razem osobiście poświęcili nam swój czas.
Gejzer do wulkanu trochę podobny, tylko mniejszy.

El Tatio są daleko i wysoko - trzeba jechać blisko trzy godziny a na miejscu jest mróz.
Od strony wjazdu dolina z gorącymi źródłami wygląda dość szaro, bo słońce jest jeszcze za horyzontem:

Załącznik:
DSC06599.JPG


Ale cała zabawa właśnie na tym polega, żeby przyjechać z rana, kiedy powietrze jest jeszcze mroźne.
Para spod ziemi bucha wtedy szczególnie widowiskowo.
Dlatego też wycieczek o innej porze niż wczesny poranek - nie ma.

Kiedy podejdziemy bliżej, przestaniemy być rozczarowani.
Co chwilę któraś dziura w ziemi ożywa, czasem nagle, czasem stopniowo wyrasta z niej słup wody pomieszanej
z parą.

Załącznik:
DSC06602.JPG

Załącznik:
DSC06614.JPG


Kamyki wyznaczające granice ścieżek zbyt fotogeniczne nie są.
Mają tu jednak swoją rolę, poza tak wyznaczone granice nie wolno wychodzić.
Porządkowi specjalnie nie rzucają się w oczy.
Ale wystarczy tylko postawić nogę za ścieżką i zaraz ktoś podejdzie, żeby zwrócić uwagę.

Załącznik:
DSC06619.JPG

Załącznik:
DSC06662.JPG


Ma to jednak sens, bo zdarzały się wcześniej ponoć całkiem poważne przypadki poparzeń.
Wcale się nie dziwię.
Pióropusz wrzątku potrafił pojawić się nagle, w miejscu gdzie parę chwil wcześniej kompletnie
nic się nie działo.
Dobrze, że kamienna obwódka ostrzegała - nie idź tam.

Załącznik:
DSC06641.JPG


O ile dojazd do El Tatio odbywa się w nocy to powrót jakieś dodatkowe atrakcje ze sobą niesie.
W okolicy dymiącego wulkanu Putana jest malownicza laguna, gdzie sprowadziły się rozmaite duże i małe
ptaszyska.
(znowu się nie zgadza - co to ma być za pustynia ??!!)

Załącznik:
DSC06742.JPG

Załącznik:
DSC06744.JPG


Kawałek dalej wąwóz porośnięty wielkimi kaktusami i znów laguna.
Tym razem brodzą w niej flamingi.

Jest też i wioska Machuca.

Załącznik:
DSC06752.JPG

Ładnie? Ładnie.
Ale nic poza tym.

Tłumy powracające z El Tatio wędrują wzdłuż wioski (wszerz się nie da) i zastanawiają się: po co tu jesteśmy?
W końcu zagadkę rozwiązują: jesteśmy tu, żeby zjeść grilowany szaszłyk z lamy.
I ustawiają się w kilkudziesięciometrowej kolejce po ów szaszłyk.

Szaszłyki piecze pięciu gości.
Dokładnie to piecze jeden, drugi wachluje, żeby ogień nie zgasł, trzeci pilnuje, żeby przynosić na czas nowy materiał do
pieczenia, czwarty kasuje pieniądze, piąty dokłada patyków do ognia.
Cała wioska ponoć ma teraz ośmiu mieszkańców.
Przypuszczam więc, że szósty nadziewa szaszłyki na zapleczu a siódmy pewnie na te lamy poluje.
Ósmy - nie wiem co może robić, może darmozjad jakiś?


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#13 PostWysłany: 01 Sty 2018 12:33 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 225
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Z gejzerów do San Pedro wraca się koło południa, zatem pojawiła się okazja, żeby
bliżej przyjrzeć się, co tam ciekawego w miasteczku jest.
Ze szczególnym uwzględnieniem sklepów z pamiątkami, bo zawsze pamiątki
rodzinie i kolegom przywozimy.
Co oni, biedni, potem z tym robią?!

W jednym ze sklepów spotkaliśmy naszą Litwinkę.
Dzisiaj zajmowała się sprzedażą srebrnej biżuterii.
Wyraźnie uradowała się na nasz widok.
Wiedząc, że w nadchodzącym nieuchronnie starciu nie mamy najmniejszych szans, krzyknęliśmy tylko
"muszę do toalety" i wypadliśmy na zewnątrz.

Staramy się nie iść na łatwiznę i nie kupować magnesów na lodówkę.
No, najwyżej dla Grażyny, bo zbiera.
Po gruntownym przeanalizowaniu oferty handlowej San Pedro zdecydowaliśmy, że sprawimy znajomym
albo po glinianej, andyjskiej szopce bożonarodzeniowej albo po pingwinie.
Jakoś niezręcznie było kupować te pingwiny na pustyni, więc stanęło na szopkach.

Szopek, jak policzyliśmy, było nam potrzebnych ze dwadzieścia, a po dwóch godzinach wędrówki od sklepu
do sklepu ciągle nie mieliśmy ani jednej.
Na dodatek dopadł nas głód.

Niestety, w związku z wczesnym powrotem, gastronomia w czasie wycieczki była ograniczona.
Dali nam tylko drugie śniadanie.
Teraz musieliśmy samodzielnie zdobyć pożywienie!!!

Życie w San Pedro rozkwita na dobre w godzinach wieczornych.
W związku z tym ktoś, kto poszukuje pożywienia o niewłaściwej porze staje się przyczyną
zakłopotania albo konsternacji wśród obsługi odwiedzonego lokalu.
Nawet, kiedy wyglądało na to, że wszyscy, łącznie z kucharzem zdążyli się już obudzić,
miałem nieodparte wrażenie, że patrzyli na nas i myśleli:
"no dobrze, w sumie, zaraz im coś z wczoraj odgrzejemy, może się nie otrują, a jeśli nawet to przecież
nie padną tu u nas od razu".

Gdy zrezygnowani i głodni wracaliśmy do hostelu, na obrzeżu miasteczka w oko wpadł nam
szyld "Cocineria".
Ludzi w środku było pełno, ani jednego turysty, sami miejscowi.

I teraz już wiemy dokładnie co i jak.
Jak pisze "cocineria" to jest smacznie i niedrogo.

Jedyną wadą a może i zaletą cocineri jest to, że raczej nikt słowa po angielsku nie będzie znał.
Nie ma też menu, najwyżej dostaniemy nagryzmoloną po hiszpańsku karteczkę z listą trzech,
czterech dań, jakie dzisiaj gotują i trzeba sobie będzie coś wybrać.
Jeżeli opanujecie hiszpański równie doskonale jak my (wiemy co to znaczy "con carne", "sin carne",
pollo, pesca, llomo a nawet patatas!!!) element zaskoczenia, gdy przyniosą Wam talerz będzie
mniejszy.

Drugą, oprócz El Tatio atrakcją San Pedro, której nikt nie odważy się ominąć, jest Valle De La Luna.
Dolina jest zaraz za miastem, jeżeli ktoś jest fanem kolarstwa może nawet sobie wypożyczyć rower
i w jej stronę popedałować.
W miejscach, gdzie z roweru trzeba zsiąść, bo albo będziemy gramolili się na wydmę albo wchodzili do jaskini,
są stojaki, do których pojazd można przykuć.

My poszliśmy po najmniejszej linii oporu i kupiliśmy wycieczkę.
I tym razem Volcano Aventura eskortowało nas osobiście.
W sumie nie wiem dlaczego, bo w przeciwieństwie do gejzerów - Valle De La Luna do wulkanu w żadnym
aspekcie podobna nie jest.

Wszystkie wycieczki, chyba bez wyjątku, wybierają się do Księżycowej Doliny o 16.00.
Wygląda na to, że dlatego, aby oglądanie zakończyć podziwianiem zachodu słońca nad doliną.
Wcześniej trochę się przez dolinę jedzie, trochę idzie, trochę wspina na wydmę.
A szczególnej atrakcyjności doliny decyduje melanż biało - srebrnej soli i rudego piasku.
Dodatkowo sama forma też jest wyjątkowo urozmaicona

Załącznik:
DSC06807.JPG

Załącznik:
DSC06808.JPG

Załącznik:
DSC06809.JPG

Załącznik:
DSC06810.JPG


Wspinaczka na wydmę zajmuje nie więcej niż pół godziny.
Jest też dłuższy szlak ale wygląda na to, że większość zorganizowanych grup go omija.
Nasza też, niestety.

Załącznik:
DSC06822.JPG

Załącznik:
DSC06813.JPG

Załącznik:
DSC06831.JPG


Poszliśmy za to do jaskini.
Jaskinia jest cała z soli, wcale taka łatwa do przejścia nie jest, miejscami trzeba sobie poświecić
komórką.

Załącznik:
DSC06853.JPG

Załącznik:
DSC06840.JPG


Zawsze miałem nieodparte wrażenie, że jeżeli gdzieś nie mają nam zbyt wiele do zaoferowania, to chwalą się
pięknym zachodem / wschodem słońca nad posiadaną "atrakcją".
A ponieważ wschody i zachody są zawsze piękne, to choćby chodziło tu o stóg siana, to jakoś to będzie.

Nie jest tak w przypadku Valle De La Luna.
Zachód słońca jest tu rzeczywiście PIĘKNY I NIEPOWTARZALNY.

Załącznik:
DSC06865.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#14 PostWysłany: 07 Sty 2018 22:54 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 225
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
W niedzielny poranek przyjechał po nas, dla odmiany, busik podpisany "Viva de Atacama!".

Wcale się nie zdziwiliśmy.

Jak należy się spodziewać Salar de Tara Flat jest flat, czyli podobieństwo do wulkanu raczej
znikome albo wręcz żadne.
Zatem na pewno nie mógł to być obszar zainteresowań Volcano Aventura.

- Polonia? Dzen dobry:) Ja troche polsky mofie, powitał nas Hector, dzisiejszy przewodnik.

- Piekna Polska, ja byl dos miesiac. Bydgosc linda, eee.., piekna, bardzo, bardzo piekna ...
Hector zapatrzył się w dal, ponad naszymi głowami i na chwilę gdzieś, hen, hen odleciał...
- Aaaa, no tak, tak. To wasze miejsca.

Wycieczki do Tara Salt wcale specjalnie nie są eksponowane w ofertach agencias de viajes.
Pewnie dlatego, że trzeba jechać pod górkę.
Nie jest ona byle jaka, pnie się przez ponad sto kilometrów non stop.

Załącznik:
DSC06887.JPG

W dolinie został Salar de Atacama i San Pedro.

Załącznik:
DSC06888.JPG

To nie źle ustawiony aparat, tylko droga ciągle pod górę.

Wyobrażam sobie, że strasznie fajnie musi się tu jeździć na rowerze.
Z powrotem, oczywiście a nie do góry.
Sto kilometrów bez pedałowania, no, no.

