Fly4free.pl

„Ci cholerni Polacy!” Turystyka „narodowa” i modne kraje – nowy trend

Foto: Paweł Kunz, Fly4free.pl
Anglicy w Krakowie? Polacy w Gruzji? Chińczycy w Islandii? Moda na niektóre kraje powoduje, że stosunek miejscowych do zalewu przyjezdnych radykalnie się zmienia. I nie jest to dobra zmiana.

Zastanawialiście się kiedyś, czym jest „turystyka narodowa”? Pod tym nieco enigmatycznym określeniem kryje się coś, co można określić prościej i bardziej bezpośrednio: to istny potop turystów z jednego, konkretnego kraju. Niczym hordy najeźdźców opanowują dane państwo, nie próbując go do końca zrozumieć, mając za nic zakazy, nakazy, konwenanse. Przebywają na wakacjach, wyjeździe, szybkim wypadzie w takim modnym kraju… i wydając pieniądze uważają, że to właśnie oni rozdają karty.

Chińska ekspansja na małą wyspę

Islandia. Turyści z Państwa Środka są tutaj wszędzie. Zdominowali całą wyspę, zrobić zdjęcie w popularnych turystycznie miejscach na Islandii bez chińskiej głowy w kadrze to duża sztuka. Spotkasz ich przy każdym najmniejszym wodospadzie, przy rzeczce, na parkingach, drogach, w restauracjach. Są hałaśliwi, poruszają się grupkami (od 2 do kilkunastu osób), robią miliony zdjęć. I… miejscowi mają ich powoli dość.

– To jakaś paranoja – oburza się Arne z wypożyczalni samochodów na lotnisku w Keflaviku. – Oni nie mają wyobraźni! Strach jeździć po drogach po zmroku, bo Azjaci często w ogóle nie zmieniają świateł. I walą ci długimi po oczach, praktycznie oślepiając. Zabierałbym im za to prawo jazdy!

Arne nie przesadzał. Już pierwszego dnia na południu Islandii o mało nie wylądowałem w rowie, ponieważ chiński dżentelmen w wypożyczonej Toyocie Land Cruiser uznał chyba, że to on jest panem drogi w nocy… i może jechać jej środkiem, oślepiając światłami wszystkie nadjeżdżające samochody.

Po kilku dniach pobytu na wyspie gejzerów, rozumiem już frustrację miejscowych. Naprawdę czuję się jak w jakimś chińskim mieście lub prowincji. Na 10 napotkanych osób, 6-7 ma skośne oczy. Znalezienie rdzennego mieszkańca Islandii zaczyna przypominać zabawę w szukanie Yeti: podobno ktoś go kiedyś widział.

Narzekanie na chińskich turystów słychać tutaj wszędzie. Miejscowi dziwią się, dlaczego to właśnie ich mała wyspa została dosłownie skolonizowowana przez Chińczyków. Powoli starają się do tego przystosować (w wielu miejscach tabliczki z informacjami lub ostrzeżeniami są także w języku chińskim), ale nerwy narastają.

Fot. Paweł Kunz, Fly4free.pl

 – Oni myślą, że najważniejsze są ich pieniądze, które tutaj wydają. Jasne, kasa jest ważna, ale do cholery, czuję się nieswojo we własnym kraju  – nie ukrywa Oddmund, który pracuje w jednej z agencji oferujących jednodniowe wycieczki z Reykjaviku.

I coś w tym jest. Bo chiński turysta to… bogaty turysta.

Wartość pieniądza

Liczby porażają. Chiny to ogromny kraj, w którym mieszka ponad 1,3 mld ludzi. Szacuje się, że tylko co dziesiąty obywatel Chin nie poprzestał na zwiedzaniu swojego kraju, lecz ruszył dalej, na przykład do Europy. Ale to wystarczyło, aby zdominować światowe statystyki pod względem wydatków, które turyści ponoszą w podróży.

Policzmy: skoro urlop poza Chinami wybrało 10 proc. ich mieszkańców, oznacza to, bagatela, 135 mln chińskich turystów. Powtórzmy to jeszcze raz: 135 mln.

Światowa Organizacja Turystyki (UNWTO) poinformowała, że chińscy turyści wydali w 2016 r. astronomiczną kwotę 261 mld dol. To blisko bilion PLN! Tendencja cały czas wzrasta,  więc (między innymi) Islandczycy mają się czego obawiać.

