Wulkany i trzęsienia ziemi. Czy powinniśmy unikać wyjazdów do niektórych państw? Rozmawiamy z wulkanologiem
Z obawy przed erupcją wulkanu Agung na indonezyjskiej wyspie Bali ewakuowano ponad 100 tys. mieszkańców. Na Vanuatu spodziewana jest erupcja na dużą skalę wulkanu Manaro Voui, ewakuowano jedną z wysp. Czy powinniśmy jako turyści obawiać się podróży w takie rejony świata?
Naszym rozmówcą jest dr inż. Andrzej Gałaś, wykładowca w Katedrze Analiz Środowiskowych, Kartografii i Geologii Gospodarczej na Wydziale Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.
—
Paweł Kunz, Fly4free.pl: Panie doktorze, czy jadąc do krajów aktywnych sejsmicznie, takich jak Peru, Ekwador, Japonia czy Indonezja, mamy się czego obawiać?
Andrzej Gałaś: Byłem w krajach, w których trzęsienia ziemi są traktowane jak coś naturalnego, sam miałem okazję doświadczyć tego na własnej skórze. Ale gdybym miał sprawdzać kierunki moich podróży pod kątem informacji, kiedy ostatni raz było tam trzęsienie – na pewno tego bym nie zrobił. Oczywiście, jeżeli trzęsienie ziemi ma miejsce, to po takim zdarzeniu pewne rejony mogą być tak zniszczone, że po prostu nie ma sensu ich odwiedzać.
Pamiętajmy też, że trzęsienia ziemi to coś, co zazwyczaj jest nieprzewidywalne – więc trudno sugerować się takim parametrem przy decyzji o zakupie biletu lotniczego, na przykład do Japonii.

Fot. Paweł Kunz, Fly4free.pl
A jak jest z wulkanami? Czy można przewidzieć „kłopoty” i gdzieś nie jechać?
To fakt, prowadzony jest monitoring takich wulkanów – i wydawane są ostrzeżenia, dotyczące możliwości erupcji. W przypadku Bali, zjawiska, które tam się zaczęły, narastają. Pojedyncze wstrząsy podziemne przeradzają się w kilkadziesiąt dziennie…
Kilkadziesiąt?!
Tak. Niedużych, ale jest ich coraz więcej. Oznacza to, że pod tym wulkanem coś niedobrego się zbiera, jakaś energia – prawdopodobnie magma podchodzi płycej. Ciśnienie pod wulkanem się zwiększa. I to już od przyrody, od natury zależy, czy to przerodzi się w erupcję wulkanu. Ale skoro wiemy, że częstotliwość takich małych trzęsień ziemi narasta, to jest to dla wszystkich bardzo wyraźny sygnał ostrzegawczy. Powinno się wtedy ewakuować ludzi z tego obszaru.
Czyli zagrożenie jest realne?
Archipelagi wysp składających się na Indonezję są usiane wulkanami, które w historii ludzkości dały o sobie znać… i nie lekceważyłbym tego wulkanu.
Mówimy o Agung?
Dokładnie. Niedaleko jest Tambora, drzemiący wulkan na wyspie Sumbawa w Indonezji, który w 1815 roku pozbawił życia około 100 tys. ludzi, a ilość pyłu w atmosferze była tak duża, że promienie słoneczne nie docierały do powierzchni ziemi. To była jedna z największych erupcji, jaka miała miejsce w czasach historycznych.
Nie było słońca?
Rok 1816 nie bez przyczyny nazwano rokiem bez lata… Wulkanolodzy, którzy śledzą poczynania tego wulkanu na Bali, słusznie ostrzegają przed możliwą erupcją. Przypomnę sytuację z wulkanem Pinatubo w 1991 roku. Narastały widoczne objawy, emanacja gazów, podniosła się temperatura wód potoków, które spływały z wulkanu. I nagle… wszystko ucichło. Wody przestały być gorące. Wydawało się, że sytuacja wróci do normy. Ale wulkanolodzy stwierdzili, że – mówiąc kolokwialnie – teraz to „dopiero się zacznie”.
I zaczęło się?
Tak. Ale ewakuowano prawie wszystkich zagrożonych wybuchem.

