W 5 dni dookoła Bali (RELACJA + FOTO)
Samochód wynajęliśmy w Wirasana Mobi w Sanur (http://www.wirasana-rentacar.com). Nie mieliśmy wcześniejszej rezerwacji. Przyjechaliśmy na miejsce taksówką z lotniska w Denpasar (80 tys. IDR ~ 26 PLN) i tu na parkingu oglądaliśmy auta. Gdy upatrzyliśmy sobie konkretny model i egzemplarz (Toyota Avanza), niezbyt nowy, tak by ewentualne zniszczenia przez nas poczynione nie rzucały się za bardzo w oczy, zaczęliśmy negocjacje finansowe. Skończyło się na 200 tys. IDR za dzień (~67 zł), z cennikowych 250 tys.
Wybrane auto dobrze sprawdziło się w podróży (czworo pasażerów plus bagaże), wysokie zawieszenie pozwalało nam jechać mniej uczęszczanymi szlakami, mała moc nie była problemem, bowiem na balijskich drogach zdecydowanie nie było gdzie rozwinąć wyższych prędkości. W aucie po paru dniach zepsuła nam się klima i światła tylne. Prawdopodobnie jakieś zwarcie, ale zepsutych bezpieczników nie zlokalizowaliśmy. Przy oddawaniu auta, nikt z tego powodu problemów nie robił. W umowie zapisana była kaucja 200 euro (bez depozytu lub blokowania karty).
Do wypożyczenia auta na Bali niezbędne jest za to międzynarodowe prawo jazdy (do wyrobienia w tydzień w urzędzie gminy, koszt 30 zł) i wiara w swoje umiejętności za kierownicą. Na Bali obowiązuje ruch lewostronny. W obszarze Ubud – Denpasar – Kuta ruch jest bardzo intensywny, stanie w korkach to norma. Na ulicach jest mnóstwo skuterów, które wyprzedzają zarówno z lewej jak i z prawej strony auta. Drogi mniej uczęszczane często są trudne techniczne, wąskie i kręte, zjazdy i podjazdy. W trakcie naszych podróży widzieliśmy dwie kolizje, obie z udziałem skutera i samochodu. W jednym przypadku wina była po stronie skuterzysty, w drugim samochodu, który po prostu zepchnął skuter do rowu. Widzieliśmy też jedno auto, które zawisło na zawieszeniu na jednym z wertepów.

Gdy zakończyliśmy formalności związane z wynajęciem auta ruszyliśmy do Ubud, które w relacjach wielu internautów opisywane było jako klimatyczne z artystycznym duchem, pięknymi wąwozami wokół i małpim gajem nieopodal. Naszym oczom przedstawił się jednak widok niczym z ulic Mielna – tłok i wszechobecne kramy z tandetą. Również przyroda, po wcześniejszym pobycie na Sumatrze, nie robiła tu na nas wrażenia. Po kilku godzinach stwierdziliśmy, że to nie miejsce dla nas i ruszyliśmy dalej do Gunung Kawi, świątyni położonej nieopodal Tampaksiring (parking 5 tys. IDR ~1,7 zł).
Gdy przebrnęliśmy przez tłum naganiaczy i naciągaczy naszym oczom ukazała się malownicza dolina, na zboczach której rozciągały się zielone tarasy ryżowe. Wejście do świątyni kosztuje 15 tys. IDR (~5 zł), wypożyczenie sarongów (kawał materiału, którym oplata się wokół niczym suknią) – co łaska. Jak się później okazało warto tu było kupić sarong (od przekupek za 1 dolara), bowiem wszędzie indziej ceny były wyższe, a przy zwiedzaniu świątyń hinduistycznych jest niezbędny. Przy Gunung Kawi można też kupić oryginalne rękodzieło, nam szczególnie do gustu przypadły osłony na świece wykonane z orzechów kokosowych. Świeca nimi przykryta rzuca na ściany pomieszczenia fantastyczne cienie.
Ubrani w kolorowe sukienki ruszyliśmy w dół wąwozu po stromych schodach. Na dnie doliny znajduje się kompleks wykutych w skale candi (fasady świątyń) położonych po dwóch stronach rzeki. Pomniki te upamiętniają członków królewskiej dynastii Warmadewa. Miejsce jest bardzo fotogeniczne, ponieważ niezbyt łatwo tu dojechać, mogliśmy cieszyć się pobytem nieomal w samotności. Dzień chylił się już ku zmierzchowi, postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Zamarzyła nam się lokalizacja nad morzem, z przewodnika Lonely Planet wiedzieliśmy, że na wschodnim wybrzeżu znajduje się piękna plaża Pasir Putih w rejonie miasta Candidasa i w tamtej okolicy postanowiliśmy szukać dachu nad głową.
