REKLAMA

„Turystyczny raj? Przecież to piekło!” Też daliście się nabrać iluzji i powszechnej opinii?

Dubrownik
Foto: Roman Babakin / Shutterstock

Inne oblicza popularnych turystycznych miejsc? O tym nie powie Wam agent z biura podróży, sprzedając wycieczkę do wakacyjnego raju. Nie przeczytacie tego również na blogach, zachwalających atrakcje danego miasta i regionu. Jak nasze oczekiwania rozmijają się z rzeczywistością?

Czas wakacji. Upragniony moment, gdy możemy zrealizować plan, pieczołowicie przygotowywany od miesięcy. Egzotyczny wyjazd (lub europejski wypad), morze i plaża, cisza, relaks. Albo dla odmiany: intensywny czas zwiedzania, oglądania zabytków, odkrywania nowych miejsc. Nastawieni na moc wrażeń i pozytywnych emocji, rozpoczynamy wyjazd.

…a po powrocie na pytanie znajomych: „i jak było?” ze skwaszoną miną rozpoczynamy litanię, w której zadziwiająco często przewijają się takie określenia jak „porażka”, „do kitu”, „odradzam”.

Co poszło nie tak? Idę śladem niezadowolonych turystów. Ale wcześniej sięgam do swojej pamięci.

Ero-wpadka

Maj 2015 r. Kilkudniowy wypad do Pragi, w planie zwiedzanie, knajpy, jedzenie, chłonięcie czeskiej atmosfery tego specyficznego luzu, który uwielbiam. Przeczesanie sieci poskutkowało znalezieniem fajnego hotelu blisko centrum Pragi. Na zdjęciach wyglądał elegancko, cena była mega-promocyjna. Hotel świeżo dodany do systemów rezerwacyjnych, brak opinii podróżnych, zaryzykuję. Oczekiwałem wygody i ciszy.

…i to był błąd. Sam hotel okazał się bardzo przyjemnym miejscem (pod kątem wyposażenia i wystroju). Niestety, sąsiadował ze sklepem erotycznym, który oprócz sprzedaży rozmaitych gadżetów służących do przyjemności, oferował również inne atrakcje dla klientów. Pozwólcie, że pominę szczegóły – napiszę tylko, że miałem okna wychodzące na tył budynku hotelu… i dokładnie z owego podwórka dobiegały rozmaite ciekawe odgłosy. Niestety, nie tylko odgłosy.

Okien w pokoju praktycznie nie otwierałem w godzinach wieczornych i nocnych. Zmiana pokoju nie wchodziła w grę – hotel był wyprzedany w całości. Na moją uwagę, skierowaną do managera obiektu, że powinni uprzedzać swoich gości, usłyszałem odpowiedź: „– Znamy ten problem. Ale nic z nim nie możemy zrobić. Przykro mi”.

Witaj w świecie, gdzie nie zawsze będzie fajnie i różowo.

Biuro podróży, czyli dziel przez trzy

Na szczycie „piramidy pretensji” zazwyczaj znajduję opowieści rozgoryczonych klientów biur podróży. To nie zmienia się od lat: mimo dojrzałości rynku turystycznego i mnogości opcji (oraz firm zajmujących się tym biznesem), do rzadkości nie należą sytuacje, w których jesteśmy po prostu oszukiwani.

Agent pośredniczący w sprzedaży wycieczek i pakietów urlopowych, mający swoje biuro na krakowskim Kazimierzu. Niecałe 40 lat, opalony, uśmiechnięty, wygląda jak żywa reklama tego, czym handluje.

– Sprzedaję marzenia. Nie dość tego, mogę je pokazać. Nic nie działa lepiej niż dobre zdjęcie.
Gdzie?
– Tutaj, w folderze reklamowym. Albo w sieci.
Co kupują turyści?
– W większości to, co ich znajomi, lub miejsca, o których słyszeli, że są super. I na tym właśnie bazuję.
Nie rozumiem…
– Tu nie ma co rozumieć. Jeżeli przychodzi do mnie para po 50-tce, która przyjechała z małego miasta i pokazuje mi w komórce zdjęcia z urlopu w Turcji albo Tunezji, który odbyli ich sąsiedzi – to wołami z nich nie wyciągnę zmiany tego kierunku na inny. Chcą jechać tam, gdzie oni.
W czym problem?
– Specjalizuję się w Grecji i Hiszpanii. Mam dość słabe obiekty w Turcji. Więc pokazuję zdjęcia z obiektu, który swoje lata świetności ma za sobą i mamię wizjami świetnego urlopu, wiedząc z góry, że to może być porażka. Bo zdjęcia nie pokazują wszystkiego.

Brutalne, ale prawdziwe. Co więcej, niekiedy chcemy być oszukiwani. Sprawdzamy w internecie opinie o hotelu, który zaprezentował nam w katalogu agent z biura podróży. Są druzgocące, wymieniają liczne problemy. Co robimy?

…kupujemy pobyt w tym hotelu. Bo taniej, super okazja, bo może inni się mylili albo mieli pecha – my na pewno będziemy mieć lepszy pokój, lepszy widok, zero problemów.

Efekt? ARC przygotował badania dla Biura Informacji Kredytowej. Co piąta osoba, która korzystała z usług biura podróży, przynajmniej raz złożyła reklamację na usługi i warunki, które miały być zapewnione przez organizatora wyjazdu.

Majorka
Foto: Paweł Kunz, Fly4free.pl / archiwum prywatne

Cisza towarem deficytowym

Rozmawiam z Magdą Pokorą z Krakowa, wspomina swój ubiegłoroczny urlop.

– Chciałam mieć udany urlop po miesiącach pracy bez wytchnienia. Koleżanka namawiała mnie na Majorkę, na zdjęciach widziałam cudowne plaże i wodę o kolorze jak z bajki. Byłam gotowa dopłacić za lepsze warunki, zależało mi na ciszy i spokoju oraz widoku na morze. Wyjazd kupiłam w jednym z biur podróży na Śląsku. Zapewniano mnie, że odpocznę
I dostałaś to, czego oczekiwałaś?
– Paweł, to była masakra. Nikt nas nie poinformował, że to samo centrum imprezowe Majorki, opanowane przez pijanych Niemców. Czułam się jak na OktoberFest, wszyscy dookoła mnie chodzili pijani, zaczepiali, na ulicy słychać było praktycznie tylko język niemiecki. Moja wina, że nie sprawdziłam tego w sieci.
Co zrobiłaś?
– Złożyłam skargę po powrocie. Jakbym chciała spędzić urlop na dyskotece, to zaznaczyłabym taki fakt bardzo wyraźnie podczas wizyty w biurze podróży. A zamiast ciszy miałam dudnienie basu w moim pokoju, które przenikało ściany, i kończyło się o 3-4 w nocy. Koszmar.

* * *

Zostawmy sfrustrowanych urlopowiczów z biur podróży – i zastanówmy się, czy przypadkiem ten sam mechanizm nie działa w przypadku turystów, którzy organizują swoje wyjazdy na własną rękę. Przygotowujemy wszystko sami, szykujemy się na wspaniałe wrażenia, a na miejscu… jest inaczej niż się spodziewaliśmy.

Ulegliśmy iluzji, powszechnej opinii, hasłom w stylu: „gościnna Gruzja”, „rajskie Malediwy”, „Wenecja to raj dla zakochanych”. A potem jesteśmy (często) bardzo mocno rozczarowani. To tak jak ze wspomnianą Majorką: owszem, to rajska wyspa, mająca wiele do zaoferowania. Przepiękne plaże, pasmo górskie Serra de Tramuntana, widoki jak z Photoshopa. A potem okazuje się, że ten wyidealizowany obrazek pokochali też Niemcy i Anglicy. Skolonizowali wyspę swoimi awanturami, pijaństwem – zamiast odpoczywać w raju, wysłuchujesz niemieckich szlagierów ryczących z głośników w każdej większej miejscowości.

Twój raj ma na imię Hans, Greta czy inny Fritz i zajmuje całą idealną plażę. A Ty, aby znaleźć ukojenie, uciekasz w zakątki wyspy, które nie zostały opanowane przez turystów z Wielkiej Brytanii i Niemiec.

Śmieci na Malediwach
Foto: Robert D. / robertdee.pl

Raj? Nie do końca

Idźmy dalej, iluzje sięgają ikon, miejsc jednoznacznie kojarzących się z rajem dla turystów.

– To było moje marzenie życia. Malediwy, plaża z bialutkim piaskiem, nurkowanie i świadomość że jestem w jednym z najczystszych miejsc na świecie. Niestety, szybko zweryfikowałam swoje oczekiwania – Agata nie wspomina dobrze tego wyjazdu. – Wyjście z samolotu w stolicy Malediwów to coś strasznego: Male moim zdaniem jest jednym z najbrzydszych i najbardziej zanieczyszczonych miast świata.

Ale to dopiero początek. Nasza czytelniczka, skuszona niskimi cenami, jak główne miejsce pobytu na Malediwach wybrała wyspę Maafushi. I to był błąd.

– Brzydka plaża publiczna. Coraz bardziej „zabetonowana” wyspa, w niczym to nie przypomina zdjęć sprzed kilku lat, które oglądałam w albumie moich znajomych. Drogo… i na dodatek kwitnie coś, czego nie lubię i od czego uciekam – czyli naciągactwo. No i śmieci, które totalnie kłóciły się z moim wyobrażeniem Malediwów – dodaje Agata.

* * *

Cytat z relacji Olir1987, która jest dostępna na forum Fly4free.

– Każda wyspa ma swoje wysypisko, które pali się dzień i noc, dokładniej rzecz biorąc tli się i dymi. Kiedy snorkujemy pod wodą, można poczuć nagle nieprzyjemny zapach w rurce, co niestety jest sygnałem tego, że znajdujemy się na wysokości śmietniska. W zależności od kierunku wiatru w różnych częściach czuć ten smród. Swoją drogą jest to po prostu szkodliwe dla zdrowia. Na wyspie jest sporo śmieci, które wałęsają się po brzegu, kawałki szkieł na które trzeba mocno uważać. Ludzie kupują colę, puszki, słodycze i wszystko pakują do całej masy torebek foliowych, które wszędzie się plączą. Nikt tych ludzi nie edukuje i niestety sami sobie szkodzą i niszczą własne środowisko. Przy takim tlącym się wysypisku jest zawsze ktoś kto pilnuje aby te kupki się paliły.

Idę o zakład, że o tego typu problemach nie usłyszymy w biurach podróży, wysyłających klientów na Malediwy. Dzwonię do jednego z nich, które informuje, że „ma sposób na budżetowe Malediwy”. W słuchawce słyszę same zachwyty, podkreślanie unikalności i ekskluzywności tej destynacji. Pytanie o kąpiele w bikini na wszystkich plażach? Jasne, możliwe! (nie jest to prawdą). I dalej w tym samym guście: istny raj na ziemi.

Oczywiście kwestia śmieci nie jest nawet poruszona. W sumie nawet to rozumiem: jeżeli ktoś chce sprzedać pobyt w hotelu w Neapolu, nie będzie wspominać o śmieciach, które często zalegają na ulicach. Podobnie w przypadku Malediwów: nad tematem pochylał się kiedyś Tomek Michniewicz.

– Produkowane przez turystów i mieszkańców śmieci składowane są i spalane w przestarzałych spalarniach, m.in. na Thilafushi – pisze na swoim blogu Robert Dee. – Wystarczy pół godziny rejsu ze stolicy Malediwów i dosłownie utoniemy w śmieciach – dodaje.

Śmieci na Malediwach
Foto: Robert D. / robertdee.pl

Rozczarowania i realne problemy

Niekiedy rozczarowania (względem oczekiwań) są spore. Rezerwujecie urlop w kurorcie w Egipcie. Będzie cud, miód i orzeszki. A potem jest płacz, że dookoła pustynia, totalnie nie ma co robić jako alternatywa do plażowania i nurkowania – a jak chcecie odbyć wycieczkę pod piramidy, to jedziecie w konwoju autobusów z uzbrojoną ochroną.

Nastawiacie się na cudowne plażowanie… a dookoła Was ten sam pomysł miało, bagatela, kilkaset innych osób. I jesteście wszyscy stłoczeni na rajskiej azjatyckiej plaży niczym sardynki w puszce.

Skusiliście się opinią, że Czarnogóra to perła w Europie, jeszcze nie do końca skażona masową turystyką? Spacerując po Budvie – i będąc zaczepianym w języku rosyjskim, który jest tutaj powszechny z racji mnogości turystów ze wschodu Europy – szybko zmienicie zdanie.

Doczekaliście się wymarzonego pobytu na indonezyjskiej wyspie Sulawesi… a „w bonusie” dostajecie tysiące dzikich psów, które mogą zarazić nas szeregiem groźnych chorób. Co gorsza, wrażliwi turyści, widząc powszechny handel psim i kocim mięsem, mogą przywieźć ze swojego rajskiego wyjazdu zgoła inne odczucia, niż wspomnienia cudownej przyrody i atmosfery relaksu. Napiszmy to wprost:  tysiące psów jest łapanych i zabijanych po to, aby później zostać sprzedanych nieświadomym turystom, którzy nie mają pojęcia, że ​​zamawiają lub jedzą psa.

Rajska plaża w Azji
Foto: avatar023 / Shutterstock

Ten ostatni przykład to ciekawe zjawisko. Ponownie, kłania się powszechne przymykanie oczu na tego typu kwestie przez touroperatorów oraz osoby odpowiedzialne za promocję pięknych zakątków Indonezji (na samym Sulawesi jest blisko 200 lokalnych rynków, sprzedających psy i koty na mięso, nierzadko w pobliżu turystycznych miejsc). Lepiej wprowadzać w błąd potencjalnych turystów, przedstawiając wszystko w samych superlatywach.

Nicola Beynon z Humane Society International, nie pozostawia wątpliwości:

– Indonezja jest krajem naturalnego piękna, o światowej renomie. Ale jej międzynarodowa reputacja może zostać zniszczona przez takie właśnie zjawiska. Turyści mogą zostać narażeni na niebezpieczne (a niekiedy nawet śmiertelne) choroby. Brak działań rządu w celu zahamowania tego handlu z pewnością stawia pod znakiem zapytania pozycję Indonezji jako głównego celu turystycznego – mówi w wywiadzie dla news.com.au

W pułapce stereotypów

Stara prawda mówi: koniec języka za przewodnika. W dobie internetu, zanim wyruszymy w podróż, warto spędzić chwilę na sprawdzeniu miejsca, do którego się udajemy – weryfikując informacje w kilku źródłach. Właśnie po to, aby uniknąć ewentualnego rozczarowania.

Chociaż, jak pokazuje praktyka, nawet takie działania nie zawsze uchronią nas przed dołączeniem do grona tych, którzy ulegli iluzji danego miejsca i powszechnej opinii na jego temat.

* * *

Jakie było Wasze największe rozczarowanie podróżnicze? Miejsce, po którym spodziewaliście się, że będzie wyjątkowe… a wspominając pobyt, na myśl przychodzi Wam tylko słowo „porażka”?

REKLAMA
Komentarze

na konto Fly4free, aby dodać komentarz.
Avatar użytkownika
Bo najlepszy hotel to nasz własny dom. A cała reszta reszta to iluzja. 
roccobarocco, 12 sierpnia 2018, 19:52 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Zawsze powtarzam, że najważniejsze to podróżować świadomie. Zagłębić się w temat gdzie sie leci, poczytać fora,  poszukać informacji od niezależnych osób. Wtedy na pewno będzie dużo mniej rozczarowanych ludzi. 
tybul, 12 sierpnia 2018, 23:31 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Nie przypominam sobie totalnej porazki. Moze studencki wyjazd do Wloch, gdy zapomniano nas poinformowac o zmiane miejsca pobytu po tygodniu, ale nie bylo to cos do przewidzenia. Nie byl to tez koszmar, raczej niedogodność. 
Aga_podrozniczka, 12 sierpnia 2018, 23:56 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Plaża w  Polignano a mare doskonale obrazuje piękne katalogowe zdjęcie, a rzeczywistość, ilość ludzi tak duża, że odpoczynek nie ma sensu.
halczyn, 13 sierpnia 2018, 8:46 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Najwieksza porażka to zajmować się nie udanym wyjazdem. Kolejna porażka to szukanie winnych. A jeśli miejsce gdzie pojechaliśmy jest rzeczywiście porażką to można chyba wyjechać? I zapomnieć 
ayahaga, 13 sierpnia 2018, 9:58 | odpowiedz
Avatar użytkownika
A takich turystów jak Pani Magda Pokora to uwielbiam. Leci na Majorkę, nie poczyta jaka najlepsza miejscowość i składa reklamacje ze za głośno. Pretensje tylko i wyłącznie do siebie. Pewnie nad Bałtykiem byłaby reklamacja na za zimną wodę, a  Tajlandia w październiku bo deszcz padał. Świat schodzi na psy...
tybul, 13 sierpnia 2018, 11:20 | odpowiedz
Avatar użytkownika
No cóż, nie każdy umie w internety, żeby sobie wyszukać wiarygodną opinię. Biura podróży to raczej nie tylko salon sprzedaży, ale też doradztwo i jeżeli pracownik wbrew prawdzie zapewnia o spokoju i sielance... No cóż, czemu biuro nie miałoby ponieść konsekwencji? Oczywiście jeżeli chce się mieć dobrze to zawsze najlepiej samodzielnie sprawdzić.Co do opinii klientów to też jest z tym pewien problem, szczególnie tych z biur podróży - widziałem miażdżące opinie dotyczące fajnych miejsc i hoteli, widziałem też zachwyty nad obiektami godnymi pożałowania. Ludzie mają różne oczekiwania i wyobrażenia, czasami piszą też nieprawdę w złości. Najlepsze są zawsze komentarze na ile gwiazdek obiekt zasługuje, a na ile nie :)
ghostwriter, 13 sierpnia 2018, 14:07 | odpowiedz
napis hollywood
Najlepsza oferta

Los Angeles z Warszawy za 1643 PLN

Paweł Iwanczenko | 2018-12-16 10:34
REKLAMA
Akceptuję Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Czytaj więcej ›Technologię tę w ramach Fly4free.pl wykorzystują również nasi partnerzy, których listę znajdziesz tutaj.

Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej lub zakończyć korzystanie z Fly4free.pl. Pozostawienie komunikatu, dalsze przeglądanie Fly4free.pl lub kliknięcie w przycisk „Akceptuję” oznacza wyrażenie zgody na wykorzystywanie plików cookies.
porównaj loty, hotele, lot+hotel