 – Włażą wszędzie, wyglądają jak kosmici, chodząc latem w puchowych kurtkach i butach z ocieplaczami – wylicza mój przyjaciel, Polak mieszkający w Akranes. – Ale wiesz co jest najgorsze? Że to właśnie przez nich ceny różnych usług poszły mocno do góry!

Mogę potwierdzić część z tych tez. W wypożyczalni samochodów tylko się roześmiano, gdy zapytałem o ewentualny rabat przy wynajmie małego kampera.

– Chyba żartujesz, po co mam ci dawać rabat, skoro mogę ten sam samochód od ręki wynająć Chińczykom, którzy nie patrzą na cenę, tylko wyciągają kartę i płacą?  – nie pozostawia złudzeń Arne.

Tak, oni podróżują na bogato. Wypożyczają terenowe Toyoty, bez mrugnięcia okiem płacą słone rachunki w restauracjach, nie dziwią się wysokim cenom, które dla nieprzygotowanego Polaka-turysty mogą być potencjalnym szokiem (chleb w supermarkecie w przeliczeniu kosztuje 20 PLN, noclegi w hotelu to koszt minimum kilkuset PLN, litr benzyny kosztuje 7 PLN, kąpiel w basenie, a raczej gorących źródłach Secret Lagoon to ok. 100 PLN, o cenie Blue Lagoon szkoda wspominać).

I nie mają dość Islandii. Kilka lat temu pewien chiński inwestor chciał kupić 0,3 proc. powierzchni wyspy. Po co? Bo wymyślił sobie, że zbuduje tam ośrodek turystyczny dla turystów z jego kraju, którzy będą przybywać do Islandii i czuć się jak u siebie w domu.

Pieniądze kontra rozum

Pieniądze to jedno, bezmyślności nie da się jedna wycenić. Spaceruję po słynnej czarnej plaży niedaleko Vík í Mýrdal, kątem oka obserwując chińską parę z kilkuletnim dzieckiem. Chcą zrobić mu zdjęcie na tle ogromnych fal, z których słynie Reynisfjara, więc… stawiają go na terenie, do którego sięgają fale, po czym się cofają, aby znaleźć najlepsze ujęcie.

Fala zbliża się do dziecka, turysta z Norwegii (będący najbliżej dziecka) przytomnie podbiega do niego, łapie w pasie i ucieka na bezpieczny teren, będąc przemoczonym do pasa, bo zdążyła go dopaść spieniona woda. Oddaje dziecko rodzicom i bardzo głośno na nich krzyczy po angielsku. A ci tylko kiwają głowami i uśmiechają się. Mam ochotę podejść bliżej i dołączyć do tego Norwega.

Bezmyślność wynikająca z niewiedzy? Ależ skąd! Prądy przy plaży są niezwykle silne, fale nieprzewidywalne, a w okolicy jest mnóstwo tabliczek ostrzegawczych, w tym także w języku chińskim. W ubiegłym roku na tej plaży zginął chiński turysta. Porwały go fale.

Problem?

To zadziwiające, ale o innych narodowościach nie słychać takich negatywnych opinii w kontekście turystyki na wyspie lodu i ognia. Jak mantra powtarza się narzekanie tylko na turystów ze skośnymi oczami.

Fot. Paweł Kunz, Fly4free.pl

„Ci cholerni Polacy!” 

Ale czy tylko chińscy turyści zasługują na napiętnowanie? Nie, to zjawisko dotyka wielu nacji… i Polacy nie są wyjątkiem. Schemat jest zawsze podobny: pewien kraj staje się nagle modny lub dostępny, co powoduje masową turystykę, odmienną od tego, co było wcześniej. Popatrzmy na Gruzję i zachowanie naszych rodaków.

Jeszcze kilka lat temu do Gruzji wybierali się świadomi turyści z Polski. Nie było łatwych (i tanich) możliwości dotarcia, kraj w dużej mierze nie był skażony masową turystyką. Gruzini byli bardzo przyjaźni, ceny były naprawdę niskie, nie czuliśmy się jak bankomat, który chcą oskubać miejscowi.

Jak jest obecnie? Po otworzeniu przez jedną z tanich linii lotniczych bezpośrednich połączeń z Polski do Gruzji, zmieniło się bardzo dużo. Na pokładzie samolotu Wizz Air do Gruzji wybiera się przysłowiowa pani Tereska z biura, bo słyszała że jest fajnie, niedrogo i lubią naszych rodaków, co potwierdziła jej koleżanka. Bo Gruzja jest wśród Polaków modna, bilet lotniczy można kupić w naprawdę okazyjnej cenie. Nic, tylko lecieć!

