Jajko i żurek, a może samolot i ucieczka? Zamiast Wielkanocy z rodziną wybieramy podróże
Nadeszła Wielkanoc, a zamiast jedzenia jajek i zbierania życzeń, Polacy coraz chętniej wybierają eksplorowanie gwarnych ulic Lizbony, Londynu czy Barcelony. Pytamy podróżników, czy warto spędzić święta poza domem.
Po roku pełnym wojaży a równocześnie przed falą długich weekendów, tradycyjnych wakacji i krótkich wypadów za miasto tylko dlatego, że jest ciepło, to aż miło zasiąść z rodziną przy stole. Na chwilę przycupnąć bez plecaka, zastanawiania się, ile mam wymienić pieniędzy i czym dojechać z lotniska do hotelu.
Co prawda trzeba odpowiedzieć na te wszystkie subtelne pytania, kiedy zamierzasz zawinąć swój okręt do portu i ustatkować się tu na miejscu, zamiast szukać szczęścia w świecie, ale jednak odpowiednio kwaśny żurek maskuje Twoje niezadowolenie, a ćwikła są jak miód na serce, co zalepiają wszystkie rany.
Tymczasem, choć wydawałoby się, że z punktu widzenia religii Wielkanoc jest najważniejszym świętem w kościele katolickim, a dla tych mniej wierzących nawet same menu i serwowane potrawy są wystarczająco kuszące, by obchodzić te święta, to coraz więcej osób kiełbaskę i mazurka zamienia na szybki wypad do Włoch, Portugalii czy Hiszpanii.
I bynajmniej nie mam na myśli podróży z bagażem wypchanym swojskimi wyrobami, żeby odwiedzić dzieci, które wyemigrowały z Polski, choć pewnie to te osoby dominują na lotniskach w okolicach świąt.
Ale trudno nie zauważyć, że paradoksalnie Wielkanoc zaczęła być traktowana niemal jak kolejny długi weekend w kalendarzu. I chętnie to wykorzystujemy.
Parę dni wolnego
– Kiedy wreszcie kończy się zima, od razu kupuję komplet biletów na najbliższe miesiące. Jeśli tylko trafi się okazja na Wielkanoc, to też biorę. Za pierwszym razem moja rodzina była zszokowana, że wybieram Bergamo zamiast nich. Tym bardziej, że przy naszym stole zasiada naprawdę sporo osób, a całe obchody są na bogato – opowiada mi Magda, której podróże zawsze opierają się na kilkudniowych wypadach. – Spędzałam już święta w wielu europejskich krajach i czasem zupełnie nieświadomie odkrywam lokalne tradycje. Np. w Andaluzji trafiłam na to słynne misterium paschalne z zakapturzonymi pokutnikami, które bardziej przypomina scenerię z książek Dana Browna niż obchody świąt. Ale nie pojechałam tam z tego powodu. To był dodatek do samej podróży – przyznaje.

Fot. Corrado Baratta/Shutterstock
I w rzeczywistości w Europie nie brakuje miejsc, w których Wielkanoc obchodzi się w niezwykły dla nas sposób. W Wielkiej Brytanii można natknąć się na konkurs turlania jajek, a we Francji trzeba ich szukać po całym domu albo ogrodzie. Na Malcie nieco zaskakująco wyglądają procesje, bo zamiary spokojnego kroku wszyscy niemal truchtają.
– Odkąd mam dzieci, to faktycznie coraz częściej wyjeżdżamy na Wielkanoc, zamiast gnić przed telewizorem i kolejny raz oglądać te same filmowe “hity” – opowiada mi Marek, który ma trzy córki. – Wyjazd z dzieciakami na pewno jest bardziej skomplikowany, ale skoro wszyscy mamy wolne to korzystamy. Za to Boże Narodzenie zawsze w domu. Obowiązkowo – zapewnia.
Takich osób spotykam na swojej drodze mnóstwo. Mają dość przedświątecznej gonitwy, kolejek w sklepach, szorowania okien i trzepania dywanów. Nie chcą uczestniczyć w politycznych kłótniach przy stole, tłumaczyć, dlaczego nie jedzą mięsa/nie mają żony/wybrali takie studia/dali na tacę tylko piątaka.
Jednak wbrew pozorom, nie są to tylko młodzi ludzie. Jeden z moich kolegów na każde święta zabiera gdzieś rodziców. Spotkana kiedyś w kenijskim hotelu 70-latka (zupełnie poza świętami) opowiadała mi, że zarówno na Boże Narodzenie jak i Wielkanoc, wykupuje sobie tygodniowy wyjazd z biurem podróży.
– Różnie wybieram. Byłam już w Rzymie, w Izraelu, w Egipcie. Czasem, jak się czuję na siłach biorę objazdówkę i zwiedzam dużo kościołów. A jak zdrowie nie dopisuje, to odpoczywam w kurorcie – opowiadała mi. – Miałam dość, że dzieci się przerzucały, kto ma po mnie przyjechać, kto odwieźć i ile mam zrobić ciast. Niech sobie sami robią. Zbuntowałam się, bo nie chcę być jakimś tobołkiem, którym się obciążają – przyznała.
Ucieczka przed świętami
Sama też już parę lat temu zrezygnowałam ze świątecznej atmosfery i czekoladowych zajączków na rzecz krótkich wypadów bez brania urlopu.

Fot. Francesca Sciarra/Shutterstock
Raz spędziłam Lany Poniedziałek w… Legolandzie i były to chyba najlepsze święta w moim życiu. Świadomie uciekam przed świętami i wcale mi ich atmosfery nie brakuje, choć być może podobnie jak Marek kiedyś zmienię zdanie. Na razie wolę jednak słyszeć “witamy na pokładzie, proszę zapiąć pasy” niż “a dzieci to kiedy będą? Proszę, nałóż sobie więcej sałatki”.
Parę razy wyrwałam się samotnie w Tatry, czasem do moich dalszych ucieczek mimo oporów rodziny dołączał też brat. Wtedy zamiast bycia jedynie uciekinierem stawałam się także prowodyrem. W tym roku postanowiłam, że żurek musi poczekać, a mama zamiast myć okna, będzie uśmiechnięta i wypoczęta jeść ze mną pizzę w Neapolu.
Z religijnego punktu widzenia pewnie coś tracimy, choć kościoły można spotkać prawie wszędzie. Z rodzinnego właściwie nic, bo zabrałam ją właśnie po to, żeby wreszcie odpoczęła i naprawdę spędziła ze mną czas zamiast zastanawiać się, czy te 40 ugotowanych jajek, setki kotletów i ocean żurku, to na pewno nie będzie za mało na kilka osób?
Krótki wypad do Włoch finansowo pewnie będzie nas kosztował podobnie do świątecznych przygotowań. Wiadomo przecież, że trzeba kupić albo za dużo… albo jeszcze więcej. Trochę żałuję utraconej ćwikły, ale postaram to sobie zrekompensować talerzem rewelacyjnego makaronu. I jest duża szansa, że wielkanocne wyjazdy staną się w moim domu tradycja równie celebrowaną, co święcenie koszyczka.
A może nie tylko w moim?