Polka przepłaciła za wizy do Sri Lanki aż o… 1240 zł! Ta kosztowna wtopa mogła zdarzyć się każdemu
Plan był prosty: czteroosobowa rodzina wybiera się na Sri Lankę, więc postanowiła kupić wizy. Można to zrobić na lotnisku za 60 dolarów (ok. 220 zł) lub załatwić sprawę online. Na oficjalnej stronie rządowej koszt jednej to 50 dolarów (ok. 180 zł). W sumie – za cztery osoby – do zapłacenia powinno być więc 200 dolarów (730 zł). Tymczasem… kobieta zapłaciła aż 540 dolarów (1970 zł). Niestety dopiero po finalizacji płatności odkryła, że trafiła na stronę pośrednika, który doliczył sobie gigantyczną opłatę „serwisową” – w sumie 1240 zł.
Kobieta opisała swoją historię na grupie podróżniczej dotyczącej Sri Lanki i wylała się na nią lawina wyśmiewających komentarzy. Brzmi jak błąd początkującego turysty? Na pierwszy rzut oka tak, ale podobne sytuacje przytrafiają się nawet bardzo doświadczonym osobom, a internet (i nasza skrzynka) pełne są historii podróżników, którzy przez nieuwagę, pośpiech albo zbyt „sprytnie” zaprojektowaną stronę pośrednika zapłacili dwa, trzy, a nawet pięć razy więcej, niż powinni.
Słoneczny Brzeg od 2205 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Katowice)
Costa Dorada od 2087 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Kraków)
Majorka od 1850 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Warszawa – Modlin)
Wyższa opłata za wizę – pułapki są przemyślane!
Podobnie jak w innych tego typu sytuacjach – proces wyglądał całkiem niewinnie: wpisujesz w Google frazę „Sri Lanka visa”, klikasz w pierwszy (lub jeden z pierwszych) wyników „wyglądający oficjalnie”, wypełniasz formularz i opłasz wizy dla rodziny.
Kobieta dopiero w momencie sprawdzenia historii transakcji zauważyła, że strona pobrała dodatkowe kilkaset dolarów „za obsługę wniosku”.
Problem polega na tym, że strony pośredników często wyglądają niemal identycznie jak oficjalne portale rządowe – używają flag, herbów, a czasem nawet kopiują układ strony, żeby potencjalny klient nie widział nic podejrzanego. Co gorsza, czasem ceny końcowe bywają ukrywane, zapisane drobnym druczkiem albo pojawiają się dopiero przy finalizacji płatności. A jeśli ktoś wypełnia formularz na telefonie, w biegu, w pracy lub w podróży – chwilowa nieuwaga wystarczy, aby przepłacić kilkaset dolarów.
To nie oszustwo – to sprytne wykorzystanie nieuwagi
Wiele takich serwisów działa legalnie. Oferują „pomoc w wyrobieniu wizy”, „obsługę procesu aplikacyjnego”, „wsparcie online” i za to pobierają opłaty. Czasem jest to wielokrotność kosztu samej wizy. Czyli tak jak w opisywanym przypadku: zamiast 200 dolarów – wyszło aż 540.
Pośrednicy działają agresywnie marketingowo, wykupują reklamy w Google, przez co ich strony często pojawiają się wyżej niż oficjalne portale. Wielu podróżników klika w pierwszy wynik, nie sprawdzając adresu strony, bo zakłada, że jeśli coś jest na samej górze – to musi być najlepszym wynikiem.
A dodatkowo ppośrednicy wiedzą, jak projektować swoje witryny, żeby wyglądały jak oficjalne.
Jak uniknąć podobnych wpadek?
Niestety, nie ma jednego triku, który całkowicie uchroni przed podobną sytuacją. Jest jednak kilka zasad, które naprawdę pomagają:
1. Zawsze zaczynaj od oficjalnej strony rządowej – często jej adres znajdziesz na stronach polskiego MSZ w zakładce dotyczącej konkretnego kraju
2. Sprawdzaj adres strony.
Prawdziwe portale rządowe zwykle kończą się na *.gov, .gov.xx albo prowadzą bezpośrednio do oficjalnych instytucji danego kraju.
3. Zawsze czytaj cenę końcową przed kliknięciem „zapłać”.
Jeśli nie możesz znaleźć ceny – przerwij proces zakupu.
4. Uważaj na reklamy w Google.
Pośrednicy często pozycjonują swoje strony z pomocą reklam i pojawiają się wyżej niż oficjalne witryny.
5. Jeśli masz wątpliwości, zapytaj w grupach podróżniczych.
W sieci jest masa miejsc, gdzie ludzie natychmiast powiedzą ci, jaka jest właściwa strona do złożenia wniosku.
Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?