Fly4free.pl

Proszek na przekroczenie granicy i zioła na dobrą podróż. Odwiedzamy targ czarownic, na którym kupisz szczęście

czaszki meksyk
Foto: Aneta Zając/Fly4free

Czy można kupić szczęście? Czy napar wypity przed podróżą ułatwi kontrolę na granicy? A może odrobina proszku dosypana do lemoniady sprawi, że mąż zupełnie zmieni oblicze? Jak załatwić sobie pieniądze, zdrowie i dostatek? Brujas, czyli czarownice, zapewniają, że się da. A ludzie lubią to sprawdzać.

Czaszki, końskie kopyta, zioła, nogi pająka, eliksiry, amulety, krew i kości – to tylko część tutejszego asortymentu. Biała i czarna magia miesza się niepostrzeżenie na straganach. W pudełeczkach leżą bransoletki, obok różańce, Santa Muerte, czyli święta śmierć, a za szybą stoją kolorowe pudełka z ziołami. Tuż koło laleczek voodoo, zobaczysz figurki Jezusa i Maryi. Sprzedawcy doradzają, podpowiadają i kuszą wizją dostatniego życia, klienci kłębią się tłumnie, wybierają i szukają szczęścia. Dosłownie i w przenośni.

Witajcie w tajemniczym zakamarku jednego z największych targów w stolicy Meksyku. Mercado de Sonora ze swoim sektorem białej i czarnej magii to coś, czego nie sposób objąć rozumem w kilka chwil. Tak. Biała i czarna magia jest genialnym biznesem. W XXI wieku. Ale jeśli odrzuci się to, co racjonalne, to można naprawdę przeżyć tu ciekawą przygodę. I sporo dowiedzieć się o świecie.

Wolisz przebić materac czy mieć dużo pieniędzy?

Magia, a konkretnie czary, czyli pięknie brzmiąca po hiszpańsku brujeria, przyciąga tu cały przekrój społeczeństwa. Od sprzedawców z mniej magicznych stoisk, którzy po prostu chcą zapewnić sobie dobry utarg, przez biznesmenów, którzy zamierzają kupić tu pomyślność dla swojej firmy, po zdesperowane żony szukające tu sposobu na domową przemoc.

Każdy znajdzie coś dla siebie. Bo brujos, czyli czarownicy i brujas, czyli wiedźmy są od tego, by pomóc nawet w najbardziej beznadziejnej sytuacji.

eliksiry meksyk
Foto: Aneta Zając/Fly4free

Oczywiście, jeśli podejść do tego racjonalnie, to po prostu wchodzisz na targ, na którym handluje się zabobonem, przesądami i innymi gadżetami dobrze znanej marki „Placebo”. Nie ma naukowych dowodów, a jedynie gorliwe zapewnienia sprzedawców i szczera wiara stałych klientów. I pewnie można się z tego śmiać, łapać się za głowę czy kpić. Tylko po co, skoro to fascynująca część kultury.

Produkty przybierają różne formy – perfum, mydełek, ziół, proszku, z którego robi się napar lub który trzeba wsypać tam, gdzie podpowiada instrukcja. Czasem tu amulety, świece, nasiona, figurki, bransoletki albo durnostojki, które po prostu kładzie się na półce, a nawet wypchane zwierzęta. Zapewniają wszystko. Dobry seks opatrzony hasłem „twój luby przebije materac”, znalezienie lub rozpalenie miłości ukryte w słowach „przyjdź do mnie”, a nawet niepowodzenie naszych wrogów zamknięte w garści ziół. Jest też napar na dobrą podróż i specjalna mieszanka na „przekroczenie granicy z USA”. Odpowiednie zakupy zapewnią znalezienie pracy, zdrowie w rodzinie, urodziny dziecka. Można stosować na sobie lub na innych – w zależności od potrzeb.

Czekają tu też uzdrowiciele, tarocistki, wróżki i sprzedawcy żywych (!) zwierząt. Najtańsze przedmioty można kupić od 10 MXN (ok. 1,8 PLN), najdroższe mogą być wycenione nawet na kilkadziesiąt tysięcy. Jeszcze na początku lat 90. można tu było dostać nawet „lek na niechcianą ciążę”, czyli po prostu środki aborcyjne. Dziś są już zakazane.

eliksiry na szczescie meksyk
Foto: Tripadvisor

Albo religia albo zabobony? Nie tutaj

Meksyk jest jednym z najbardziej religijnych krajów świata. Dawno, dawno temu władze kolonialne wprowadziły zakaz wyznawania czegokolwiek poza katolicyzmem, prowadzono też szeroko zakrojoną akcję ewangelizacyjną. Choć od 1917 konstytucja gwarantuje Meksykanom wolność wyznania, to w dużej mierze to właśnie ta niezbyt przyjemna część historii sprawiła, że dziś – w zależności od źródeł – od 80 do 89 proc. społeczeństwa deklaruje się jako katolicy.

