Fly4free.pl

„Luton? Tam nic nie ma” Błąd! Kuba odkłamuje pozornie „brzydkie” miasta. „Nie ma nieciekawych miejsc, tylko ludziom nie chce się szukać”

Foto: Marcin Klaban

– Po 10 latach wstawania o 3 rano i robieniu newsów doszedłem do ściany i uznałem, że muszę coś zmienić. Dzięki podróżom lepiej się czuję i odkryłem ogromne zasoby pozytywnej energii, a to ważne, bo za rok skończę 50 lat. Ale wiem też, że nie ma sensu się ścigać i „zaliczać” kolejnych miejsc – mówi Jakub Porada, autor właśnie wydanej książki „Porada na Europę 2”, której patronem medialnym jest Fly4free.pl.

„Porada na Europę 2” to kolejna książka autorstwa Jakuba Porady – znanego dziennikarza, który już od kilku lat popularyzuje krótkie wypady po Europie. Tym razem jednak autor poleca nam te nieco mniej popularne miejsca. A zresztą… przeczytajcie sami.

***

Mariusz Piotrowski: Twoja najnowsza książka zaskakuje. Przepisy na weekendowe wypady – to brzmi oczywiście dobrze, ale ciekawy jest wybór miejsc, które umieściłeś w książce. Szpindlerowy Młyn – ok, rozumiem, ale skąd niemiecka część Zgorzelca, czyli Gorlitz, Rugia czy… Luton? I nie, w tym ostatnim przypadku nie chodzi o to, by z lotniska wsiąść do pociągu i jak najszybciej dojechać do centrum Londynu, tylko o miejscowość Luton, jako pomysł na wyjazd.

– Wychodzę z założenia, że nie ma miejsc nieciekawych. Każde miejsce ma coś ciekawego do zaoferowania, a to, że o tym nie wiemy, wynika z tego, że nie chce nam się szukać informacji na ten temat. Jestem z Kielc i zawsze mocno irytuję się, gdy słyszę, że nie ma tam nic godnego uwagi.

– Jestem z Płocka. Mam tak samo.

– No właśnie. A my kręciliśmy w Płocku jeden z odcinków naszego programu, więc wiem, że jest tam katedra i pięknie położony ogród zoologiczny. Dlatego uważam, że każda nasza podróż powinna być poprzedzona dokładnym researchem. Bo nie ma takiej miejscowości, w której nie można znaleźć nic ciekawego, każda ma coś do zaoferowania.

I stąd wziął się pomysł na książkę – by szukać w nieoczywistych miejscach. Często na spotkaniach autorskich zastanawiam się, jak to jest, że ciepłe weekendy tylu Polaków spędza w korkach w drodze na Monciak czy Krupówki. I ja też lubię te miejsca, ale przy okazji pytam: ile z osób jadących kolejny raz do Zakopanego było po drodze w Nowym Targu, w słynnym barze “Rumcajs” albo próbowało na rynku lodów z 4 rywalizujących ze sobą od lat lodziarni? Tak jest też z Luton, które większość z nas zna, ale tylko po drodze – wychodzimy z lotniska i pędzimy na autobus lub pociąg do centrum Londynu. Tymczasem to jest miasto, które ma rzymski rodowód, z pamiątkami z początków brytyjskiej państwowości, które ma sporo do zaoferowania – na przykład największą w kraju kolekcję powozów konnych czy wielkie centrum handlowe. Tak, bo żeby przyjechać do Wielkiej Brytanii na zakupy nie trzeba przecież jechać do centrum Londynu. Jak mi się podobało Luton? Powiem tak: są miejsca ładniejsze, ale z całą pewnością jest to ciekawe miasto.

Dokładnie tak samo jest w Polsce: mamy tu dokładnie 930 miast i w każdym z nich jest coś fajnego – jakiś lokal, kultowe miejsce, urokliwy kościółek.

Takie city breaki to rzecz, wokół której kręci się Twoje życie. Jak często wyjeżdżasz?

Staram się raz w tygodniu, ale wszystko zależy od wielu czynników, np. jakie tanie bilety udało mi się znaleźć. Niedawno miałem 3 dni wolnego i znalazłem bilet do Burgas w ostatniej chwili za 18 zł w jedną stronę. W drogę powrotną bilet był już znacznie droższy, ale i tak wszystko mieściło się w cenie biletu Pendolino, więc ten koszt był dla mnie do zaakceptowania. Ale to nie musi być wyjazd zagranicę – ostatnio byłem w Beskidach, teraz miało być Santander, a będzie Podlasie. Generalnie staram się żyć przeciwnie do Andrzeja Bursy, który pisał, że ma w du**e małe miasteczka. Moim zdaniem te wszystkie Gorlitze, Lutony czy Szpindlerowe Młyny i kilka tysięcy innych miejscowości to są właśnie miejsca jak najbardziej warte uwagi.

Foto: Marcin Klaban

Czy ten Twój zwrot w stronę małych miejscowości, to efekt tego co dzieje się teraz w Barcelonie, Dubrowniku czy Wenecji i nosi angielską nazwę “overtourism”? Chodzi oczywiście o te nieprzebrane tłumy zwiedzających i miasta, które przeciwko temu protestują i próbują się bronić, ograniczać napływ masowej turystyki i liczbę turystów. Jaki masz do tego stosunek?

Z całym szacunkiem, uważam, że to zawracanie głowy ze strony miast i samych mieszkańców. Te miasta żyją z turystów i bez nich mieszkańcy i władze też by jęczały, może nawet głośniej. Moim zdaniem to świadczy tylko o zbytnim zadzieraniu nosa.

Ale nie powiesz mi przecież, że to co się dzieje na deptaku Rambla w Barcelonie w wakacje czy tłumy w innej popularnej miejscówce przyjmujesz ze spokojem i przemierzasz te miejsca z radością?

To prawda, nie jest to zbyt komfortowa sytuacja. Doświadczyłem tego niedawno, będąc nad jeziorem Garda. Pojechałem wtedy na jeden dzień do Mediolanu i po tym jeziorze czułem się tak strasznie, widząc te tłumy. Nie czułem się tak dobrze, ale mam też świadomość, że podróże są jak dania w jadłospisie – nie każdemu wszystko smakuje, ale każde danie znajdzie swojego amatora. Mi smakuje wszystko i mam przekonanie, że duże miasta są fajne. Dla mnie świetnym przykładem jest Londyn, gdzie pierwszy raz byłem w 1991 roku. Przyjechałem tam zmywać gary na czarno, jeden z mieszkających tam Polaków “pożyczył” mi wówczas swoje dane. Od tego czasu wracam tam regularnie i wciąż nie mam przekonania, że poznałem to miasto, a tylko mały wycinek.

Ale staram się nie lansować jedynej słusznej drogi – nie uważam, że wyjazdy all inclusive są gorsze od incentive travel czy krótkich, weekendowych wypadów.

Jak duże znaczenie w prywatnych wyjazdach ma dla Ciebie np cena biletu lotniczego? Czy decydując się na wyjazd patrzysz przede wszystkim na to, gdzie akurat jest “promocja”?

To na pewno ma duże znaczenie, bo nie jest sztuką wydać kilka tysięcy złotych na podróż. Zwykle działam impulsowo – widzę np. na Waszej stronie tekst z informacją o promocji i… najczęściej kupując go od razu.

Potem zaczynam się przygotowywać do danej podróży, bo jak wiesz, często jest tak, że tani bilet to klasyczna pułapka, bo na miejscu ceny są astronomiczne. Tak było z Islandią. Ale wtedy wystarczy poczytać trochę blogów, forów dyskusyjnych i uzbrojony w taką wiedzę można solidnie zmniejszyć koszty takiej wyprawy.

Foto: Marcin Klaban

Czyli jesteś zwolennikiem szczegółowego planowania?

– Na pewno nie jestem za podróżowaniem bez planu, choć znam ludzi, którzy twierdzą, że w ten sposób wypaczamy sobie obraz miejsca, do którego się wybieramy.  Rozumiem ten punkt widzenia, ale z drugiej strony myślę sobie, że kontekst też jest ważny. Bez odpowiedniej wiedzy Stonehenge będzie tylko zwykłą kupą kamieni, a patrząc na jakieś zwykłe pole nie będziemy wiedzieli, że odbyła się tam jakaś ważna bitwa w przeszłości. Dlatego uważam, że nie można pozbawiać się wiedzy, tylko inspirować, np. książkami Dana Browna i podróżami jego bohaterów po Europie.

Jest też obawa z drugiej strony. Że naczytasz się samych wspaniałości o jakimś miejscu, pojedziesz tam z wygórowanymi oczekiwaniami, a na miejscu czeka Cię rozczarowanie.

– Ja mam raczej odwrotny przechył. I do większości miejsc nie jadę z super entuzjastycznym nastawieniem. Tu znaczenie ma to, by nie ulegać dysonansowi poznawczemu i nie przekładać na wszystkich jednostkowych zdarzeń. Jeśli ktoś kiedyś okradł mnie w Radomiu to nie znaczy przecież, że tam mieszkają sami złodzieje. Na takiej zasadzie pojechałem do Luton – wszyscy pisali, że jest beznadziejnie, a było fajnie. Tak samo z Katowicami, gdzie kiedyś mieszkałem. Gdy mówiłem, że tam jadę, zaczynały się żarty. Jaka jest największa zaleta Katowic? Że w ciągu godziny można dojechać stąd do Krakowa. A tymczasem Katowice i cały Śląsk w ostatnich latach zmieniły się nie do poznania.

Czy zmiany w polityce bagażowej wprowadzone niedawno przez Ryanaira i Wizz Aira są dla Ciebie dużym problemem w podróżowaniu? Bo uderzają głównie w miłośników takich city breaków?

To na pewno jakiś problem, ale nie demonizuję tego. Nie mam problemu, żeby spakować się w mniejszy plecak. Chociaż rok temu kupiłem porządną walizkę, idealnie dostosowaną do wymogów tanich linii. A teraz… zmniejszyli wymiary. Trudno, traktuję to z humorem. A w razie czego dopłacam, gdy mam potrzebę zabrać więcej rzeczy.

Po tak dużej liczbie wypraw czy wolisz “wracać tam, gdzie byłem” czy wciąż odkrywać nowe nieznane miejscowości?

Jedno i drugie jest dla mnie tak samo atrakcyjne. Mam swoje sprawdzone miejsca, do których wracam. Tam, gdzie mieszkają dobrzy ludzie i jest sympatyczna atmosfera. To jest taki rodzaj sadystycznej przyjemności, bo często to nie są oczywiste, turystyczne miejsca.

Jeśli ktoś dużo podróżuje turystycznie, to często pojawia się zmęczenie materiału – każde miejsce wydaje się takie samo, a do tego dochodzi kwestia tego, by polecieć do danego miasta tylko po to, aby je “zaliczyć”, choćby na parę godzin… Też masz coś takiego?

Nie, ale dobrze wiem, o co chodzi. Przeżyłem takie coś lata temu jako były kierownik największej wypożyczalni kaset Beverly Hills Video w Polsce. Postawiłem sobie wówczas za punkt honoru, by obejrzeć wszystkie filmy, jakie tam są – brałem wieczorami po 5 kaset i męczyłem jedna za drugą. W rok obejrzałem 1000 filmów i wiem, że to jest błędne koło i horyzont. Dlatego podróżując nie odwiedzam miejsc tylko po to, aby skreślić je ze swojej listy – przestało mi zależeć na takim dziwnym wyścigu. Natomiast jako bywalec targów turystycznych często widzę, że ludzie udzielają sobie reprymendy, ganią za to, że ktoś poleciał gdzieś taniej, inny, że zobaczył coś, czego ktoś inny nie dostrzegł. A chyba największą wartością jest to, że ludziom udało się znaleźć czas, zebrać w sobie i przeżyć coś fajnego.

Foto: materiały wydawnictwa

Wspomniałeś o kolejnej ciekawej kwestii: w pewnym momencie wielu “podróżników” zaczyna ścigać się z innymi na to, kto skorzystał z lepszej promocji, więcej zobaczył czy właściwie “zaliczył”.

– Miałem taką sytuację na imprezie firmowej, gdy koleżanka spytała mnie za ile poleciałem do Londynu ostatnio. Odpowiedziałem, że chyba za 78 złotych, na co ona odpowiedziała: Ha, a ja za 48! Ale w tym szaleństwie nie ma metody. To, co zwiedzimy taniej, lepiej – nie ma większego znaczenia. Sami musimy wyznaczać sobie cele i nie zmuszać się, jeśli nie mamy ochoty koniecznie zobaczyć następnej atrakcji czy jechać do kolejnego miasta. Bo to już będzie początek nałogu. A jak wpadniesz w nałóg, to będzie sięgać po coraz większe dawki. Każdy z nas ma indywidualny tryb – jeden podróżuje szybciej, ktoś inny wolniej.

Kiedy tak właściwie złapałeś podróżniczego bakcyla?

– W 2001 roku byłem jedną z osób zakładających TVN24 i przepracowałem tam 10 lat. Było bardzo fajnie, ale w którymś momencie doszedłem do ściany i uznałem, że muszę coś zmienić – codzienne wstawanie o 3 rano, by przygotowywać poranne serwisy było męczące, wkradła się rutyna i pojawiła tęsknota za starymi czasami – wyjazdami z gitarą pod namiot czy na imprezę do Las Palmas. Myślę, że nie ma człowieka, który nie lubi podróżować. Postanowiłem połączyć tę pasję z moją pracą i pokazać te wszystkie wspaniałe miejsca innym. Od lat powtarza się jak mantrę mit, że telewizja się kończy, a ja w to nie wierzę. To samo mówi się o kinie, a od 100 lat pozostaje takie samo, zmienia się tylko technologia.

I co Ci dały podróże?

– Przede wszystkim nauczyłem się otwartości, ale też takiego większego luzu. Pracując w newsach cały czas jesteś spięty. To wspaniała praca, ale cały czas coś cię goni, coś cię denerwuje. A podróżując… ja naprawdę odżyłem i odkryłem wielkie ładunki pozytywnej energii. Podróżując lepiej się czujesz, lepiej wyglądasz, a ja w przyszłym roku będę miał 50 lat.

Ile?

No tak. To zabrzmi jak banał, ale z czasem nauczyłem cieszyć się życiem i prostymi rzeczami – że mogę jechać pociągiem, czytać sobie książkę i czuć się dobrze. Że w życiu ważne są tylko chwile, tu i teraz.

To na koniec 3 miejsca, do których Kuba Porada chętnie wraca.

– To trudne pytanie, ale na pewno wskażę Santander, piękne miasto i znacznie mniej zatłoczone, jeśli porównamy je np. do Barcelony. Nie tylko latem. Do tego jako kielczanin czuję się tam trochę jak u siebie, bo… wieje jak w Santander czy w kieleckiem. Jest też dobrą bazą wypadową – blisko jest stąd do San Sebastian czy Bilbao. No i są przepiękne plaże.

Trochę chłodniejszy klimat reprezentuje Stralsund i cała Rugia, ale bardzo dobrze się tam czuję. Jadąc kolejką od Świnoujścia na Zachód mijasz fantastyczne miejsca. A nawet jak jest wyjątkowo zimno, możesz się schronić w jakiejś fajnej, klimatycznej knajpce.

A trzecie miejsce?

– Lubię Czechy, ale to niekoniecznie musi być Praga. Może to efekt filmów oglądanych w dzieciństwie – dzieł Formana czy Jirziego Menzla, ale mam wrażenie, że ludziom tam żyje się lżej i spokojniej, zwłaszcza patrząc na to z punktu widzenia warszawskiego korpo. Może więc jadąc do Pragi, warto zatrzymać się np. w Hradec Kralove – wysiąść i zobaczyć jak wygląda takie nasze Gniezno. Piękne, ale i niedoceniane.

A miejsca, do których Jakub Porada niechętnie będzie wracał?

– Nie mam takich miejsc, bo niechęć bierze się zazwyczaj z braku poznania, a ja staram się unikać uprzedzeń. Poza tym, jak znam swoje szczęście to pewnie tam wrócę i zacznie się wypominanie. Ale jeśli muszę… nieszczególnie byłem zachwycony Glasgow. Niezbyt dobrze czuję się też w miejscach, gdzie jestem bardzo nagabywany przez miejscowych. Takich jak główny plac Marrakeszu. Ale wychodzę z założenia, że trzeba takie trudne sytuacje traktować z humorem. I zawsze widzieć pozytywy.

Jakub Porada
Foto: materiały prasowe

***

Mamy dla Was pięć promocyjnych egzemplarzy najnowszej książki Jakuba Porady. Aby otrzymać jeden z nich odpowiedzcie poprawnie na pytanie:
Ile miejsc podróży zaproponował Jakub Porada w swojej najnowszej książce „Porada na Europę 2”?
Odpowiedź wyślijcie na adres konkurs@fly4free.pl nie później niż dziś do godziny 23:59. Nagrodzimy pięć pierwszych osób, które udzielą prawidłowej odpowiedzi.

Konkurs zakończony. Prawidłowa odpowiedź: 10 miejsc. Z laureatami skontaktujemy się mailowo.

Regulamin konkursu dostępny jest tutaj.

Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.
Avatar użytkownika
A w Króżewnikach był?
opo, 17 października 2018, 19:45 | odpowiedz
Avatar użytkownika
+1
opo A w Króżewnikach był?
becek, 17 października 2018, 21:47 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Cóż, dziwienie się że Goerlitz może się komuś podobać jest z lekka ignorancją. To piękne miasteczko, z rewelacyjnie zachowanym starym miastem.
mkb9, 18 października 2018, 10:40 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Co do Santander  - absolutna racja. Zresztą moje wypady na Costa Verde były niejako zainspirowane materiałem Jakuba Porady w jednym z niedzielnych programów podróżniczych. Wybrzeże Kraju Basków z San Juan de Gaztelugatxe, Kantabria z Langre, Liencres, Comillas czy Asturia z Covadongą oraz plażami Andrin lub Torimbią. Wielka szkoda że ten kierunek na dniach wypada z siatki połączeń.
romario22, 18 października 2018, 14:41 | odpowiedz

porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »