REKLAMA

Olek Doba nie żyje. Podróż ponad wszystko – wspomnienie (wywiad)

Foto: Paweł Kunz / Dawid Mączyński

„Ruszcie się! Poznajcie swój kraj, poznajcie Europę, poznajcie świat. Korzystajcie z życia. Podróże realne są sto razy fajniejsze niż podróże palcem po mapie. Podróżować znaczy żyć!” Tak mawiał Olek. Turysta? Rekordzista? Gawędziarz? Opowieść o naszym przyjacielu, którego życie to gotowy scenariusz na film podróżniczy.

Z ogromnym smutkiem przychodzi nam napisać te słowa: Aleksander Doba nie żyje. Odszedł tak, jak żył: w podróży, na szczycie najwyższej góry w Afryce, będąc szczęśliwym człowiekiem. Środowisko polskich podróżników okryło się żałobą: tracimy osobę, która wymyka się wszelkim klasyfikacjom – wielbiciela podróży, przyjaciela naszej redakcji, dobrego ducha świata eksploracji.

Olek był niesamowitą postacią, która inspirowała Was (czytelników) ale i nas (redakcję) do podróży: zarówno tych bliskich, jak i odległych. Trzykrotnie przepłynął Ocean Atlantycki kajakiem. Miał na koncie ponad 120 tys. kilometrów w wodzie, ale najlepiej czuł się w powietrzu. Przeżył 40 dni w Trójkącie Bermudzkim, napad bandytów w dżungli Amazonii, ale najbardziej bał się nudy.

Cenił swoją brodę, nie zamierzał iść na emeryturę, mimo blisko 75 lat na karku twierdził, że ma ich zaledwie 34. Ilością wydzielanej energii obdzieliłby niejedną małą elektrownię. Zachęcał do podróżowania nie tylko palcem po mapie, bo – jak mówił – podróżować znaczy żyć. Był namacalnym dowodem na to, że „stary człowiek i może”. Sam twierdził, że niepowodzenia go tylko motywowały. W 2015 roku został wybrany w głosowaniu National Geographic „Podróżnikiem Roku” na świecie.

* * * * *

Przypominamy wywiad, który przeprowadziliśmy z Olkiem w 2016 r. To długa, ale pasjonująca lektura – zachęcamy do przeczytania całości.

redakcja Fly4free.pl

Foto: Dawid Mączyński / Paweł Kunz

„Stary człowiek i może” kontra "sto DÓB samotności”

Paweł Kunz, Fly4free.pl: Olek, zacznę od tego, że czytelnicy Fly4free kibicują Ci w Twoich przedsięwzięciach. Dorzuciliśmy swoją cegiełkę do internetowego plebiscytu National Geographic, w wyniku którego zostałeś wybrany Podróżnikiem Roku 2015 – artykuł z informacją o Twoim wyczynie cieszył się dużą popularnością.

Aleksander Doba: Dziękuję za wsparcie, miło to słyszeć. Wygrałem ten plebiscyt, mając ogromną przewagę głosów nad konkurencją. Wielka frajda!

Podobno ludzi poznaje się nie po sukcesach, które są ich udziałem, lecz po niepowodzeniach i porażkach, po których zdołali się podnieść. Rozmawiamy tu sobie swobodnie, w Szczecinie, ale przecież teraz nie powinniśmy mieć takiej okazji – miałeś być na środku Oceanu Atlantyckiego, płynąc trzeci raz przez ocean, tym razem najtrudniejszą trasą z New Jersey do Lizbony. To miał być prezent na twoje 70 urodziny, 9 września. Co poszło nie tak?

Tło jest szerokie. Spiętrzyło mi się wiele spraw, zarówno w Polsce, jak i w Stanach Zjednoczonych. Nie poświęciłem wystarczającego czasu na dokładne sprawdzenie przeróbek w moim kajaku. Niestety, teraz mogę to powiedzieć, okazało się, że część komór nie była szczelna. Przegrałem ze sztormem, popełniłem szkolny błąd nawigacyjny już na samym początku, nie uaktywniłem żadnego systemu GPS. I stało się tak, jak się stało.

Silne fale wywróciły dwukrotnie mój kajak, wypadłem z niego, potem wypchnęło mnie na plażę Sandy Hook, zniszczeniu uległy systemy łączności i instalacja elektryczna, wszystko było zalane. Myślałem, że po naprawie elementów i wysuszeniu wszystkiego, uda się ponownie wystartować. Niestety, woda oceaniczna ma bardzo dużo soli, uszkodzenia były za duże. Koniec.

Rozumiem, że nie poddajesz się, nie odkładasz wiosła do szafy – tylko próbujesz kolejny raz, za rok?

Oczywiście! Jestem zdeterminowany, aby dokończyć to, co zacząłem. I w 2017 roku, początkiem maja, ponownie zmierzę się z oceanem, mając w planie dopłynąć do Europy na moje 71 urodziny.

W internecie krążą najrozmaitsze przeróbki twojego nazwiska w kontekście twoich wyczynów. „Stary człowiek i może”, „sto DÓB samotności”. Dorzucę świeżą, własną. Co powiesz na to, że chyba spoDOBAłeś się wodzie?

No tak, z wzajemnością! (śmiech)

A czy słyszałeś to: „Doba ma tylko 24 godziny. Olek Doba ma tylko 1 wiosło”? Dla wielu osób stałeś się postacią kultową. Polacy potrzebują bohaterów sportowych, zobacz jak przywitano reprezentację piłkarską po dobrnięciu do ćwierćfinału Mistrzostw Europy w piłce nożnej. Czujesz się wzorem do naśladowania, odczuwasz wsparcie Polaków?

Woda sodowa nie uderzyła mi do głowy. Dalej pomagam ludziom nosić kajaki na spływach. Cały czas staram się realnie patrzeć na życie. Co ja osiągnąłem, jakim jestem sportowcem? Ja wszystkie moje wyprawy traktuję jako wyczyny turystyczne, a nie sportowe. Jestem turystą kajakowym, a nie zawodowym sportowcem. I tym bardziej jest mi przyjemnie, że ludzie mnie wspierają, że mogę być inspiracją.

Chociaż wiesz, czasami czuję się skrępowany. Niedaleko Koszalina, w Iwięcinie, jest szkoła podstawowa, która obrała mnie w 2012 roku za patrona. Czyli czas chyba najwyższy umierać. Ale ja jestem na to za młody, we wrześniu kończę dopiero 70 lat, co chyba widać na zdjęciach. (wszystkie archiwalne zdjęcia w wywiadzie pochodzą z prywatnego archiwum Aleksandra Doby – przyp. red.).

Foto: Olek Doba / archiwum prywatne

O powietrzu i o wodzie

Mój przyjaciel stwierdził: „ten facet jest i będzie koszmarem ZUSu. Więcej takich, a nie będzie pieniędzy w systemie na wypłaty”. Czujesz się emerytem?

A kim jest emeryt? Znajomy mi powiedział: „Olek, jak ciebie ZUS weźmie pod lupę, to przedłuży wiek emerytalny”. No i co zrobili? Tylko nie mówcie, że to przeze mnie. Czasami czuję się jak pasożyt społeczeństwa, nic już nie produkuję, a tylko biorę (śmiech).

Zapytam się ciebie trochę przewrotnie: wolisz być w powietrzu, czy na wodzie? Bo przecież, mimo faktu, że powszechnie kojarzymy ciebie z wyczynami na wodzie – jesteś zaawansowanym pilotem szybowcowym oraz skoczkiem spadochronowym.

Odpowiem krótko: nic nie zastąpi latania. A zwłaszcza na szybowcach. Lata się wysoko, z ptakami, jest cisza. Musiałem niestety zostawić latanie, bo przeniosłem się z Aeroklubu Poznańskiego do Aeroklubu Szczecińskiego. Tutaj były o wiele gorsze warunki, wpływ bryzy morskiej, nastroje na granicy.

Nie mogłem latać. Spędzałem wiele czasu na lotnisku, a tu loty zawieszone, granica blisko, latało tylko wojsko. Żona młoda, bo wtedy niedawno się ożeniłem, więc niestety powoli od tego latania musiałem odejść. Ale od razu wpadłem w żeglarstwo – a potem, gdy byłem zaawansowany wiekowo, jak to niektórzy mówili, a miałem wtedy 34 lata, po raz pierwszy wybrałem się na spływ kajakowy. I tak zostałem przy kajakach, które są moją pasją aż do dzisiaj.

Powiedz mi, skąd u miłośnika awiacji nagle taka zmiana? Cofnijmy się w czasie, OK? Masz właśnie 34 lata, jesteś facetem, który chce latać, nigdy wcześniej nie pływałeś na kajaku… Jak to się właściwie zaczęło?

Dość prozaicznie. Żona zostawała w domu, a ja wyjeżdżałem na lotnisko. Pracowałem wtedy dużo, czas wolny spędzałem na lotnisku, wracam do domu, a ona pyta: „latałeś?” No, nie latałem. To jest jednak wielki stres i wyrzuty żony, że jak to, to jest twoja pasja, a nie możesz jej zrealizować? I tak, stopniowo, stopniowo, musiałem to zostawić i zająć się czymś innym.

Wtedy rodził się nam pierwszy syn – a mój ówczesny kolega z pracy w biurze projektowym, na desce kreślarskiej rozkładał sobie mapy i pływał palcem po wodzie. Dałem się namówić na pierwszy w życiu spływ na rzece Drawie. To jest moja pierwsza i okazuje się ulubiona rzeka do teraz.

A masz swoją listę pięciu ulubionych rzek w Polsce?

No jasne! Patrząc od zachodu: Drawa, Brda, Wda, Krutynia i Czarna Hańcza na wschodzie.

Miałem okazję spływać Krutynią zimą. I dla mnie, jak dla laika w kwestii kajakowej, to było duże przeżycie…

Jeśli chodzi o zimowe spływy, to moją ulubioną rzeką jest Brda. Jaka to wielka frajda płynąć zimą! Dla wielu ludzi to jest szok: jak to, zimą, w kajaku?! Ale ja to uwielbiam. Jest adrenalina, większe zagrożenie.

Gdybyś miał porównać te dwa żywioły: powietrze i wodę?

Powtórzę: nic nie zastąpi latania. Wyobraź sobie: pod koniec lata zbierają się bociany do odlotu. I krążą w powietrzu, w kominach, czyli w słupach ciepłego wznoszącego się powietrza. A ja w samym środku tego komina, z 30 bocianami, latam, staram się im dorównać. Ale one są lepsze, szybciej się wznoszą, wykorzystują te prądy. Całość z prędkością około 70 kilometrów na godzinę. Wspaniałe!

Foto: Olek Doba / archiwum prywatne

O miłości, rozsądku i transporcie sprzętu w samolotach

Czyli mimo tego, że spędzasz setki godzin na wodzie, to jednak powietrze jest twoją większą miłością?

To nie tylko kwestia latania. Zawsze zastanawiałem się, jak to jest skoczyć z samolotu w dół. Ale zawsze nas, szybowników, odganiali: wy jesteście od latania, a nie od skakania. Ale udało mi się skoczyć. I to niejeden raz – mam teraz licencję skoczka spadochronowego.

Każdy powinien znaleźć swoją pasję. Nie ma recepty, że wszystkim podoba się to samo. Jeśli ktoś ma pasję, to jest to coś wspaniałego, bo się poświęca temu i robi to z frajdą. A już szczytem marzeń jest robić to, co się lubi… i jeszcze, aby za to płacili.

Mówisz o frajdzie. Od razu zaiskrzyło pomiędzy tobą a kajakiem? To taka miłość od pierwszego wejrzenia, czy raczej małżeństwo z rozsądku?

W zasadzie spodobało mi się od początku. Był rok 1980, płynąłem z kolegą, który również był pierwszy raz w kajaku. Wtedy był na rzekach o wiele mniejszy ruch niż teraz. A dla odmiany, o wiele większe kłopoty z zaopatrzeniem. Wszystkie puszki i jedzenie mieliśmy ze sobą. Zaliczyliśmy pierwszą wywrotkę, wszystko nam się potopiło. Ale to było takie moje dosłowne wpadnięcie w Drawę…

Więc w końcu miłość czy rozsądek?

Rozsądek nie. Wpadłem po uszy. Pierwsza wywrotka, nie zraziłem się tym, spodobało mi się. Wtedy na spływach kajakowych należało wykazywać się rozmaitymi umiejętnościami, być koleżeńskim. Wspólne spędzanie czasu, ogniska, to wszystko sprawiło, że stało się to moją pasją. Aż do teraz.

Cały czas pracowałeś, miałeś obowiązki rodzinne. Czy żona nie miała nic przeciwko temu, że nagle w twoim życiu coraz więcej czasu zaczęła zajmować Pani Woda?

Starałem się zachęcić żonę, aby ze mną jeździła na spływy. Pamiętam, pojechaliśmy razem na spływ międzynarodowy. Ja jestem inżynierem mechanikiem, więc dla mnie porażką było to, że na dziesięć transportowanych kajaków, trzy były uszkodzone, bo podpory podtrzymujące kajaki były stare i przebiły kajaki…

Jak już o kajakach mówisz, pytanie techniczne. Rozumiem, że swojego kajaku nie możesz nadać do luku bagażowego samolotu?

Kajak „Olo” przepłynął Atlantyk kilka razy. Wracał do Polski najczęściej w 40-stopowym kontenerze, na statku. Do luku bagażowego, ani jako bagaż podręczny, nie byłbym w stanie go spakować (śmiech).

A czy istnieją małe kajaki, składane, które łatwiej jest transportować samolotem?

Takim właśnie kajakiem opłynąłem Bajkał. Można go spokojnie złożyć w dwa worki i zabrać do samolotu jako sprzęt sportowy. Ale to kosztuje.

Foto: Olek Doba / archiwum prywatne

O bagażu podręcznym, konserwach i planowaniu wypraw

Oglądałeś film „W chmurach”?

Chyba nie kojarzę…

Główny bohater, który większość swojego czasu spędza w samolotach, mówi: „Gwiazdy wychyną ze swoich dziennych kryjówek, a jeden z tych świecących punkcików, nieco jaśniejszy niż reszta, to będzie światło na skrzydle mojego samolotu”. Czujesz się samotny, przebywając na środku oceanu, w kilkumetrowej łupince, napędzanej siłą twoich rąk?

Wyobraź sobie duży blok w mieście. Żyje tam kilkuset ludzi. I w środku tego bloku, na którymś piętrze, żyje osoba samotna. Nie ma rodziny, znajomych, nikogo. Obok wszyscy mają swoje życie. I dopiero po pewnym czasie sąsiedzi orientują się, że ta pani zmarła. To jest dopiero paskudna samotność!

Ja nie czuję się na oceanie sam. Mam świadomość, że tylu ludzi interesuje się moimi wyprawami, przesyła mi swoją energię. Mam także telefon satelitarny, można się ze mną skontaktować. Powiem więcej, przesyłano mi na przykład informacje o medalach zdobywanych przez polskich sportowców na olimpiadzie. Czasami miałem aż za dużo informacji. Czy to jest samotność?

Jak ważna jest technika, logistyka, planowanie twoich wypraw. Pracuje nad tym sztab ludzi?

Sztab? Chciałbym. Tak naprawdę, przy mojej pierwszej wyprawie przez Atlantyk, sztab był dwuosobowy: ja i Andrzej Armiński, który był strategiem wyprawy. I tyle. Pamiętam, że popłynąłem na nią bez ubezpieczenia, bo żadne towarzystwo ubezpieczeniowe nie chciało się tego podjąć. Wszędzie słyszałem: „Panie, samobójców nie ubezpieczamy”. Przy drugiej wyprawie na szczęście udało się ubezpieczyć w amerykańskim towarzystwie. Potem było mi już łatwiej. Udowodniłem, że nie jestem wariatem, że można przepłynąć ocean w kajaku. I teraz mam wsparcie ludzi, którzy pomagają przy logistyce, mediach społecznościowych, planowaniu. Bo sam już nie dałbym rady. Zwłaszcza Piotr Chmieliński, który sam jest wyśmienitym kajakarzem oraz Magdalena Czopik.

A jedzenie? Nasi czytelnicy wiedzą, jak spakować plecak jako bagaż podręczny na tygodniowy wyjazd lotniczy do Włoch. A co bierze się na ocean na trzy-cztery miesiące wyprawy?

Przy pierwszej i drugiej wyprawie, miałem w kajaku takie klasyczne jedzenie, jak się zabiera na biwak…

Konserwy i zupki chińskie w proszku?!

Dokładnie! A do tego słoiki z klopsikami, makarony, ryż. Te rzeczy musiałem zjeść przez pierwszy miesiąc, bo potem część z nich mogłaby się zepsuć. Ja wprawdzie mam strusi żołądek, ale wolałem nie ryzykować. Do tego dużo słodyczy, bo przy pierwszej wyprawie zabrakło mi kalorii. Ale głównie bazowałem na żywności liofilizowanej, czyli takich, nazwijmy to w uproszczeniu, „zupkach w proszku na sterydach”. Ta żywność zajmuje bardzo mało miejsca i się nie psuje. I może być przechowywana wiele lat.

Sam mam w domu jeszcze liofilizaty z pierwszej wyprawy, czasami otwieram, wącham, częstuję innych. Da się je jeszcze jeść.

Niezła dieta…

Tak. W wywiadach opowiadałem, że schudłem 14 kilogramów, bo wyprawa trwała 14 tygodni. Teraz mogę się przyznać – to było 20 kilogramów.

Ostatnio wynikły problemy z przetransportowaniem żywności z Polski do USA, gdzie rozpoczynałeś kolejną wyprawę?

Cóż, Amerykanie aresztowali moje jedzenie. Wiedziałem, że mogą sprawdzać żywność i jego opakowanie. A w moim przypadku opakowaniem był mój kajak.

Chwileczkę, czyli zaaresztowano ci także kajak?!

Na szczęście nie. Liofilizaty poleciały do Nowego Jorku samolotem, jako przesyłka. Ale tam uznano, że należy sprawdzić, czy ta żywność może być na terenie Stanów Zjednoczonych i czy im nie zaszkodzi. Tymczasem ona była wyprodukowana dla mnie, a miałem ją spożywać na oceanie, a nie w USA! Zamieszanie trwało dłuższy czas. Pomagała mi ambasada Polski, ludzie z konsulatu, przyjaciele. Było nerwowo. Dość powiedzieć, że żywność została uwolniona z aresztu 72 godziny przed startem wyprawy.

Foto: Dawid Mączyński / Paweł Kunz

O oceanie, zasypianiu i przekleństwach w języku polskim

Jak pozyskujesz wodę do picia na Atlantyku?

Mam trzy odsalarki: elektryczną i dwie zapasowe, ręczne. I tak się składa, że zawsze coś się z tą elektryczną działo… i musiałem używać ręcznej. Rytm dobowy wtedy dzielił się na 8-12 godzin wiosłowania, oraz 3 godziny pracy przy pompowaniu, aby mieć co pić. Miałem także żelazny zapas, w postaci kilkunastu plastikowych butelek z wodą, kupionych w sklepie.

Przy drugiej wyprawie miałem wspaniałą szwajcarską odsalarkę. Nową, zakupioną na potrzeby wyprawy. Udało mi się za jej pomocą wyprodukować może 20 litrów wody… i przestała działać. Tak po prostu. I znów musiałem się męczyć z niezawodną ręczną odsalarką.

A co zrobiłeś z tą szwajcarską?

Spojrzałem w dokumenty, a tam było napisane: „W razie problemów, proszę odesłać do serwisu”. Tyle, że ja byłem na środku oceanu, to taki drobny szczegół (śmiech).

Czy ocean zasypia? Jak wygląda twój odpoczynek – bo na regularny sen chyba nie ma czasu?

Ja nie potrafię spać w dzień. Ale z kolei w nocy najlepiej mi się wiosłowało. Więc sen na moich wyprawach, to tak naprawdę kilkanaście mikrodrzemek, trwających maksymalnie 15 minut każda. I tak przez kilka miesięcy.

Mówi się, że najdroższe łóżka, to łóżka wodne. Ja miałem gratisowe łóżko wodne.

Opowiesz nam, jak ci się udało pozbyć na środku oceanu, mierzącego 300 metrów tankowca?

Ech, śmieszna historia. Miałem ze sobą telefon satelitarny do łączności. Problem w tym, że zapomniałem o jednym fakcie: to był satelitarny telefon prepaid, z opłaconymi wcześniej 500 jednostkami do zużycia w ciągu roku. I nagle skończyły mi się jednostki. Nie mogłem nawet wysłać SMSa, aby mi w Polsce opłacono kolejną serię impulsów. Mogłem tylko odbierać wiadomości. I po kilku dniach zaczęły przychodzić: „Olek, co z tobą, martwimy się, nie ma kontaktu”.

Na kajaku mam urządzenie, które wysyła co 10 minut moje położenie GPS, tak zwany spot. Są tam jeszcze dwa przyciski. Jeden to przycisk wzywania pomocy w przypadku zagrożenia życia „SOS”. A drugi przycisk, to „HELP – mam problem”, który wysyła impuls do dwóch wcześniej wybranych numerów. W moim przypadku był to strateg wyprawy oraz moja żona.

To było dzień przed Wigilią. Wcisnąłem ten przycisk kilkukrotnie, aby powiadomić żonę i stratega. A po kilku godzinach dostałem SMSa: „Olek, odebrałem pięć razy sygnał HELP, potem cancel. Wysyłam pomoc i straż przybrzeżną”. Mój strateg prawdopodobnie pomylił wyjaśnienie przycisku HELP i SOS. Załamałem się: będą mnie szukać i ratować – a ja tylko chcę wysłać SMSa, aby doładowano mi mój telefon satelitarny!

Po kilkunastu godzinach przypływa do mnie tankowiec grecki. Chcą mi rzucać koło ratunkowe i linę. Krzyczę do nich „No rope”, bo przecież nie potrzebuję pomocy – ja tylko chcę wysłać SMS! Pokazuję na siebie i wołam „OK”, pokazuję na kajak i kciuk w górę, w końcu przykładam dłonie jak telefon i wołam do nich „Phone”.

A oni znowu się mi przyglądają, znów rzucają linę. No to pokazuję na kajak i na zachód, tam gdzie płynę, potem na ich statek i wskazuję na wschód, gdzie oni płyną. I krzyczę „bye, bye”. A marynarze greccy robią wielkie oczy. Przecież otrzymali sygnał, aby mnie ratować. Statek robił obrót wokół mojego kajaka, a że to ogromny tankowiec, zajęło to godzinę. I kolejny raz chcą rzucać linę i mnie ratować. Na mostku stoją oficerowie, kapitan, robią zdjęcia.

A ja macham rękoma, pokazuję „nie, nie”, nie potrzebuję pomocy. Oni dalej nie rozumieją. W końcu nie wytrzymałem, i zacząłem krzyczeć po polsku najgłośniej jak umiem: „SP******AĆ!” Na mostku cisza i konsternacja. A po chwili pomachali na „bye bye” i odpłynęli… 🙂

Chyba znali język polski…

Najwidoczniej mieli wcześniej do czynienia z polskimi marynarzami (śmiech).

A jak udało się ponownie nawiązać łączność przez telefon satelitarny?

Koniec końców uaktywniono mój rezerwowy telefon. Ale trwało to 47 dni.

Czyli przez 47 dni nie było z tobą kontaktu?

Tak wyszło. Wiem, że wiele osób się niepokoiło.

Foto: Olek Doba / archiwum prywatne

O Bajkale, rekordach i obawach

Zostawiając na chwilę ocean i kwestie strachu, opowiedz nam o Bajkale. Co było dla ciebie największym wyzwaniem podczas wyprawy dookoła Bajkału? Bawiąc się słowami, to zupełnie inna bajka niż Atlantyk.

Magiczne morze Syberii. Chciałem tam być od zawsze. Zaczęło się od trekkingu i oglądania zaćmienia słońca, a potem rozpocząłem wyprawę w połowie sierpnia. I to było właśnie wyzwanie i błąd, bo rozpocząłem za późno. Po dwóch tygodniach spadł pierwszy śnieg. Dodatkowo, to bardzo zdradliwy akwen, z gwałtownymi wiatrami, w tym legendarnym Sarma.

Dostałem od miejscowych rybaków radę, aby przerwać wyprawę, bo płynąc teraz na północ, po prostu zginę. Posłuchałem ich. Wróciłem za rok, udało mi się opłynąć cały Bajkał bardzo szybko.

Skąd ten pośpiech?

Bo spieszyłem się na wesele mojego syna. Cały czas bałem się, czy zdążę. Wracałem koleją transsyberyjską, udało się. Do Polski wróciłem na 5 dni przed ślubem. Byłem dobrze przygotowany.

Mówisz o przygotowaniach. Jak one wyglądają przed wyprawami? Ćwiczenia, siłownia, basen?

Jestem wszechstronnym kajakarzem, mam na liczniku 96000 kilometrów w kajaku. Zawsze dla mnie dobrą zaprawą była jazda na rowerze. Przez 30 lat do pracy dojeżdżałem rowerem. I to jest świetne ćwiczenie na nogi. Bo o ręce się nie muszę martwić, kajak załatwia sprawę (śmiech). Nie potrzebuję się specjalnie przygotowywać fizycznie, chociaż ostatnio zacząłem biegać.

Znając ciebie, niedługo usłyszymy o Aleksandrze Dobie, który pobił rekord w swojej kategorii wiekowej na dystansie maratonu.

Nie mam tego w planie, chociaż kto wie? Na razie bez zadyszki przebiegam kilka kilometrów.

Lubisz takie rekordy, wyzwania?

Czasami dobrze jest z czymś się zmierzyć. Pamiętam, jak pobiłem w 1989 roku rekord Polski. Dysponując normalnymi 26 dniami urlopu, oraz wszystkimi sobotami i niedzielami, udało mi się w ciągu roku przepłynąć kajakiem 5125 kilometrów, z czego 5000 po nowych dla mnie trasach. Rekordy, wyzwania, to dobry motywator, na starość będzie co wspominać.

No właśnie. Wiele razy powtarzałeś: „Starość u ludzi jest mentalna. Rozmawiałem z o wiele młodszymi ode mnie, którzy mówili jak staruszkowie”. Ile zatem lat mentalnie ma Olek Doba?

34! Wpadłem w turystykę kajakową mając 34 lata. I od tego momentu, czas się zatrzymał. Jestem młody, nie niepokoję się swoim wiekiem (śmiech).

Wspominasz o niepokoju. Czy jest coś, czego się boisz? Wiem, że nie boisz się burz, powiedziałeś kiedyś: „na burze jestem przygotowany, one są bardzo towarzyskie”. Z drugiej strony, ciężko chyba o brak strachu, stojąc twarzą w twarz w dżungli Amazonii z bandytami, którzy grożą ci bronią i chcą ciebie obrabować?

To było paskudne przeżycie. Bandyci, widząc nietypowy kajak na środku Amazonki, myśleli, że jestem jednym ze szmuglerów kokainy – i dlatego mnie rabowali. Powiedziałem im wprost, słuchajcie, bierzcie co chcecie, ale ja nie mam nic, a kokainę widziałem na kasecie VHS na jakimś filmie amerykańskim.

Chciałem wyciszyć ich agresję, mówiłem powoli po polsku. Mam mocną psychikę. Oczywiście, że czasami się boję, ale nigdy nie okazuję tego na zewnątrz. Bo to oznaka słabości.

Foto: Olek Doba / archiwum prywatne

Jesteś przykładem człowieka, który może osiągnąć wszystko, czego zapragnie – jeśli zapragnie tego wystarczająco mocno. Masz jakieś zdanie, motto, które ciebie motywuje i daje kopa w momentach słabości?

Woda to żywioł, którego nie zwycięży się nigdy. Można być jedynie niepokonanym”. To słowa sir Ernesta Shackletona, irlandzkiego podróżnika i polarnika z początku XX wieku. Tylko u niego zamiast słowa woda, było morze. Ja nie pokonałem Atlantyku. Ja go tylko przepłynąłem.

Czytelnicy Fly4free pytają, czy kiedykolwiek zgolisz swoją brodę? Jak to mawiają, Olek Doba wygląda jak Zeus na wakacjach – i był pierwszym hipsterem, bo nosił brodę zanim w Polsce zaczęły być modne 🙂

Czyli jestem prekursorem mody ;-). W tamtym roku obchodziłem 40-lecie ślubu z moją żoną. I widzisz, żona mnie nie zna bez brody. Boję się, że po jej zgoleniu, nie poznałaby mnie. I jak ja bym do domu wszedł? (śmiech).

Myślę, że wiele osób, które spędzają dużo czasu w pracy, chciałoby ciebie zapytać o to, jak udawało ci się pogodzić aktywność kajakową z domem, a potem z pracą zawodową. Wyrozumiały szef?

Pracowałem w dziale głównego mechanika. I kiedyś na spływ zaprosiłem mojego szefa. Jest taki zwyczaj wśród kajakarzy, że wszyscy mówią sobie po imieniu. Ale tutaj przecież jest mój szef. On od razu do wszystkich: „jestem Paweł”. Tam się to sprawdziło, konwenanse kajakowe zachowaliśmy, ale w pracy dalej formalnie „panie inżynierze”.
Podobno po powrocie ze swojej wyprawy kajakowej do Norwegii, powiedziałeś swojemu szefowi o planie kolejnej wyprawy – i zapytałeś się go, czy nie będzie problemu. Co odpowiedział?

Ale jaki problem, Olek? Tutaj wszyscy czytaliśmy o tobie i jesteśmy z ciebie dumni”. Bo ja nigdy nie miałem dosyć. Nawet na pierwszych spływach, jak wszyscy zaczynali już obozować, mówiłem: słuchajcie, popilnujcie moich rzeczy, ja jeszcze popłynę zobaczyć ten dopływ mały, ciekawy.

Pytali: „to ty nie masz jeszcze dosyć?”. No, nie miałem. I wymyśliłem sobie, jak mogę dać sobie w kość.

I co wymyśliłeś?

Miałem dwa tygodnie urlopu. I postanowiłem przepłynąć Polskę po przekątnej. Od Przemyśla do Świnoujścia.

No właśnie. Dać sobie w kość. Próbowałem wypisać sobie wszystkie twoje osiągnięcia… i czuję się trochę przytłoczony. Opłynąłeś kajakiem Morze Bałtyckie i Bajkał. W 100 dni dopłynąłeś z Polic do norweskiego Narviku. Jako pierwszy kajakarz przepłynąłeś Wisłę. Jako pierwszy kajakarz przepłynąłeś Atlantyk z kontynentu na kontynent bez użycia wspomagania żaglem. Powtórzyłeś to trzy lata później, tym razem w najszerszym miejscu z Lizbony na Florydę. Superkolos 2011, Kolos 2015, zaszczytne miano Podróżnika Roku 2015 National Geographic, a na dokładkę Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Uff, sporo tego. Czy jesteś w stanie z tej wyliczanki wybrać coś, co dla ciebie ma największą wartość?

Nie pływam dla nagród, ale dla siebie. Nie miałem pojęcia o plebiscycie National Geographic – tutaj główną rolę odegrał mój przyjaciel z USA, Piotr Chmieliński, który nagłaśnia moje wyczyny. Wszystkim powtarzałem: zapoznajcie się z całą 10 nominowanych, bo byli to bardzo różni ludzie i bardzo ciekawe osiągnięcia.

Sam się z nimi zapoznałem i nie czułem się Kopciuszkiem w tym towarzystwie. I niesamowitym dla mnie było to, że 55% głosów na mnie było oddanych spoza terytorium Polski. Czyli to nie tylko moi sąsiedzi i znajomi głosowali.

Wybacz, ale głosy wszystkich z Polic i ze Szczecina, to byłoby za mało…

(śmiech) Chyba tak.

O budżecie i pałąkach

Zapytam jeszcze o kajak. Twój pojazd, dom, centrum świata przez kilka miesięcy. Czy technicznie wszystko zawsze było z nim OK?

Kiedyś, kiedy dopiero planowałem się zmierzyć z oceanem, zaprojektowałem dla siebie kajak. Długi na 7 metrów, szeroki na metr, mała kabina z przodu. I daszek dla ochrony przed słońcem. Muszę być chyba urodzony pod dobrą gwiazdą, ponieważ znalazł się człowiek, pan Andrzej Armiński, który pomógł mi w projekcie oraz dodatkowo wyprodukował kajak w swojej stoczni. On sam opłynął świat na zbudowanym przez siebie jachcie.

Kajak miał mieć dwie najważniejsze cechy: miał być niezatapialny i nie móc pływać do góry dnem, gdyby go fale wywróciły. I przez te kilka lat i kilka wypraw, służy mi dzielnie, z małymi przeróbkami.

A gdybyś miał coś w nim zmienić, mając nieograniczony budżet?

Zmieniłbym trochę kształt kadłuba i kabiny. Ale niektóre zmiany dokonały się same. W trakcie drugiej wyprawy byłem w Trójkącie Bermudzkim. 40 dni pałętałem się po dosyć małym obszarze, nie mogłem się wyrwać z takiej pułapki wiatrowej. Spychało mnie na północny-wschód. W piątym z kolei sztormie urwał mi się ster. I wtedy dostałem wiadomość: Olek, płyń do najbliższego lądu, to 400 kilometrów dalej, na Bermudy.

Dopłynąłem tam, ster został szybko naprawiony. Ale potrzebowałem transportu mojego kajaka w pobliże miejsca, gdzie przerwałem moją trasę. I przy jego wodowaniu zdarzyło się nieszczęście. Ułamały się pałąki, które miały zapewniać stabilność kajaka.

Ale przecież ty od początku byłeś do tych pałąków sceptycznie nastawiony?

Tak, i dlatego wszyscy dookoła robili przerażoną minę i przepraszali mnie, że uszkodzili kajak – a ja się w głębi duszy strasznie cieszyłem (śmiech).

Foto: Olek Doba / archiwum prywatne

O marzeniach, inspiracji i pasji

Olek, wiele osób będących w wieku 40+, 50+, 60+ i więcej, myśli sobie: świat pędzi do przodu, w naszym wieku już za późno na turystykę, może lepiej nie realizować marzeń. Ty, mając aktualnie prawie 70 lat, nie pukałeś kiedyś do drzwi z napisem PODRÓŻE I WYZWANIA, tylko wyważyłeś je kopniakiem. Masz jakąś radę dla takich osób?

Słuchajcie, nie ma potrzeby patrzeć w kalendarz, tylko należy realizować swoje plany i zamierzenia. Być aktywnym, rozwijać swoje pasje. Teraz świat stał się dostępny. Patrzcie na Fly4free, szukajcie biletów lotniczych w ciekawe miejsca, latajcie tam, zwiedzajcie. Kiedyś nie było takich możliwości, a dzisiaj za niewielkie pieniądze można kupić bilety do tylu wspaniałych miejsc.

Lubisz ciepło? Leć do Hiszpanii. Lubisz zimno? Leć na Islandię. To nie jest już problemem. Jak są problemy, to szukaj rozwiązania problemu, a nie usprawiedliwienia, dlaczego tego nie możesz rozwiązać.

Czyli naszym czytelnikom, którzy chcieliby przejść z fazy marzeń i inspiracji do fazy szukania ofert, informacji i organizowania podróży, radzisz…

Ruszcie się! Poznajcie swój kraj, poznajcie Europę, poznajcie świat. Korzystajcie z życia. Podróże realne są sto razy fajniejsze niż podróże palcem po mapie. Podróżować znaczy żyć.

Jeden wyraz – i jedno słowo, jako pierwsze skojarzenie. Gotowy?

OK.

Woda?

Pasja.

Foto: Dawid Mączyński / Paweł Kunz
REKLAMA
Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.
Avatar użytkownika
<*> <*> <*>
pacyfa, 23 lutego 2021, 20:01 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Jego życie i osiągnięcia podróżnicze nadają się na dobry hollywoodzki film. Do tego smierć na Kilimandżaro, to może być jeden z najlepszych filmów. Niech rodzina sprzeda za dobre pieniądze tę historię do USA.
Adaam34, 24 lutego 2021, 0:02 | odpowiedz
Fantastyczny człowiek!!!
DMWpl, 24 lutego 2021, 8:48 | odpowiedz
Marzę o tym by w wieku w jakim odszedł Olek mieć podobny wigor, pasję i poczucie humoru. Żegnaj wielki podróżniku!
Wojciech1, 24 lutego 2021, 9:34 | odpowiedz
witamzwróćcie proszę uwagę na czarno białe zdjęcie  -pierwsze jak czytamy wyświetlający się artykuł - wygląda na to że ważniejsze dla zespołu redagującego artykuł jest nazwa serwisu niż twarz człowieka (obcieta w połowie), wygląda to jak  brak szacunku, mam nadzieję że to tylko błąd 
nie ma jak to podróże, 24 lutego 2021, 10:43 | odpowiedz
Proszę zerknąć raz jeszcze na ten artykuł. Wszystko wyświetla się prawidłowo...
Paweł Kunz, 24 lutego 2021, 11:39 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Gdy przejdzie się do artykułu, dalej widać samą brodę Pana Olka.
Paweł Kunz Proszę zerknąć raz jeszcze na ten artykuł. Wszystko wyświetla się prawidłowo...
guru, 25 lutego 2021, 10:07 | odpowiedz

Do których krajów pojedziemy bez problemu? Wszystkie obostrzenia w jednym miejscu! »
REKLAMA

Uwolnij świat podróży z Fly4free.pl

Gubisz się w obostrzeniach związanych z koronawirusem? Teraz wszystkie obostrzenia przed podróżą znajdziesz w jednym miejscu. Sprawdź restrykcje przed wyjazdem do Włoch, Grecji, Wielkiej Brytanii, Portugalii, Turcji, Albanii i wielu, wielu innych krajów! Podróżuj bezpieczenie i bądź zdrów!

porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »
Akceptuję Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Czytaj więcej ›Technologię tę w ramach Fly4free.pl wykorzystują również nasi partnerzy, których listę znajdziesz tutaj.

Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej lub zakończyć korzystanie z Fly4free.pl. Pozostawienie komunikatu, dalsze przeglądanie Fly4free.pl lub kliknięcie w przycisk „Akceptuję” oznacza wyrażenie zgody na wykorzystywanie plików cookies.