Fly4free.pl

Odwiedziłem najsłynniejsze wulkany Indonezji. Wyprawa życia czy maszynka do robienia pieniędzy?

Foto: Finn stock / Shutterstock
Wulkany Jawy niczym wypełniająca je magma do czerwoności rozpalają wyobraźnię podróżnych z całego świata. Bo kto nie chciałby zobaczyć niebieskiej lawy, turkusowego jeziora wewnątrz krateru lub wschodu słońca z widokiem na najwyższy szczyt wyspy? Czy jest to jednak jedno z niezwykłych doświadczeń ocierających się o mistycyzm czy turystyczna pułapka, po której zostanie niesmak? Nie było innej możliwości, by przekonać się o tym, niż sprawdzić to na własnej skórze!

Jawa to najbardziej zaludniona Indonezyjska wyspa, na której znajduje się także aktualna stolica kraju (celowo używam tego słowa, bowiem władze planują rychłe przeniesienie swojego środka ciężkości na Borneo). To również najbardziej zaludniony zakątek Indonezji oraz jeden z najpopularniejszych kierunków turystycznych kraju. Na niej też znajdują się najsłynniejsze w okolicy, wciąż aktywne stratowulkany: Bromo, Ijen oraz Merapi. Cel wycieczek i marzenie podróżników z całego świata.

Foto: Rafał Waśko / archiwum prywatne

Turystyka to kluczowa gałąź gospodarki niemal każdego kraju w Azji Południowo-Wschodniej, a jej organizacyjna strona zaplanowana jest z precyzją godną szwajcarskiego zegarka. To po prostu ogromny przemysł przynoszący masę pieniędzy zarówno władzom, jak i mieszkańcom. Nic więc dziwnego, że niemal każdy potencjalnie godny uwagi zakątek (zabytek, cud natury, miejsce związane z historią lub kulturą) przekształca się z lepszym lub gorszym skutkiem w cel wycieczek oraz maszynkę do robienia pieniędzy, z której żyją całe lokalne społeczności.

Nie inaczej jest w przypadku indonezyjskich wulkanów, które wciąż (a może przede wszystkim) są aktywnymi, dymiącymi górami pełnymi lawy, niekiedy również czynnymi kopalniami. Być może wymaga to przypomnienia, bo w masowym turystycznym pędzie zdaje się znikać to z pola widzenia.

Będąc w dłuższej podróży w Indonezji, przebywając w Yogyakarcie oczywiście również chciałem odwiedzić słynne wulkany. Organizacja wycieczki jest banalnie prosta i sprowadza się w zasadzie jedynie do uiszczenia płatności (bez problemu można zrobić to kartą), a turyści prowadzeni są niemal jak za rękę: wszystko robione jest za nich. Czy zatem wycieczka na Bromo, Ijen lub Merapi przypomina wyprawę jak z przygód dawnych odkrywców czy raczej wjazd kolejką na Gubałówkę? Postanowiłem przekonać się o tym na samodzielnie, odwiedzając wszystkie trzy miejsca.

Foto: Rafał Waśko / archiwum prywatne

Bromo

Pierwszym przystankiem niemal każdej wycieczki będzie stratowulkan Bromo, który według szacunków uczonych liczy sobie ponad 800 tys. lat. To wciąż aktywny wulkan, który pomimo regularnych erupcji oraz realnego zagrożenia jest tłumnie odwiedzany przez podróżnych. Dzieje się tak ze względu na relatywną łatwość wycieczki (do pieszego pokonania jest tylko ostatni, niewymagający odcinek), wspaniałych wschodów słońca oraz fenomenalnego widoku na wulkan Semeru – najwyższy szczyt na Jawie.

Podróżni wybierający się pociągiem powinni dojechać do Probolinggo lub Malang (w przypadku połączenia wyprawy z wodospadem Tumpak Sewu). Stamtąd czeka was dalsza przeprawa w okolice miejsca noclegowego, które w moim przypadku było w Cemorolawang – „ostatniej” miejscowości przed bramami parku narodowego. Muszę przyznać, że zakwaterowanie na wysokości ponad 2000 m n.p.m. było sporym kontrastem dla warunków panujących na dole. Pociąg zatrzymuje się niemal na samym wybrzeżu, zatem poza zauważalną różnicą temperatur, wysokość będzie tym, co również może dać się we znaki.

Czy konieczne są jakieś specjalne przygotowania? I tak i nie. Z rzeczy absolutnie koniecznych przychodzą mi do głowy wyłącznie dobre buty. O ile wielu turystów zwiedza dolne partie Jawy w japonkach, wulkany to jednak nie Tatry i tam urlopowiczów w sandałach nie uświadczycie (choć większość podróżnych nosi zwykłe adidasy). Natomiast jeśli chodzi o resztę wyposażenia, na miejscu spotkacie sprzedawców oferujących czapki, rękawiczki, a nawet wypożyczalnie kurtek. To zdecydowanie wygodna opcja, na którą sam się zdecydowałem – w tropikach nie była ona potrzebna, zatem przywożenie własnej byłoby zbędnym balastem, natomiast koszt wynajęcia jej na kilka godzin to tylko 25 PLN.

Foto: Rafał Waśko / archiwum prywatne

Sama wyprawa przynajmniej w założeniu ma w sobie coś mistycznego. Aby załapać się na wschód słońca po 5 nad ranem zbiórka przy hotelu odbywa się zazwyczaj o 2:30, czyli w środku nocy. Podróżni przydzielani są do 6-osobowych jeepów, którymi podjeżdża się w najpierw w okolice punktu widokowego. Brzmi romantycznie? Zatem właśnie w tym miejscu następuje pierwszy poważny zgrzyt. Nawet pomimo niskiego sezonu turystów jest tak wielu, że jeepy najpierw ścigają się po wyboistej drodze, by szybciej dowieźć swoich podróżnych, by następnie utknąć w korku na krętej górskiej ścieżce. Kończy się to tym, że wraz z grupą poznanych współpodróżnych pieszo opuszczamy samochód, gdyż nie da się już jechać ani w dół ani w górę. Robimy zdjęcie rejestracji jeepa mając nadzieję, że o umówionej godzinie uda nam się znaleźć go w morzu innych samochodów (uwierzcie, że szukanie auta pod galerią handlową to w porównaniu pikuś).

Po krótkim spacerze po ciemku udaje się dotrzeć do punktu widokowego gdzie na szczęście jest wystarczająco miejsca dla wszystkich podróżnych. Warto pamiętać o latarce, choć ta w telefonie w zupełności wystarczy. Każdy znajduje wygodne miejsca i rozpoczyna się krótka chwila oczekiwania, po której horyzont na wschodnim niebie zdaje się płonąć niezwykłą wręcz paletą odcieni od żółtego, aż po fioletowy. Moment jest zaprawdę magiczny i wtedy po raz pierwszy czuję (poza początkową ekscytacją poprzedzającą wyruszenie w podróż), że jest to jedno ze wspomnień, które odcisną we mnie trwały ślad. Po kilku chwilach ze znajdującego się na horyzoncie wulkanu Semeru unosi się niewielka strużka dymu, co wywołuje wyłącznie ekscytację i radość podróżnych (u nikogo nie widzę konsternacji lub niepokoju, a to przecież czynny wulkan).

Foto: Rafał Waśko / archiwum prywatne

Po skończonym wschodzie słońca jakimś cudem udaje się odnaleźć nie tylko nowopoznanych współtowarzyszy, ale również samochód. Nie ma czasu do stracenia, bowiem wyścig jeepów trwa dalej – tym razem jedziemy na płaskowyż, z którego udamy się bezpośrednio w okolice kaldery wulkanu Bromo. Tam jednak nie ma już wąskiej drogi, a samochody grzecznie parkują jeden obok drugiego. Podróżnych czeka teraz około półgodzinny spacer (leniwi lub wygodni mogą wybrać przejażdżkę na grzbiecie kuca, ja żywię głęboki sprzeciw wobec takich rozwiązań, wpojony mi jeszcze za czasów pieszych wycieczek do Morskiego Oka).

Wreszcie mamy okazję zajrzeć (dosłownie) do wnętrza prawdziwego wulkanu. I w tym miejscu ponownie mam mieszane uczucia. Z jednej strony to unikatowa możliwość będąca spełnieniem marzeń dla każdego, kto jako dziecko fascynował się lawą i wulkanami. Z drugiej – liczba turystów jest ogromna i trzeba naprawdę uważać, by nie zostać zahaczonym selfie stickiem, nie zepsuć idealnego kadru lub po prostu nie stracić równowagi przepuszczając idących z przeciwka podróżnych. Zabezpieczeń na kraterze oczywiście niemal nie ma, zwiedzanie odbywa się na własną odpowiedzialność.

Foto: Rafał Waśko / archiwum prywatne

Stoję na szczycie krateru, w milczeniu spoglądając na otaczający mnie krajobraz. Z jednej strony niemożliwe jest, by nie zachwycić się tym niezwykłym miejscem przypominającym Mordor (za to z niebieskim bezchmurnym niebem). Z drugiej – ciężko oprzeć się wrażeniu, że turystów jest tam po prostu za dużo i jest to w pewien sposób zaprzeczenie naszym ewolucyjnym instynktom – powinniśmy trzymać się z dala od zagrożeń, a nie zaglądać im głęboko w oczy (czy też do wnętrza krateru).

Wadą zorganizowanej wycieczki jest fakt, że jesteśmy ograniczeni czasowo oraz zależni od organizatorów. Na samym kraterze nie mam tyle czasu, ile chciałbym poświęcić na jego eksplorację. O umówionej godzinie wszyscy spotykamy się pod jeepem, czas jeszcze na ostatni akcent, czyli pamiątkowe zdjęcie na dachu samochodu wulkanem w tle. Sama wycieczka, choć wcale nie jest krótka, kończy się śniadaniem w hotelu około 9 rano. Nie mogę powiedzieć złego słowa o organizatorach, bo wszystko dopięte jest na ostatni guzik, jednak tłum turystów zdaje się przesłaniać to, co najważniejsze w takiej wyprawie.

Foto: Rafał Waśko / archiwum prywatne

Kawah Ijen

Jeżeli zdecydujecie się wykupić wycieczkę na oba wulkany, kolejnym etapem będzie transfer samochodowy z okolic Bromo do Banyuwangi, które jest największym miastem w okolicach Ijen. To kompleks kolejnych stratowulkanów, który słynie z dwóch rzeczy: kwaśnego jeziora wulkanicznego o niezwykłej turkusowej barwie oraz wydobywającej się z wnętrza krateru niebieskiej „lawy” (choć w rzeczywistości to ogień). Po kilkugodzinnej przejażdżce za dnia (można więc cieszyć oczy wspaniałymi krajobrazami po drodze) docieram do hotelu, w którym czas jest tylko na szybką regenerację. Celem większości wycieczek jest właśnie wspomniany niebieski ogień, a zjawisko to widoczne jest wyłącznie nocą. Oznacza to, że z hotelu wyjeżdżamy kilka minut po północy, by odpowiednio wcześniej dotrzeć do bram parku narodowego.

Wycieczka na ten wulkan nosi dużo więcej znamion „wyprawy”. Poruszamy się wyłącznie w grupie z przypisanym przewodnikiem, przed wyruszeniem w trasę każdy uczestnik dostaje latarkę-czołówkę oraz maskę gazową. Tutaj przeciwnie niż w przypadku Bromo, nie będzie możliwej przejażdżki jeepem, zatem najpierw czeka ponad godzinny trekking na szczyt wulkanu. Być może stopień zorganizowania wycieczki oraz ogromna liczba turystów o tym nie świadczą, ale tutaj też znajdujemy się w wysokich górach – wierzchołek wulkanu wznosi się na ponad 2700 m n.p.m. Trasa, choć dobrze wytyczona i oznakowana, jest dość mozolnym doświadczeniem. Niemal nie da się zgubić (poruszamy się wolno płynącą rzeką turystów), warunki mogą dać się we znaki – zwłaszcza wobec powszechnych wyziewów siarki. Cały szlak od początku do końca ma „tylko” 10 km, nie jest to jednak spacerek: połowę drogi pokonuje się w ciemności, a „wdrapanie się” na szczyt wulkanu to dopiero część sukcesu – niebieskie ognie czekają wewnątrz kaldery. Oznacza to, że czeka jeszcze kręta, wąska i stroma droga w dół, pokonywana (teoretycznie) z przewodnikiem, w praktyce – każdy miał inne tempo i nasza grupa dość mocno się rozmyła.

Foto: Rafał Waśko / archiwum prywatne

Naturalny fenomen niebieskiego ognia to kolejne unikatowe w skali światowej zjawisko. Nie powinno zatem dziwić, że każdego roku przyciąga tysiące turystów. Niestety ze względu na ich liczbę oraz czas konieczny do dotarcia do kaldery, na kilkanaście minut przed wschodem słońca zaczyna robić się nerwowo. Grupy, które dopiero zmierzają do wnętrza krateru wręcz „zbiegają” poganiane przez swoich przewodników. Natomiast ci, którzy wracają na szczyt (jest tylko jedna droga) karnie stoją w kolejce, której nie powstydziłby się Mount Everest. Wszędzie w okolicy znajdziecie znaki informujące o niebezpieczeństwie oraz zakazie schodzenia do wnętrza wulkanu (czy nie tam właśnie zmierzają wszystkie wycieczki?) oraz ciężko pracujących górników. Ijen słynie jako jedna z najbogatszych odkrywkowych kopalni siarki, co oznacza, że ciężko pracujący robotnicy niosący na swoich plecach wiele kilogramów surowca stoją w kolejce razem z turystami. Przygnębiający widok.

Foto: Rafał Waśko / archiwum prywatne

Pomimo sporego tłumku obserwatorów, warunki do obserwacji niebieskich ogni są zadziwiająco dobre. Być może mam szczęście, a może zapłonęły one na dobre na nowo, ale mieniące się na niebiesko zbocza wulkanu rzeczywiście sprawiają wrażenie spływającej lawy. W tym miejscu maska gazowa i okulary są już absolutną koniecznością – gęste wyziewy siarki potrafią, kolokwialnie rzecz ujmując, zwalić człowieka z nóg. Wszystkie te niedogodności, długa droga oraz wszechobecna siarka zdają się jednak nie mieć w tym momencie żadnego znaczenia. Jak zahipnotyzowany wpatruję się w niebieski ogień, próbując utrwalić ten obraz w swojej głowie (choć ktoś mający poczucie humoru mógłby powiedzieć, że przecież w przypadku posiadania kuchenki gazowej wystarczy tylko zgasić światło i obraz szybko wróci). W tym momencie rozumiem jednak, skąd ten cały pęd i szał, by zobaczyć to zjawisko na własne oczy.

Foto: Rafał Waśko / archiwum prywatne

Zaskakująco wymagająca okazuje się droga powrotna. Uczciwie przyznam, że jestem osobą o kondycji (co najwyżej) przeciętnej, nie spodziewałem się jednak, że trasa będzie tak uciążliwa. Pomimo iż w tę stronę odbywa się ona już za dnia, zapominam jak stroma była ścieżka. Sytuacji nie poprawia zalegający wszędzie wulkaniczny pył oraz nienajlepsze obuwie – o utratę równowagi nie jest trudno, o czym świadczą liczne ślady wulkanicznego popiołu na odzieży mijanych turystów.

Tu również pojawia się opcja dla wygodnych: za odpowiednią opłatą (spadającą wraz z ilością pokonywanych kilometrów) miejscowi tragarze oferują transport w czymś, co przypomina taczki. Mimo trwającej ułamek sekundy pokusy skorzystania z dużo szybszej opcji znalezienia się na dole (można powiedzieć, że niemal zbiegają oni, wioząc podróżnych), postanawiam pokonać trasę o własnych siłach. Choć cała wycieczka wcale nie jest krótka (skoro zaczyna się po północy), również w tym przypadku kończy się ona w godzinach porannych – w standardowym planie podróży po zakończeniu trekkingu podróżni wracają na krótki wypoczynek i zasłużone śniadanie do hotelu, po czym większość z nich rusza od razu w dalszą drogę na Bali. Ja wybieram powrót pociągiem do Yogyakarty.