Gorzej jednak pewnie bywa z hamowaniem.
Co kilkaset metrów droga ma zrobione krótkie odgałęzienia oznaczone tablicą: "pista emergencia".
Pista emergencja jest wysypana grząskimi kamykami i kończy się pagórkiem usypanym też z takich
kamyków.
Przypuszczam, że chodzi o to, że gdyby komuś puściły hamulce, to nie zatrzyma się on
dopiero sto kilometrów dalej, tylko będzie mógł skręcić i możliwie bezpiecznie zaryć się
w miękkim podłożu.

Problem hamowania na pewno nie ma tu charakteru wyłącznie akademickiego.
Na poboczu widzieliśmy wrak autobusu, który jechał z Argentyny.
Zapalił się od rozgrzanych hamulców.

Załącznik:
DSC06894.JPG

Licancabur zdaje się być w zasięgu ręki.

Hector darzył nas szczególną atencją.
Byliśmy wprawdzie jego jedynymi anglojęzycznymi podopiecznymi, ale fakt, że przyjechaliśmy z Polski,
widać było, też miał dla niego znaczenie.
- Bydgosc piekna, bardzo piekna...
Jak się okazało wkrótce, zachwyt dla Bydgoszczy wcale nie był skutkiem zastosowanych tam
rozwiązań urbanistycznych albo urody zabytków ale Zosi, która owe miasto, zdaje się, ciągle zamieszkuje.

Hector, co się na nas popatrzył, to smutny się robił jakiś taki.
Najpierw braliśmy to do siebie ale wyglądało na to, że niechcący o tej Zosi przypomnieliśmy
a Zosia Hectorem znowu zawładnęła na dobre.

Podejrzanie zachowywał się też Ernesto, młody lekarz z Santiago.
Zamyślony ciągle oddalał się od grupy, zawsze ostatni wracał do busika.
Na dodatek wyglądało, że postanowił popełnić samobójstwo przez złapanie jakiegoś ciężkiego
przeziębienia.
Wszyscy w polarach i puchowych kurtkach, w czapkach, rękawicach, nausznikach
i co tam kto miał.
A Ernesto - w koszulce z krótkim rękawkiem.

Żona zabrała mi ciepłą odzież i próbowała przyodziać nieboraka ale ten stwierdził, że ma
wszystko co potrzeba, lecz postanowił zamarznąć.

Po każdej wycieczce z fotek i wideo robię na swój użytek coś pośredniego pomiędzy pokazem slajdów
a filmem.
Pod zdjęcia podkładam muzykę, bo bez tego nikt takiego pokazu nie wytrzyma.
Muzyka musi pochodzić z odwiedzanego kraju.
A odkąd dowiedziałem się, że jedna z użytych kiedyś przeze mnie piosenek głosi, że: "[...] utniemy głowy
wszystkim niewiernym a ich kości będą bielały wśród piasków pustyni...", najpierw staram się
zrozumieć - o czym tam tak naprawdę śpiewają.

Próbowałem, przy pomocy google translatora, przetłumaczyć słowa kilku chilijskich szlagierów,
które, na pierwszy rzut oka wydawały mi się sympatyczne i wesołe -
i wtedy doznałem olśnienia.
W jednej chwili zrozumiałem Hectora, Ernesto, Francisco, taksówkarza z Santiago, Albierto,
smutnego sklepikarza po drodze do Puerto Natales i pozostałych:

ICH DUSZA CIERPI.

Czy są z tego powodu nieszczęśliwi?
Nie, bo tu wszyscy mężczyźni tak mają.
Możliwe powody do cierpienia duszy są w zasadzie tylko cztery.
Do wyboru:
* zakochałem się bez wzajemności
* zakochałem się ze wzajemnością
* nie mogę się zakochać
* ani jedno ani drugie ani trzecie, tylko jakoś refleksyjnie mi się zrobiło.

Jestem tego pewien niemal w stu procentach, bo mówią o tym piosenki, które tu śpiewają.
Inne tematy, poza wymienionymi - NIE WYSTĘPUJĄ.
Bierzesz np. wesoły, skoczny walczyk, w sam raz do twoich pięknych, słonecznych zdjęć.
Tymczasem włączasz google translator i masz:

"Jakiż to smutek odczuwa dusza, kiedy szczęście sięga
Jest przeciwny pragnieniom, za którymi tęskni serce
Jak zgorzkniałe są godziny mojego istnienia
Nie zapominając o swoich oczach, bez słuchania swojego głosu

Ale czasami, cień wątpliwości, że
Przez mój umysł przechodzi to jak śmiertelna wizja. Co za szkoda
Poczuj duszę, gdy sprzeciwia się niepobożny szczęście
Do pragnień, za którymi tęskni serce"

Najbardziej jednak podobało mi się tłumaczenie innej, wesołej, jak wcześniej
sądziłem piosenki:

"Serce mrozu opuściło pomieszczenie,
zimno spojrzenie, zimno serce;
cały czuł się pasterzem,
którego córka pracodawcy kochała najbardziej.

Dziewczyna tak ładna jak gwiazdy,
tylko w ogrodach można było znaleźć;
ich przodkowie, stary spuścił łomot,
Przytulili swoje łóżeczko, księżyc i morze.

Po prostu ją kochać, tylko patrzeć na nią,
szef rzucił mu wściekły poranek;
biedny owczarek, jak miał wyglądać
w tak pięknej córce nędzny pionek?"

Akurat ta piosenka tak najgorzej się nie kończy, to znaczy zależy dla kogo nie najgorzej.
O ile dobrze zrozumiałem, później jakiś tygrys albo inny zwierz zeżarł stado bogatego
pracodawcy, który nie chciał oddać ręki córki zakochanemu.
Tymczasem ubogi pasterz trochę się dorobił.
No i wtedy przyszła koza do woza.

Pierwszą piosenkę, "Que pena siente el alma" śpiewała Violetta Parra, drugą natomiast,
"Corazon de escarcha" - Hector Pavez.
Inne, fajne, klasyczne piosenki śpiewa El Indio Araucano.
Jeżeli ktos do Chile się wybiera, warto posłuchać i poczuć klimat tego kraju.

Muzyka, poezja i inne sztuki chyba odgrywają tu w życiu narodu naprawdę dużą rolę.
Trudno w to uwierzyć - gdy Pablo Neruda czytał swoje wiersze, potrafił ściągnąć na
stadion 70tys. słuchaczy.

ONI SĄ TU NAPRAWDĘ ROMANTYCZNI.

Nawet największy na świecie radioteleskop, wybudowany na Atacamie, nazwali "Dusza".
Może przy jego pomocy będą próbowali ją zrozumieć?

Załącznik:
DSC06896.JPG

W oddali anteny radioteleskopu. Są na wysokości 5tys. metrów.

Wycieczka do Salar de Tara okazała się dla mnie numerem 1 wśród wszystkich odwiedzanych miejsc.
Tylko wrażenia z Piedras Rojas mogą próbować odebrać jej to miejsce.

Zdjęcia postaram się podpisać fragmentami tekstów różnych fajnych chilijskich piosenek,
przetłumaczonych przy pomocy niezawodnego Google:)

Załącznik:
DSC06899.JPG

Załącznik:
DSC06922.JPG

"Samotny pustkowie, daleko od ciebie
czy będzie ciągnik rolniczy
jęczy, tęskni, tęskni
gdzie jesteś moja piękna"

Załącznik:
DSC06926.JPG

Załącznik:
DSC06928.JPG

"Niewzruszony pośród nie ma miasta
wytrwam skała twarda
miłość nie wyskoczy na mnie"

Załącznik:
DSC06931.JPG

Załącznik:
DSC06932.JPG

Załącznik:
DSC06938.JPG

Załącznik:
DSC06952.JPG

Droga za sercem wielki hałas
Szukam twego serca
Gdzie jesteś ty, nie kochasz
Zimno mi

Załącznik:
DSC06956.JPG

Załącznik:
DSC06957.JPG

Załącznik:
DSC06959.JPG

Załącznik:
DSC06961.JPG

Załącznik:
DSC06963.JPG

"Róże i fiołki zbieram i przechowuję
nasypię na drogę nogi do ciebie
dużo rzucam wprost
kolory tęczy ty masz bierzesz
kocham kocham ślicznie"


Załącznik:
DSC06964.JPG

Załącznik:
DSC06969.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
16 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#15 PostWysłany: 08 Sty 2018 10:48 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
!!! :D @TikTak, muszę to powiedzieć wprost. Uwielbiam Cię!!! :D
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
TikTak lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#16 PostWysłany: 08 Sty 2018 12:05 

Rejestracja: 07 Kwi 2014
Posty: 500
niebieski
mógłbym napisać to samo co @pestycyda ale jako mężczyźnie chyba mi nie za bardzo wypada
relacja świetna, jak zawsze
te fakty o Nerudzie na stadionie to sprawdzone czy chilijskie legendy dla turystów? :-)
Góra
 Relacje PM off
TikTak lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#17 PostWysłany: 11 Sty 2018 01:35 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 225
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Dziękuję! :oops:
Teraz jestem już pewien, że moim powołaniem jest tłumaczenie hiszpańskojęzycznej poezji. :roll:

Z tą frekwencją na stadionie chyba prawda.
Byliśmy później w Valparaiso w domu Nerudy.
Są tam różne pamiątki, między innymi zdjęcia ze spotkań z ludźmi.
Faktycznie - tłumy.

==================================================

Wokół San Pedro jest jeszcze niemało innych miejsc, gdzie warto się wybrać.
Całkiem blisko i trochę dalej - za granicą Boliwijską.
Kiedy pytaliśmy chilijskich przewodników o Laguna Verde i Laguna Blanca z radosną miną
oznajmiali, że ich jeziorka, które mogliśmy już pooglądać, wcale nie są gorsze a nawet pod pewnymi
względami ciekawsze.
Natomiast zapytani o Laguna Colorada - robili się smutni.
- No tak, Laguna Colorada jest wyjątkowa, u nas takiej nie ma.

Wycieczkę do matecznika flamingów można odbyć w jeden dzień.
Musieliśmy walczyć z pokusą, jak Chile to Chile a nie Boliwia.
W rozterkach duchowych pomógł jednak organizator tych wycieczek, stwierdzając, że bardzo chętnie
przyjmie od nas zapłatę, ale czy wyjazd dojdzie do skutku czy nie, to się okaże dopiero jutro rano.
Pomimo, że wspaniałomyślnie obiecywał, że w razie niepowodzenia odda pieniądze, rano pojechaliśmy
nie do Boliwii tylko do Calamy.

Samo miasto nie ma zbyt wiele do zaoferowania turystom, za to kilkanaście kilometrów za jego granicami
jest coś wyjątkowego - Chuquicamata.
Chilijczycy sami, zdaje się, do końca nie wiedzą co to słowo "chuqucamata" ma znaczyć.
Ponad sto lat temu ktoś tak nazwał powstającą tu kopalnię miedzi - i już zostało.

Przez ten czas ludzie zdążyli wykopać w ziemi dół głęboki na półtora kilometra.
Nadal, bez przerwy, gigantyczne ciężarówki, jak pracowite mrówki, krążą z góry na dół, z dołu do góry,
wywożąc rudę, więc za chwilę będzie jeszcze głębiej.
Ale i tak już teraz to największy dół na świecie z którego wydobywa się rudę miedzi.

