W 5 dni dookoła Bali (RELACJA + FOTO)

Bali zwiedzaliśmy wynajętym samochodem. Plan był taki, by jak najwięcej zobaczyć w krótkim czasie. Nie interesowało nas imprezowanie a typowe zwiedzanie. Pobyt na tej wyspie był ciekawym doświadczeniem, na pewno jest to wymarzone miejsce dla surferów, oferuje też sporo do zobaczenia dla zwiedzających.Jeden dzień w raju: Lembongan – wyspa hodowców alg (RELACJA) >>Jedna noc w tropikalnym lesie: królestwo orangutanów (RELACJA) >>Jednak osobom szukającym stacjonarnego wypoczynku przy plaży, a jednocześnie nie będącym imprezowiczami, Bali bym odradził. Jest wiele innych miejsc z łatwiejszym dojazdem, nie mniej egzotycznych, a na pewno mniej zadeptanych. 

Samochód wynajęliśmy w Wirasana Mobi w Sanur (http://www.wirasana-rentacar.com). Nie mieliśmy wcześniejszej rezerwacji. Przyjechaliśmy na miejsce taksówką z lotniska w Denpasar (80 tys. IDR ~ 26 PLN) i tu na parkingu oglądaliśmy auta. Gdy upatrzyliśmy sobie konkretny model i egzemplarz (Toyota Avanza), niezbyt nowy, tak by ewentualne zniszczenia przez nas poczynione nie rzucały się za bardzo w oczy, zaczęliśmy negocjacje finansowe. Skończyło się na 200 tys. IDR za dzień (~67 zł), z cennikowych 250 tys.

Wybrane auto dobrze sprawdziło się w podróży (czworo pasażerów plus bagaże), wysokie zawieszenie pozwalało nam jechać mniej uczęszczanymi szlakami, mała moc nie była problemem, bowiem na balijskich drogach zdecydowanie nie było gdzie rozwinąć wyższych prędkości. W aucie po paru dniach zepsuła nam się klima i światła tylne. Prawdopodobnie jakieś zwarcie, ale zepsutych bezpieczników nie zlokalizowaliśmy. Przy oddawaniu auta, nikt z tego powodu problemów nie robił. W umowie zapisana była kaucja 200 euro (bez depozytu lub blokowania karty).

Do wypożyczenia auta na Bali niezbędne jest za to międzynarodowe prawo jazdy (do wyrobienia w tydzień w urzędzie gminy, koszt 30 zł) i wiara w swoje umiejętności za kierownicą. Na Bali obowiązuje ruch lewostronny. W obszarze Ubud – Denpasar – Kuta ruch jest bardzo intensywny, stanie w korkach to norma. Na ulicach jest mnóstwo skuterów, które wyprzedzają zarówno z lewej jak i z prawej strony auta. Drogi mniej uczęszczane często są trudne techniczne, wąskie i kręte, zjazdy i podjazdy. W trakcie naszych podróży widzieliśmy dwie kolizje, obie z udziałem skutera i samochodu. W jednym przypadku wina była po stronie skuterzysty, w drugim samochodu, który po prostu zepchnął skuter do rowu. Widzieliśmy też jedno auto, które zawisło na zawieszeniu na jednym z wertepów.

Gdy zakończyliśmy formalności związane z wynajęciem auta ruszyliśmy do Ubud, które w relacjach wielu internautów opisywane było jako klimatyczne z artystycznym duchem, pięknymi wąwozami wokół i małpim gajem nieopodal. Naszym oczom przedstawił się jednak widok niczym z ulic Mielna – tłok i wszechobecne kramy z tandetą. Również przyroda, po wcześniejszym pobycie na Sumatrze, nie robiła tu na nas wrażenia. Po kilku godzinach stwierdziliśmy, że to nie miejsce dla nas i ruszyliśmy dalej do Gunung Kawi, świątyni położonej nieopodal Tampaksiring (parking 5 tys. IDR ~1,7 zł).

Gdy przebrnęliśmy przez tłum naganiaczy i naciągaczy naszym oczom ukazała się malownicza dolina, na zboczach której rozciągały się zielone tarasy ryżowe. Wejście do świątyni kosztuje 15 tys. IDR (~5 zł), wypożyczenie sarongów (kawał materiału, którym oplata się wokół niczym suknią) – co łaska. Jak się później okazało warto tu było kupić sarong (od przekupek za 1 dolara), bowiem wszędzie indziej ceny były wyższe, a przy zwiedzaniu świątyń hinduistycznych jest niezbędny. Przy Gunung Kawi można też kupić oryginalne rękodzieło, nam szczególnie do gustu przypadły osłony na świece wykonane z orzechów kokosowych. Świeca nimi przykryta rzuca na ściany pomieszczenia fantastyczne cienie.

Ubrani w kolorowe sukienki ruszyliśmy w dół wąwozu po stromych schodach. Na dnie doliny znajduje się kompleks wykutych w skale candi (fasady świątyń) położonych po dwóch stronach rzeki. Pomniki te upamiętniają członków królewskiej dynastii Warmadewa. Miejsce jest bardzo fotogeniczne, ponieważ niezbyt łatwo tu dojechać, mogliśmy cieszyć się pobytem nieomal w samotności. Dzień chylił się już ku zmierzchowi, postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Zamarzyła nam się lokalizacja nad morzem, z przewodnika Lonely Planet wiedzieliśmy, że na wschodnim wybrzeżu znajduje się piękna plaża Pasir Putih w rejonie miasta Candidasa i w tamtej okolicy postanowiliśmy szukać dachu nad głową.

Przejechaliśmy prowincję Gianyar i dotarliśmy już po zmroku do wybrzeża. Tu zdaliśmy się na Lonely Planet, które rekomendowało nocleg w Amarta Beach Inn Bungalows, parę kilometrów na południe od Candidasy. Lokalizację nie łatwo było znaleźć, ale w końcu się udało. Krótki rzut oka na bungalowy, negocjacje cenowe (150 tys. za dwójkę ~48 zł za śniadaniem) i już nieśliśmy rzeczy do pokojów. Jak dobrze pokierował nas przewodnik zorientowaliśmy się dopiero następnego dnia rano w świetle dziennym. Bungalowy i lokalizacja tak nam się spodobały, że zostaliśmy tu na 3 następne noce. Bungalowy od oceanu oddzielał tylko porośnięty palmami trawnik, same domki były w fajnym standardzie, z łazienką pod gołym niebem :). Wieczór uprzyjemnił nam masaż w altance tuż nad oceanem (50 tys. ~16 zł za godzinę).

O poranku podjęliśmy decyzję, że tu zakładamy bazę wypadową i stąd będziemy w najbliższych dniach wypuszczać się na zwiedzanie. Plan na ten dzień zakładał odwiedzenie Pura Besakih („Matka Świątyń”) kompleksu świątynnego położonego na zboczu wulkanu Gunung Agung (3142 m n.p.m). Mimo, że kompleks w prostej linii od naszej „bazy” dzieliło niespełna 50 km przekonaliśmy się, że na pokonanie tej drogi potrzeba wielu godzin jazdy po wąskich, krętych górskich drogach. Co gorsza w strumieniach deszczu, bowiem na wysokości 700-800 m n.p.m. wjechaliśmy w strefę chmur, które towarzyszyły nam przez długi czas. Ulewa zaowocowała tym, ze w kilku miejscach na drogę osunęły się zwały ziemi i błota, co jeszcze bardziej utrudniało podróż.

Za to droga była atrakcją sama w sobie (Sideman Road), górskie wioski, tarasy ryżowe malowniczo położone na zboczach wulkanu, cała ta pulsująca życiem zieleń wyłaniające się z chmur i mgły. Efekt WOW mieliśmy na twarzach przez całą drogę. Gdy dojechaliśmy do bardziej uczęszczanego szlaku zrobiliśmy postój obiadowy na jakimś lokalnym bazarku. Białasy tu jedzące w przydrożnym warungu budziły uśmiech miejscowych, co jak na turystyczne Bali było rzadkością. Nie mam pojęcia co jedliśmy, pokazałem tylko na talerz jednego z miejscowych i na migi wytłumaczyłem, że chcę to samo. Było dobre i gęsto polane sosem orzechowym. Tu też na bazarze kupiliśmy sarongi, które jak się okazało do zwiedzania Pura Besakih nie były niezbędne.

Końcówkę trasy do Pura Besakih pokonaliśmy zgodnie ze wskazówkami Lonely Planet, pojechaliśmy w przeciwną stronę niż pokazywał drogowskaz (wybór drogi na Kintamani), dzięki czemu dojechaliśmy od strony, z której dociera znacznie mniej turystów, a co za ty idzie, od strony, z której jest mniej naciągaczy i naganiaczy. Polecam tę drogę. Parking kosztował tu 12 tys. a bilety 10 tys. rupii od osoby.

W tym miejscu właśnie spotkała nas największa natarczywość, ze strony naciągaczy, z jaką mieliśmy do czynienia na Bali. Poza ofertą kupna wszystkiego co możliwe, plagą jest tu „związek przewodników” nazywających siebie strażnikami świątyń, którzy proponują usługę odpłatnego oprowadzenia po kompleksie. Niby uczciwy sposób na zarobienie pieniędzy, ale natarczywość z jaką proponują swoje usługi przekracza wszystkie granice. Wszelkie próby grzecznej odmowy i podziękowania kończą się fiaskiem, trzeba mieć stalowe nerwy, albo po prostu sprzedać oferentowi kopniaka w cześć ciała gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, by zrozumiał, że nie mamy ochoty spędzać z nim czasu i płacić za jego usługi.

Nam pozbyć się ich udało po dobrych 30 minutach, byli gotowi przyjąć płatność nawet w złotówkach, co lepsze dobrze znali ich kurs w przeliczeniu na indonezyjskie rupie. Myślę, że 90% turystów wymięka i płaci haracz. Fakt, że bez użycia przemocy udało nam się pozbyć nagabywaczy i to, że chmury lekko opadły pozwalając przebić się słońcu znacznie poprawił nam humory i pozwolił cieszyć się zwiedzaniem kompleksu 23 świątyń. Snując się po ich zakamarkach spokojnie można spędzić wiele ciekawych godzin. Zakończenia naszego tu pobytu przyspieszył deszcz, który ponownie o sobie przypomniał. Mimo że wrażeń jak na jeden dzień mieliśmy już sporo, postanowiliśmy pojechać jeszcze w stronę Danau Bator, jeziora w wulkanicznym kraterze.

Tu również dali nam się w kość sprzedawcy wszystkiego co możliwe, jednak po doświadczeniach z Pura Besakih, byliśmy już znieczuleni na ich obecność. Za to w końcu dopisała nam pogoda i szczyty wulkanów wynurzyły się z chmur ukazując naszym oczom zbocza przypominające krajobraz księżycowy, okalające malownicze jezioro w środku krateru. Wieczór nadchodził już dużymi krokami, na powrót zdecydowaliśmy się prostszą drogą. Do naszej „bazy” wracaliśmy już późno po zmierzchu, lecz przed końcem dnia czekała na nas jeszcze nagroda.

Okazało się, że w bocznej, ciemnej drodze prowadzącej do Amarta Beach Inn wieczorem działa warung, w którym żywią się tylko miejscowi, a który serwuje najlepsze dania, jakie jedliśmy na Bali. Żywiliśmy się tu jeszcze w następnych dniach, za każdym razem po posiłku oblizując się ze smakiem. Polecam zwłaszcza nasi goreng za 15 tys. (5 zł). Przy posiłku zdecydowaliśmy, że rezygnujemy z próby wejścia na Gunung Agung, przy pogodzie, która panowała w wyższych partiach górskich (chmury i deszcz) wspinaczka nie miałaby sensu.

Kolejny dzień był naszym najprzyjemniejszym na Bali. Zaczęliśmy od wioski Bali Aga, rdzennych mieszkańców wyspy, przynajmniej tak reklamował ją przewodnik „Wyborczej”. Okazała się jedną wielką cepelią i długo tu nie zabawiliśmy. Dalej ruszyliśmy w stronę Pasir Putih (dosłownie biały piasek), ponoć jednej z najpiękniejszych plaż na Bali. Znalezienie jej nie jest proste, należy jechać drogą z Candidasy do Amlampury i w miejscowości Perasi przy znaku Virgin Beach Club skręcić w drogę w stronę oceanu. Droga ta doprowadzi nas do świątyni, gdzie miejscowy mnich pobiera opłatę za przejazd (5 tys.). Ostatnie 500 metrów w stronę plaży to już droga tylko dla samochodów z wysokim zawieszeniem.

Gdy tylko wysiedliśmy z auta, do naszych uszu dobiegł dźwięk muzyki gamelanów. Okazało się, że na plaży odbywa się hinduistyczna uroczystość religijna, co dodatkowo dodało uroku temu i tak pięknemu miejscu. Sama plaża rozciąga się kilkaset metrów miedzy klifami, woda jest cieplutka, fale spore. Świetne miejsce na relaks, spędziliśmy tu urocze przedpołudnie. Jednak plan dnia był napięty, czekały nas kolejne atrakcje, czas było ruszać w drogę.

Jechaliśmy dalej drogą na Amlampurę a później w stronę oceanu do Taman Ujung, Pałacu na Wodzie. Sam pałac to rekonstrukcja, bowiem oryginalna budowla uległa zniszczeniu w trzęsieniu ziemi. Mimo to, jest uroczym miejscem, mi kojarzył się trochę z japońskimi ogrodami, a trochę z warszawskimi Łazienkami. Nieopodal na zboczu znajduje się duży kompleks bungalowów popadających w ruinę. Dowiedzieliśmy się, że ich stan to pokłosie zamachów na Bali. Spadek turystyki po tych wydarzeniach przyczynił się do plajty inwestora.

Z Ujung dalsza nasza droga wiodła mało uczęszczana trasą po zboczu góry Seraya wzdłuż oceanu do miejscowości Amed. Po drodze spotkaliśmy tylko dwa pickupy, pełniące rolę miejscowego środka transportu zbiorowego. Mimo że trasa miała tylko około 30 kilometrów pokonanie jej zajęło nam dwie godziny. Po drodze czekały takie niespodzianki, jak rzeka przelewająca się górą drogi. Po co budować most? :). Niezbyt optymistycznie wyglądał wskaźnik poziomu paliwa w baku. Byliśmy bardzo zaskoczeni, gdy na tej trasie znaleźliśmy stację benzynową. Radość jednak była przedwczesna, bowiem stacja owszem był, tylko paliwa nie było. Na szczęście rezerwa w zbiorniku okazała się wystarczająca, by dojechać do następnej, już w bardziej zaludnionej okolicy.

Gdy minęliśmy cypel Ibus krajobraz istotnie się zmienił, wzdłuż drogi zaczęły się pojawiać wioski rybackie wraz ze swoim folklorem – rybakami suszącymi wielometrowe sieci wzdłuż drogi i łódkami tak gęsto pokrywającymi plaże w zatoczkach, że przesłaniały je całkowicie.

Za Amed zawróciliśmy na południe w stronę Tirtagangga – miejscowości, w której znajdują się Łaźnie Królewskie. To baseny kąpielowe zasilane źródlaną wodą, jak się okazało cieszące się wielką popularnością wśród miejscowych, którzy właśnie świętowali tu jakąś uroczystość religijną (mam wrażenie, że na Bali codziennie jest jakaś uroczystość religijna). Droga do „domu” okazała się trudniejsza niż sądziliśmy, bowiem tę samą trasę co my obrała pielgrzymka osób przy muzyce powracających z Królewskich Łaźni. Wlekliśmy się więc w żółwi tempie równolegle do pochodu.

Kolejnego dnia z żalem zostawiliśmy Amartę i ruszyliśmy w kierunku północnej Bali. Dzięki temu, że znaliśmy już lokalne drogi, przeprawa przez Gianyar, Penelokan, Kubutambahan zajęła nam tylko około czterech godzin. Po drodze kupiliśmy lokalne cukierki, w konsystencji przypominające nasze krówki, a wyprodukowane (ręcznie) z czarnego ryżu, zawinięte fikuśnie w liście. Pycha! Dzięki nim i pysznym mango podróż mijała szybko. Na północnym wybrzeżu planowaliśmy zatrzymać się w Lovinie i tu zakończyć naszą tegodniową podróż. Niestety wszystkie noclegi polecane przez Lonely Planet okazały się albo drogie, albo fatalne, a sama Lovina po prostu brzydka i brudna. Ponieważ dopiero było lekko po południu, postanowiliśmy jechać dalej na zachód.

Kolejnym przystankiem była miejscowość Pamuteran, owszem dość sympatyczna, ale z astronomicznymi cenami. Przestawaliśmy wierzyć, że tę noc spędzimy pod dachem. Zapadła decyzja – jedziemy dalej, szukamy fajnego miejsca i rozglądamy się za noclegami. Droga na północnym wybrzeżu pozwalała na znacznie szybszą jazdę, niż wcześniej spotkane.

Im bardziej zbliżaliśmy się do zachodniego krańca wyspy, tym bardziej widoczne było, że lokalna społeczność jest tu w większości muzułmańska, a nie hinduistyczna jak w innych częściach Bali. Zabawnym incydentem po drodze była rozmowa z jednym z miejscowych, który w języku angielskim znał może 50 słów, ale bardzo chciał pomóc. Gdy po fiasku komunikacji, udałem, że zrozumiałem jego przekaz, podziękowałem mu uprzejmie i podkreśliłem, że bardzo dobrze mówi po angielsku, jego bezzębną twarz rozpromienił uśmiech zadowolenia od ucha do ucha.

Tymczasem dojechaliśmy do zachodniego krańca Bali, miejscowości Gilimanuk, skąd odchodzą promy do odległej zaledwie o 5 kilometrów Jawy, a miejsca, w którym chcielibyśmy zostać nie znaleźliśmy. Wobec tego zdecydowaliśmy jechać wzdłuż południowego wybrzeża z powrotem w stronę Kuty, póki starczy nam sił. Wreszcie upragniony nocleg znaleźliśmy 2 kilometry za Medewi, miejscowości cieszącej się popularnością wśród surferów. Ponownie pomocne było Lonely Planet i rekomendowany w przewodniku Homestay CSB (miejscowość Pulukan). Niestety zadziałała tu ogólnie przyjęta na Bali zasada – im późniejsza pora dnia, tym droższe noclegi. Po długich negocjacjach zapłaciliśmy 200 tys (~60 zł) za duży pokój z balkonem i klimą + śniadanie w cenie.

Jak fajne to było miejsce, okazało się dopiero, gdy obudziliśmy się o poranku. Z naszego balkonu roztaczał się piękny widok na pola ryżowe i ocean. Zachwycający. Długo zwlekaliśmy ze śniadaniem siedząc na balkonie i zachwycając się widokami. Przy posiłku poznaliśmy parę szwajcarskich surferów, którzy w CSB zatrzymali się na… miesiąc. Okazało się, że cena przy takim czasie pobytu może być znacznie niższa. Z wyboru miejsca byli bardzo zadowoleni. Według nich warunki do surfingu są w Medewi doskonałe, a atmosfera w CSB bardzo rodzinna.

Zastanawialiśmy się, czy też nie zostać tu na dłużej, jednak chęć poznania czegoś nowego zwyciężyła. Pierwszym punktem dnia była świątynia Tanath Lot, ponoć najczęściej na Bali fotografowane miejsce. Gdy dotarliśmy do celu zrozumieliśmy dlaczego. Świątynie usytuowane są na wysokich, nadmorskich klifach powalają swoim pięknem i majestatem. Zdaję sobie sprawę, że jest to patetyczne zdanie, ale oddaje atmosferę tego miejsca. Mieliśmy też to szczęście, że w świątyniach właśnie odbywała się uroczystość (nie to, że nas to zaskoczyło, w końcu na Bali dzień bez uroczystości, to dzień stracony ;)), co jeszcze potęgowało klimat miejsca. Migawki naszych aparatów rozgrzały się do czerwoności, zanim opuściliśmy Tanath Lot.

Resztę dnia mieliśmy spędzać w Legian i Kucie. Legian jest jeszcze w miarę przyjemne, zwłaszcza północna część, plaża tu naprawdę robi wrażenie, wiele kilometrów białego piasku. Jednak Kuta to syf, kiła i mogiła w czystym wydaniu. Tłumy, nieprzejezdne drogi, zawalona ludźmi plaża. Ma jednak jedną zaletę. Fala w Kucie jest doskonała do nauki surfingu, z czego część naszej grupy w następnych dniach postanowiła skorzystać (z pełnym zadowoleniem i sukcesami). Na dziś mieliśmy już dość Kuty, postanowiliśmy sprawdzić jak wygląda Denpasar i słynne bazary w tym mieście. Tu również nie wytrzymaliśmy długo: syf, kiła i mogiła, z tym, że w wykonaniu lokalsów a nie turystów.

Z Denpasar czmychnęliśmy na południe na półwysep Bukit. Tu największe wrażenie zrobiła na nas plaża Balangan – oddalona od cywilizacji, z białym piaskiem i palmami, bez bungalowów odgradzających ją od lądu, za to z przyjemnymi knajpkami, prowadzonymi przez wyluzowanych surferów. Jakiż kontrast od tego, co widzieliśmy w Kucie. Tu też przy piwie Bintang doczekaliśmy zachodu słońca i postanowiliśmy: dość Bali, wracamy relaksować się na wyspę Lembongan.

Get the flash player here: http://www.adobe.com/flashplayer

Informacje praktyczne:

Opłata lotniskowa: przy wylocie z Bali obowiązuje opłata lotniskowa, 150 tys (50 zł), płatna gotówką.

Wypożyczenie samochodu: Wirasana Mobi w Sanur (www.wirasana-rentacar.com).

Ceny paliwa: poniżej 2 zł za litr benzyny.

Przewodniki: korzystaliśmy z dwóch książek. Lonely Planet „Bali&Lombok” 12. edycja kwiecień 2009, w którym niestety wiele informacji i zwłaszcza cen było już przeterminowanych. Dzięki przewodnikowi jednak parę razy znaleźliśmy przydatne informacje, ale kilka też razy prowadził nas na manowce. Na pewno w trakcie podróży po Bali warto go mieć, ale nie traktować informacji tam podanych jako 100-procentowo pewnych. Drugą książką, którą ze sobą zabraliśmy było „Bali – Podróże Marzeń” z bibliotek „Gazety Wyborczej”. Ta pozycja, poza dużą porcją fikcji literackiej w słabym wydaniu ma jeden atut – mapy. Co prawda dość stare, bez nowych dróg, ale za to w miarę dokładne. W połączeniu ze szkicami z Lonely Planet pozwalały nam gubić się nie częściej niż 3 ray dziennie. Mapy drogowe, które można kupić na Bali można wykorzystać co najwyżej jako papier toaletowy, do nawigowania na pewno się nie nadają.

Noclegi: Amarta Beach Inn Bungalows (www.amartabeachinn.com): sprawdziłem teraz, że cena przy rezerwacji interentowej to 30 dolarów za dwójkę, jak widać znacznie lepszą cenę (50% taniej) można wynegocjować na miejscu, ryzykuje się jednak to, że nie będzie wolnych miejsc. Namiarów na CSB Homestay poza numerem telefonu z Lonely Planet nie mam.

Sprawdź inne superokazje 🔥
Cypr od piątku do niedzieli 🌤️😎 Loty i pobyt w ⭐⭐⭐⭐ hotelu Best Western za 959 PLN
Cypr z Radomia 959 PLN

W takiej cenie i terminie warto wybrać się na południe Europy

Bułgaria all inclusive z plażą pod nosem 🏖️🍹 Wakacje w 4* hotelu w Sozopolu za 2411 PLN
Bułgaria z Katowic 2411 PLN

Bułgaria all inclusive z plażą pod nosem: wakacje w 4* hotelu w Sozopolu

❗CO ZA OKAZJA❗ Loty open-jaw z bagażem rejestrowanym do Bangladeszu i Indii od 957 PLN 😱✈️
Bangladesz i Indie z Wiednia od 957 PLN

Loty open-jaw do Bangladeszu i Indii z bagażem rejestrowanym w supercenie

Tanio i bezpośrednio na Costa Bravę 🌤️⛱️ Bilety od 199 PLN, także na wakacje
Costa Brava z Polska 199 PLN

Słynne hiszpańskie wybrzeże w atrakcyjnej cenie i ciepłych terminach

Misją Fly4free.pl jest przedstawienie Ci najlepszych zdaniem naszej redakcji okazji na podróże. Opisujemy oferty znalezione przez nas w internecie i wskazujemy adresy internetowe, pod którymi samodzielnie możesz wykupić podróż lub elementy podróży. Ceny w artykułach są aktualne w chwili publikacji. Możemy otrzymywać wynagrodzenie od partnerów handlowych, do których Cię przekierowujemy.
Komentarze

Bardzo ciekawa relacja też właśnie zamierzam taką trasę zrobić we wrzesniu i październiku 2011 stąd moje pytanie jak wyglada sprawa z noclegami czy nie ma problemu-lepiej wczesniej rezerwować czy na partyzanta oraz jakiej pogody można się tam w tym terminie spodziewać.
Adam, 24 listopada 2010, 9:33 | odpowiedz
Co prawda dość stare, bez nowych drug (...)
dżejms błont, 24 listopada 2010, 9:51 | odpowiedz
Też byłem w tym roku na Bali i widziałem prawie wszystko to, o czym piszecie :) Świetna przygoda, polecam !!
Mac, 24 listopada 2010, 9:55 | odpowiedz
Myślę, że dobrą opcją jest wynajęcie samochodu wraz z kierowcą. Koszt 280 tys. rupii za dzień. Za niecałe 9 USD więcej za dzień mniej stresu zwiazanego z prowadzeniem pojazdu plus miejscowy przewodnik po wyspie zamiast Lonely Planet znajacy doskonale miejscowe realia, potrafiący doradzić gdzie warto pojechać. Przy okazji zawiezie na tanie zakupy, co rekompensuje część kosztów. Przy 4 osobach uważam, że jest to najlepsza opcja. Pozdrawiam Zbyszek
Zbyszek, 24 listopada 2010, 10:27 | odpowiedz
Adam to widze, że lecimy w tym samym czasie
MasoN, 24 listopada 2010, 10:31 | odpowiedz
Adam, sezon na bali trwa mniej więcej do połowy września, potem jest ciut mniejsze natężenie turystyki i trochę więcej deszczu. My byliśmy mniej więcej do końca września i jak dla mnie pogoda była spoko. Co do noclegów, pewnie wiele zależy od pory roku. W czasie, w którym my byliśmy nie było problemu z załatwianiem noclegów bez rezerwacji. Negocjując na miejscu mozna mieć lepsza cenę niż przez WWW, ale nalezy pamiętać, że najlepsze ceny na noclegi załatwia się rano. Wieczorem ceny idą do góry. dżejms: dzięki za wyłapanie babola Zbyszek: to oczywiście opcja, którą warto brać pod uwagę. Osobiście nie lubię prowadzenia za rękę :), ale rozumiem, że może to być opcja wygodna. Wydaje mi się jednak, że do ceny trzeba doliczyć koszt utrzymania kierowcy - noclegi i wyżywienia dla niego. Czy się mylę?
Kamil Lodziński, 24 listopada 2010, 11:14 | odpowiedz
Ogólnie zasada jest taka, że teoretycznie płacisz za spanie i jedzenie przewodnika, ale jeżeli on przewozi 4 gości do hotelu to ma nocleg za darmo. Ta reguła nie działa w Ubudzie i Kucie, ale nasz mieszkał w Kucie, a jego rodzice w Ubudzie, więc to nie miało w naszym przypadku znaczenia. Zabrał nas też na nocleg do swoich rodziców, co było niezłym przeżyciem (Lonely Planet tego nie zapewni), za który nie płaciliśmy. Co do prowadzenia za rękę, to my ustalaliśmy program, co chcemy zobaczyć, a on ewentualnie wnosił uwagi dodatkowe. Ostateczna decyzja należała zawsze do nas. Jeździliśmy też "bemo" i wszyscy miejscowi pomagali nam przy przesiadkach, zagadywali, jak tylko znali angielski, byliśmy dla nich niezłą atrakcją. A co do samodzielnego jeżdżenia po wyspie to chyba bardziej praktyczny i mniej stresujący jest motorbike. Nikt przy wypożyczaniu nie pyta wtedy o prawo jazdy, ale jak pokażesz to chętnie spisują numer. Pozdrawiam Zbyszek
Zbyszek, 24 listopada 2010, 11:43 | odpowiedz
To co piszesz pokazuje, że zwiedzać można na rózne sposoby i czerapać z tego satysfakcję. Dzieki za praktyczne i przydatne info.
Kamil Lodziński, 24 listopada 2010, 12:38 | odpowiedz
Jestem na miejscu (Bali) cały czas. W razie co mogę polecić kierowcę lub pomóc wynająć auto/skuter. Co do prawa jazdy - jedno ostrzeżenie - lepiej je mieć choć da się wunająć cokolwiek bez niego. W razie wypadku na Bali winny jest ten kto nie ma "prawka" - i wtedy się zaczyna "jazda". Nie zapomnijcie w trakcie zwiedzania zerknąć na klifowe plaże ciągnące się od Balangan do Uluwatu ! Są piękne :) W razie pytań zapraszam na pablo@indo-explorer.com
Pablo, 24 listopada 2010, 12:40 | odpowiedz
Prawo jazdy lepiej mieć. Też na 5 dni braliśmy auto. Miałem 2 kontrole drogowe. Jak nie masz albo wysoki mandat albo łapówka (powód dlaczego tak łapią turystów). Nam wystarczył mały Suzuki Jimmy (3 osoby i bagaże) za 100 tys/dzień :) A jazda po tamtych drogach to prawdziwa przyjemność :D
jasiustasiu, 24 listopada 2010, 14:25 | odpowiedz
przyjemność? :) Zakładam, że jechaliście do Uluwatu :>
Mac, 24 listopada 2010, 14:51 | odpowiedz
Przyjemność bo ja lubię tego typu ryzyko i totalne zamieszanie ;) Jechaliśmy mniej więcej trasą Kuta, Ubud, Batur, Lovina, Tanah i z powrotem do Kuty. Chciałem do Uluwatu ale dziewczyny brzuchy rozbolały i odpuściliśmy niestety.
jasiustasiu, 24 listopada 2010, 15:22 | odpowiedz
Jeśli chodzi o prawko międzynarodowe to trzeba sprawdzić czy jest tam wpisany kraj Indonezja. Miałem taką przygodę- miałem wypożyczony skuter w Kucie, popłynąłem promem na Lombok i w drodze powrotnej jak już byłem w porcie miałem kontrolę dokumentów, w tym oczywiście prawa jazdy, i kuźwa okazało się że w śród wymienionych krajów nie ma Indonezji!!! Kolejnym problemem, okazało się , nie wiem czy słusznie, ubezpieczenie skutera, które podobno ważne jest tylko na Bali. Suma sumarum wzięli mnie pod włos- wyobraźcie sobie że 200 metrów dalej widać prom, który za chwilę wypływa ,a tu mówią mi o problemach jakie mnie teraz czekają. Dałem 250 tyś rupia w łapę i pojechałem Pod poniższym linkiem moja relacja: http://www.moto3miasto.pl/viewtopic.php?t=2826 Pzdr Darek
Jbond, 24 listopada 2010, 15:45 | odpowiedz
Fajna relacja i foty: http://www.skarbyindonezji.pl/images/zdjecia/wyjazdnamoto/1%20(56).JPG Myśmy ten most na trasie z Amed pokonywali autem z 4 osobami an pokladzie :). Ale jak widac konstrukcja wytrzymalsza, niż to się wydaje.
Kamil Lodziński, 24 listopada 2010, 16:07 | odpowiedz
Zbyszek dzieki za info muszę się zastanowić nad kierowcą bo faktycznie może to być dobry pomysł nie musze prowadzić i mam święty spokój a nie jest to takie drogie. Dzięki Kamil za info mam nadzieję że mnie deszcz nie zmęczy niestety taki termin mam urlopu i nic nie wykombinuje mam nadzieję że trochę sie pokąpię i pozwiedzam obawiam się tylko czy po tych deszczach to te drogi się nie rozmyją nieco.
Adam, 25 listopada 2010, 9:19 | odpowiedz
Czy ja gdzieś napisałem, że przejdą tornada z ulewami? :)
Kamil Lodziński, 25 listopada 2010, 10:09 | odpowiedz
fajnie linki i relacje, no i przede wszystkim bardzo przydatne. bede na bali jakos pod koniec sierpnia 2011 i tez chcemy jak najwiecej zobaczyc. Wasze relacje i uwagi na pewno pomoga w przygotowaniu fajnej trasy.
petina, 25 listopada 2010, 10:13 | odpowiedz
Kamilu a kiedy najlepiej zarezerwować bilety na Bali ? Będę w Kuala Lumpur we wrześniu i nie wiem czy już rezerwować bilety czy jeszcze się troche wstrzymać?
krystian, 25 listopada 2010, 13:57 | odpowiedz
Fakt, w swoim prawku też nie mam wymienionej Indonezji, ale na szczęście się nie czepiali. A w warunkach wypożyczenia miąłem zakaz opuszczania wyspy i zostałem o tym jasno poinformowany. Ehhh na Jawie było fajnie. Jeździliśmy bardzo często motorami i nikogo nie obchodziło czy mamy na nie prawo jazdy :)
jasiustasiu, 25 listopada 2010, 14:00 | odpowiedz
Super relacja! Bardzo przydatne informacje. Wybieramy się na Bali w kolejne święta wielkanocne (kwiecień 2012) wraz z dwójka dzieci (10 i 11 lat) i skorzystamy ze wskazówek. Jedziemy co prawda głównie na nurkowania, ale mamy aż 10-cio dniowy pobyt, wiec także pozwiedzamy trochę. Bilety lotnicze już kupione, bungalowy zarezerwowane - choć w cenie aż 77$ za 4 osoby, wiec chyba jednak drogo (rezerwacja może być anulowana bezpłatnie, więc jak ktoś ma dobrą propozycję cenową to chętnie skorzystamy - do wspomnianych w relacji bungalowów także wysłałam zapytanie). Trochę mam opory jechać z dziećmi w ciemno i dopiero szukać noclegów na miejscu, zwłaszcza ze to okres wielkanocny... Czy ktoś nurkował na Bali i może polecić dobrą (i niedrogą) firmę organizującą nurkowania - zwłaszcza z dziećmi????? Które nurkowiska moglibyście polecić???? Gosia
Gosia, 21 czerwca 2011, 8:29 | odpowiedz
Halo Halo mamy końcówkę 2012 i ceny się już sporo pozmieniały więc zapraszam do kontaktu w sprawie ich aktualizacji. Paweł
indo-explorer, 29 grudnia 2012, 3:22 | odpowiedz
ZbyszekMyślę, że dobrą opcją jest wynajęcie samochodu wraz z kierowcą. Koszt 280 tys. rupii za dzień. Za niecałe 9 USD więcej za dzień mniej stresu zwiazanego z prowadzeniem pojazdu plus miejscowy przewodnik po wyspie zamiast Lonely Planet znajacy doskonale miejscowe realia, potrafiący doradzić gdzie warto pojechać. Przy okazji zawiezie na tanie zakupy, co rekompensuje część kosztów. Przy 4 osobach uważam, że jest to najlepsza opcja.Pozdrawiam Zbyszek
Gosia, 12 maja 2013, 11:53 | odpowiedz
Gosia
ZbyszekMyślę, że dobrą opcją jest wynajęcie samochodu wraz z kierowcą. Koszt 280 tys. rupii za dzień. Za niecałe 9 USD więcej za dzień mniej stresu zwiazanego z prowadzeniem pojazdu plus miejscowy przewodnik po wyspie zamiast Lonely Planet znajacy doskonale miejscowe realia, potrafiący doradzić gdzie warto pojechać. Przy okazji zawiezie na tanie zakupy, co rekompensuje część kosztów. Przy 4 osobach uważam, że jest to najlepsza opcja.Pozdrawiam Zbyszek
Zbyszek, Czy masz moze namiary na takiego kierowce? Namiary na kierowce od znajomych sa 2x drozsze.... wybeiram sie za 2 tygodnie na Bali... Ja zdecydowanie wole miec komfort, ze ktos bedzie za mnie prowadzil, choc uwielbiam pprowadzic, ale jednak po doświadczeniach w takich krajach wiedze, ze ten stres nie jest mi potrzebny.....w moich zylach mam ruch prawostronny... Malgosia
Gosia, 12 maja 2013, 12:08 | odpowiedz
bardzo sie ciesze, ze trafilam na te relacje. Twoje opisy i informacje wkrotce bardzo sie nam przydadza, zamierzamy bowiem spedzic tam sporo czasu. Dziekuje i serdecznie pozdrawiam, zyczac wielu jeszcze podrozy (z ktorych nastepne relacje mam nadzieje przeczytac).
mia, 12 marca 2014, 0:31 | odpowiedz
miabardzo sie ciesze, ze trafilam na te relacje. Twoje opisy i informacje wkrotce bardzo sie nam przydadza, zamierzamy bowiem spedzic tam sporo czasu. Dziekuje i serdecznie pozdrawiam, zyczac wielu jeszcze podrozy (z ktorych nastepne relacje mam nadzieje przeczytac).
a kiedy i skąd lecicie? Tez się wybieramy jakoś między kwietniem a czerwcem ale na razie jestem na etapie szukania połączeń co jest nie lada wyzwaniem...
mariusz, 17 marca 2014, 20:37 | odpowiedz
mariusz
miabardzo sie ciesze, ze trafilam na te relacje. Twoje opisy i informacje wkrotce bardzo sie nam przydadza, zamierzamy bowiem spedzic tam sporo czasu. Dziekuje i serdecznie pozdrawiam, zyczac wielu jeszcze podrozy (z ktorych nastepne relacje mam nadzieje przeczytac).
a kiedy i skąd lecicie? Tez się wybieramy jakoś między kwietniem a czerwcem ale na razie jestem na etapie szukania połączeń co jest nie lada wyzwaniem…
Prawdopodobnie w listopadzie, ale tez nie na sto pro. Udanego wyjazdu!
mia, 18 marca 2014, 22:05 | odpowiedz
mariusz
miabardzo sie ciesze, ze trafilam na te relacje. Twoje opisy i informacje wkrotce bardzo sie nam przydadza, zamierzamy bowiem spedzic tam sporo czasu. Dziekuje i serdecznie pozdrawiam, zyczac wielu jeszcze podrozy (z ktorych nastepne relacje mam nadzieje przeczytac).
a kiedy i skąd lecicie? Tez się wybieramy jakoś między kwietniem a czerwcem ale na razie jestem na etapie szukania połączeń co jest nie lada wyzwaniem…
I znaleźliscie cos?My kupilismy jakos własnie w polowie marca- LufthansazWwy dl Bangokou i stamtad Air Asia na Bali, łacznie ok 2500zł,lecimy w maju
ania, 1 kwietnia 2014, 19:56 | odpowiedz
Czy wynajmę samochód posiadając polskie prawo jazdy czy musi być międzynarodowe?
Iwi, 16 czerwca 2016, 10:58 | odpowiedz
dżejms błont Co prawda dość stare, bez nowych drug (…)
Hahahahahaha raczej jednak DRÓG, bo DROGA :-) DrUg to może w sex, drugs & rock'n'roll ;-D
Monia, 17 czerwca 2016, 15:47 | odpowiedz
Iwi Czy wynajmę samochód posiadając polskie prawo jazdy czy musi być międzynarodowe?
Raczej wynajmiesz. Na Bali nie przywiązują uwagi do takich szczegółów. Najważniejsza to kopia paszportu. Jednak na drodze przyda się prawo jazdy międzynarodowe, żeby zaoszczędzić sobie niepotrzebnych dyskusji z policja :)
zobaczBali, 21 lipca 2016, 5:53 | odpowiedz