Dobra cena za wyjazd. Gdy „taniej się nie da” czy gdy „inni zapłacili więcej”?
Wyobraź sobie sytuację, w której ktoś po podróży przygotowuje szczegółowy kosztorys swojego wyjazdu. Poświęca na to czas, pamięta, by skrupulatnie notować każde lody, każdy parking, każdą kawę, wszystkie podatki turystyczne, cenę paliwa, rejsu, lotu i wielu innych elementów. To cały stos czyjejś dobrej woli, spora szczypta entuzjazmu, a przede wszystkim niepohamowana chęć, by innym było łatwiej. Ten ktoś klika „opublikuj”, a wszyscy są zachwyceni – dziękują, klepią po wirtualnych plecach, mówią, że to kawał świetnej roboty, która także im ułatwi zorganizowanie podróży. Ktoś coś dorzuci, ktoś coś podpowie i taki post ostatecznie staje się ściągą lepszą od tej, którą w ostatniej chwili udało ci się schować przed nauczycielką od chemii w pierwszej klasie szkoły średniej.
Hurghada od 2471 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Berlin)
Costa Brava od 1870 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Lublin)
Costa Blanca od 2189 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Kraków)
No, to tak by to wyglądało, gdyby świat wypełniały wyłącznie szczeniaczki, zamiast pieczątek w paszportach zbieralibyśmy żelkowe malinki, a lotniska były wytapicerowane pluszem. Jednym słowem – bajka. Rzeczywistość to już raczej coś pomiędzy Igrzyskami Śmierci, Freak Fightem, a debatą polityczną w stylu „ja panu nie przerywałem”. Dwa obozy budżetosceptyków, które taranują się do upadłego. I nie skończą, póki nie udowodnią sobie wzajemnie racji. Czyli… nigdy. Z nieskrywaną satysfakcją umieszczam ich w jednym rzędzie ze Strażnikami Cudzych Podróży, których na łamach Fly4free.pl przedstawiłam wam już kilka lat temu.
Napisz, ile kosztował twój wyjazd i patrz, jak świat płonie!
Doskonale pamiętam czasy, gdy w naszej redakcji mówiło się, ze uczciwa cena w dwie strony z i do Londynu to 78 zł, a za słowem HIT czy okazja kryły się loty za 1, 3 czy 9 zł. Za napisanie słowa okazja przy czterocyfrowej kwocie obowiązywało biczowanie się paszportem i przepisanie 10 razy regulaminu Ryanaira. To były piękne czasy, gdy określenie „tanio” i „drogo” determinowały jasno określone reguły. A potem tanie podróże stały się masowe (i dobrze!), nastąpił wielki wybuch (głównie cenowy), podróżnicze dinozaury w dużej mierze wyginęły, a na świecie nastał nowy porządek. Ten, w którym cena zawsze jest za wysoka, ale też… za niska.
Tylko raz w życiu popełniłam ten błąd, że publicznie napisałam o kosztach wyjazdu. Ależ się wtedy działo! Niespodziewanie bowiem zorganizowałam zlot finansowych niedowiarków, gotowych obracać w komentarzach każdą moją złotówkę. Podobną sytuację obserwuję niemal zawsze, gdy ktoś inny zdecyduje się na tak głupi krok w dużej podróżniczej grupie.
Dla jednych kwota zawsze jest za wysoka. „Ja bym to zrobił za połowę tej kwoty”, „ILE ZA BILETY? Płaciłem o 500 zł mniej”, „to chyba z biurem podróży, że za tyle”, „pół świata bym za to objechał”. Dopiero, gdy dopytasz o szczegóły okazuje się, że owszem – bilety były tańsze, bo zdecydowanie poza sezonem, a właściwie to pięć lat temu i z trzema przesiadkami, które w sumie wydłużyły podróż o 36 godzin. Noclegi? A, no tak, my spaliśmy u znajomych, ale przecież to nie ma większego znaczenia! Polecić restaurację? A to nie, w żadnej nie byliśmy.
Dla drugich kwota zawsze jest za niska, choć wciąż mówimy o tym samym podsumowaniu. „Za tyle, to chyba jak jedliście pasztet i spaliście pod mostem”, „dobra, dobra, ściemniać to my, a nie nam!”, „też byliśmy i wydaliśmy dużo więcej, w tych pieniądzach nierealne”. Nie ma znaczenia, że np. trafiły ci się promocyjne loty, że po prostu dobrze się przygotowałeś, dzięki czemu skorzystałeś z darmowego wstępu do drogiego muzeum, że zrobiłeś rozeznanie w restauracjach i wybrałeś tę bardziej na uboczu – równie mocno polecaną, ale z cenami o 30% niższymi. Że na miejscu kupiłeś bilet tygodniowy zamiast szastać jednorazowymi biletami komunikacji, a koszty widokowego rejsu podzieliłeś z zaprzyjaźnioną parą. NIE DA SIĘ / NIEMOŻLIWE / PO CO TAKIE BAJKI PISAĆ (*niepotrzebne skreślić – choć na monitorze nie polecam).
W skrócie – tak źle, a tak jeszcze gorzej. Tak to się koło (nomen omen fortuny) toczy.
Sąd w składzie „przypadkowi ludzie z Facebooka” orzekli!
Ludzie, przecież to wszystko po prostu ZALEŻY. Komentujący z łatwością zapominają, że wrzucone na grupę podróżniczą podsumowanie wydatków, to nie jest to obowiązkowe sprawozdanie przed radą nadzorczą losowych ludzi z Facebooka, którzy tworzą spółkę bez żadnej odpowiedzialności, a indywidualny kosztorys, który NIJAK może się mieć do Waszego podróżowania.
Jeden na wakacjach wydaje pieniądze, jakby jutra miało nie być, jakby kredyt hipoteczny zerował się, gdy tylko przekroczysz drzwi samolotu, a złotówka była Mariuszem Pudzianowskim pośród walut i miała wspaniały stosunek do euro – tak w okolicy 1:1. Ktoś inny kalkuluje każdego drobniaka, prześpi się pod namiotem, wykorzysta kupony z McDonald’sa, przegryzie zapasami z Polski, a w oczekiwaniu na najniższą cenę wykaże się cierpliwością godną tej jednej dziewczyny, która po 13. latach związku bez żadnych deklaracji, wciąż liczy na pierścionek zaręczynowy „jak przyjdzie dobry moment”.
Do tego jest jeszcze podróżnicza klasa średnia, która dziś jest prawdopodobnie najpopularniejsza, a mam wrażenie – szalenie ignorowana. Ci, którzy chcą podróżować, ale nie są ani krezusami ani niskobudżetowymi ultrasami. Zapłacą więcej, gdy pasuje im termin, bo wolą „przepłacić” i być na miejscu niż szczycić się tym, że nie dali się „oszukać” linii lotniczej… opowiadając o tym z własnej kanapy. Tu przyoszczędzą, tam wydadzą więcej. Okroją budżet na jedzenie, by wystarczyło na drogi bilet do spektakularnej atrakcji albo doświadczenie z listy marzeń. Albo odwrotnie – wszystko zwiedzą „na patencie”, by potem z uśmiechem na twarzy i brudną buźką wsuwać przepłacony makaron na lunch i steka na kolację – w restauracji szefa kuchni, którego podziwiają od lat.
Wierzcie mi, nawet uśrednienie kosztów, którym czasem dysponują organizacje turystyczne czy ministerstwa turystyki – nijak się ma do rzeczywistości. Świetnym przykładem były dane, którymi kilka lat temu podzieliła się Islandia. Przeciętny Amerykanin wydawał na pobyt średnio 207 tys. islandzkich koron (czyli obecnie byłoby to ok. 5 801 zł), podczas gdy Polak, w tym samym okresie zaledwie 65 052 ISK, czyli ok. 1823 zł. Każdy z nich, zapytany: „ile kosztuje wyjazd na Islandię?” odpowie coś skrajnie innego. I każdy będzie miał rację.
Nie ma jednej metody podróżowania, nie ma jeden listy atrakcji dla każdego, nie ma długości pobytu, który jest jedynym słusznym, nie ma optymalnego budżetu. I w końcu – nie ma dobrej ceny. Bo może być nią każda i żadna jednocześnie.
Proszę, pamiętajcie o tym i dzielcie się kosztorysami – na pohybel budżetosceptykom! 🙂