Wietnam: z północy na południe (relacja)
Trasa
Warszawa – Moskwa – Hanoi – Halong Bay – Danang – Hoi An – Danang – Sajgon – Can Tho – Rach Gia – Phu Quoc – HCMC – Hanoi – Moskwa – Warszawa

Mapa pokazuje zarys trasy i nie jest jej dokładnym odwzorowaniem. Wiele odcinków autorka pokonała lokalnymi liniami lotniczymi. Screen z maps.google.com
Przelot
W kwietniu 2011 z Warszawy do Hanoi wyruszyliśmy liniami Aerofłot. W obie strony mieliśmy międzylądowanie w Moskwie na lotnisku Szeremietiewo. W stronę Hanoi czekaliśmy 4 godziny, a z powrotem tylko 2. Jeśli ktoś ma dłuższy postój to warto wziąć śpiwór do podręcznego i przygotować się na spory wydatek na jedzenie. Za 2 hamburgery i frytki zapłaciliśmy 100 zł.
Hanoi

Fot. Kent Nguyen, flickr.com, cc
Nad ranem po 9 godzinach lotu wylądowaliśmy w Wietnamie. Hanoi powitało nas ciężkim, wilgotnym, powietrzem. Dla porównania, kilkanaście godzin wcześniej w Moskwie sypał śnieg. Wizy do Wietnamu załatwiliśmy już w Polsce w konsulacie Wietnamu (ul. Resorowa 36, WWA). Wiza na 30 dni to koszt około 200 zł i można ją wykupić także na granicy, ale jakoś z wizą czuliśmy się bezpieczniej. Niesłusznie.
Przy odprawie paszportowej służbista w pięknym, wyprasowanym i nienagannie dopasowanym mundurze spojrzał na nas krzywo zabrał nasze paszporty i gestem kazał nam iść za sobą. Zrobiło się nerwowo, a my nie mieliśmy pojęcia o co chodzi. Właściwie do tej pory nie wiemy, o co chodziło, grunt, że odesłali nas z powrotem do odprawy i przeszliśmy.
Wbrew maksymie: „podróżujesz Aeroflotem, twój bagaż przyleci potem” nasze doleciały. Po wyjściu z lotniska nie było wątpliwości, byliśmy w Azji…
Od samych drzwi osaczyła nas grupa taksówkarzy, proponująca tani przejazd do Hanoi (około 10-15-25$). Tym, którzy proponowali 25$ wydaliśmy się widocznie najbardziej naiwni. Wybraliśmy bus za 2$/os. Kierowca niemal na siłę upchnął mnie na ostatnim miejscu, a Maćkowi wstawił drewniany stołek i gestem zaprosił do środka. Po 45 minutach jazdy Maciek był cały zdrętwiały i narzekaniom nie było końca, ale coś za coś! W busie poznaliśmy wspaniałych ludzi, z którymi spędziliśmy cały dzień w Hanoi i kilka ostatnich dni na Phu Quoc, a przyjaźnimy się do dziś.
Bus dowiózł nas do centrum Hanoi skąd na piechotę poszliśmy szukać hotelu. Na początku towarzyszył nam tłum naganiaczy, ale po kilku odmowach został z nami tylko jeden, najwytrwalszy. Ponieważ i z jego usług nie chcieliśmy skorzystać, coraz bardziej schodził z ceny. W efekcie zaproponował nam 10$ za pokój i na tym stanęło. Hotel travelmate, jak najbardziej godny polecenia (Chan Cam Str., Hoan Kiem Dist, Hanoi; tel: 0084949991898; www.travelmatehanoihotel.com), miał wifi, ciepłą wodę, klimatyzację, był w miarę czysty i był w centrum. Dla porównania oglądaliśmy pokoje w hostelu za 9$, które przypominały boliwijskie cele więzienne. Grzyb na ścianach, zapadłe stare materace, a toaleta… bez komentarza.
Po szybkim prysznicu ruszyliśmy zwiedzać Hanoi. Przy akompaniamencie dziesiątek tysięcy trąbiących skuterów kilka godzin zwiedzaliśmy miasto. Jednym z miejsc, które można zwiedzić jest mauzoleum Ho Chi Minh’a. Żeby zobaczyć jego zwłoki trzeba się tam wybrać z samego rana, bo zamykane są dość wcześnie. Warto wiedzieć, że przez kilka miesięcy w roku ciało HCM jest wypożyczane na tourne po Rosji.
Szczepionka na dur brzuszny miała w pełni zacząć działać trzeciego dnia naszego pobytu, ale wbrew rozsądkowi nasz pierwszy posiłek zjedliśmy w najbardziej obskurnej norze w całym Wietnamie. Wtedy myśleliśmy, że to standard – mięso smażone na mini-grillu na chodniku przed knajpą między zaparkowanymi skuterami, pałeczki wielorazowego użytku, naczynia zmywane w dwóch miskach (najpierw płukane w misce z brudną wodą, potem płukane w misce z czystą wodą), ciepłe piwo i plastykowe foteliki rozmiarem dla dzieci. Nie było żadnej karty, ale to nic, bo jak tylko usiedliśmy na stole pojawiły się cztery makarony ryżowe i zupy Pho z wieprzowiną. Poprosiliśmy jeszcze o „nem” (sajgonka), dostaliśmy ich kilkanaście i cztery piwa. Łączny koszt uczty to 12 dolarów! Resztki pozostawionego przez nas makaronu trafiły na jedną stertę do dalszej sprzedaży…
Większość samolotów z Europy ląduje właśnie w Hanoi, dlatego miasto wypada zwiedzić natomiast jeśli, komuś nie po drodze to nie warto tam specjalnie jechać. Jedyne, co mnie naprawdę zaskoczyło i zauroczyło to klimat tego miasta nad ranem, kiedy wszystko jeszcze śpi. Było cicho, mrocznie i zagadkowo.
Halong Bay

Fot. Matthew Wilkinson, flickr.com, cc
Następnego dnia wstaliśmy o 4 rano i pociągiem pojechaliśmy do Hai Phong. Pociąg odjeżdżał o 6 rano i kosztował niecałe 2$ za osobę. Jest to cena za miejsce w przedziale z drewnianymi ławkami i 2h 15min jakie na nich spędziliśmy to było wystarczająco. Z dworca do przystani trzeba wziąć taksówkę, albo iść kilka kilometrów pieszo. My wzięliśmy taxi za 5$ i raczej przepłaciliśmy, ale to nie miało znaczenia, bo nam się śpieszyło. Na wyspę Cat Ba płynie się tzw. fast boat za 10 dolarów/os (wypływa o 8:55). Z powrotem ostatnia łódź z Cat Ba odpływa o 16:10 i później nie ma już możliwości opuszczenia wyspy.
Na Cat Ba byliśmy 2 dni. Zatrzymaliśmy się w hotelu Cat Ba Dream (bardzo dobry i tani – 8$/noc), z cudownym widokiem na zatokę. W recepcji wykupiliśmy rejs po zatoce i przez resztę dnia skuterem zwiedzaliśmy wyspę. Za całodniowy rejs zapłaciliśmy po 18$, ale w cenie było kajakowanie, odwiedzenie jaskini, postój na wyspie małp, lunch (napoje dodatkowo płatne) i postój na pływanie (nikt się nie skusił). Mimo że pogoda nam zupełnie nie dopisała to Ha Long jest jednym z bardziej niesamowitych miejsc w Wietnamie.
Po rejsie zjedliśmy jeszcze sajgonki, ostrygi i homary (ceny w knajpach polecanych przez Lonely Planet są kilkadziesiąt procent wyższe) i wróciliśmy się pakować, żeby następnego dnia rano wrócić do Hanoi i zdążyć na 15:50 na lot do Danang. Duże było moje rozczarowanie, zdziwienie itd.. kiedy zobaczyłam, że lot mamy o 10:40.
Ostania łódź do Hai Phong już dawno odpłynęła a następna była o 7 rano. Ja cały czas wierzyłam, że zdążymy. Nie opiszę całego zwariowanego przejazdu, bo zajęłoby to kilka akapitów. Grunt, że o 5 rano byliśmy już na nogach, o 6 w autobusie, o 7 w łodzi, o 7:45 w umówionej jeszcze z hotelu taksówce, która miała zawieźć nas na lotnisko. Wszystko szło dobrze, szybko i sprawnie, mieliśmy ciągle prawie 3 godziny na przejechanie 108 kilometrów (Warszawa – Radom dla porównania). No, ale Chevrolet Spark nie dał rady… Pożegnaliśmy się z kierowcą po kilku kilometrach i dalej ruszyliśmy autostopem. Na lot nie zdążyliśmy, ale to nic. Z perspektywy czasu to nie ma najmniejszego znaczenia, za to jazda wietnamskim stopem to dopiero wspomnienie!
Drugim wariantem zwiedzania Halong Bay jest wykupienie w biurze turystycznym w Hanoi przejazdu bus-boat-bus. Podróż w jedną stronę jest dłuższa (4,5h), ale nieco tańsza, no i całość ze zwiedzaniem trwa jeden dzień.
Hoi An (Danang)

Fot. Anna, flickr.com, cc
Od momentu wylądowania w Danang los zaczął się do nas uśmiechać. Trochę błądziliśmy w poszukiwaniu autobusu do Hoi An, ale znaleźliśmy chwilę przed 18, czyli w samą porę, bo o 18 odjeżdża ostatni. Później do Hoi An można dojechać tylko taksówką, która będzie kosztowała ponad 20$, czyli dokładnie 10 razy więcej niż autobus:)
W Hoi An (mieście lampionów) spędziliśmy trzy noce. Hotele są droższe i w sezonie mogą być pozajmowane. My dość długo szukaliśmy pokoju, ale raczej dlatego, że liczyliśmy na coś tańszego. W efekcie zatrzymaliśmy się w samym centrum w hotelu z basenem i śniadaniami za 20$ za noc. Niestety nie pamiętam jego nazwy ale znajduje się po drugiej stronie rzeki około 200 metrów od głównego mostu na prawo. Po mieście najlepiej poruszać się na rowerze, który można wypożyczyć w każdym hotelu za dolara za dzień.
Miasto okazało się magicznym miejscem pełnym zachęcających do wydawania pieniędzy straganów i pysznym jedzeniem. Zaskakujące było to, że o ile hotele były relatywnie drogie to jedzenie było tańsze niż w innych miastach, które zwiedzaliśmy. Szczególnie polecamy Mr. Chien na ulicy Nguyen Phuc Chu St. Nr. 19. Nie pisałabym tu o zwykłej knajpie, bo zapewne jest ich całe mnóstwo do polecenia, ale to miejsce raczej trudno nazwać knajpą. Jest to ciąg stolików pod wspólnym dachem, każdy stolik należy do innego „restauratora”, każdy ma swoją kartę i swoją kuchnię. Stołują się tam głównie Wietnamczycy, dlatego po pierwsze ceny są śmieszne, a po drugie jedzenie jest prawdziwie wietnamskie, świeże i niepowtarzalne. Cao Lau (2$) jest daniem przyrządzanym tylko w jednym miejscu na świecie. Świetne są też wonton (1,5$) i pierożki white rose. Jeśli wrócimy do Wietnamu to na 100% do Hoi An żeby jeszcze raz zasmakować Cao Lau.
Can Tho (Delta Mekongu)

Fot. Aaron Geddes, Flickr.com, CC
Po obkupieniu się w lampiony (6-8$/sztuka) i inne pamiątki wróciliśmy na lotnisko do Danang i polecieliśmy do Sajgonu, żeby stamtąd dostać się do Can Tho i zwiedzić deltę Mekongu. Z lotniska do Sajgonu można dostać się oczywiście taksówką. Wydaje mi się, że panuje tam jakaś zmowa pracowników, ponieważ zarówno od taksówkarzy jak i w informacji dowiedziałam się, że nie ma autobusu do centrum HCMC, a jeśli jest to zatrzymuje się kilka kilometrów dalej. Otóż jest! Autobus linii 152 zatrzymuje się na ostatnim pasie drogi przed głównym wyjściem lotniska, kosztuje 4.000 d i wiezie do zajezdni w centrum. (Taxi 25$).
Z centrum, busem nr 2, oczywiście w tej samej cenie pojechaliśmy do dworca Mien Tay, z którego wyjeżdżają autokary do miast położonych w delcie Mekongu. Wybraliśmy nowoczesny i odpowiednio droższy luksusowy autokar firmy Phuong Trang, kosztował w prawdzie 5$ za osobę, ale jechał tyle ile miał jechać i już po 3,5 h byliśmy na miejscu.
Zostawiliśmy rzeczy w hotelu obok dworca (hotel Kim Phung), ale dość daleko od centrum. Dla nas to było korzystne, bo następnego dnia ruszaliśmy stamtąd o trzeciej nad ranem. Hotel polecam ze względu na bardzo dobre warunki i przystępną cenę. Za czysty pokój z dużym łóżkiem i klimatyzacją płaci się 250,000 d. (12,5$).
W Can Tho byliśmy późno i od razu poszliśmy znaleźć biuro organizujące wycieczki po Mekongu, ale niestety było już za późno. Wszystko było pozamykane i postanowiliśmy zjeść kolację, wstać rano, iść nad rzekę i szukać rejsu na miejscu. Teraz wiem, że nic by z tego nie wyszło, bo o 7-8 rano już nikogo nie byłoby w porcie. Łodzie z turystami wypływają przed wschodem słońca. Na szczęście los się wciąż do nas uśmiechał. W restauracji zagadała nas grupka Wietnamczyków zaciekawiona obecnością białych. Jeden z nich okazał się organizatorem wycieczek po Mekongu. Wysłał po nas rano samochód, a do tego zapłaciliśmy mniej niż inni turyści biorący podobne wyprawy.
Ponad ośmio-godzinny rejs łódką dla dwóch osób ze sternikiem kosztuje 35-40 dolarów. Wycieczka zakłada odwiedzenie dwóch pływających targów i kanałów Mekongu w okolicach Can Tho. Nasza wycieczka zaczęła się o 5:30 rano. W Can Tho wziąć rejs i uciekać. Samo miasto jest szare, brudne i niewarte zwiedzania.
Rach Gia-Phu Quoc

Fot. Aaron Geddes, Flickr.com, CC
O trzeciej w nocu autokarem tej samej firmy pojechaliśmy do miasta Rach Gia, żeby stamtąd dostać się na wyspę Phu Quoc. Jechaliśmy tak wcześnie, żeby załapać się na najwcześniejszą łódź na wyspę i, żeby tam spędzić jak najwięcej czasu.
Jest kilka możliwości dostania się na wyspę. Są to łodzie różnych firm, np:
1. Duong Dong Express: RG-PQ o 07:45 i PQ-RG o 13:00,
2. Superdong: RG-PQ o 13:00 i PQ-RG o 08:00. Superdong 2: RG-PQ o 08:00 i PQ-RG o 13:00
Cena w jedną stronę jest taka sama u wszystkich przewoźników – 250,000 d (12,5$).
Do Rach Gii można dojechać bezpośrednio z HCMC z dworca Mien Tay, zajmuje to około pięciu godzin i kosztuje 95-120,000 d.
Inaczej na wyspę można dostać się samolotem np. liniami Vietnam Airlines z HCMC na Phu Quoc, za mniej więcej 46$. Na tę opcję zdecydowaliśmy się wracając do HCMC, ale tylko dlatego, że wszystkie bilety na łodzie były już wykupione. Musieliśmy też skrócić pobyt o jeden dzień ponieważ w dniu kiedy początkowo planowaliśmy wracać nie było ani łodzi ani nawet lotów. W ciągu roku nie jest to częsta sytuacja, ale nasz pobyt na wyspie zbiegł się z wietnamskim długim weekendem i stąd takie obłożenie. Dlatego planując swój pobyt warto sprawdzić czy nie wypadają wtedy jakieś dni wolne od pracy w Wietnamie. Z hotelem nie mieliśmy problemu.
Taksówką pojechaliśmy prosto do hotelu Lien Hiep Thanh Resort, który polecał nam kolega. Polecał nam też zrobić wcześniej rezerwację, ale mimo moich kilkunastu prób zadzwonienia do nich nie udało mi się to. Mieliśmy szczęście – w hotelu były wolne dwa pokoje. Płaciliśmy chyba między 12 a 15 dolarów, ale niestety nie mogę sobie przypomnieć ile to było dokładnie. Hotel polecam każdemu! Mają bardzo czyste pokoje z łazienkami i moskitierami. Pod prysznicem jest letnia woda (pokoje z ciepłą też są, tylko droższe), ale to nie przeszkadzało, bo było gorąco. Hotel jest nad samą wodą, ma swoją kuchnię, w której podają pyszne jedzenie (informacje od znajomych, my trafiliśmy na remont restauracji). W wodzie trzeba uważać na meduzy.
Wyspa jest cudowna! Zwiedzaliśmy ją na skuterze (5 USD za dzień + benzyna), można tam zobaczyć więzienie (dość przerażające eksponaty i zdjęcia oraz opisy tortur), farmy pereł oraz pieprzu, park narodowy i coś dla fanów owoców morza. W mieście Dương Đông (10 minut skuterem od hotelu) wieczorami otwiera się night market. Sprzedawane są wtedy za grosze ryby i owoce morza. Można zamawiać po jednym „owocu” z każdego rodzaju, albo całe porcje. Ja żałuję, że nie spróbowałam tam wszystkiego co było.
HCMC i powrót

Fot. Bencito the Traveller, Flickr.com, CC
Z Phu Quoc wróciliśmy dzień wcześniej niż planowaliśmy więc dodatkowy dzień przeznaczyliśmy na zobaczenie tuneli Viet Cong. Wycieczka kosztowała 8 dolarów, na miejscu ogląda się propagandowy film, później zaczyna się zwiedzanie, są reprodukcje pomysłowych pułapek i można przejść się jednym z tuneli.
Podejrzewam, że został wybudowany dla zwiedzających, bo był dość wysoki i szeroki, ale tak czy inaczej ma w sobie trochę grozy. Mieliśmy na miejscu mały poczęstunek i wróciliśmy. Można zobaczyć, żeby poszerzyć swoją wiedzę. Wieczorem poszliśmy na zwiedzanie miasta i bezowocny szoping – poszłam z zamiarem kupienia skórzanej torby. Niestety, były same markowe i zazwyczaj napisy Jimmy Choo, Louis Vuitton czy Channel mocno rzucały się w oczy.
W HCMC w centrum jest hotel na hotelu od niskobudżetowych, przez średnie do luksusowych. Ceny są wyższe niż w innych miejscowościach, dlatego tam za średni lepszy hotel płaciliśmy 20 USD. Te tańsze są dość podłe, a szukanie w 40-o stopniowym upale tak wykańcza, że 20 dolarów za zdjęcie plecaka to była odpowiednia cena:)
Z HCMC polecieliśmy do Hanoi, a stamtąd do Polski i tak zakończyła się nasza podróż. Poniżej podaje kilka przydatnych informacji, ale zanim definitywnie skończę opiszę jeszcze jedną historię, która nie jedną osobę mogłaby przyprawić o zawał.
Przydarzyło się to naszym przyjaciołom, których poznaliśmy w Wietnamie. Spaliśmy w HCMC w tym samym hotelu, tylko oni dzień krócej i tego dnia, którego zwiedzaliśmy tunele oni wracali do Hanoi, żeby polecieć już do Polski. Wcześnie rano, kiedy my jeszcze słodko spaliśmy oni spakowani i gotowi do drogi poszli się wymeldować. Zapłacili, odebrali paszporty i pojechali autobusem na lotnisko. Autobus długo nie przyjeżdżał więc czasu było coraz mniej, ale w końcu nadjechał i szczęśliwie dojechali o czasie. Ustawili się w kolejce do oddania bagaży i kiedy zbliżała się ich kolej wyjęli paszporty. Sprawdzili, który jest czyj i przeżyli największą podczas całego wyjazdu chwilę grozy. Trzymali w rękach paszporty mój i mojego męża!
Na szczęście zaliczając taksówką kursy w obie strony udało się paszporty podmienić i zdążyć na samolot, a my w tym czasie cały czas… spaliśmy:)
Szczepienia, które zrobiliśmy:
Żółtaczka typu A i B, Dur Brzuszny, Błonnica, Tężec, Polio (kilkaset złotych)
Warto mieć:
Środki na owady np. Mugga (24zł za butelke). My wzięliśmy dwie, w sprayu słabszą i w kulce silniejszą.
Krem z wysokim filtrem
Coś na oparzenia słoneczne
Leki – ja mam skłoność do łapania wirusów i często się przeziębiam więc przydały mi się gripexy. Natomiast leki na żołądek przeleciały w tę i z powrotem bezużytecznie.
Pieniądze
Wzięliśmy po około 1000 zł w dolarach, część wymieniliśmy w Hanoi na Dongi (1$=20000 d), a resztę mieliśmy w dolarach i zazwyczaj dolarami płaciliśmy za hotele.
Wymieniać należy u jubilerów, złotników i zegarmistrzów. Nie wymieniać w hotelach i na lotniskach! Warto nosić dużo niskich nominałów, żeby się targować
Ceny
Tak jak opisałam w tekście
Jedzenie
Najbezpieczniej jeść tam gdzie jadają Wietnamczycy, wtedy ma się pewność, że jedzenie jest świeże i lokalne, a nie przygotowywane pod turystów. Poza tym ceny są dużo niższe.
Transport
Wewnętrzne loty wykupiliśmy w liniach Jetstar.
Polecam wszystkim ten kraj!! Mam nadzieję, że moje wskazówki, mimo że długie, komuś się przydadzą.