Gdy hotelarze jęczą, że ceny spadają, to… w końcu jest dobry czas na wypad do Barcelony! Mieszkańcy mają co chcieli – turystów coraz mniej
Władze miasta i część mieszkańców od dawna narzekali na nadmiar turystów odwiedzających stolicę Katalonii i dopięli swego – turystów faktycznie jest mniej. Oczywiście, od razu lament podnieśli hotelarze, dla których oznacza to znacznie mniejsze zyski.
W lipcu wypełnienie hoteli spadło o 0,7 proc. do 91 proc., ze średnią ceną za pokój około 150 EUR (spadek o 7 proc.). W sierpniu wyniki były jeszcze gorsze – wypełnienie obiektów spadło o 3 proc. do 88 proc., ze średnią ceną 135 EUR za pokój. Ogólem hotelarze szacują, że ich przychody w sierpniu było o 20 proc. niższe niż rok temu.
Barcelona od pewnego czasu przeżywała absolutne oblężenie turystów, których z roku na rok było coraz więcej. Tysiące turystów zajmowało hotele i prywatne mieszkania, a tłok w stolicy Katalonii zaczął doskwierać mieszkańcom, którzy w różny sposób dawali znać, że nie życzą sobie tak wielu turystów w swoim mieście.
Doszły do tego demonstracje przeciwko napływowi turystów i kilka mocniejszych akcji takich jak np. przetrzymywane na ulicy przez demonstrantów autokary z turystami.
I w końcu protestujący maja co chcieli – liczba odwiedzających Barcelonę spadła.
Ale stowarzyszenie hotelarzy twierdzi, że winne są również inne czynniki, takie jak gwałtowny wzrost liczby nielegalnych wynajmów (serwis Airbnb). Choć to akurat nie do końca prawda, bo miasto wydało wojnę prywatnemu wynajmowi mieszkań. Pamiętajmy jednak, że rykoszetem po głowie dostali też w tej walce hotelarze – miasto zakazało bowiem budowania i otwierania nowych hoteli w Barcelonie.
– Sierpniowe wyniki to przeziębienie, które wymaga leczenia, zanim stanie się zapaleniem płuc – powiedział w rozmowie z Hosteltur.com Jordi Clos, prezes stowarzyszenia hotelarzy w Barcelonie.
Właściciele hoteli twierdzą także, że protesty mieszkańców związane z masową turystyką w stolicy Katalonii doprowadziły do negatywnych nagłówków w prasie, takich jak „turystyka zabija Barcelonę”, które odbiły się echem tak daleko, że dotarły nawet do Nowej Zelandii.
Innego zdania są władze miasta, które skutecznie chcą ograniczyć liczbę turystów w stolicy Katalonii. . W końcu turyści to nie tylko zarobek dla lokalnych przedsiębiorców, hotelarzy czy gastronomii – to także więcej hałasu, imprez i śmieci na ulicach. A to już miejscowym niezbyt się podoba.
Władze Barcelony stają więc po przeciwległej stronie barykady do hotelarzy, którzy to coraz bardziej odczuwają skutki ograniczeń nałożonych przez miasto – są bowiem zmuszani obniżać stawki za noclegi wobec zmniejszonego napływu turystów.
Ale to przecież nie nasz problem, prawda? Mało tego – im mniej turystów, tym bardziej ma się ochotę, żeby wyskoczyć do Barcelony na parę dni.