Załącznik:
DSC07030.JPG


Dzisiaj Chuqucamata należy do państwa.
Pewnie nie miniemy się bardzo z prawdą, jeżeli będziemy sądzili, że nacjonalizacja bardzo dochodowej
kopalni w jakiś sposób wpłynęła na relacje Chile z innymi krajami:
Administracja USA czym prędzej uznała rząd Salvatore Allende za wyjątkowo niedemokratyczny,
antyludzki i ogólnie paskudny.
Nie mniej jednak Pinochet już upaństwowionej kopalni też amerykanom już nie oddał.

Obecnie zarządza nią państwowy koncern Codelco.

Kopalnię można zobaczyć z bliska.
Zwiedzanie organizuje Codelco.
Jeżeli jednak mamy ochotę na taką wycieczkę, musimy wcześniej zarejestrować się, korzystając z ich witryny.
Za fatygę nie musimy nic płacić, ewentualne dobrowolne datki na rzecz dzieci górników można zostawić po powrocie
z kopalni.

Dla chętnych do zwiedzania Codelco zbudowało porządną Oficina De Visitas i zatrudniło panie, które zajmują się organizacją
i pilnują, żeby wszystko odbyło się jak należy.
Załącznik:
DSC07003.JPG

Każdy uczestnik wycieczki dostaje odblaskowy uniform i kask a przewodnik dość skrupulatnie pilnuje, żeby
każdy miał go na głowie.
Załącznik:
DSC07007.JPG

Na wyjazd trzeba wystroić się w długie spodnie i długi rękaw: w wydobywanym piachu jest nie tylko miedź
ale prawie cała Tablica Mendelejewa, w tym trujący arsen i pierwiastki radioaktywne, więc nie jest dobrze, aby
pył, którego wszędzie pełno - osiadł na skórze.

Na miejsce jedzie się jednym z autobusów do przewozu pracowników a po drodze jest miasteczko górnicze.
Kilkanaście lat temu wszyscy jego mieszkańcy hurtowo zostali przeniesieni do Calamy.
Hałdy z kopalni stopniowo zaczęły wpychać się w ulice a poziom zanieczyszczeń przekroczył wszelkie możliwe
granice przyzwoitości - i dłużej już się mieszkać nie dało.
Zostało takie "miasto duchów":
Załącznik:
DSC07013.JPG

Załącznik:
DSC07020.JPG

Załącznik:
DSC07023.JPG


Na wstępie dostajemy porządny wykład z historii kopalni a potem na temat technologii produkcji miedzi.
Załącznik:
DSC07012.JPG


Kopalnię ogląda się z platformy zrobionej specjalnie dla gości.
Bardzo pilnują, żeby za bardzo z niej nie schodzić, bo wkoło rzeczywiście jest spory ruch i o wypadek łatwo.
Ciężarówki wielkości domu krążą tam i z powrotem.
Oprócz wywrotek, wielkie cysterny z paliwem, takie przenośne stacje benzynowe.

Pytałem przewodnika, jak wygląda praca kierowcy takiego pojazdu:
Dziennie wykonuje on do pięciu kursów od dna wyrobiska do góry.
Tak pracuje przez tydzień, potem kolejnych siedem dni odpoczywa poza kopalnią.
Praca ta uznawana jest za bardzo ciężką.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#18 PostWysłany: 14 Sty 2018 15:47 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 225
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Na wypadek, gdyby znalazł się ktoś, kto nie stracił resztek nadziei, że znajdzie w tej relacji jakieś
przydatne, praktyczne informacje, chciałem dodać, że wycieczka do Chuquicamaty rozpoczyna się
o 13.00 i zajmuje w sumie nieco ponad dwie godziny.

W związku z tym dość trudno racjonalnie zagospodarować dzień, to znaczy - pozostały czas.
Kopalnię połączyliśmy z porannym przejazdem z San Pedro i popołudniowym włóczeniem się po Calamie.
Miasto nie ma do zaoferowania jakichś specjalnych atrakcji ale posiada swój południowoamerykański
koloryt, duży deptak z setkami sklepów i sklepików w centrum i bary z peruwiańskim jedzeniem.

Załącznik:
DSC06981.JPG

Załącznik:
DSC06987.JPG


Tak, jak u nas ceni się kuchnię włoską, są włoskie restauracje i prawie każdy zna przynajmniej jeszcze jedną,
poza pizzą, typowo włoską potrawę, tak w Chile szczególną estymą cieszy się kuchnia peruwiańska.
O ile Peruwiańczyków traktuje się tu trochę jak ubogich krewnych (jest duża imigracja zarobkowa),
ich kraj, jako - jakby gorszy (Chile kiedyś dokopało Peru w co najmniej dwóch wojnach),
to prawie każdy Chilijczyk stwierdzi, że: peruwiańskie żarcie jest najlepsze.

Zamiast poszukiwań kulinarnych doznań można jednak spróbować zdążyć na wieczorny samolot do Santiago.
Nie podjęliśmy tego wyzwania i, niestety, w zasadniczy sposób wpłynęło to bardzo negatywnie na koszty całego
wyjazdu do Chile:

Samolot był zatem na drugi dzień po południu a przed południem poszliśmy znów na deptak handlowy.
- Wiesz co?, stwierdziła Ela,
- Tutaj są całkiem inne sieciówki z ciuchami niż gdzie indziej, ciekawa jestem, jak to tu działa.

Weszliśmy do galerii i zaczęło się.

Początek był bardzo optymistyczny:
- Eeeee, nie, nie, zupełnie inne te łachy, takie jakieś.
- To stroje ludowe czy co?
- Kto by w tym chodził??!!

Ale potem było już tylko gorzej:

- O, ale ta bluzeczka to super!
- A jaka oryginalna!
- Ale zobacz, jaka TANIA. U nas raz, że takich nie ma a dwa, to gdyby były to cena co najmniej razy dwa.

Druga bluzeczka też była bardzo ładna.
I trzecia, tym razem dla Asi, również wyjątkowej urody.
Podobnie jak spódniczka, pasek do tej spódniczki i już nie pamiętam, na swoje szczęście, co jeszcze.

Jakimś cudem udało się to wszystko do bagażu jednak upchnąć.
Późnym popołudniem byliśmy w Santiago, w tym samym, co poprzednio hotelu przy lotnisku.
A kolejnego dnia, dzięki pobudce o 3.00, zanim słońce na dobre wzeszło, mogliśmy się przywitać
z lotniskiem w Punta Arenas.

Wracając do informacji praktycznych.
Jeżeli podróżujecie z:
* żoną
* córką
* narzeczoną
* koleżanką
UNIKAJCIE PASAŻU HANDLOWEGO W CALAMIE JAK OGNIA!


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#19 PostWysłany: 14 Sty 2018 17:31 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 225
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
O ile do podróży po Atakamie najlepiej wykorzystać lokalne biura podróży z San Pedro,
to, wszystko na to zdawało się wskazywać, żeby zwiedzać Patagonię:
trzeba sobie wypożyczyć samochód.

Wypożyczalnie aut działają tu wg typowych reguł.
Latem samochód 4x4 koniecznie potrzebny nie jest, jak jest w zimie - nie wiem.
Jedyną odmianą w dziedzinie motoryzacji jest tutejsza specjalność: URYWANIE DRZWI.

Widać było wyraźnie, że nasze autko, choć całkiem młode, też ma już na koncie przynajmniej jedną
nieprzyjemną przygodę z urywaniem.
Pan z wypożyczalni, zanim oddał nam kluczyki, bardzo skrupulatnie i dwa razy pokazywał jak wsiadać i wysiadać
z samochodu, żeby drzwi zostały na swoim miejscu:)

Chodzi o to, że w Patagonii WIEEEEJEEEE.
Ciągle, mocno i bez przerwy, chyba...
Jeżeli zapomnimy się i będziemy wyskakiwali z samochodu z nadmiernym rozmachem, to w przypadku wysiadania "pod
wiatr": zaliczymy guza albo przytrzaśnięte palce.
W wersji "z wiatrem": drzwi auta wyłamią się.

W praktyce wcale tak strasznie nie było ale może mieliśmy szczęście do ładniejszej pogody.

Pomiędzy Punta Arenas a Puerto Natales, gdzie mieliśmy wykupiony nocleg, stacji benzynowych nie ma, droga jest
równa, pusta i PROSTA.

Załącznik:
DSC07092.JPG


I zgodnie z obietnicą: wieje.
Załącznik:
DSC07093.JPG


Nic zatem dziwnego, że las patagoński jest cokolwiek potargany i przypomina fryzurę naszego
pieska systemu długowłosy kundel, gdy temu uda się wyrwać na wolność i znaleźć przy tym jakieś
fascynujące chaszcze.

Załącznik:
DSC07091.JPG


Z powodu wietrznego klimatu większość elewacji domów jest pokryta blachą.
Nasza kwatera również.

Załącznik:
DSC07525.JPG

Hostal Kaluve zarezerwowaliśmy przez booking.pl i gdyby ktoś do Patagonii jechał - szczerze mu to
miejsce polecam.
Wszystko co trzeba było, śniadania w porządku, jadalnio-świetlica przyjemna, ale dom jak dom.
Za to gospodarz - wyjątkowy.
Bardzo uczynny, pomocny w sprawach organizacyjno-gospodarczych i towarzyski.

W końcu miałem okazję porozmawiać z Chilijczykiem o tym co mnie w Chile zainteresowało.
A od ostatnich dwóch najbardziej intrygował mnie: Teleton.
Patrzysz na gazety w kiosku, żadna nie ośmieli się pokazać bez napisu "Teleton" na pierwszej stronie.
Włączasz pierwszy, drugi, trzeci kanał w telewizji a tu: "Teleton".
W radiu: "Teleton", na bilbordach - "Teleton".

Pedro z dumą oświadczył, że to jest taka ich ogólnonarodowa akcja zbierania funduszy dla osób dotkniętych
przez los chorobą albo kalectwem.
W kweście uczestniczą wszyscy, starzy i młodzi, szkoły, urzędy, przedsiębiorstwa.
Nie ma chyba nikogo, kto nie chciałby wziąć w tym udziału a w ten weekend jest właśnie doroczny finał całego przedsięwzięcia.
Z tej okazji telewizja publiczna na wszystkich kanałach transmituje super koncert z udziałem wszystkich największych
gwiazd chilijskiej estrady, gdzie występy są przeplatane krótkimi historiami osób, którym Teleton pomógł.

Przez ekran przewinęła się tutejsza para prezydencka, członkowie rządu ale też i opozycji.
Ponieważ zbliżały się wybory prezydenckie, trwała dość ostra debata pomiędzy aplikantami do stanowiska.
W sprawie "Teletonu" byli jednak niepodzieleni i zgodnie wspierali akcję.

Pedro wyraźnie się ucieszył, że my też mamy coś takiego.
- Grand Orchestra ? Wszyscy Polacy to w takim razie muzycy, żartował sobie.

Załącznik:
logo.jpg

Tak, tak, ucieszyłem się.
TAK ??????
Zrobiło mi się wstyd, nie opowiedziałem Pedro o naszej telewizji, ani wypowiedziach posłów
z partii rządzącej.

Spacer wzdłuż nabrzeża i ulicami miasteczka zajął nam całe popołudnie i wieczór.
W sumie to dobrych kilka kilometrów.
Pod koniec dnia znowu zdarzyła się okazja do jeszcze pełniejszego rozwinięcia talentów lingwistycznych.
Bar, do którego trafiliśmy późnym wieczorem miał swój klimat ale, jak zwykle - po angielsku nie dało się
rozmawiać.
Na dodatek, jak na złość, prawie wszystkie dania miały bardzo długie i skomplikowane nazwy wypisane
kredą na tablicy przy drzwiach, a papierowego menu, w którym można by pokazać palcem co się chce - nie było.
Jeden z napisów udało mi się jednak zapamiętać i gdy kelnerka podeszła - zamówiłem: "pichanga".
Popatrzyła na mnie zdziwiona, parsknęła śmiechem i poszła sobie.
Wróciła po chwili ze smartfonem.
Na ekranie widniał przetłumaczony przez Google tekst: "Czy jesteś bardzo głodny?!"
Skinąłem, że jestem, w końcu coś mi się należy, od południa nie jadłem.
Po kwadransie dostałem górę mięsa pomieszanego z frytkami, warzywami, grzybami w ilości w sam raz dla
drużyny skautów.

Pedro z hostelu też się ze mnie śmiał.
Powiedział, że pichangę zamawia wspólnie grupa znajomych do piwa, na przykład.

Załącznik:
DSC07100.JPG

Załącznik:
DSC07106.JPG

Załącznik:
DSC07116.JPG

Załącznik:
DSC07118.JPG

Załącznik:
DSC07125.JPG

Załącznik:
DSC07129.JPG

Załącznik:
DSC07131.JPG

Załącznik:
DSC07138.JPG


Na przełomie listopada i grudnia, w Puerto Natales całkiem ciemno robi się dopiero przed jedenastą.

Załącznik:
DSC07517.JPG

Załącznik:
DSC07519.JPG

Załącznik:
DSC07522.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Chwile w Chile.
#20 PostWysłany: 25 Sty 2018 00:50 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 225
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
No i stało się.

Następnego ranka zdradziliśmy Chile i pojechaliśmy do Argentyny.
Na szczęście - tylko na jeden dzień.
Park narodowy Los Glaciares przylega jednym końcem do Torres Del Paine, więc, gdyby
nie granica polityczna - byłby to pewnie jeden kompleks przyrodniczy.

Może wtedy i za bilet płaciłoby się raz?

Wygląda na to, że granica argentyńsko-chilijska jest granicą przyjaźni ale też przyjaźni
bez nadmiernej przesady.
Codziennie odbywają się tu typowe dla takich miejsc rozgrywki, gdzie jedna z drużyn chce przerzucić
za umowną linię różne, zgromadzone wcześniej fanty a druga - próbuje ją powstrzymać.
Potem zamieniają się rolami, potem znów zamiana - i tak w koło macieju, do północy, gdy jest ogłaszany remis
i wszyscy idą odpocząć a opuszczone szlabany pilnują, żeby jakiś nadgorliwiec w odpoczynku nie przeszkadzał.

W związku z tym, zorganizowanie sobie wycieczki w celu obejrzenia lodowca Perito Moreno, oddalonego od
owej granicy o mniej więcej 350km wymaga odrobiny zmagań z oporem materii:
Nieprzesadzona przyjaźń sprawia, że biuro podróży, które chce z Chile przetransportować swoich turystów do Argentyny,
albo, na odwrót, z Argentyny do Chile - musi kilka dni wcześniej zgłosić swój udział we wspomnianych rozgrywkach.
Tymczasem - biuro nie wie, czy zbierze dostateczną ilość chętnych i do zawodów nie przystępuje.

W sezonie (Chilijczycy mają wakacje w lutym) - pewnie oferta rozrywkowa jest lepsza.
Przed jego rozpoczęciem, zwłaszcza gdy szukać z dnia na dzień, sprawa gotowej wycieczki do Perito Moreno wygląda gorzej.

- Eeee, nie takie rzeczy się organizowało, jak było trzeba - stwierdził Pedro.
Potem zadzwonił do Alberto, który po drugiej stronie granicy ma podobny turystyczny biznes.
Na drugi dzień rano, nie tak bardzo rano, bo granicę otwierają dopiero o siódmej, Alberto zabrał nas do Argentyny.

- Pamiętajcie tylko, jak się będą was pytać na granicy, że nie jedziecie w żadną turystykę tylko do kolegi z diesoczionoviembre.
- Nie, nie, nie Pedro, dzisiaj jest diesnuevonoviembre, stwierdziliśmy z całą pewnością.
- Ale ja nie mówię, że dzisiaj jest 29 listopada, tylko, że kolega jest z 28 listopada.

I rzeczywiście, miał rację, byliśmy tam godzinę później.

Całkiem normalne i sympatyczne miasteczko, ma nawet górę na której jest park, a w nim miejsce po podglądania kondorów.
Nazwa tylko dziwna: 28listopada.
Czasoprzestrzeń?

Zaraz za szlabanem, po argentyńskiej stronie, gdyby ktoś miał wątpliwości, może przeczytać zapewnienie:
Załącznik:
DSC07146.JPG

To chyba odniesienie do wojny z 1982.
Była ona spowodowana faktem, że Argentyńczycy mieli Malwiny a Brytyjczycy - Falklandy.
Pechowo, niestety, w okolicy panował niedobór wysp - i tak się stało, że jedni i drudzy myśleli dokładnie o tych samych
kawałkach lądu na oceanie.

Wojna była przepiękna!
Ileż bohaterstwa i oddania dla Ojczyzny!

Młodych Argentyńczyków zginęło ponad siedmiuset a młodych Brytyjczyków około trzystu.
Byłby remis, gdyby nie to, że angielski atomowy okręt podwodny zatopił znienacka, poza strefą działań wojennych,
niczego się nie spodziewający, argentyński statek - zdobywając za jednym zamachem 400 punktów.
Nie wiem jak punktują w tej konkurencji wdowy i sieroty, nie wiem też, czy ktoś je policzył.

Co by nie było - ofiara bohaterów nie poszła na marne.
Wprawdzie po zakończeniu wojny status wysp nie zmienił się ani o jotę w stosunku do sytuacji sprzed konfliktu,
ale za to:
* Bardzo wzrosło poparcie dla argentyńskiego rządu i Argentyńczycy zamiast demonstrować przeciw problemom
ekonomicznym zaczęli organizować manifestacje patriotyczne,
* Bardzo wzrosło poparcie dla brytyjskiego rządu i Brytyjczycy zamiast demonstrować przeciw problemom
ekonomicznym zaczęli organizować manifestacje patriotyczne,
* Bardzo poszły w górę akcje firmy Exocet. Okazało się, że rakiety, które robi ta firma są fajne.
Strzelali nimi Argentyńczycy. Taka mała rakieta trafiała w duży okręt i było po okręcie.
Brytyjczycy stracili siedem jednostek.
Czy może być lepsza reklama?

Przepraszam, że tyle o tym piszę, bo zastanowiła mnie świeża farba na wspomnianej tablicy...
Ostatnio w okolicy Malwin / Falklandów odkryli duże złoża ropy...
Podobno porównywalne z tymi w Katarze...

Podróż w stronę El Calafate była długa, ale nie do końca nurząca.
Szczególnie, już pod koniec drogi, Lago Argentino robi wrażenie swoim niebywałym kolorem.
Załącznik:
DSC07164.JPG

Załącznik:
DSC07177.JPG

Załącznik:
DSC07179.JPG

Załącznik:
DSC07181.JPG


A sam Perito Moreno jest wart całodniowej wycieczki.
Szlak wokół lodowca jest całkiem długi, ma kilka ścieżek i bez problemu da się tu zagospodarować kilka godzin.
Ponieważ mieliśmy przed sobą trochę drogi powrotnej, konieczne było samoograniczenie w tym zakresie, niestety.
Platformy obserwacyjne są dość blisko zwałów lodu.
Co chwilę rozlega się grzmot, bardzo podobny do burzy, gdy gdzieś, nie widać gdzie, lód pęka.
Widać za to, jak raz po raz od czoła Perito Moreno odrywają się całe, kilkunastometrowe ściany i z pluskiem
walą się do wody.
Z tego powodu statki wycieczkowe aż tak bardzo blisko do lodowca nie podpływają.
Załącznik:
DSC07184.JPG

Załącznik:
DSC07188.JPG

Załącznik:
DSC07194.JPG

Załącznik:
DSC07195.JPG

Załącznik:
DSC07202.JPG

Załącznik:
DSC07214.JPG

Załącznik:
DSC07216.JPG

Załącznik:
DSC07219.JPG

Załącznik:
DSC07222.JPG

Załącznik:
DSC07223.JPG

Załącznik:
DSC07229.JPG

Załącznik:
DSC07234.JPG

Załącznik:
DSC07235.JPG


Pod koniec drogi powrotnej spokojny i raczej flegmatyczny Alberto - oszalał.
Niemal z piskiem opon przefrunął przez Rio Turbio, o mało nie zjechał z asfaltu, prawie rozjechał kondora.
Wszystko po to, żeby gwałtownie zahamować przed strażnicą przy granicy i biegiem popędzić do jej środka.

Było już dobrze po 23.00 a zdaje się, że urzędnicy na granicy nie lubią tu za bardzo takich, co do ostatniej
chwili nie dają im wytchnienia - stąd pośpiech.

Wąsy urzędującego w kantorku Don Manuela opadły w dół, kiedy zabrał się za obracanie naszych paszportów.
Dociekał wytrwale, co my za jedni, w końcu znalazł napis "Poland".
Don Manuel miał swoje lata i posturę wychudzonego żubra, było mu w związku z tym drugim za biurkiem trochę ciasnawo.
Na dodatek wyglądało na to, że komputer, który kazali mu obsługiwać darzy szczerą i bezinteresowną nienawiścią.
Stanowczo wolał ograniczyć się do takiej dużej pieczątki, z którą doskonale się rozumiał.
Ale skąd tu można wiedzieć, czy taką pieczątkę można przybić jak tu pisze "Poland"??!!
Kiedy asystent Don Manuela, zgnieciony pomiędzy ścianą a Don Manuelem właśnie, w końcu podpowiedział szefowi,
że "Poland" żadnych wiz ani promes nie potrzebuje a następnie pomógł mu odszukać potrzebne klawisze
w urządzeniu na biurku - odetchnęliśmy z ulgą.
Don Manuel miał nas z głowy.
Przywalił potrzebne stemple - i wyjechaliśmy z Argentyny.
Wjazd do Chile odbył się bez ceregieli.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 35 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 4 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group