I nie sposób nie zauważyć przywiązania tych ludzi do religii. Mnóstwo tu kościołów, dużo tras pielgrzymkowych o gigantycznym znaczeniu międzynarodowym i jeszcze większej popularności wśród wiernych, przemysł dewocjonaliów kwitnie, a niemal każdy, kto usłyszał, że jestem z Polski, od razu zagadywał o Jana Pawła II.

Ale jednocześnie Meksykanie potrafią zadziwić swoją „wersją” religii. Wiele wierzeń sprzed ery katolicyzmu zostało przez misjonarzy dozwolonych lub zmodyfikowanych. Dodatkowo Meksykanie kochają sami tworzyć sobie świętych. Zostają nimi zarówno ci zasłużeni dla religii i społeczności, jak i zwykli ludzie, którym podobno udało się coś wymodlić tam u góry. To tzw. santo local, czyli święci ludowi – nieuznawani przez Watykan, co zupełnie nie przeszkadza Meksykanom wierzyć w ich wielką moc. I tak Jesus Malverde stał się patronem przemytników narkotyków, któremu wystawia się kapliczki, a Juan Soldado świętym od przekraczania granicy z USA.

Mało kto widzi w magii coś złego. Zwracają się po nią, gdy wszystko inne zawiodło albo gdy nie ma czasu na nieudane próby.

szkielety meksyk
Foto: Aneta Zając/Fly4free

A kysz turysto!

To nie jest duża przestrzeń, kilka alejek wyznaczonych na gigantycznym bazarze. Ciasno, ciemno, mnóstwo ludzi, choć i tak połowę mniej niż przy stoiskach ze słodyczami, piñatą czy ubraniami. W oczy rzucają się przede wszystkim stoiska z ziołami piętrzącymi się od podłogi do sufitu. Niektóre z nich dobrze znamy z kuchni, inne to tajemnicze mieszanki doprawione odrobiną magicznej duszy, serca i umiejętności.

Ale pomiędzy straganami dużo się dzieje. Być może właśnie dlatego wielu „lokalnych” i internautów przestrzega przed tym miejscem. Ileż ja się naczytałam. Że mnie okradną, porwą, a pewnie i sproszkują na jakiś amulet. Albo przechwycą i hop, prosto na stos. Razem z innymi wiedźmami. To wszystko miało mi się przydarzyć w tych kilku alejkach.

Samozwańczy znawcy tematu odradzali zabieranie aparatu, dokumentów, pieniędzy, a nawet pewnie i nerki byłoby dobrze zostawić w hotelu. Tymczasem miejsce, choć trochę jak wyrwane ze scenografii Wiedźmina, okazało się być całkiem gościnne.

Przesadziłabym mówiąc, że szalenie przyjazne czy wręcz czekające na turystów, ale sprzedawcy chętnie odpowiadają na pytania, nie patrzą na obcokrajowców krzywym okiem. A czasem powiedziałabym, że w ogóle nie patrzą. Wielu z nich po prostu widzi w nas potencjalnych klientów. I szuka sposobu, by opchnąć nam szczęście z konkretną ceną. 

Oczywiście – trzeba pilnować portfela. Nie można robić zdjęć, jeśli ktoś sobie tego nie życzy. Ale tak jest chyba na całym  świecie, prawda? A jeśli już skupiamy się szczególnie na Meksyku to raczej też nie jest to tutaj nic nowego. Cieszę się z całego serca, że nie posłuchałam rady, która mówiła „nie idź tam!”, żałuję, że wzięłam sobie do serca tę o „porządnych aparatach”. I jeśli choć trochę interesują was takie lokalne zjawiska, zupełnie odstające od naszej kultury, to idźcie tam. A może nawet coś kupcie. Wiadomo, szczęścia nigdy za wiele.

targ czarownic meksyk
Foto: Aneta Zając/Fly4free

Siła efektu placebo jest nieoceniona. W internecie przeczytacie mnóstwo historii o tym, jak to turysta chciał zrobić ukradkiem zdjęcie mimo oporu sprzedawczyni. Ta tylko wyszeptała kilka słówek, a w ciągu kilku następnych dni zaczęła się lawina nieszczęść – zniszczony plecak, zgubiony aparat i choroba. Innym razem ktoś opowiadał, że skusił się na szczęśliwy amulet, a już kwadrans później znalazł 100 pesos na ulicy.

Sama przygarnęłam drobną, czerwoną bransoletkę. Ma zapewnić spełnienie wszystkich marzeń. Na razie idzie nieźle, tylko czy to aby na pewno to zasługa pani czarownicy i jej zdolności? Nigdy się nie dowiem. Warto było zaryzykować 10 pesos.

Nie odważyłam się przetestować tych naparów na przekraczanie granicy. To jednak tajemnicze zioła. A niezidentyfikowane suszone roślinki, granica i Meksyk brzmią trochę, jak sytuacja, w której mogłabym potrzebować naprawdę sporo szczęścia. Choć oczywiście na nie też można tu coś kupić. Być może nawet w pakiecie.

jezus
Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.

Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?


porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »