Czeka nas „Airmageddon”? easyJet i inni mają poważne kłopoty (choć samoloty latają pełne)
Pełne samoloty (wypełnienie na poziomie 94 proc.), rekordowa liczba pasażerów (22 mln) i coraz niższe koszty operacyjne – w normalnych czasach easyJet mógłby z zadowoleniem chwalić się swoimi wynikami.
Mimo to zyski przewoźnika kurczą się w zastraszającym tempie. W czwartek firma ogłosiła, że w bieżącym roku fiskalnym (zakończonym 30 września) zarobi na czysto 623-630 mln USD, czyli aż o 28 proc. mniej niż rok temu. I to mimo tego, że inne wskaźniki rosną. Oczywiście z wyjątkiem ceny akcji, które w czwartek potaniały o prawie 7 proc., a od początku roku – aż o 46 proc.
Z czego to wynika? Winny jest cały szereg czynników zewnętrznych. Począwszy od referendum w sprawie Brexit, w wyniku którego bardzo mocno potaniał funt. easyJet ocenia, że utrata wartości brytyjskiej waluty sprawiła, że przewoźnika będzie to kosztować w tym roku ok. 90 mln GBP.
Do tego trzeba też dodać strajki pracowników kontroli lotów we Francji, których efektem były setki odwołanych i opóźnionych lotów i na które narzekają linie lotnicze w całej Europie Zachodniej.
I jest jeszcze trzeci punkt, mianowicie – rekordowo niskie ceny ropy.
Co dobre dla pasażerów, niekoniecznie dobre dla linii lotniczych
Tak, tania ropa sprawiła, że linie lotnicze zaczęły obniżać ceny biletów. Fajnie, co? Jednak w ślad za mniejszym zainteresowaniem pasażerów, którzy zaczęli obawiać się podróży w strachu przed atakami terrorystycznymi, niektóre linie lotnicze wywołały prawdziwą wojnę cenową, byle przekonać ludzi do kupowania biletów, a efektem są słabe wyniki finansowe.
Sam easyJet podał, że przeciętny przychód linii na pasażera (czyli przede wszystkim cena biletu) spadł w ciągu roku aż o 8,7 proc.
Mimo to easyJet zwiększa liczbę dostępnych foteli w 2017 roku, bo jak mówi prezes przewoźnika Carlolyn McCall, przetrwają tylko najwięksi.
– Obecna sytuacja jest trudna dla wszystkich linii lotniczych, ale historia pokazuje nam, że w tych czasach tylko najmocniejsze linie najbardziej rosną w siłę – mówi.
Hiszpanie zamykają bazy
Poważne problemy ma też Vueling – hiszpańska tania linia należąca do IAG (w jej skład wchodzą m.in. British Airways i Iberia). Jak podaje hiszpańska agencja prasowa EFE, Vueling planuje w ramach restrukturyzacji zamknąć aż trzy swoje bazy operacyjne: w Brukseli, Palermo i Katanii. Największa jest ta pierwsza, z której Vueling obsługuje aż 7 kierunków. Według informacji EFE, tania linia, której główną bazą jest lotnisko El Prat w Barcelonie, chce się skupić na największych portach w Hiszpanii, Francji i Włoszech.
Co dalej?
Dziennikarz Reutersa Olaf Storbeck przewiduje „Airmageddon” dla niektórych linii lotniczych. Jednak jego zdaniem najmocniej po głowie wcale nie dostanie easyJet, tylko duże linie jak Lufthansa i Air France, gdzie koszty operacyjne są znacznie wyższe niż w tanich liniach.
Zapowiedzią problemów jest sytuacja linii Air Berlin, która w zeszłym tygodniu ogłosiła wielkie cięcia: zmniejszyła flotę o 40 samolotów, zamknęła 6 baz operacyjnych i kilkanaście połączeń, a także zapowiedziała zwolnienie 1200 pracowników.