Przejechaliśmy prowincję Gianyar i dotarliśmy już po zmroku do wybrzeża. Tu zdaliśmy się na Lonely Planet, które rekomendowało nocleg w Amarta Beach Inn Bungalows, parę kilometrów na południe od Candidasy. Lokalizację nie łatwo było znaleźć, ale w końcu się udało. Krótki rzut oka na bungalowy, negocjacje cenowe (150 tys. za dwójkę ~48 zł za śniadaniem) i już nieśliśmy rzeczy do pokojów. Jak dobrze pokierował nas przewodnik zorientowaliśmy się dopiero następnego dnia rano w świetle dziennym. Bungalowy i lokalizacja tak nam się spodobały, że zostaliśmy tu na 3 następne noce. Bungalowy od oceanu oddzielał tylko porośnięty palmami trawnik, same domki były w fajnym standardzie, z łazienką pod gołym niebem :). Wieczór uprzyjemnił nam masaż w altance tuż nad oceanem (50 tys. ~16 zł za godzinę).

O poranku podjęliśmy decyzję, że tu zakładamy bazę wypadową i stąd będziemy w najbliższych dniach wypuszczać się na zwiedzanie. Plan na ten dzień zakładał odwiedzenie Pura Besakih („Matka Świątyń”) kompleksu świątynnego położonego na zboczu wulkanu Gunung Agung (3142 m n.p.m). Mimo, że kompleks w prostej linii od naszej „bazy” dzieliło niespełna 50 km przekonaliśmy się, że na pokonanie tej drogi potrzeba wielu godzin jazdy po wąskich, krętych górskich drogach. Co gorsza w strumieniach deszczu, bowiem na wysokości 700-800 m n.p.m. wjechaliśmy w strefę chmur, które towarzyszyły nam przez długi czas. Ulewa zaowocowała tym, ze w kilku miejscach na drogę osunęły się zwały ziemi i błota, co jeszcze bardziej utrudniało podróż.
Za to droga była atrakcją sama w sobie (Sideman Road), górskie wioski, tarasy ryżowe malowniczo położone na zboczach wulkanu, cała ta pulsująca życiem zieleń wyłaniające się z chmur i mgły. Efekt WOW mieliśmy na twarzach przez całą drogę. Gdy dojechaliśmy do bardziej uczęszczanego szlaku zrobiliśmy postój obiadowy na jakimś lokalnym bazarku. Białasy tu jedzące w przydrożnym warungu budziły uśmiech miejscowych, co jak na turystyczne Bali było rzadkością. Nie mam pojęcia co jedliśmy, pokazałem tylko na talerz jednego z miejscowych i na migi wytłumaczyłem, że chcę to samo. Było dobre i gęsto polane sosem orzechowym. Tu też na bazarze kupiliśmy sarongi, które jak się okazało do zwiedzania Pura Besakih nie były niezbędne.
Końcówkę trasy do Pura Besakih pokonaliśmy zgodnie ze wskazówkami Lonely Planet, pojechaliśmy w przeciwną stronę niż pokazywał drogowskaz (wybór drogi na Kintamani), dzięki czemu dojechaliśmy od strony, z której dociera znacznie mniej turystów, a co za ty idzie, od strony, z której jest mniej naciągaczy i naganiaczy. Polecam tę drogę. Parking kosztował tu 12 tys. a bilety 10 tys. rupii od osoby.
W tym miejscu właśnie spotkała nas największa natarczywość, ze strony naciągaczy, z jaką mieliśmy do czynienia na Bali. Poza ofertą kupna wszystkiego co możliwe, plagą jest tu „związek przewodników” nazywających siebie strażnikami świątyń, którzy proponują usługę odpłatnego oprowadzenia po kompleksie. Niby uczciwy sposób na zarobienie pieniędzy, ale natarczywość z jaką proponują swoje usługi przekracza wszystkie granice. Wszelkie próby grzecznej odmowy i podziękowania kończą się fiaskiem, trzeba mieć stalowe nerwy, albo po prostu sprzedać oferentowi kopniaka w cześć ciała gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, by zrozumiał, że nie mamy ochoty spędzać z nim czasu i płacić za jego usługi.
Nam pozbyć się ich udało po dobrych 30 minutach, byli gotowi przyjąć płatność nawet w złotówkach, co lepsze dobrze znali ich kurs w przeliczeniu na indonezyjskie rupie. Myślę, że 90% turystów wymięka i płaci haracz. Fakt, że bez użycia przemocy udało nam się pozbyć nagabywaczy i to, że chmury lekko opadły pozwalając przebić się słońcu znacznie poprawił nam humory i pozwolił cieszyć się zwiedzaniem kompleksu 23 świątyń. Snując się po ich zakamarkach spokojnie można spędzić wiele ciekawych godzin. Zakończenia naszego tu pobytu przyspieszył deszcz, który ponownie o sobie przypomniał. Mimo że wrażeń jak na jeden dzień mieliśmy już sporo, postanowiliśmy pojechać jeszcze w stronę Danau Bator, jeziora w wulkanicznym kraterze.
Tu również dali nam się w kość sprzedawcy wszystkiego co możliwe, jednak po doświadczeniach z Pura Besakih, byliśmy już znieczuleni na ich obecność. Za to w końcu dopisała nam pogoda i szczyty wulkanów wynurzyły się z chmur ukazując naszym oczom zbocza przypominające krajobraz księżycowy, okalające malownicze jezioro w środku krateru. Wieczór nadchodził już dużymi krokami, na powrót zdecydowaliśmy się prostszą drogą. Do naszej „bazy” wracaliśmy już późno po zmierzchu, lecz przed końcem dnia czekała na nas jeszcze nagroda.
Okazało się, że w bocznej, ciemnej drodze prowadzącej do Amarta Beach Inn wieczorem działa warung, w którym żywią się tylko miejscowi, a który serwuje najlepsze dania, jakie jedliśmy na Bali. Żywiliśmy się tu jeszcze w następnych dniach, za każdym razem po posiłku oblizując się ze smakiem. Polecam zwłaszcza nasi goreng za 15 tys. (5 zł). Przy posiłku zdecydowaliśmy, że rezygnujemy z próby wejścia na Gunung Agung, przy pogodzie, która panowała w wyższych partiach górskich (chmury i deszcz) wspinaczka nie miałaby sensu.

Kolejny dzień był naszym najprzyjemniejszym na Bali. Zaczęliśmy od wioski Bali Aga, rdzennych mieszkańców wyspy, przynajmniej tak reklamował ją przewodnik „Wyborczej”. Okazała się jedną wielką cepelią i długo tu nie zabawiliśmy. Dalej ruszyliśmy w stronę Pasir Putih (dosłownie biały piasek), ponoć jednej z najpiękniejszych plaż na Bali. Znalezienie jej nie jest proste, należy jechać drogą z Candidasy do Amlampury i w miejscowości Perasi przy znaku Virgin Beach Club skręcić w drogę w stronę oceanu. Droga ta doprowadzi nas do świątyni, gdzie miejscowy mnich pobiera opłatę za przejazd (5 tys.). Ostatnie 500 metrów w stronę plaży to już droga tylko dla samochodów z wysokim zawieszeniem.
Gdy tylko wysiedliśmy z auta, do naszych uszu dobiegł dźwięk muzyki gamelanów. Okazało się, że na plaży odbywa się hinduistyczna uroczystość religijna, co dodatkowo dodało uroku temu i tak pięknemu miejscu. Sama plaża rozciąga się kilkaset metrów miedzy klifami, woda jest cieplutka, fale spore. Świetne miejsce na relaks, spędziliśmy tu urocze przedpołudnie. Jednak plan dnia był napięty, czekały nas kolejne atrakcje, czas było ruszać w drogę.
Jechaliśmy dalej drogą na Amlampurę a później w stronę oceanu do Taman Ujung, Pałacu na Wodzie. Sam pałac to rekonstrukcja, bowiem oryginalna budowla uległa zniszczeniu w trzęsieniu ziemi. Mimo to, jest uroczym miejscem, mi kojarzył się trochę z japońskimi ogrodami, a trochę z warszawskimi Łazienkami. Nieopodal na zboczu znajduje się duży kompleks bungalowów popadających w ruinę. Dowiedzieliśmy się, że ich stan to pokłosie zamachów na Bali. Spadek turystyki po tych wydarzeniach przyczynił się do plajty inwestora.
Z Ujung dalsza nasza droga wiodła mało uczęszczana trasą po zboczu góry Seraya wzdłuż oceanu do miejscowości Amed. Po drodze spotkaliśmy tylko dwa pickupy, pełniące rolę miejscowego środka transportu zbiorowego. Mimo że trasa miała tylko około 30 kilometrów pokonanie jej zajęło nam dwie godziny. Po drodze czekały takie niespodzianki, jak rzeka przelewająca się górą drogi. Po co budować most? :). Niezbyt optymistycznie wyglądał wskaźnik poziomu paliwa w baku. Byliśmy bardzo zaskoczeni, gdy na tej trasie znaleźliśmy stację benzynową. Radość jednak była przedwczesna, bowiem stacja owszem był, tylko paliwa nie było. Na szczęście rezerwa w zbiorniku okazała się wystarczająca, by dojechać do następnej, już w bardziej zaludnionej okolicy.
Gdy minęliśmy cypel Ibus krajobraz istotnie się zmienił, wzdłuż drogi zaczęły się pojawiać wioski rybackie wraz ze swoim folklorem – rybakami suszącymi wielometrowe sieci wzdłuż drogi i łódkami tak gęsto pokrywającymi plaże w zatoczkach, że przesłaniały je całkowicie.
Za Amed zawróciliśmy na południe w stronę Tirtagangga – miejscowości, w której znajdują się Łaźnie Królewskie. To baseny kąpielowe zasilane źródlaną wodą, jak się okazało cieszące się wielką popularnością wśród miejscowych, którzy właśnie świętowali tu jakąś uroczystość religijną (mam wrażenie, że na Bali codziennie jest jakaś uroczystość religijna). Droga do „domu” okazała się trudniejsza niż sądziliśmy, bowiem tę samą trasę co my obrała pielgrzymka osób przy muzyce powracających z Królewskich Łaźni. Wlekliśmy się więc w żółwi tempie równolegle do pochodu.

Kolejnego dnia z żalem zostawiliśmy Amartę i ruszyliśmy w kierunku północnej Bali. Dzięki temu, że znaliśmy już lokalne drogi, przeprawa przez Gianyar, Penelokan, Kubutambahan zajęła nam tylko około czterech godzin. Po drodze kupiliśmy lokalne cukierki, w konsystencji przypominające nasze krówki, a wyprodukowane (ręcznie) z czarnego ryżu, zawinięte fikuśnie w liście. Pycha! Dzięki nim i pysznym mango podróż mijała szybko. Na północnym wybrzeżu planowaliśmy zatrzymać się w Lovinie i tu zakończyć naszą tegodniową podróż. Niestety wszystkie noclegi polecane przez Lonely Planet okazały się albo drogie, albo fatalne, a sama Lovina po prostu brzydka i brudna. Ponieważ dopiero było lekko po południu, postanowiliśmy jechać dalej na zachód.
Kolejnym przystankiem była miejscowość Pamuteran, owszem dość sympatyczna, ale z astronomicznymi cenami. Przestawaliśmy wierzyć, że tę noc spędzimy pod dachem. Zapadła decyzja – jedziemy dalej, szukamy fajnego miejsca i rozglądamy się za noclegami. Droga na północnym wybrzeżu pozwalała na znacznie szybszą jazdę, niż wcześniej spotkane.
Im bardziej zbliżaliśmy się do zachodniego krańca wyspy, tym bardziej widoczne było, że lokalna społeczność jest tu w większości muzułmańska, a nie hinduistyczna jak w innych częściach Bali. Zabawnym incydentem po drodze była rozmowa z jednym z miejscowych, który w języku angielskim znał może 50 słów, ale bardzo chciał pomóc. Gdy po fiasku komunikacji, udałem, że zrozumiałem jego przekaz, podziękowałem mu uprzejmie i podkreśliłem, że bardzo dobrze mówi po angielsku, jego bezzębną twarz rozpromienił uśmiech zadowolenia od ucha do ucha.
Tymczasem dojechaliśmy do zachodniego krańca Bali, miejscowości Gilimanuk, skąd odchodzą promy do odległej zaledwie o 5 kilometrów Jawy, a miejsca, w którym chcielibyśmy zostać nie znaleźliśmy. Wobec tego zdecydowaliśmy jechać wzdłuż południowego wybrzeża z powrotem w stronę Kuty, póki starczy nam sił. Wreszcie upragniony nocleg znaleźliśmy 2 kilometry za Medewi, miejscowości cieszącej się popularnością wśród surferów. Ponownie pomocne było Lonely Planet i rekomendowany w przewodniku Homestay CSB (miejscowość Pulukan). Niestety zadziałała tu ogólnie przyjęta na Bali zasada – im późniejsza pora dnia, tym droższe noclegi. Po długich negocjacjach zapłaciliśmy 200 tys (~60 zł) za duży pokój z balkonem i klimą + śniadanie w cenie.
Jak fajne to było miejsce, okazało się dopiero, gdy obudziliśmy się o poranku. Z naszego balkonu roztaczał się piękny widok na pola ryżowe i ocean. Zachwycający. Długo zwlekaliśmy ze śniadaniem siedząc na balkonie i zachwycając się widokami. Przy posiłku poznaliśmy parę szwajcarskich surferów, którzy w CSB zatrzymali się na… miesiąc. Okazało się, że cena przy takim czasie pobytu może być znacznie niższa. Z wyboru miejsca byli bardzo zadowoleni. Według nich warunki do surfingu są w Medewi doskonałe, a atmosfera w CSB bardzo rodzinna.

Zastanawialiśmy się, czy też nie zostać tu na dłużej, jednak chęć poznania czegoś nowego zwyciężyła. Pierwszym punktem dnia była świątynia Tanath Lot, ponoć najczęściej na Bali fotografowane miejsce. Gdy dotarliśmy do celu zrozumieliśmy dlaczego. Świątynie usytuowane są na wysokich, nadmorskich klifach powalają swoim pięknem i majestatem. Zdaję sobie sprawę, że jest to patetyczne zdanie, ale oddaje atmosferę tego miejsca. Mieliśmy też to szczęście, że w świątyniach właśnie odbywała się uroczystość (nie to, że nas to zaskoczyło, w końcu na Bali dzień bez uroczystości, to dzień stracony ;)), co jeszcze potęgowało klimat miejsca. Migawki naszych aparatów rozgrzały się do czerwoności, zanim opuściliśmy Tanath Lot.
Resztę dnia mieliśmy spędzać w Legian i Kucie. Legian jest jeszcze w miarę przyjemne, zwłaszcza północna część, plaża tu naprawdę robi wrażenie, wiele kilometrów białego piasku. Jednak Kuta to syf, kiła i mogiła w czystym wydaniu. Tłumy, nieprzejezdne drogi, zawalona ludźmi plaża. Ma jednak jedną zaletę. Fala w Kucie jest doskonała do nauki surfingu, z czego część naszej grupy w następnych dniach postanowiła skorzystać (z pełnym zadowoleniem i sukcesami). Na dziś mieliśmy już dość Kuty, postanowiliśmy sprawdzić jak wygląda Denpasar i słynne bazary w tym mieście. Tu również nie wytrzymaliśmy długo: syf, kiła i mogiła, z tym, że w wykonaniu lokalsów a nie turystów.
Z Denpasar czmychnęliśmy na południe na półwysep Bukit. Tu największe wrażenie zrobiła na nas plaża Balangan – oddalona od cywilizacji, z białym piaskiem i palmami, bez bungalowów odgradzających ją od lądu, za to z przyjemnymi knajpkami, prowadzonymi przez wyluzowanych surferów. Jakiż kontrast od tego, co widzieliśmy w Kucie. Tu też przy piwie Bintang doczekaliśmy zachodu słońca i postanowiliśmy: dość Bali, wracamy relaksować się na wyspę Lembongan.
Informacje praktyczne:
Opłata lotniskowa: przy wylocie z Bali obowiązuje opłata lotniskowa, 150 tys (50 zł), płatna gotówką.
Wypożyczenie samochodu: Wirasana Mobi w Sanur (www.wirasana-rentacar.com).
Ceny paliwa: poniżej 2 zł za litr benzyny.
Przewodniki: korzystaliśmy z dwóch książek. Lonely Planet „Bali&Lombok” 12. edycja kwiecień 2009, w którym niestety wiele informacji i zwłaszcza cen było już przeterminowanych. Dzięki przewodnikowi jednak parę razy znaleźliśmy przydatne informacje, ale kilka też razy prowadził nas na manowce. Na pewno w trakcie podróży po Bali warto go mieć, ale nie traktować informacji tam podanych jako 100-procentowo pewnych. Drugą książką, którą ze sobą zabraliśmy było „Bali – Podróże Marzeń” z bibliotek „Gazety Wyborczej”. Ta pozycja, poza dużą porcją fikcji literackiej w słabym wydaniu ma jeden atut – mapy. Co prawda dość stare, bez nowych dróg, ale za to w miarę dokładne. W połączeniu ze szkicami z Lonely Planet pozwalały nam gubić się nie częściej niż 3 ray dziennie. Mapy drogowe, które można kupić na Bali można wykorzystać co najwyżej jako papier toaletowy, do nawigowania na pewno się nie nadają.
Noclegi: Amarta Beach Inn Bungalows (www.amartabeachinn.com): sprawdziłem teraz, że cena przy rezerwacji interentowej to 30 dolarów za dwójkę, jak widać znacznie lepszą cenę (50% taniej) można wynegocjować na miejscu, ryzykuje się jednak to, że nie będzie wolnych miejsc. Namiarów na CSB Homestay poza numerem telefonu z Lonely Planet nie mam.