Foto: Rafał Waśko / archiwum prywatne

Merapi

Pisząc o wulkanach na Jawie grzechem byłoby nie wspomnieć o najbliższym od Yogyakarty oraz najaktywniejszym wulkanie – Merapi. Znajduje się on nieco ponad 30 km od miasta oraz w niemal prostej linii od słynnej świątyni Borobudur. Jest też aktualnie zdecydowanie „najgorętszym” spośród wulkanów Jawy. Wznoszący się na ponad 2900 m n.pm. góruje nad gęsto zaludnioną okolicą (najwyżej położone osady znajdują się na wysokości niemal 1700 m n.pm.). Ostatnia duża erupcja miała miejsce w 2010 roku, pochłaniając życie ponad 100 ofiar i przykrywając grubą warstwą popiołu rozległe okoliczne tereny, w tym Yogyakartę.

Opcji wycieczek na wulkan jest multum, od zwiedzania pochłoniętej przez lawę wioski Kaliurang, po odbywające się jeepami przejażdżki po zastygłej lawie. Stanie w korku na zboczu to jednak coś, czego miałem okazję już doświadczyć, postanawiam zdecydować się na najbardziej ekonomiczną opcję – wycieczkę skuterem na własną rękę. I muszę przyznać, że był to strzał w dziesiątkę. Poza niewielkim kosztem wypożyczenia i paliwa oraz symboliczną opłatą za wstęp w pobliże rezerwatu mogę niezależnie poruszać się drogami wokół wulkanu. Odwiedzam pobliskie punkty widokowe i miejsca świadczące o aktywności góry. Krajobrazowo ta okolica zrobiła na mnie największe wrażenie – być może ze względu na swoją wysokość, niemal idealnie stożkową budowę oraz strzelistość – wulkan wydaje się dosłownie wyrastać w kierunku nieba z otaczających go pól ryżowych!

Foto: Rafał Waśko / archiwum prywatne

Jak zabrać się za organizację oraz ile to wszystko kosztuje?

Najpopularniejszymi bazami wypadowymi dla wycieczki na wulkany są Yogyakarta oraz Surabaya. Do obu tych miejsc łatwo i niedrogo dolecicie na pokładzie samolotów linii lotniczej AirAsia z okolicznych hubów. W każdym z miast znajdziecie mnóstwo lokalnych agencji turystycznych, w których od ręki możecie kupić zorganizowaną wycieczkę. Ceny mogą jednak znacząco się od siebie różnić i zależeć będą od ilości uczestników, wybranego środka transportu oraz… waszych zdolności negocjacyjnych.

Teoretycznie można próbować organizować wyprawę na własną rękę. Biorąc jednak pod uwagę ilość osób zaangażowanych po drodze (transfery, bilety wstępów, przewodnicy, etc.) potencjalna oszczędność jest naprawdę niewielka w kontekście złożoności przedsięwzięcia. W moim przypadku „samodzielność” oznaczała jedynie dojazd pociągiem na własną rękę, całą resztę postanowiłem oddać w ręce biura podróży. Decydując się na podróż z „Yogyi” pakiet obejmował transfery, bilety wstępu, opłatę za przewodnika oraz dwa noclegi ze śniadaniami. Za całą wycieczkę (bez biletów kolejowych do Probolinggo raz z Banyuwangi) zapłaciłem nieco ponad 3 mln indonezyjskich rupii, czyli ok. 770 PLN. Uważam to za niewygórowaną cenę, biorąc pod uwagę wymienione wyżej czynniki. Czy da się to zrobić taniej? Pewnie tak, warto pamiętać jednak że czas to również pieniądz, a część sił warto zachować na same wulkany, zamiast zaprzątać sobie głowę dodatkową logistyką.

Foto: Rafał Waśko / archiwum prywatne

To w końcu warto czy nie warto?

Nawet pisząc ten tekst z perspektywy czasu zastanawiam się, czy było to doświadczenie na miarę takiego, o którym można powiedzieć, że „prawdziwy podróżnik powinien dokonać go przynajmniej raz w życiu”. Czy może raczej komercja, przemysł turystyczny i pęd za tłumem?

Największą zaletą (oraz równocześnie wadą) jest fakt, że nie trzeba w zasadzie żadnego przygotowania, by wybrać się w taką podróż. Ludzie dosłownie robią to niejako „po drodze” na Bali. Absolutnie rozumiem tych, którzy znaleźli się tam, by odwiedzić to niezwykłe miejsce (jestem z jednym z nich). Z drugiej strony nie mogę oprzeć się wrażeniu, że turystów jest tam za dużo, a przez to że jest to łatwe, relatywnie tanie i świetnie zorganizowane – może tam trafić niemal każdy. I nie ma w tym nic złego, o ile właściwie stonujemy swoje oczekiwania, a w trakcie wycieczki zachowamy najzwyklejszy rozsądek.

Myślę, że ciężko o jednoznaczną ocenę i warto, by każdy wyrobił sobie własne zdanie. W pamięć na pewno zapadli mi spotkani ludzie: organizatorzy, sprzedawcy, właściciele restauracyjek lub po prostu okoliczni mieszkańcy – wszyscy byli niesamowicie serdecznymi, przyjaznymi ludźmi, którzy wciąż są szczerze ciekawi odwiedzających ich turystów oraz świata zewnętrznego. Nic zatem dziwnego, że w czasie wycieczki zdarzyło się: udzielić wywiadu, zostać poproszonym o niejedno selfie oraz znaleźć się na niezliczonej liczbie ukradkiem robionych „przypadkowych” zdjęć. Czy te wspomnienia zostaną ze mną „na zawsze”? Zdecydowanie tak. Czy żałuję wydanych pieniędzy? Ani jednej rupii! Czy zrobiłbym to raz jeszcze? Musiałbym mieć bardzo dobry powód (lub towarzystwo). 😉

A jak jest z wami? Mieliście okazję zobaczyć, Bromo, Ijen oraz Merapi?

Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.
Miałem okazję zwiedzić te wszystkie wulkany ponad 15 lat temu. Przemierzałem wtedy Jawę pociągami. Niezapomniane przeżycie. Tłumów takich wtedy nie było. Na pewno warto. Zapewne za kolejne 15 lat tych tłumów będzie jeszcze więcej. Nie ma co odkładać marzeń na później.
misterio, 15 stycznia 2024, 20:26 | odpowiedz
Z wielkim zdziwieniem przeczytałem w artykule, że Jawa to największa Indonezyjska wyspa. A Sumatra (na pierwszy rzut oka widać, że większa), a Celebes (tu nie widać, ale można sprawdzić)
Tomasz Stański, 16 stycznia 2024, 9:00 | odpowiedz
Dzięki, chodziło oczywiście o najbardziej zaludnioną wyspę :)
Rafał Waśko, 16 stycznia 2024, 10:30 | odpowiedz
Cześć, z jakiejś agencji korzystałeś i czy polecasz? Pozdrawiam.
KrysI30, 8 kwietnia 2024, 12:24 | odpowiedz
Hej, skorzystałem z Kresna Tourist Service niedaleko Jl. Prawirotaman i wszystko było ok. Będąc na miejscu zawsze warto odwiedzić 3-4 biura podróży i spróbować ponegocjować - zdarza się, że są gotowi udzielić "rabatu". ;)
Rafał Waśko, 11 kwietnia 2024, 15:29 | odpowiedz
Dziękuję za bardzo interesującą relację, zastanawialiśmy się nad wyjazdem z dziećmi, ale Twój opis trochę nas zniechęcił. Znajomi opisywali to trochę bardziej lajtowo, czy byli tez tam młodsi podróżnicy? Dawali radę?
kar.adamik, 21 kwietnia 2024, 15:32 | odpowiedz
Były rodziny z dziećmi, choć niekoniecznie wybierali oni podróż o świcie. Młodzi potrafią poruszać się lepszym tempem, niż dorośli 😉 W powrotnej z Ijen widziałem również zmierzających w kierunku krateru wysportowanych rodziców z dziećmi w nosidłach ✌️
Rafał Waśko, 23 kwietnia 2024, 12:27 | odpowiedz

porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »