Urlop na Teneryfie z Fly4free.pl i RCI (RELACJA CZYTELNICZKI)

Na rocznicę ślubu dostaliśmy od Cioci Voucher na siedem noclegów na Teneryfie. Taka tekturka, jak te, na których owijane są pończochy, tyle że po jednej stronie miał nadrukowane kilka zdjęć mających wzbudzić w nas pragnienie wyjazdu nad ocean. Zdjęcia nie były najlepszej jakości, ale chęć wyjazdu pojawiła się natychmiast. Po drugiej stronie kartonika znalazłam adres firmy i numer faxu, pod który miałam wysłać dołączony do zaproszenia druczek.Nasza sytuacja materialna w chwili obecnej zdecydowanie wykluczała możliwość wyjazdu dokądkolwiek, ale Ciocia zapewniła nas, że bilety lotnicze, kupione za pośrednictwem organizatora wyjazdu nie będą kosztowały więcej niż 600 zł jeden.

Wróciliśmy do domu, odpaliliśmy internet – czytamy. Opinii złych i gorszych cała masa. Jedni drugim radzą; nie wierz!, nie jedź! Zwłaszcza Ci, którzy nie pojechali. Kilka postów od tych, którzy owszem byli. Odniosłam wrażenie, że polecają.

Wypełniam więc druczek. Wpisuję numer vouchera i termin, w którym chcielibyśmy pojechać. Wysyłam. Za chwilę dzwoni do mnie uprzejma pani, że to zgłoszenie nie do niej, mam wysłać pod inny numer. Zgadzam się bez oporu, wysyłam ponownie. Do wyjazdu jeszcze miesiąc, więc spokojnie czekam sobie co z tego wyniknie. Tydzień, dwa, trzy… Cisza. Dzwonię więc zapytać czy mam pakować walizki. Nie mają mojego zgłoszenia. Nic nie wiedzą. Wysyłam je więc ponownie, dzwonię od razu z pytaniem czy mają. Mają. Czekam…. I nic.

Dzwonię na komórkę, której numer dostałam od Cioci. Pan Szymon obiecuje zająć się sprawą i zapewnia, że wyjazd dojdzie do skutku. Pytam o cenę biletów. Oddzwoni i powie. Oddzwania rzeczywiście po kilku godzinach. 1740zł za jeden bilet. Powietrze uchodzi ze mnie z sykiem. Jak to? Miały być tanie?

Z nosem na kwintę siadam przy komputerze. Bez większych nadziei przeglądam wyszukiwarki. Wszystko drogie. I nagle… Google wyświetlają mi artykuł Kamila ”Kanary od 330zł’. Oglądam stronę ”fly4free”, czytam posty i wpadam w zachwyt.

Wieczór spędzamy na stronie Ryanaira. Szukamy lotów z Łodzi, bo do niej najbliżej. Nic nie pasuje :(. Piszę więc post na Forum, Kamil radzi założyć wątek, zakładam i na drugi dzień mam kilka propozycji do wyboru. Od Kamila (raz jeszcze dziękuję!) aż trzy warianty podróży. Wybieramy pierwszy Wrocław – Liverpool – Teneryfa z nocką w Liverpoolu powrót Teneryfa – Mediolan – Wrocław (na przesiadkę 4 godz.). Natychmiast kupujemy bilety; koszt dla nas obojga w obie strony 950 zł. Mogło być jeszcze taniej, nie mamy jednak osławionej karty, dzięki której można uniknąć prowizji.

Jeszcze tylko kilka telefonów do firmy organizującej wyjazd, jakaś ankieta do wypełnienia (sprawdzają czy nie żyjemy w skrajnej nędzy i stać nas będzie na wyżywienie?) i zaczynamy pakowanie.

Piotr, mój mąż – dla wyjaśnienia, przyniósł torebeczkę maluteńką i poinformował, że mam w niej zmieścić swój bagaż. Jak? Jak w bagaż nie przekraczający 10 kg zapakować: siedem par butów, 8 ręczników, sukienki, bluzeczki, spodenki, no chociaż ze dwa sweterki, kosmetyki, kapelusz, bieliznę, a Piotr mówi coś jeszcze o jakimś jedzeniu…

Przyzwyczajona do wyjazdów siedmioosobową terenówką w ogóle wątpiłam, że możliwe jest coś takiego. Przez pół dnia mężczyzna patrzył z rozbawioną miną na miotającą się po sypialni kobietę, pełną wątpliwości czy bez tej jeszcze jednej rzeczy uda się na tym urlopie przeżyć.

W końcu torba została spakowana, zważona, kosmetyki (przelane do jakichś pojemniczków po płynie do ust, nasunęły mi myśl o wybierających się na wakacje krasnoludkach), dwa ręczniki plażowe – czarne z uwagi na informacje o kolorach plaż na Teneryfie, dwa cieniutkie kąpielowe, jedne sandałki, jedne klapeczki, jedne plażówki, a na nogi najcięższe pantofelki. Sukienki i bluzeczki zostały po raz pierwszy w życiu wybrane przy kryterium; waga.

Piotr, większy przecież ode mnie, a jakoś problemu z pakowaniem nie miał, do jego plecaka zmieściło się wszystko co chciał plus półtora kilo ukochanej wołowinki na befsztyki i kilka schabowych na drogę.

Dzień wyjazdu; 30 kwietnia. Piątek. Robimy rano odprawę online. W biegu zamykamy sprawy firmowe. W Polsce, nagle nie wiedzieć jakim cudem robi się lato, temperatura jakieś 26 stopni, a my mamy na sobie najcięższe jeansy, kurtki itp. Jedziemy samochodem bez klimy do Wrocławia, cieszymy się ze wszystkiego. Znajdujemy zarezerwowany wcześniej parking (130 zł za tydzień) wsadzają nas w busa i zawożą na lotnisko.

Myślę, że w tej właśnie chwili nadszedł właściwy moment, żeby napisać o moim panicznym lęku przed lataniem. Są ludzie bojący się pająków, albo tacy co nie wejdą na schody ze strachu przed wysokością, ja to mam w samolocie. Pierwszych parę lotów jakoś nie czułam, pojawiało się stopniowo, potem latanie na trzeźwo, zaczęło wzbudzać we mnie taka panikę,że współpasażerowie patrzyli na mnie jak na dziwowisko. Przy którymś z kolei locie postanowiłam, że trzeźwa więcej latać nie będę i staram się obietnicy dotrzymywać.

Na lotnisku wrocławskim Ryanair ma w nosie wielkość bagażu. Z zazdrością spoglądałam więc na wielkie, przy naszych, torby i walizy podręczne Polaków podróżujących z nami. Przeszliśmy przez odprawy w błyskawicznym tempie, kupiliśmy w sklepie bezcłowym Martini i….spostrzeżenie pierwsze wpisane do notatnika: brak kubków w podróży jest uciążliwy! Zabierać szklaneczki! Dzięki uprzejmości sprzedawcy w Baltonie, który dał Piotrowi jakieś dwa papierowe kubeczki udało nam się w końcu napić i mogłam wsiąść do samolotu na rauszu.

Podróż, mimo odczucia, że znajdujemy się na jakimś bazarze z racji ilości oferowanych do sprzedaży produktów, podlewana obficie z litrowej w końcu butelki:), minęła zaskakująco szybko. Wysiedliśmy w Liverpoolu w doskonałych humorach i od razu zaczęliśmy poszukiwania miejsca do przeczekania kilku godzin. Był późny wieczór, samolot docelowy miał nas zabrać około 6-ej rano. Przydałoby się więc gdzieś chociaż usiąść. Spostrzeżenia z lotniska zapisałam w notesie na bieżąco więc teraz tylko przepisuję:

Lotnisko jakby częściowo wymarłe. Snuje się kilku zaspanych ludzi, ale większość przestrzeni zamknięta i niedostępna. Na pierwszym piętrze jacyś globtroterzy śpią pod ścianą, owinięci w śpiwory i ręczniki. Piotr natychmiast żałuje, że nie wziął śpiwora. Mam zapisać; brać śpiwór! Ciekawe w co go spakuję? Obchodzimy hale we wszystkie strony, nigdzie nie ma nic, na czym można usiąść. W końcu, na parterze dwa skórzane czarne fotele do masażu na monety wrzutowe. Siadamy sobie wygodnie. Pełen relaks. W głowie nie wiedzieć czemu Kaśka Nosowska śpiewa mi „Kocham ten stan, spokojne sam na sam…” Do następnego lotu około 7 godzin, pod warunkiem, że jest tu ten sam czas co u nas. Luz… Nastawiamy budzik, dopijamy Martini…

Doczekaliśmy na tych fotelach do rana, nikt się nie czepiał, mimo że łaziło trochę obsługi lotniska. Widać nie spodziewali się w nocy zmęczonych biznesmenów potrzebujących natychmiastowego relaksu. Zazdrosnym okiem spoglądali Ci, którzy nie odważyli się z foteli skorzystać. Wygodnie było, ale po godzinie przyznałam Piotrowi rację. Na następną wyprawę śpiwór MUSI się zmieścić!

Nad ranem zmarznięci, ale w dobrych nastrojach udajemy się na odprawę. Za pierwszą bramką, mimo wczesnej pory, znajdujemy otwarte sklepy, kolejna butelka Martini i mała butelka wody z pewnością się przydadzą. Poranna toaleta w łazience i czekamy na nasz lot.

Przy wejściu do rękawa, okazuje sie , że torby muszą zmieścić się w stojaku mierzącym wielkość bagażu, troszkę przepakowujemy, mieszczą się , więc wsiadamy do samolotu zrelaksowani, otwieramy Martini i wprowadzamy się w wakacyjny nastrój :).

Lot dość długi, cztery godziny, Większość pasażerów to Anglicy, kupują wszystko co powietrzny bazar sprzedaje, trochę śpimy, w końcu pojawia się pod nami docelowa wyspa. Lądujemy bezpieczne, moje pełne ulgi oklaski brzmią dziwnie samotnie, widać spontaniczność jest narodową cechą Polaków, nie znaną na pokładzie angielskiego samolotu.

Lotnisko na Teneryfie duże, przechodzimy przez hale, wychodzimy przed budynek, na płycie mnóstwo taksówek, kilka busów, jakieś autokary. Decydujemy sie na taxi, bo to pierwsza nasza wyprawa bez zorganizowanego transferu i martwimy się, żeby nie zagubić sie gdzieś od razu pierwszego dnia. Taryfa do Costa Adeje kosztuje 27 euro, do przejechania około 25 km. Droższa niż samolot, ale trudno!

Wysiadamy przed drzwiami ośrodka Regency Resorts, podchodzi do nas przystojny facet, wita z nazwiska, przedstawia się; Tomek. Siadamy z nim na chwilę, coś tam podpisujemy, na recepcji spisują numery naszej karty kredytowej w ramach kaucji; 200 euro na wypadek zniszczeń. Oddadzą je przy wyjeździe, w zaklejonej kopercie bez śladu na koncie. Dostajemy klucze do apartamentu, Tomek nalega na spotkanie wieczorem, zgadzamy się niechętnie i idziemy oglądać nasze miejsce do życia na najbliższy tydzień.

Za drzwiami zastajemy pokój dzienny z aneksem nieźle wyposażonym, są kieliszki :), filiżanki, talerze, garnki , wyciskarka do soków, spora lodówka z zamrażarką ( będzie w czym zrobić lód do drinków ), piekarnik, mikrofalówka – fajnie. Za oknem dość duży taras, na nim krzesła i stolik, słońce świeci. Sypialnia z dużym łóżkiem sporo ogromnych czystych prześciaradeł, kilka kocy, małe poduszki. W łazience sterty bialutkich ręczników – można było zaoszczędzić miejsce w torbie i swoje zostawić w domu.

Kąpiemy sie szybciutko, idziemy do baru przy basenie, wypijamy drinka, słońce jest tak ostre, że po 15 minutach uciekamy spod niego i wracamy do pokoju porobić inne przyjemne rzeczy :). Wakacyjny nastrój ogarnia nas już całkiem, stwierdzamy, że Martini z podróży lepsze byłoby z oliwkami i lodem, przydałoby się też coś zjeść, trzeba więc ruszyć po zakupy.

Już po pierwszych stu metrach okazuje się, że moje ukochane szpilki w ogóle nie nadają się do tego terenu. Wszędzie jest albo stromo z górki, albo bardzo pod górkę. I wszedzie dociera się drogami wokół przepaści, więc do sklepu, który w prostej linii znajduje się 100 metrów od nas idzie sie jakieś pół kilometra. Za to w sklepie okazuje się, że polubimy to miejsce bardzo szybko. Półki z winami bardzo obficie zastawione, już za niecałe euro można coś wybrać, za 3,50 wino, które w Polsce kosztowałoby ponad 50 zł. Po późniejszej degustacji wpadamy w zachwyt nad jego smakiem. Inne produkty też nie straszą cenami. Teneryfa jest w całości strefą bezcłową, nie wpędza więc w rozpacz nawet tych mniej zamożnych. Kupujemy kilka butelek wina, oliwki, bagietkę, pomidory w puszce, bo swieże nie porażają urodą, butelkę oliwy z oliwek i wracamy objuczeni do siebie.

Pod wieczór idziemy na spotkanie organizacyjne z Tomkiem. Błądzimy w tych uliczkach tak do siebie podobnych, stwierdzamy oboje, że nasza kondycja pozostawia wiele do życzenia, że trzeba było na siłownię troszkę chodzić, nie palić, biegać czasami, albo rowerem pojeździć częściej… Postanawiamy oczywiście w przyszłości prowadzić bardziej higieniczne życie i docieramy ostatkiem sił w umówione miejsce.

Tomek czeka na nas w barze, na stoliku dzbanek z sangrią, dostajemy szklaneczki, atmosfera coraz milsza. Pierwszy raz spotkanie z rezydentem nie wydaje nam sie zmarnowanym czasem, dostajemy mapkę wyspy z zaznaczonymi miejscami wartymi zobaczenia, upewniamy się, że bez wypożyczenia samochodu się nie obejdzie, dowiadujemy się, że prezentacja, którą zgodziliśmy się zobaczyć w zamian za darmowy pobyt odbędzie się w środę, po czym wracamy na swój taras upijać się hiszpańskim winem :).

W następnych dniach, nie roztkliwiając się nad zakwasami mięśni, chodzimy sobie na spacery, oglądamy plaże, leniuchujemy i wchłaniamy klimat Teneryfy. Nie chcę się zbytnio rozpisywać na temat co i gdzie, bo moja relacja i tak robi się zastraszająco długa, a informacji o Wyspach Kanaryjskich jest w internecie sporo i zainteresowani mogą sobie wygooglować. Napiszę tylko o tym co dla mnie było najbardziej…

Czarna plaża przy Los Gigantes, mała ale warta zobaczenia; piasek wygląda na niej jak Murzyn wysmarowany oliwką, cudownie aksamitny i miękki, nie brudzi niczego, można położyć się na nim w białej sukience, wstać , otrzepać się i nie ma śladu.

Promenada wzdłuż Oceanu w Costa Adeje, kamienne ławeczki przy niej, roślinność, zapach powodowały wiosnę w sercu podczas każdego spaceru.

Jazda wypożyczonym przez Piotra motorem (mimo kosztów – 80 euro za dobę, zdecydował się na Transalpa i nie żałował) po stromych uliczkach i motorowa wycieczka na plażę Thaijta tuż za El Modano, pustą parwie, smaganą passatem, inną niż wszystkie, na których byliśmy dotąd.

Nadeszła środa czyli dzień, w którym mieliśmy dowiedzieć się jak działa system RCI. Dlaczego rozdają darmowe Vouchery pobytowe i co będą chcieli w zamian. Spotkanie umówione było na 10:00, przyszliśmy punktualnie, Tomek już na nas czekał, jakaś kawa, godzinka rozmów o wszystkim, wyjazd do ośrodka, w którym chętnie sprzedaliby nam apartament. A w zasadzie jeden tydzień pobytu co roku w danym apartamencie. Ośrodek przyjemny, o wiele ciekawszy od tego, w którym nas zakwaterowano, zrozumieliśmy dlaczego niektórzy podujmują dyktowaną emocjami decyzję o natychmiastowym zakupie, wytłumaczyliśmy Tomkowi, że mamy żelazną zasadę, jeśli ktoś żąda od nas odpowiedzi dziś, zawsze usłyszy; nie, pod koniec spotkania przekonaliśmy się, że jednak możemy namyślić się jutro albo kiedyś tam i dzisiejsze ; nie, wcale nie zamyka nam drogi do oferty RCI.

O 17-ej pożegnaliśmy nieco rozczarowanego Tomka z postanowieniem, że idziemy napić się wina i zastanowić. Wino działało jak wino:). Nie wiem czy czytający moją relację zetknęli się już z firmami działającymi w systemie Timeshare. My, przed wyjazdem czytaliśmy trochę o tym, na miejscu okazało się, że system jest bardzo fajny dla tych, którzy spędzają wakacje w większym gronie i lubią luksusowe warunki. Doszliśmy do wniosku, że jak już przestaniemy narzekać na totalny brak forsy, znajdziemy sobie firmę sprzedającą RCI w Stanach lub w Niemczech i kupimy sobie członkowstwo w Klubie, bo znając już trochę polskie realia spodziewamy się , że wszędzie na świecie można to kupić taniej.

Komu się opłaca a komu nie, trudno prorokować. Rozmawialiśmy na miejscu z ludźmi, którzy taki udział wykupili, są zachwyceni, wymieniają swoje tygodnie na Teneryfie na inne Ośrodki na całym świecie, latają tanimi liniami i namawiają innych, żeby spędzali wakacje w ten sam sposób. Rozmawialiśmy też z takimi, którzy swoje członkowstwo chcą sprzedać, bo koszty utrzymania go, wydają się im zbyt wysokie.

Zainteresowanych odsyłam na prezentację ośrodków na takim darmowym wyjeździe, ale namawiam do podejmowania decyzji przemyślanych i nie natychmiast. Internet pełen jest narzekania i psioczenia na system przez osoby, które podjęły decyzję o zakupie pod wpływem impulsu, a teraz, gdy emocje opadły, czują się wmanewrowani.

Dla tych, którzy chcieliby pojechać na taki wyjazd, a nie mają Cioci, podaję informację skąd wziąć zaproszenie. Można znaleźć kogoś kto ma wykupione członkowstwo i da Wam takie darmowe zaproszenie. Widziałam kilka ofert na Allegro, ktoś będący członkiem klubu sprzedawał za małą kasę vouchery na tygodniowy pobyt.

Można też, przy pomocy internetu znaleźć kogoś, kto kupił taki voucher od firmy pośredniczącej (tzw. naganiaczy) za 450 zł a teraz boi się pojechać i chętnie odsprzeda za pół ceny. Można zadzwonić do firmy pośredniczącej w Polsce np. Holiday Travel Center i zapytać skąd wziąć zaproszenie. Albo wrzucić na google słowa; timshere, voucher, RCI, itp. i znaleźć sobie sposób najbardziej odpowiedni dla siebie.

Ostatnie dwa dni spędziliśmy jeżdżąc samochodem dookoła wyspy w poszukiwaniu słońca. Auto wynajmuje się tam za 40 euro doba, jeśli na dłużej to trochę taniej. Pełno jest firm z reklamą „3 dni za 60 euro” ale to takie małe oszustwo, bo jak już chcecie spisywać umowę, to tego za 60 akurat nie ma i trzeba zapłacić drożej. Ale auto na Teneryfie trzeba pożyczyć , należy wkalkulować je w koszty, bo bez niego to ewentualnie komunikacja busami… ale to dość uciążliwe, dużo czekania na przystankach, no i nie wszędzie da się dojechać.

Umówiliśmy się z kierowcą „naszego” matiza, że oddamy go w dzień wylotu, a on zamiast do hotelu, odwiezie nas spod wypożyczalni na dworzec autobusowy. Taxi powrotne kosztuje ponoć jeszcze drożej niż w tę stronę; 40 euro. Wyjście z autobusem wydało nam się bardzo rozsądne.

Zanim zacznę opisywać powrót, chciałabym jeszcze dodać, że maj nie jest najlepszym miesiącem na wakacje na wyspie. Wieje pasat, przywiewa chmury, mimo że jest ciepło, słońca jest mało i dla nas, miłośników plażowania było to trochę rozczarowujące. Podobno wszystkie inne miesiące są lepsze :). Opalaliśmy się raptem przez trzy godziny na cały tydzień. Przyznać jednak muszę, że jak tych chmur nie ma, słońce stoi w zenicie przez calutki dzień i mimo filtrów 20, te trzy godziny wystarczyły, żebyśmy wracali z brązową skórą.

Tak więc nastała sobota, 8 maja, dzień naszego powrotu. Kierowca zgodnie z umową zawiózł nas na dworzec w Los Americas, wsiedliśmy w busa numer 111, zapłaciliśmy za dwa bilety; 4,50 euro i po pół godzince wysiedliśmy na płycie lotniska przed samiutką halą odlotów.

Można było w tamtą stronę zaoszczędzić trochę i brać taxi dopiero z Los Americas – byłoby do przejechania 3 km. zamiast 25-u. No ale trudno, następnym razem :). Wchodzimy sobie na lotnisko wyluzowani, do odlotu mamy jakieś 3 godzinki. Skąd tu ten tłum? Dlaczego ta tablica jest taka czerwona? Przy większości lotów Ryanair’a na czerwono wyświetla się CANCELLED. Przez cały tydzień komórki mieliśmy wyłączone, żeby nie psuć sobie urlopu zastanawianiem się kto do nas dzwoni i w jakiej sprawie.

Włączyliśmy teraz i wykonaliśmy telefon do Przyjaciela z pytaniem: „co się dzieje”? No tak, znowu wulkan. Idziemy oglądać tablicę jeszcze raz. Lot do Milano Orio podświetla się pomarańczowo, przy nim literki
DELAYED. Acha, jest więc szansa, że polecimy. Ciekwe tylko, czy zdążymy się przesiąść. I dlaczego Orio? Miało być przecież Bergamo? Numer lotu się zgadza, więc może zmienili lotnisko przez te pyły i na miejscu trzeba będzie przejechać się autobusem…

Dzwonimy do Polski ponownie. Kolega sprawdza, że nasz samolot wyleciał z Mediolanu z opóźnieniem. Orio i Bergamo to podobno to samo lotnisko. Przejęty naszą niewesołą sytuacją pisze maila do Kamila z prośbą o numer telefonu. Kamil, (jak tu go nie wielbić? :)) deklaruje chęć pomocy w znalezieniu jakiegoś lotu z Włoch, gdybyśmy jednak nie zdążyli z przesiadką. Oddychamy z pewną ulgą ale stres nie pozwala o sobie zapomnieć.

Nie wiadomo kiedy odlecimy, upijanie się uznałam więc za mało wskazane. Biorę Relanium na uspokojenie. Po godzinie następne, bo wydaje mi się, że nic nie działa. W końcu samolot przyleciał, odprawy bezproblemowe, odlatujemy z opóźnieniem dwugodzinnym. I już przy kołowaniu czuję, że Relanium było bardzo złym pomysłem. Na ulotce od lekarstwa wyraźnie napisane jest, że przez 36 godzin od zażycia tabletki, nie można pić alkoholu w ogóle! Nie stosowanie się do przestrogi powoduje bardzo poważne konsekwencje z zejściem z tego świata włącznie!

A na mnie to idiotyczne lekarstwo nie działa i zaczynam wpadać w panikę. Łzy leją mi się ciurkiem z oczu, trzęsę się cała i rozrywa mnie od środka przerażenie. Piotr wciska mi do ręki trzecią tabletkę. Makabra!

Przyrzekam sobie, po raz kolejny, że ostatni raz lecę trzeźwa, jeśli oczywiście samolot nie spadnie i będę miała okazję jeszcze kiedykolwiek gdzieś polecieć. No, jeśliby spadł, też byłby to ostatni raz… Jakimś cudem dolatuje jednak, mimo krążących po niebie i mojej przerażonej wyobraźni wielkich chmur pyłów wulkanicznych, sprawnie ląduje, wysiadamy, sprawdzamy zegarki.

Mamy 2 godziny na przesiadkę. Jakimś cudem udaje nam się nie wsiąść do lotniskowego busa, sugerującego wielkimi literami, że jedzie do Bergamo. Przytomna Włoszka, znająca ciut ciut język polski, przysłuchując się naszej rozmowie na przystanku, doszła do wniosku, że przyda nam się pomoc i wytłumaczyła, że bus jedzie do miasta, a lotnisko jest tutaj i powinniśmy wrócić i znaleźć sobie halę odlotów.

Wróciliśmy więc, znaleźliśmy Wizz Air, odprawiliśmy się i ryzyk – fizyk kupiliśmy Martini. Piotr nie pił, bo przecież we Wrocławiu czeka na nas nasze autko i czterogodzinna droga do domu. Ja wypiłam pół szklaneczki, ale wystarczyło, żeby wsiąść do podstawionego o czasie samolotu bez urządzania scen. Nie wiem czym różni się Airbus od Boeinga, ale zdecydowanie nie lubię tego pierwszego, wolę więc latać Ryainair’em niż Wizz Air’em mimo kolorów:) Różowy bardzo lubię, żółty wręcz przeciwnie!

Postanowiłam nie wnikać w szczegóły, lot był króciutki, polskie stewardesy bardzo ładne, sympatyczne i uśmiechnięte mimo późnych godzin, pyły wulkaniczne jakoś nas omijały i koniec końców wylądowaliśmy na rodzinnej ziemi:). Szybki telefon do właściciela parkingu, krótka jazda busem i już witaliśmy się ze swoim stęsknionym samochodem.

W drodze do domu, walczyłam z zamykającymi się oczami, relanium z Martini działało bardzo usypiająco, a obiecałam Piotrowi wspierać go w nocnej podróży i budzić w razie zaśnięcia za kierownicą. Dojechaliśmy o czwartej nad ranem. Padliśmy do łóżka, nie pamiętam nawet czy był jakiś prysznic.

Obudziliśmy się jeszcze przed południem i od razu dorwaliśmy laptopa. Strona fly4free.pl. Czytamy i szukamy tanich biletów. Jednomyślna decyzja zapada bardzo szybko! Lecimy jak tylko coś nam podpasuje :). Dokąd? Jeszcze nie wiem. Ale jak wrócę to opiszę 🙂

Sprawdź inne superokazje 🔥
Końcówka wakacji w stylu all inclusive 😎 Tydzień w 4* hotelu na Riwierze Tureckiej za 2077 PLN 🍹
Turcja z Katowic 2077 PLN

Zakończ wakacje w stylu all inclusive. Tydzień w 4* hotelu

Wybrzeże, które robi wrażenie 🤩 Wycieczka do Czarnogóry za 829 PLN 😎✨ Loty + hotel ze śniadaniami i samochód 🚗
Czarnogóra z Gdańska 829 PLN

Pięć dni w Czarnogórze w pełnym pakiecie. Loty + hotel i samochód

Kamienne uliczki i śródziemnomorski klimat 🌊 Malta za 779 PLN 😍🤯 Loty i ⭐️⭐️⭐️⭐️hotel 😎
Malta z Warszawy 779 PLN

Wypoczynek z klasą na śródziemnomorskiej wyspie. Loty + 4* hotel

Klasyk, który nigdy się nie nudzi 🥰🤌 Wycieczka do Rzymu za 589 PLN 😱✨
Rzym z Krakowa 589 PLN

Doskonały city break w Wiecznym Mieście w supercenie

Misją Fly4free.pl jest przedstawienie Ci najlepszych zdaniem naszej redakcji okazji na podróże. Opisujemy oferty znalezione przez nas w internecie i wskazujemy adresy internetowe, pod którymi samodzielnie możesz wykupić podróż lub elementy podróży. Ceny w artykułach są aktualne w chwili publikacji. Możemy otrzymywać wynagrodzenie od partnerów handlowych, do których Cię przekierowujemy.
Komentarze

Dziękuje Aniu za bardzo sympatyczny tekst.
Kamil Lodziński, 24 maja 2010, 15:47 | odpowiedz
Jak też byłem na Teneryfie na majówce. Wyspa ogólnie bardzo ciekawa i auto to konieczność aby wszystko zobaczyć. My braliśmy z http://www.orcarcanarias.com/ i byliśmy bardzo zadowoleni. Ford Focus 3 letni kosztował nas za tydzień 117.90€ co wyszło niecałe 17e za dobę ! Tylko trzeba tylko wcześniej zabookować, a nie na miejscu bo wychodzi drożej.
Murdock, 24 maja 2010, 16:13 | odpowiedz
Bardzo przyjemnie sie czyta.
Piotr, 24 maja 2010, 16:45 | odpowiedz
murdock - my zarezerwowalismy wlasnie w orcar tylko kwestiaj jest taka czy zapłacimy za to zwykłą karta z mbanku?! Wszedzie na necie straszą kredytowymi, wypukłymi.. a my mamy zwykła bankomatową, z chipem.. Nie ma z tym problemów? Czy lepiej zacząć się martwić?..
blackall, 24 maja 2010, 17:33 | odpowiedz
Jeżeli to jest karta kredytowa to nie ma znaczenia czy płaska czy wypukła.
Murdock, 24 maja 2010, 17:35 | odpowiedz
a jesli debetowa?
blackall, 24 maja 2010, 18:31 | odpowiedz
Murdock - a jak jest z paliwem w orcar? W jednej wypożyczalni znalazłam, że dopłaca się 60euro za paliwo, i powyżej 3 dni, za nie wyjeżdżone nie zwracają pieniędzy. Czy tu jest podobnie? Bo nie mogę znaleźć nigdzie regulaminu...
edyta, 24 maja 2010, 18:39 | odpowiedz
@blackall W regulaminie wyraźnie jest napisane że tylko kredytowa. Są też takie mniejsze wypożyczalnie gdzie nie trzeba było kredytowej, tylko gotówką się płaciło i wychodziło 20e za dobą,ale auta gorsze zdecydowanie. @edyta U nas tak było że w umowie było napisane ze mamy 3\4 baku paliwa i tyle samo mamy zwrócić, za nadwyżkę oczywiście nie zwracają.
Murdock, 24 maja 2010, 19:00 | odpowiedz
Super relacja, aż chce się wybyć gdzieś :) muszę dorwać Sardynię na lipiec, bo mi Kanary nie wyszły :P
dzarek, 24 maja 2010, 20:45 | odpowiedz
Bug w nazwie artykulu. "fly4fee"
bdk, 25 maja 2010, 12:45 | odpowiedz
Dzięki, poprawilem.
Kamil Lodziński, 25 maja 2010, 13:39 | odpowiedz
Sardynkę polecam! Byliśmy w kwietniu-opcja przez Frankfurt! Przecudnie!
kuners, 25 maja 2010, 14:52 | odpowiedz
Dear client. You may use a debit card. In this case, a deposit of 200 euros will be taken from the card, and returned to it after the rental ends. Kind regards. Rafael. www.orcarcanarias.com www.tenerife-hire-a-car.com
miaku, 26 maja 2010, 12:58 | odpowiedz
Teneryfa tak ale RCI nie, poczytajcie na forach o timesharing
na teneryfie, 8 września 2010, 23:05 | odpowiedz
zalosna historia
ROBI, 14 sierpnia 2011, 1:12 | odpowiedz
Historia generalnie o alkoholu:/
loru, 4 marca 2012, 19:58 | odpowiedz
Witam, samochód można zarezerwować przez internet a zapłacić zwykłą kartą Visa (taką jak dają do kont ING) ja jednak nie polecam wynajmowania samochodu chyba że lubisz szukać parkingu przez 30 minut. i ok 3 km od hotelu. A rano jesteś zastawiony z obu stron bo ludzie parkują 5cm od siebie, dlatego wszystkie auta są obite... :) Sytuacja z timesharing u mnie wyglądała tak, trafiłem do hotelu Flamingo Club z którym mam same pozytywne skojarzenia, no może poza 2-3 karaluchami wielkości dłoni, śmigającymi w moim pokoju?! ale tam to norma. Miałem bardzo fajnego opiekuna, wszystko ładnie wyjaśnił, podpisaliśmy umowę, i pierwszego dnia po powrocie dzwoni do nas pani z teneryfy, że za 2 tygodnie trzbea będzie wrócić na teneryfę aby podpisać jakieś dokumenty. Po powrocie do Polski okazało się że powódź spowodowała u nas pewne koszty finansowe, i napewno nie będę po 2 tyg wracał na wyspy. Więc musiałem rozwiązać umowę. Pani chyba wpisała mnie do KRD niewiem z jakiego powodu. Ostatecznie i tak jestem bardzo zadowolony z tamtych wakacji, świetny klimat Teneryfy, świetny hotel, bardzo dużo polaków więc nawiązałem kilka fajnych znajomości. Aha koszty u mnie wyglądały tak: Jakieś punkty z sieci Plus + 3000 zł gotówką na wykorzystanie wakacji dla 5 osób przez 4 tygodnie w wybranym z 4 miejsc dostepnych w ofercie. Samolot wykosztował mnie 10 000 zł za przelot tam i z powrotem dla 5 osób. (mój pierwszy lot) z przesiadka w Madrycie.
Dwd89, 11 lipca 2012, 9:09 | odpowiedz
loruHistoria generalnie o alkoholu:/
Popieram. Za dużo pijaństwa. Czy są jeszcze ludzie, którzy potrafią bawić się bez alkoholu?
Jaro, 27 stycznia 2014, 23:35 | odpowiedz