A na miejscu zaczyna się dziwić, bo wszędzie słyszy język polski, dookoła nikt nie wita jej chlebem i winem, ceny nie są aż tak niskie, jak się spodziewała.

Słucha uważniej i dowiaduje się, że Polacy są roszczeniowi, oczekują że Gruzini im za półdarmo dadzą nocleg, napoją winem, oprowadzą po okolicy i będą się cieszyć że mieli gości z Polski. Idzie na bazar i słyszy, że „ci cholerni Polacy tylko się targują” i że słynna gruzińska gościnność często zanika, gdy jest skonfrontowana z grupką facetów z Polski, którzy przylecieli do Kutaisi na wieczór kawalerski i ostrą imprezę.

Ten sam schemat?

Czy nie brzmi to znajomo? Czy nie w podobny sposób reagowali restauratorzy w Warszawie i Krakowie na angielskich turystów kilka lat temu? Na początku radością, że interes się będzie kręcił… a potem przerażeniem, gdy pijani Anglicy demolowali ogródki restauracji i biegali nago wokół krakowskiego Rynku?

 – Oczekiwaliśmy, że przyjedzie stateczny John i Wendy, emeryci z okolic Londynu, chcący zwiedzać, spać w dobrych hotelach i zjeść w dobrych restauracjach. A dostaliśmy hordy troglodytów z Doncaster i Liverpoolu, robotników z fabryk, którzy usłyszeli że w Polsce jest tanie piwo i fajne dziewczyny, a bilet lotniczy kosztuje kilka funtów. No i mamy to, co mamy  – nie pozostawia złudzeń jeden z krakowskich restauratorów.

Moda

Pamiętam doskonale ową modę na Polskę. W Krakowie na każdym kroku widać było pijanych Anglików, część pubów wywieszała tabliczki z napisem „Nie organizujemy wieczorów kawalerskich” w języku Szekspira, widok sikającego w miejscu publicznym „turysty”, bełkoczącego po angielsku, nie należał do rzadkości. To samo przeżywał wcześniej estoński Tallinn i każde inne państwo (tanie!), gdzie niskokosztowi przewoźnicy otwierali nowe połączenia z Wysp.

Smutne, ale prawdziwe: moda na niektóre kraje powoduje, że stosunek miejscowych do zalewu przyjezdnych radykalnie się zmienia. Podróżujmy zatem świadomie, nie wpisując się w schemat, który jest przypisywany danej nacji. Przykro byłoby usłyszeć, że Polacy to… (i tutaj wstawmy dowolne pejoratywne określenie).

A „chiński problem” i Islandia? Czy zmienią swoje zachowanie? W tym przypadku nie jestem optymistą.

Obym się mylił.

Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.
Avatar użytkownika
Masowość zabija. Zawsze i wszędzie.
zapinio, 11 października 2017, 10:28 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Chińczyków jest wszędzie pełno, bo po prostu ich liczebność jest niewyobrażalnie duża dla przeciętnego Europejczyka. Islandia nie jest tu w żadnym stopniu wyjątkowa. Co do Krakowa to sytuacja się mocno poprawiła w ostatnich latach przez gęsto i często patrolującą Rynek Policję.
Marek Marszolik, 11 października 2017, 10:41 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Paweł Kunz: "i. Na 10 napotkanych osób, 6-7 ma skośne oczy." Każdy widzi inaczej. Chińczycy stanowią około 4% turystów w Islandii. en.wikipedia.org/wiki/Tourism_in_Iceland Nawet jeśli poruszają się grupami, to mało wiarygodna jest taka nadreprezentacja (60-70%)
Kornel, 11 października 2017, 11:41 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Baśnie z mchu i paproci opowiadasz .... Na 10 napotkanych osób, 6-7 ma skośne oczy. Znalezienie rdzennego mieszkańca Islandii zaczyna przypominać zabawę w szukanie Yeti: podobno ktoś go kiedyś widział.
correos, 11 października 2017, 12:03 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Policzmy: skoro urlop poza Chinami wybrało 10 proc. ich mieszkańców, oznacza to, bagatela, 135 mln chińskich turystów. Powtórzmy to jeszcze raz: 135 mln. Pomyślmy: 70% Chińczyków wybiera się za granicę "do Chin": odwiedza Hongkong i Makao. To ogólnie dostępne statystyki w sieci. Do tego dochodzą jeszcze 3.5 mln turystów udających się na Tajwan. Takie są fakty.
Kornel, 12 października 2017, 15:50 | odpowiedz

porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »