REKLAMA

Słyszałeś kiedyś o glampingu, travelozie albo żebroturystach? Te turystyczne trendy zadziwiają nawet nas

przyjaciele na wakacjach
Foto: Dima Sidelnikov / Shutterstock

Tylko w kilku ostatnich latach powstało przynajmniej kilkadziesiąt nowych słów opisujących podróżowanie. Moda na wyjeżdżanie dotarła do milionów ludzi, a razem z nią słownik zaczął znacząco się rozszerzać. Myślicie, że o turystyce wiecie wszystko? Sprawdźcie, ile z tych słów znacie. Albo przynajmniej czy kiedykolwiek o nich słyszeliście?

Czasem wydaje nam się, że przeglądając codziennie setki informacji z branży turystycznej, nic nie jest w stanie nas zaskoczyć. A potem trafiamy na zjawiska, których nie sposób pojąć w krótką chwilę albo ich nazwy, które nawet przy dużej tolerancji dla neologizmów i przymrużeniu oczu wydają się być równie zbędne jak keczup do dobrej pizzy. Niektórzy i tak go użyją, ale większość uzna za fanaberię.

Podróżowanie jest modne, ale musi też modnie wyglądać

Z ogromną dozą sentymentu opisywałam w zeszłym roku wakacje z lat 80. i 90. Te, w których najważniejszym elementem było rozbijanie 30-kilogramowego namiotu razem z wszystkimi gośćmi pola kempingowego i wypisywanie stosu pocztówek do wszystkich znajomych.

Tych, na których jeśli ktoś się nie okopał, to przy pierwszej burzy (czyli zwykle w przeciągu dwóch dni) dosłownie wypływał ze swojej leśnej sypialni, a jak chciał zadzwonić do rodziców, że „mamo, żyję!” to szedł piechotą 8 kilometrów do najbliższej budki telefonicznej. I od razu dorzucał „i przekaż tam mamie Kowalskiego, Nowaka i bliźniaczek od Kasprzyków”.

Co prawda nie mówiliśmy wtedy, że jeździmy na kemping, a jedynie na „pole namiotowe”, ale dziś to pierwsze słowo weszło już na stałe do powszechnego użytku. Tym bardziej, że same kempingi mocno się zmieniają – wiele z nich ma nie tylko porządne i zadbane łazienki, ale baseny, restauracje a nawet animatorów, którzy zajmują się dziećmi. Ale w 2018 roku słowotwórstwo wypuszcza na świat „glamping”, czyli połączenie słowa glamour i camping.

Bo kemping to już za mało, nie wygląda dobrze na Instagramie, nie jest ciekawym hasztagiem. Glamping to tegoroczny trend, który na swoich idealnych kontach chcą pokazać wszystkie topowe instapodróżniczki.

Urocze, stylowe światełka na baterie wypierają świeczkę czy lampkę na dynamo, śledzie wbija obsługa, wygodne łóżko wjeżdża zamiast dmuchanego materaca, a stos równie modnych koców i narzut ma stwarzać niepowtarzalną atmosferę. Glamping ma być blisko przyrody, ale w luksusowym wydaniu. Tak, by już nikt nie musiał się martwić, o te cholerne okopy dookoła namiotu, a wifi pozwalało wszystko relacjonować na żywo.

Poza glampingiem, już średnio ogarnięta instaturysta powinna wybrać się na voluntourism, który nawet doczekał się polskiego odpowiednika „wolonturystyka”, czyli połączenie wolontariatu i turystyki. Wszak nie ma nic lepszego dla naszych obserwatorów, jak biała miła pani, która urządza dzieciom z Afryki cukierkowe igrzyska głodu, nie?

Oczywiście wiem i głęboko wierzę, że setki wolontariuszy jeżdżą w najdalsze zakątki świata i naprawdę pomagają budować studnie, szkoły, leczą i dokształcają ludzi na miejscu.

glamping
Foto: Moise Sebastian / Shutterstock

Ale widzę też setki lansujących się dziewczyn, które w butach za kilka tysięcy złotych machają wysokoenergetycznym batonem przed własnym aparatem, by potem otrzepać ręce i wrócić do luksusowego hotelu. Zapłaciły za to sporo, mają konkretne oczekiwania, chcą koniecznie „zrobić coś dobrego”, a za 2 tygodnie być już z powrotem we własnym domu.

Dane międzynarodowych organizacji zajmujących się pomocą mówią wprost, że wolonturystyka szkodzi, a nie pomaga, a satysfakcje i spełnienie daje jedynie jednej stronie. I to bynajmniej nie tej, której powinna.

Albo wręcz przeciwnie – być jedynie modnie tanie

Ale glamping i wolonturystyka to zwykle opcja dla tych, którzy mają odpowiednio dużo pieniędzy. Kto nie ma, może próbować sił w begpackingu, czyli żebroturystyce. Takie podróże odbywają się niemal bez pieniędzy, a w zmaganiach przypominają raczej tvnowską Azję Express, choć bez kamer i wysokiego wynagrodzenia na końcu.

Nocleg? U dobrych ludzi, którzy przygarną. Jedzenie? Jak ktoś poczęstuje albo wyprosimy. Pieniądze? Sprzedamy trochę zdjęć albo pogramy i potańczymy na ulicy. W wielu przypadkach po prostu wyżebramy.

Można teraz we mnie rzucić paszportem albo zdrapkami z Ryanaira, ale to jedna z tych rzeczy, która nie mieści mi się w głowie. Pewnie fajnie jest wrócić do kraju i powiedzieć, że przez 3 tygodnie w Azji wydaliście 10 USD. Tylko jak pomyślę, że będąc z wysokorozwiniętego kraju, gdzie w markecie można zarobić czterocyfrową kwotę, żeruje się na o wiele biedniejszych ludziach, którzy po prostu są nauczeni dzielenia się ostatnią kromką chleba (przecież karma wraca, nie?), a za naszą pensję żyliby przez pół roku, to moje podróżnicze serduszko pęka.

I można to sobie modnie nazywać begpackingiem, bo akurat może ktoś niedosłyszy i pomyśli, że to zwykły backpacking, w którym ograniczamy koszty, ale w rzeczywistości to jest co najwyżej crudecation, czyli świństwo ubrane w słoneczny płaszczyk wakacji.

Mancation, daycation, neighcation… Ile tych -cation może być?

Tymczasem begpacking, glamping, voluntourism to dopiero początek. Turystyczny słownik pęka w szwach i coraz częściej mam wrażenie, że ich wymyślanie to jakiś żart.

Podróżujecie czasem po własnej okolicy? Na pewno. Mikrowyprawy, jak lubię nazywać te jedno- czy dwudniowe wycieczki są świetną odskocznią od rzeczywistości w chwili, gdy wyskoczyło nadprogramowe wolne, a żadne bilety na ten termin nie leżą w skrzynce mailowej.

Człowiek pakuje się w samochód, pociąg czy nieszczęsny autokar i po kilku godzinach z dziką przyjemnością odkrywa – pocąc się w drodze na Kasprowy Wierch, mocząc tyłek w Śniardwy albo jedząc śledzia w Jelitkowie – że Polska to jest naprawdę świetny kraj. I taki zapatrzony w te atrakcje, posiłki i krajobrazy nawet nie wie, że właśnie robi sobie staycation albo holistay, a jeśli to tylko przez jeden dzień to nawet daycation.

degustacja wina
Foto: Rawpixel.com / Shutterstock

Ci anglojęzyczni turyści wszystko muszą ubrać w słowa. A jednodniowy wypad to już nie łaska? Zanim wymyślę odpowiedni neologizm po polsku, to mi się ten daycation zdąży skończyć.

Regularnie uprawiam też momcation, biorąc sobie za towarzysza wojaży własną rodzicielkę, bleisure – gdy łączę wyjazd służbowy z przyjemnościami zwykłego turysty. A jak trzeba synonimów to są jeszcze bizcation i workcation. Serio, byłam przekonana, że połączenie słów praca i wakacje kompletnie się wyklucza. Ale człowiek uczy się całe życie.

Traincation będzie wtedy, gdy wybierzecie się w podróż pociągiem, a neighcation, jeśli spędzicie wakacje w siodle. Gastroturyści jeżdżą na mastication, męski wypad to mancation albo brocation. A jak jeździsz naprawdę dużo, to już jest traveloza. W międzyczasie nie zapomnij o wakacjach unplugged określanych też mianem digital detox, czyli po prostu tych bez dostępu do internetu i zdobyczy technologicznych.

A jeśli zamiast miesiąca miodowego wybierasz się na wakacje ze znajomymi, to honeymoon koniecznie zamień na buddymoon – podobno nie ma nic bardziej modnego. Jak słabo z pieniędzmi to powinien wystarczyć minimoon, a jak nie jesteś pewny, czy panna młoda nie zwieje sprzed ołtarza, to lepiej zorganizować earlymoon, czyli podróż przedślubną. Zresztą gdzie można drugiego człowieka sprawdzić równie dobrze, jak nie w czasie wojaży.

Tak. Wszystkie te słowa istnieją naprawdę. I tylko latanie samolotem, to dalej nudne latanie, a nie żadne planecation ani flightcation. Cóż za niedopatrzenie! A co z autem, autostopem, co kiedy jadę z bratem albo z chłopakiem/dziewczyną? Pole do popisu (i hasztagów) jest jeszcze ogromne! A że idiotyczne?

No cóż, nie wszystko na tym świecie jest mądre. Ale podobno podróże kształcą. Najwyraźniej także językowo.

REKLAMA
Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.
Avatar użytkownika
Glamping i staycation, uzywane sa w UK od wielu lat. Glamping zwykle oznacza jakiegos rodzaju budki/domki zamiast namiotu. A staycation to widziałam w prasie co najmniej od kryzysu 2008r jak nie dawniej. Bardzo często uzywane słowo w podsumowaniach finansowych firm z branzy turustycznej i rynku.
Aga_podrozniczka, 21 września 2018, 8:53 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Cóż, sępów i naciągaczy nigdy nie brakowało ale oczywiście można to nazywać begpackingiem.Nie mam dużego doświadczenia jak większość forumowiczów bo uważam że lepiej jest mniej zobaczyć niż pół świata za wyżebraną kasę.
forest1973, 22 września 2018, 14:23 | odpowiedz

Do których krajów pojedziemy bez problemu? Wszystkie obostrzenia w jednym miejscu! »
REKLAMA
porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »
Akceptuję Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Czytaj więcej ›Technologię tę w ramach Fly4free.pl wykorzystują również nasi partnerzy, których listę znajdziesz tutaj.

Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej lub zakończyć korzystanie z Fly4free.pl. Pozostawienie komunikatu, dalsze przeglądanie Fly4free.pl lub kliknięcie w przycisk „Akceptuję” oznacza wyrażenie zgody na wykorzystywanie plików cookies.