„Turyści won!” – krzyczą w wielu miejscach. To płachta na byka czy lep na muchy?
Przyjedź, zostaw pieniądze i spadaj – marzenie wielu miejsc
Wyobrażam sobie taką sesję rady miasta czy innych lokalnych władz. Ktoś wstaje i zapowiada, że ma sprytny plan na pozbycie się masowej turystyki i snuje śmiałą wizję, w której to u bram miasta stawia się skromny stoliczek w kopertami. „Proszę włożyć 100 dolarów/euro/funtów i wrzucić do zapadni obok” – głosi napis. „W budce po lewej możecie jeszcze odebrać swoje pamiątkowe zdjęcie. Dziękujemy, możecie już wracać do siebie”. Brzmi absurdalnie? Jeszcze jak. Ale jestem pewna, że nie jeden radny w Barcelonie, Amsterdamie Wenecji, na Santorini czy Majorce skrycie śni o takiej sytuacji.
Pafos od 2409 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Katowice)
Alanya od 2000 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Katowice)
Kalabria od 2819.5 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Katowice)
Przerysowałam tę sytuację, ale i w rzeczywistości wszystkie te miejsca mają ogromny problem z masową turystyką i coraz chętniej mówią wprost, że chcą przyciągać tylko „luksusowego turystę”, który przyjeżdża na krótko, wydaje dużo pieniędzy i nie nadwyręża infrastruktury. Ten niskobudżetowy nie jest pożądany i powinien zakończyć swoją wizytę czym prędzej, najlepiej jeszcze zanim się zacznie.
Czy to sprawiedliwe? Nie. Ale czy trudno im się dziwić? Też nie.
Nie jedz pizzy, płać podatki, nie podchodź za blisko
Jeśli nie możesz wyjść spokojnie na zakupy, bo twój ulubiony targ każdego dnia oblegają wycieczki autokarowe, nie możesz wyjść z domu, bo akurat Twoja kamienica stała się „instaspotem”, nie stać cię na wynajem mieszkania, bo właścicielom bardziej opłaca wystawić się je na Aribnb, nie możesz korzystać z plaży, bo przez korki nie da się do niej dotrzeć, a Twoja ulubiona pizza na sezon podrożała czterokrotnie, bo przecież turyści i tak zapłacą, to… mówisz stop i stawiasz granicę. Domagając się przy tym tego samego od władz, które cię reprezentują.
W efekcie ostatnie lata to nieustanna kaskada pomysłów pod tytułem „a może byśmy tak uprzykrzyli życie turystom?”. Wenecja chciałaby zakazać lokali z jedzeniem na wynos i zwiększenia liczby dni z obowiązkową opłatą za wstęp do miasta, Majorka myśli nad wprowadzeniem dodatkowego podatku za wynajmowanie auta i podnosi podatek turystyczny, Park Güell chce dwukrotnie podnieść cenę biletu wstępu, Rzym obiecuje ograniczyć liczbę obiektów typu B&B, Mykonos i Santorini zamierza pobierać dodatkowe 20 euro od każdego pasażera statku wycieczkowego, a Bali bierze na tapet imprezowiczów. A to tylko pomysły z ostatnich kilku tygodni.
Widać więc, że inicjatyw jest sporo, intencje są teoretycznie dobre, bo mają napełniać miejską kasę, chronić mieszkańców i nieco odstraszać turystów. Problem polega na tym, że… to kompletnie nie działa.
Oczywiście zawsze najpierw mamy wysyp komentarzy i zapewnień, że „w życiu tam nie pojadę!”, „dam zarobić komuś innemu”, „po co tam jeździć?!”, ale później statystyki ruchu turystycznego pokazują, że na buńczucznych deklaracjach się kończy, a straty oszacowano na 14,37 zł. Powzdychamy, popsioczymy i cyk, pada kolejny rekord odwiedzin.
Miała być płachata na byka, a jest lep na muchy
Śledzę z uwagą wszystkie tego typu zapowiedzi i z jednej strony wywracam oczami i myślę, że niektóre lokalne władze najchętniej zabroniłyby w ogóle zbliżania się do zabytków i atrakcji turystycznych. Z drugiej – wiele we mnie zrozumienia dla tego lokalnego ruchu oporu, bo uważam, że tak jak i naturę, tak i zabytki, i lokalne społeczności powinno się chronić. Tym bardziej, że to co turyści potrafią wyczyniać, nikomu rozsądnemu nie mieści się w głowie. A to ktoś wybazgrze coś na Koloseum, a to wjedzie autem do Chochołowskiej, poskacze po Angkor Wat naśladując popularną grę, pożartuje o bombie na lotnisku czy rzuci kamieniami w bizona, bo „zapłacił za bilet, a zwierzęta nic nie robią”. Żadnej z tych sytuacji nie wymyśliłam.
Tyle że lata obserwowania tej branży sprawiają, że z każdym kolejnym zakazem, zastanawiam się tylko, czy istnieje granica, której miasta naprawdę nie mogą przekroczyć? Czy jest zakaz, przepis, deklaracja albo protest, który realnie mógłby sprawić, że da się zmniejszyć ruch turystyczny w tych najpopularniejszych miejscach? Jak to się dzieje, że coś, co miało zadziałać niczym płachta na byka, kolejny raz zamienia się w… lep na muchy, przyciągając jeszcze więcej osób? A może po prostu status „koniecznie odwiedzić chociaż raz w życiu” sprawia, że przeciętny turysta wybaczy im wszystko?
I czy czasem nie jest tak, że te miasta doskonale zdają sobie z tego sprawę?