Fot. Wulkan Agung, Indonezja / Tropical studio / shutterstock
OK, panie doktorze. Hipotetyczna sytuacja, ma pan właśnie na stole bilety na Bali. Poleciałby Pan teraz na wakacje w tamten rejon?
Jestem realistą, patrzę na stopień zagrożenia. Jest najwyższy. Na pewno bym nie poleciał tam teraz na wakacje, zwłaszcza z rodziną.
Kilka miesięcy temu miałem okazję wejść na Wezuwiusza. Widziałem tam małe dzieci, które na widok snującego się dymku, wołały do rodziców, aby stamtąd uciekać – bo wulkan za chwilę wybuchnie. Na ile miejsca, które wydają się nam znane i bezpieczne, jednak mogą budzić obawę?
Wezuwiusz jest bezpiecznym miejscem (śmiech), wulkanolodzy zdjęli z niego swoje oko. Ale są na świecie miejsca, gdzie możemy w sposób bezpieczny zobaczyć erupcję wulkanu. Wspominamy Wezuwiusza, przypomnijmy więc Stromboli, który jest czynny ponad 2000 lat. Starożytni traktowali go jako latarnię morską, ponieważ wybuch następował co kilkanaście minut.
Jak w zegarku?
Taki naturalny zegar (śmiech). I wiedząc, jaka jest bezpieczna odległość od tego wulkanu, można bez zagrożenia zdrowia i życia obserwować to fascynujące zjawisko. Wyrzucanie popiołu, kawałków skał, obserwacja strużki dymu…
Czy są miejsca w Europie, w których z powodu zagrożenia wulkanicznego odradzałby Pan osiedlanie się?
Ujmę to inaczej. Nie kupiłbym mieszkania w okolicach Neapolu.
Dlaczego?
Winowajcą jest Campi Flegrei. Do ostatniego wielkiego wybuchu Campi Flegrei doszło około 40 tys. lat temu. Ale wulkan znajduje się teraz pod czujnym okiem ekspertów i wulkanologów. Tutaj w przyszłości mogą się zdarzyć naprawdę niespodziewane rzeczy.
Wiele osób pamięta erupcję wulkanu na Islandii, który kilka lat temu praktycznie sparaliżował ruch lotniczy nad Europą…
To był Eyjafjallajökull, wybuch nastąpił 13 kwietnia 2010 roku. Na szczęście nie było ofiar w ludziach, ale konsekwencje wybuchu były duże. Pył wulkaniczny znacznie zakłócił ruch samolotowy w całej Europie, m.in. z tego powodu część delegacji rządowych nie dotarła do Polski na uroczystości pogrzebowe pary prezydenckiej Lecha i Marii Kaczyńskich.
Nie można było przewidzieć i spróbować zapobiec erupcji?
Tym razem nie chodziło o to, co zrobi wulkan, ale o to, co zrobi popiół, który wyrzucił.

Fot: Wulkan Eyjafjallajökull / J. Helgason, shutterstock
Czyli wiedzieliśmy, że on wybuchnie?
Tak. Wulkanolodzy na dzień przed jego wybuchem uznali, że on… zasnął. Proszę sobie wyobrazić, że organizowane były w jego pobliże wycieczki, aby obserwować wyrzucanie pióropuszy lawy. To było bardzo widowiskowe, szczególnie w nocy.
Czyli specjaliści zawiedli, nie ostrzegli?
Wulkanolodzy wytłumaczyli się, że lawy roztopiły lodowiec, który znajdował się na jego szczycie. Wody spłynęły do komina wulkanicznego, powodując mniej więcej taki sam efekt, jakbyśmy na gorącą, rozżarzoną patelnię wylali wodę. No i się zaczęło.
Na ile w takim razie przewidywanie ewentualnych erupcji wulkanów jest oparte na faktach, a nie na wróżeniu z fusów? Nauka… czy raczej oczekiwanie, co zrobi przyroda?
Powinienem od razu przyznać punkty przyrodzie (śmiech). Ale sięgamy po takie instrumenty, że o dużych zjawiskach i o dużych erupcjach będziemy mogli w miarę precyzyjnie informować. Pamiętajmy, że w całej nauce i historii o wulkanach są zwycięstwa i ewidentne porażki.
Nie wspominając porażek, jakie były zwycięstwa?
Na przykład erupcja wulkanu St. Helens 18 maja 1980 roku. To była jedna z pierwszych erupcji, która została dosyć precyzyjnie przewidziana przez służby wulkanologiczne.
Wulkanolodzy spojrzeli w szklaną kulę?
Nie, uważnie obserwowali wulkan. Erupcję poprzedziło powstanie wybrzuszenia na północnym stoku oraz liczne trzęsienia ziemi.
Ktoś zginął?
Tak, ale udało się ewakuować naprawdę prawie całą okolicę. Zginęli ludzie, którzy chcieli z bliska obserwować wybuch lub do których być może nie dotarło ostrzeżenie – łącznie kilkadziesiąt osób.

Fot. Paweł Kunz, Fly4free.pl
Panie doktorze: co z planowaniem wyjazdów? Zaglądać do zestawień dotyczących aktywności wulkanów na świecie? Czy lekceważyć takie kwestie?
Niebezpieczeństw nie powinno się lekceważyć. Wystarczy zdrowy rozsądek. Bali czy wspomniane już wcześniej Vanuatu – może to niezbyt fortunny pomysł w obecnej sytuacji? Skoro to mają być wakacje, wyjazd, relaks… to czy będziemy odpoczywać, wpatrując się na miejscu w telewizor i doniesienia dotyczące aktualnego zagrożenia wybuchem? Warto to przemyśleć.
Na koniec, pytanie nieco prywatne. Czy istnieje kraj, którego odwiedziny są spełnieniem marzeń dla wulkanologa, takiego jak Pan?
Istnieje (śmiech). To Islandia. Nie na darmo nazywa się ją Krainą Ognia i Lodu.
Dziękuję za rozmowę.
Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?