Co za dużo, to niezdrowo. Piękne miejsca, które zrujnowali turyści
W dobie mediów społecznościowych na popularność danego miejsca nie muszą już wpływać wyłącznie książki na temat architektury, podręczniki do historii czy lista UNESCO. Czasem to kwestia przypadku, innym razem wystarczy film czy serial nakręcony w danym miejscu. Przeglądamy Instagrama i poszukujemy nowych, pięknych miejsc, które chcielibyśmy odwiedzić. Później sami udostępniamy nasze zdjęcia i tak nakręca się turystyczny biznes konkretnego miasta, atrakcji czy hotelu.
I wszystko wydaje się być w porządku. Miejsca zdobywają coraz większą popularność, przyjeżdżają turyści, wydają pieniądze. Miejscowi zarabiają, otwierają firmy, sklepiki z pamiątkami, pensjonaty. Aż przychodzi dzień, w którym popularność przechodzi najśmielsze oczekiwania. I rujnuje nie tylko oczekiwania turystów, ale też na zawsze zmienia życie lokalnej społeczności.
Każdy chce być Władcą Pierścieni
Wielka publiczność serialu „Gra o tron”, kilka ciekawych kampanii marketingowych i połączenia tanimi liniami lotniczymi spowodowały, że jednym z szybko zdobywających popularność miejsc stała się Islandia. Kraina lodu i ognia, wcześniej nieco niedostępna, przeżywa turystyczny bum. W ciągu kilku lat wyspa podwoiła liczbę turystów, która już dawno przerosła liczbę mieszkańców.

Fot. Smit/Shutterstock
A ci martwią się, że tłumy przyjeżdżających niszczą delikatny ekosystem, wpływają na znaczny wzrost cen i aż nadto eksploatują lokalną infrastrukturę, która nie była projektowana dla tak wielu ludzi.
Problem z cenami pojawił się też na Kubie. Tylko w ubiegłym roku gorącą wyspę odwiedziło o 13 proc. turystów więcej niż w ubiegłych latach. Hotele i restauracje muszą masowo zaopatrywać się w trudno dostępne towary, a co za tym idzie utrudniają dostęp do nich tym, którzy na Kubie muszą normalnie żyć. Sytuacja była tak kłopotliwa, że rząd zaczął kłaść nacisk na obniżenie cen dla mieszkańców, a nawet nieoficjalnie zachęcał sprzedawców do stworzenia „czarnego rynku” produktów.
Islandzki strach o naturę podzielają też Nowozelandczycy. Po tym, jak cały świat zobaczył ich piękne krajobrazy w tak popularnych filmach jak „Władca Pierścieni” czy „Hobbit”, wielu turystów zamarzyło o podróży w tę część świata. Niestety spora część przyjezdnych nie szanuje środowiska, obozuje gdzie popadnie, zostawia masę śmieci.

Fot. Daniel Huebner/Shutterstock
Z drugiej strony mieszkańcy przyznają, że tutejsza infrastruktura nie jest w stanie pomieścić wszystkich i sprawnie radzić sobie ze skutkami takiego napływu ludności. Bo choć turystyka jest kluczowym sektorem nowozelandzkiej gospodarki, to aż 35 proc. obywateli przyznaje, że ta branża wywiera zbyt duży wpływ na ich kraj.
Tragiczny los ekosystemu
Za ciszą i spokojem tęskni też przyroda Tulum w Meksyku. W ostatnich latach to miejsce przeszło drogę od spokojnego małego miasteczka z białymi plażami do obowiązkowej pozycji w każdym biurze podróży. To spowodowało, że wiele hoteli nie nadąża chociażby z utylizacją odpadów i wyrzuca je do pobliskich rzek czy zostawia w środku dżungli. A jest prawie pewne, że popularność tego miejsca będzie stale rosła i za parę lat Tulum może być kurortem porównywalnym z Cancun czy Playa del Carmen.
Z naporem turystów zdecydowało się walczyć Machu Picchu. Do niedawna odwiedzający mogli spędzić w zaginionym mieście dowolną ilość czasu. Jak przyznała ochrona obiektu, niejednokrotnie trzeba było interweniować w sprawie nieodpowiedzialnego zachowania ludzi, którzy swoją głupotą wpływają na bezpieczeństwo i stan bezcennych budowli.
Ostatecznie rząd postanowił wprowadzić limity, które określają dozwoloną liczbę turystów na każdy dzień i ograniczają czas, który zwiedzający mogą spędzić na terenie miasta. Dodatkową będą musieli korzystać z usług przewodnika i podążać wyznaczonymi trasami.
Lekkomyślne postępowanie ludzi odbiło się też na przepięknych Bahamach. Wśród plaż archipelagu znajduje się jedna szczególnie lubiana przez turystów. To na niej każdego dnia wypoczywają urocze świnki, które swoimi kąpielami w oceanie podbiły serca przyjezdnych. Niestety w styczniu 2017 roku, siedem z nich znaleziono martwych.

Fot. BlueOrangeStudio/Shutterstock
Wstępnie podejrzewano, że zwierzęta otrzymały od turystów alkohol i jedzenie, ale później udało się to wykluczyć. Jednak władze przyznały wtedy, że pływające świnie w ostatnich latach całkowicie zmieniły swój styl życia i w pełni uzależniły się od przekąsek przywożonych przez ludzi.
W Europie wcale nie jest lepiej
Kłopoty z naporem turystów mają też europejskie miasta. Wenecja, Barcelona, Rzym, Dubrownik przeżywają prawdziwe oblężenie i na każdym kroku próbują kontrolować sytuację. Wprowadzane są kolejne limity turystów i tworzone są nowe przepisy – jak chociażby te walczące z rozwijającym się rynkiem noclegów wynajmowanych przez Airbnb. Ceny w sklepach rosną, a mieszkańcy nie mogą normalnie funkcjonować. Nawet władze Krakowa i Gdańska dostrzegają, że wyludniają się centra miast. A kilka dni temu mieszkańcy Oxfordu także zaapelowali o interwencję w sprawie stale rosnącej liczby turystów.
Tą samą drogą idą popularne kurorty. Majorka i Ibiza będą ustalać limit dostępnych miejsc noclegowych, chorwacka wyspa Hvar wprowadza kolejne zakazy dla swoich gości, a Malia – popularny kurort na Krecie miał zablokować ponad 10 tysięcy rezerwacji dokonanych przez Brytyjczyków.
Mimo kolejnych obostrzeń i regulacji, turyści nie zamierzają rezygnować z odwiedzania popularnych miejsc. Nie zawsze są jednak świadomi sytuacji, którą zastaną na miejscu.

Fot. Javarman/Shutterstock
Na Instagramie wszystko wygląda pięknie, a w rzeczywistości często przepychasz się między setkami lub tysiącami osób, które próbują uchwycić ten sam kadr. Wszyscy się przepychają, krążą między straganami z magnesami, denerwują się i zarzekają, że już nigdy więcej. A potem wrzucają swoje zdjęcia do sieci i sami ściągają tu kolejnych turystów.
Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?